Minęły cztery dni od zmasowanego irańskiego ataku na Izrael. Była to pierwsza bezpośrednia konfrontacja zbrojna między tymi krajami. Teraz świat zastanawia się w napięciu, jak będzie wyglądała druga: odwetowe uderzenie Izraela na Iran. Między wszystkimi zaangażowanymi stolicami trwają obecnie przepychanki dyplomatyczne, tak zakulisowe, jak i zupełnie jawne. Ścierają się siły nie tyle proizraelskie i proirańskie, ile proeskalacyjne i antyeskalacyjne, a zagrożenie rozległą wojną na Bliskim Wschodzie bynajmniej nie zanikło.

Były premier, a obecnie minister spraw zagranicznych David Cameron po rozmowie z prezydentem Izraela Jicchakiem Herzogiem stwierdził otwarcie, że nie ma wątpliwości, iż Izrael odpowie Irańczykom, oraz że ma nadzieję na taką odpowiedź, która poskutkuje możliwie najmniejszą eskalacją. Tymcza­sem Binjamin Netanjahu oświadczył, że Izrael sam będzie podejmował decyzje o tym, jak się bronić?



Jak odpierano atak?

W pierwszej kolejności spójrzmy w przeszłość. Nowe wyzwania wymagają bowiem nowych rozwiązań, a w tym wypadku rozwiązaniem okazała się współpraca międzynarodowa zakrojona na skalę niespotykaną dotychczas w tej dziedzinie. Owszem, samoloty pociski Hutich zmierzające nad Izrael były już wcześniej zestrzeliwane przez zachodnie okręty, ale miało to charakter incydentalny. Tym razem po stronie Izraela stanęła istna międzynarodowa koalicja.

Irańska operacja (jej nazwa po persku tłumaczona jest zwykle jako „Prawdziwa Obietnica”, ale lepiej oddaje sens tłumaczenie: „Szczera Obietnica”) obej­mo­wała wypuszczenie nad Izrael około 170 samolotów pocisków, około 30 klasycznych pocisków manewrujących i około 120 pocisków balistycznych. Daje to łącznie ponad 320 efektorów (najwyższa spotykana liczba to 331), z których prawdopodobnie około 310 zostało zestrzelonych.

Wskutek ataku ciężko ranne zostało jedno dziecko, ale poza tym szkody okazały się minimalne. Na niwie wojs­ko­wej ograniczyły się do powierz­chownych uszkodzeń na terenie baz lotniczych Ramon i Newatim.

Izraelczycy zaangażowali praktycznie całą swoją wielowarstwową obronę powietrzną. Pociski balistyczne były przechwytywane za pomocą efektorów systemów Cech 2 i  3, natomiast drony i pociski manewrujące padały ofiarą systemu Kela Dawid z ograniczonym udziałem systemu Kipat Bar’zel. Zabrakło praktycznie tylko systemu laserowego Keren Bar’zel, który wciąż nie jest w pełni gotowy do służby. W powietrzu czuwały zaś myśliwce z praktycznie wszystkich eskadr.

Nikogo nie zaskoczy wiadomość, że szczególnie aktywny udział w obronie Izraela brali Amerykanie. Według informacji z Pentagonu amerykańskie myśliwce wielozadaniowe F-15E Strike Eagle (z 335. i 494. Eskadry Myśliwskiej) oraz F-16 Fighting Falcon zestrzeliły łącznie ponad siedemdziesiąt irańskich dronów. Bateria systemu Patriot rozmieszczona w Iraku strąciła jeden pocisk balistyczny, a niszczyciele USS Arleigh Burke (DDG 51) i USS Carney (DDG 64) działające na Morzu Śródziemnym – co najmniej cztery kolejne. Amerykanie po raz pierwszy w historii użyli pocisków antybalistycznych SM-3.



Pewną liczbę dronów strąciły także brytyjskie Typhoony z Cypru (które działały nad Irakiem i Syrią, ale nie nad Izraelem) i francuskie Rafale’e stac­jo­nujące w Jordanii (co ciekawe, Francuzi włączyli się do walki na prośbę Ammanu, a nie Jerozolimy). RAF‑owskie maszyny jeszcze kilka dni wcześniej stacjonowały w rumuńskiej bazie imienia Mihaila Kogăl­ni­ceanu, gdzie od ubiegłego miesiąca wykonywały zadania air policing; odwołano je stamtąd, aby skierować je do walki z tak zwanym Państwem Islamskim, co z kolei pozwoliło zaangażować amerykańskie myśliwce do obrony Izraela.

Swoistą sensacją jest jednak informacja o udziale państw arabskich – Arabii Saudyjskiej i właśnie Jordanii – w obronie Izraela. Widzimy tu bez wątpienia kolejny krok w stronę nowego układu sił na Bliskim Wschodzie. Proces odprężenia na linii Rijad–Jerozolima trwa od lat, niemal równie długo jak irańsko-saudyjska wojna zastępcza w Jemenie i rywalizacja o dominację w świecie islamu. Teoretycznie można więc stwierdzić, iż Saudowie wykonali po prostu następny logiczny krok. Ale nie można nie zauważyć przełomu w postrzeganiu sojuszy i wrogości – królestwo Saudów, którego władcy mienią się sługami dwu świętych przybytków (meczetów w Medynie i Mekce), pomogło Państwu Żydowskiemu w walce z innym państwem muzułmańskim, szyickim wprawdzie, a nie sunnickim, ale jednak muzułmańskim.

O ile Saudowie „tylko” śledzili irańskie drony i przekazywali informacje dalej, o tyle Jordańczycy posunęli się jeszcze dalej i włączyli się do walki bezpośrednio. Zarówno jordańska obrona przeciw­lotnicza, jak i jordańskie myśliwce zestrzeliły nieujawnioną liczbę pocisków. Mimo że Jordania ogłosiła, iż jedynie dbała o bezpiecześtwo własnej przestrzeni powietrznej, w mediach społecznościowych posypały się oskarżenia pod adresem króla Jordanii o zdradę islamu. Pojawiła się nawet przy tej okazji kaczka dziennikarska, jakoby w walce uczestniczyła jordańska księżniczka Salma bint Abd Allah (przeszkolona na F-16).

Zwróćmy też uwagę na to rozdźwięk między wypowiedziami analityków komentujących skutki operacji „Szczera Obietnica”. Tak na oko – głosy rozkładają się mniej więcej po połowie między sukcesem Irańczyków a ich klęską czy wręcz kompromitacją. Tymczasem prawda jest taka, że nie wiemy, co konkretnie chcieli osiągnąć ajatollahowie. Być może spowodowanie lekkich uszkodzeń w dwóch bazach lotniczych w zupełności ich zadowoli, bo chodziło nie o zniszczenie Izraela (nie da się tego zrobić 300 pociskami, chyba że mają głowice nuklearne), ale jedynie o pokazanie światu, że Iran pomścił swojego generała. A do tego potrzeba nie tyle krwi, ile hałasu. Owszem, utrata 99% efektorów w drodze do celu na pewno nie napawa dumą, ale sam skutek ataku być może uznano w Iranie za całkowicie akceptowalny.

Opublikowane przez: @itsmezina__
Wyświetl w Threads



Po wszystkim irański minister spraw zagranicznych Hosejn Amir Abdollahijan oświadczył, że Iran przekazał krajom ościennym i Stanom Zjednoczonym informację o ataku z 72‑godzinnym wyprzedzeniem. Według informacji z Waszyngtonu jest to bujda na resorach. Iran wprawdzie utrzymywał kontakt z USA za pośrednictwem Szwajcarii, ale nie przekazał zawczasu żadnych informacji o możliwych celach ataku, jego skali czy momencie rozpoczęcia. Z kolei za pośrednictwem brytyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych Amir Abdollahijan miał oznajmić Jerozolimie, że „jeśli Izrael będzie szukał przygód, nasza następna reakcja będzie natychmiastowa, silniejsza i rozleglejsza”.

Jak może odpowiedzieć Izrael?

O tu dochodzimy do kluczowego pytania: o co tak naprawdę grają teraz, w perspektywie najbliższych tygodni, obie strony? Na razie konfrontacja ma charakter, który można by z pewnym przymrużeniem oka nazwać wize­run­ko­wym. Iran nie może pozwolić na to, żeby Izrael zabijał mu generałów, więc zbombardował Izrael setkami pocisków. Izrael nie może pozwolić na to, żeby Iran bombardował go setkami pocisków, więc…?

Mimo wszystko wydaje się, że ani jedna, ani druga strona nie chce dążyć do ostatecznego rozstrzygnięcia akurat w tym momencie. Nie należy mieć wątpliwości – ani Netanjahu, ani Ali Chamenei nie zawahałby się skorzystać z okazji, gdyby takowa się nadarzyła. Teraz jednak Izrael ma za dużo na głowie, natomiast dla Iranu przeszkodą są mocarstwa zachodnie, które w ostatnich miesiącach mocno się zaangażowały na Bliskim Wschodzie. W ostatecznym rozrachunku nikomu nie powinno zależeć na pełnoskalowej wojnie, ale stopniowe eskalowanie na zasadzie „wet za wet” może do niej doprowadzić.

Zachód chce jednak uniknąć takiego scenariusza. Już 14 kwietnia Joe Biden w rozmowie telefonicznej z Bibim oświadczył, że Stany Zjednoczone nie udzielą żadnego wsparcia w ewentualnym kontrataku wymierzonym w Iran. Według anonimowego urzędnika cytowanego przez serwis Axios Biden miał powiedzieć Netanjahu mniej więcej tyle, że Izrael zwyciężył w tej bitwie i nie powinien prowokować losu. Według nieoficjalnych doniesień Bibi nie chciał rozmawiać z innymi zachodnimi przywódcami, jedynie z Bidenem, ponieważ obawiał się nadmiernej presji w kwestii rezygnacji z uderzenia odwetowego.



Co ciekawe, przecieki wskazują, że sam Bibi i jego ultra­orto­doksyjny sprzy­mie­rze­niec Arje Deri z partii Szas mają być tym razem stroną ostrożniejszą, natomiast zwolennikami ostrej, kinetycznej odpowiedzi są byli generałowie, a obecnie ministrowie: Joaw Galant, Beni Ganc i Gadi Eisenkot.

Jest oczywiście jeden cel, którego zniszczenie stanowiłoby potężny, i zdecydowanie nie tylko prestiżowy, cel dla Islamskiej Republiki – instalacje nuklearne w Fordo i Natanzie. Jest tajemnicą poliszynela, że izraelskie lotnictwo od lat szykuje się do takiej operacji. Ale to bynajmniej nie czyni jej prostszą. Jej realizacja wymagałaby przede wszystkim obezwładnienia irańskiej obrony przeciw­lotniczej, co samo w sobie jest trudnym zadaniem. Ale gdyby nawet się to udało, i gdyby udało się zniszczyć (na ziemi lub w powietrzu) irańskie myśliwce, wciąż pozostawałaby daleka droga do sukcesu. Bez wyeliminowania Natanzu i Fordo, gdzie łącznie ma się znajdować około 53 tysięcy wirówek, wszelkie inne dokonania będą nic niewarte.

Możliwości zniszczenia Fordo przy­glą­da­liśmy się już wcześniej. W informacjach o zastosowanej tam technice umacniania stopów jest sporo przesady, ale nie należy mieć wątpliwości, że jest twardym orzechem do zgryzienia. Według większości analityków ponad 13‑tonowa bomba GBU-57/B Massive Ordnance Penetrator nie będzie mieć problemów z obróceniem obiektu w perzynę, ale Izrael nie ma ani bomb tego typu, ani środków ich przenoszenia. Dysponuje jedynie starszymi bombami GBU-28 o wagomiarze 2270 kilogramów, które mogą być zrzucane z F-15I.

W analizie opublikowanej przed laty w magazynie Tablet Austin Long z Columbia University szacował, że penetracja Fordo wymagałaby użycia dwudziestu pięciu F-15I i siedem­dzie­sięciu pięciu bomb (w tym dwudziestu pięciu GBU-28), które metr po metrze kolejnymi eksplozjami drążyłyby dziurę w stropie tak długo, aż dokopałyby się do pomieszczenia z wirówkami. Problem w tym, że „długo” oznacza w tym wypadku naprawdę długo: bomby trzeba by zrzucać w co najmniej półminutowych odstępach, co przekłada się na minimum czterdzieści minut bombardowania, a w praktyce zapewne około godziny.



Taka operacja wymagałaby jednocześnie chirurgicznej precyzji i zdolności do długotrwałego przebywania w nieprzy­ja­ciels­kiej przestrzeni powietrznej. Do szeregu problemów trzeba też dołożyć możliwość uzupełniania paliwa w locie, możliwość, którą Izrael dziś nie dysponuje (posiada wprawdzie latające cysterny, ale zbyt stare i awaryjne). Izraelczycy musieliby prawdo­podobnie wykonać międzylądowania w Arabii Saudyjskiej. Zużycie paliwa jest jednak przynajmniej przewidywalne i o ile nie nastąpi awaria, można je obliczyć zawczasu z dużą dokładnością. Szkopuł w tym, że każda kolejna minuta dawałaby Irańczykom czas na reakcję, tak przeciwko formacji uderzeniowej (na przykład za pomocą niezniszczonych myśliwców), jak i przeciwko samemu Izraelowi.

Irański F-14A, zdjęcie z 2016 roku.
(Tasnim)

Szef MAEA Rafael Grossi powiedział, że Irańczycy czasowo zamknęli ośrodki nuklearne, w których pracowali jego inspektorzy. Sugeruje to, że Teheran autentycznie bał się takiej operacji albo przynajmniej usiłował stworzyć takie wrażenie.

Trzeba wziąć pod uwagę jeszcze inną opcję – odpłatę pięknym za nadobne. Iran nie jest bowiem jedynym państwem w regionie dysponującym pociskami balistycznymi. Izrael też ma broń tej klasy: pociski Jerycho. Najnowszy przedstawiciel tej rodziny, oznaczony numerem 3, jest w stanie dosięgnąć celów na całym terytorium Iranu. Szacuje się, że przenosić może głowicę (konwencjonalną lub jądrową) o masie ponad 1300 kilogramów. Użycie takiego pocisku miałoby też sens piarowy, Izrael mógłby argumentować, że odpowiada w sposób dokładnie symetryczny, pociskami balistycznymi za pociski balistyczne.

Jako że program Jerycho jest skryty w gęstej mgle tajemnicy, nie wiadomo, iloma pociskami dysponuje Izrael. W źródłach najczęściej spotyka się przedział od 24 do 48. Mówimy więc o broni dużo bardziej „elitarnej” niż produkowane setkami irańskie Emady, Szahaby i Fatehy. Iran zużył 120 pocisków balistycznych i z pewnością ma jeszcze co najmniej drugie tyle w zapasie. Dla Izraela użycie jednej dziesiątej tej liczby podkopałoby stan arsenału.



Opcję lotniczą trzeba w obecnej sytuacji uznać za niemożliwą. Nie jest wprawdzie niewykonalna, ale przynajmniej dopóki Izrael nie otrzyma nowych latających cystern – ryzyko wydaje się zbyt duże. Nie chodzi tylko o ryzyko strat po stronie Chel ha-Awir, ale też ryzyko dla samego Izraela ze strony Iranu, który może poczuć, iż nie ma nic do stracenia. Użycie pocisków Jerycho wydaje się bardziej prawdo­podobne ze względu na to, jaki wysłałoby sygnał: „nigdy wcześniej nie używaliśmy tych pocisków bojowo, teraz to zrobiliśmy – to nie są żarty”.

Czy Bibi jest gotów zaatakować cele w samym Iranie? Wydaje się, że tak. Celowanie pociskami balistycznymi w Natanz i Fordo nie ma sensu, Jerycho nie przebije się do wrażliwych części zakładów. Pocisk taki nadawałby się jednak doskonale na przykład do zniszczenia jakiejś placówki używanej przez Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej. Byłaby to operacja odwetowa o charakterze ściśle wojskowym, omijająca cywilów w przeciwieństwie do ataku przeprowadzonego przez Iran. Być może skłoniłoby to ajatollahów do zakończenia rozgrywki, tak aby obie strony mogły ogłosić coś na kształt remisu ze wskazaniem na siebie.

Tyle że użycie pocisku balistycznego także wiąże się z ryzykiem. Mówimy o ryzyku błędnej interpretacji. Iran wprawdzie dąży do posiadania broni jądrowej, ale wiadomo, że jeszcze jej nie ma, toteż jego pociski balistyczne z natury rzeczy nie mogą mieć głowic nuklearnych. Izrael tymczasem ma broń jądrową. Może się do tego nie przyznawać, ale żaden poważny analityk w to nie wątpi. Skutek uboczny tego stanu rzeczy jest taki, że Iran może uznać atak pociskami balistycznymi na swoje terytorium za atak jądrowy. I znów: może poczuć, iż nie ma nic do stracenia.

Jak zwykle w takich sytuacjach – każdy może postawić pytanie, ale odpowiedzieć na nie, to już zupełnie inna sprawa. Nie będziemy udawać, że mamy dostęp do narad toczących się w Jerozolimie i Teheranie. Prawda jest taka, że w obu stolicach na pewno wytyczono ściśle określone czerwone linie, ale jeśli ktoś z zewnątrz je zna, to tylko za pośrednictwem solidnej roboty wywiadowczej. Być może Izraelczycy (albo Amerykanie) wiedzą, gdzie przebiegają czerwone linie ajatollahów, i dostosują swoją reakcję tak, aby się do tych linii zbliżyć, ale ich nie przekroczyć.



Plany trafiły na półkę

Aktualizacja (18 kwietnia, 5.00): Jak informuje portal The Times of Israel, Netanjahu po wspomnianej wyżej rozmowie telefonicznej z Bidenem odłożył ad acta plany operacji odwetowej. Decyzje w tej sprawie – określające szereg dostępnych opcji – miały zapaść na posiedzeniu rządu jeszcze przed irańskim atakiem. Gdy ten nastąpił, Izraelczycy byli gotowi praktycznie od razu zareagować „kinetycznie”.

Biden odwiódł Bibiego od tego zamiaru. Jak stwierdziło poufne źródło izraelskiej telewizji publicznej, Jerozolima wciąż zamierza wysłać Iranowi stosowną odpowiedź, ale o zupełnie innym charakterze, niż planowano jeszcze kilka dni temu. Górę miały wziąć względy dyplomatyczne. Początkowo uderzenie odwetowe przesunięto na noc z 15 na 16 kwietnia, a następnie odłożono bez­ter­minowo.

Prawdopodobieństwo ataku na Iran bynajmniej nie spadło do zera, ale w obecnym układzie można sądzić, że Izrael zdecyduje się na uderzenia wymierzone w Irańczyków w Libanie i Syrii. Nie w generałów, rzecz jasna, ale w personel Sił Ghods niższego szczebla. Jeśli zaś dojdzie do operacji bezpośrednio w Iranie, będzie ona miała charakter raczej ataku hakerskiego aniżeli kinetycznego.

twitter.com/IAFsite