„To nie Hitler, Göring, Goebbels, Himmler i jak jeszcze oni wszyscy się nazywali, deportowali mnie i bili. Nie, nie oni. To zwykły szewc, znajomy sąsiad lub mleczarz. W pewnym momencie tacy jak oni dostali mundury, opaskę i czapkę – i nagle stali się członkami rasy panów”. Karl Stojka, wiedeński Cygan, więzień nazistowskiego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, miał oczywiście rację, wypowiadając powyższe słowa. Nie zaznaczył jednak, według mnie, najważniejszego: że zarówno Hitler, jak i cała grupa jego paladynów, nie stanowili wyjątku i także nie wyróżniali się ani pochodzeniem, ani niczym szczególnym od reszty społeczeństwa.

Mało tego, większość z nich znacznie in minus odbiegała od normy jeśli chodzi o inteligencję, wykształcenie, zdolność logicznego myślenia, kulturę, obyczajowość czy w końcu sprawność fizyczną bądź odwagę. Szczególnie te ostatnie przymioty tak bardzo wynoszono na piedestał w nazistowskich Niemczech. Wydaje się, że dziś postać Adolfa Hitlera została już odmitologizowana w historiografii, jednak biografie jego notabli są nadal małe znane. Sylwetki Göringa czy Himmlera wciąż kojarzą się głównie z władzą, potęgą, siłą, bogactwem, wiernością ideom, perfekcjonizmem, hardością, przestrzeganiem rozkazów etc. W rzeczywistości ich życiorysy wyglądają zupełnie inaczej.

„Żydożerca z Norymbergii”

Gudrun Pausewang, znana niemiecka pisarka – ponadosiemdziesięcioletnia dziś kobieta, kiedyś działaczka Bund Deutcher Mädel, nazistowskiej organizacji skupiającej i wychowującej w „brunatnych” ideałach młode dziewczyny – wspomina o pewnym opowiadaniu, które wywarło, jak sama przyznaje, ogromny wpływ na jej psychikę aż po dzień dzisiejszy. Pochodziło z nazistowskiej książeczki propagandowej „Der Griftpilz” – „Grzyb trujący“.

Warto zacytować samą Gudrun Pausewang streszczającą w kilku zdaniach to „dzieło”: „Matka wysłała swoją córkę do dentysty, mała siedzi w poczekalni z inną dziewczynką, która naraz zostaje wezwana przez lekarza. Dentysta ma naturalnie twarz Żyda, krzywy nos, obwisłe wargi, worki pod oczami. No więc ta dziewczynka (…) zostaje sama w poczekalni i nagle słyszy dochodzący z gabinetu krzyk: »O, nie, panie doktorze, proszę, nie, panie doktorze!«. (…) I teraz jako dziecko pozostaję z pytaniem, co ów Żyd na miłość boską zrobił tamtej dziewczynce? Oczywiście, że to niesamowicie pobudzało moją wyobraźnię”.

Jak chory i niezrównoważony umysł mógł wymyślić formę propagandy, która miała oddziaływać w ten sposób wyłącznie na dzieci? Kto mógł wpaść na pomysł budzący niesmak nawet wśród towarzyszy partyjnych? W III Rzeszy, mimo powszechnie szalejącego antysemityzmu, mógł to być tylko jeden człowiek. Nazywał się Julius Streicher. I rzeczywiście, to on był wydawcą tej historyjki.

Mimo że nie był bezpośrednim autorem tego antyżydowskiego opowiadania, lecz „tylko” jego głównym pomysłodawcą, to Streichera – całkiem słusznie – powszechnie uważa się za symbol ślepej nienawiści do Żydów. Nawet wśród innych zagorzałych nazistów nazywano go „Żydożercą z Norymbergi”, z tego bowiem okręgu był gauleiterem. Pozostałby prawdopodobnie odizolowanym maniakiem, gdyby III Rzesza nie dała mu możliwości oddziaływania na miliony Niemców poprzez redagowanie antysemickiej gazetki „Der Stürmer”.

Wiele mówi o jego poziomie intelektualnym, bystrości czy choćby życiowej zaradności sposób, w jaki dokonano jego aresztowania 23 maja 1945 roku. Wtedy to w okolice słynnego Berchtesgaden wyruszyło na patrol kilku żołnierzy amerykańskich w charakterystycznym już dla niemieckich dróg dżipie. Był to czas „polowania” na zbiegłych i ukrywających się nazistów.

Dowódcą patrolu był major Henry Blitt, amerykański Żyd, który widząc w jednej z mijanych wiosek starego mężczyznę z burzą siwych włosów na głowie postanowił wprosić się na szklankę mleka i krótką rozmowę.

Panowie rozmawiali w jidysz. Podczas krótkiej pogawędki będący w dobrym humorze major Blitt spytał gospodarza co myśli o nazistach. – Nie interesuje mnie polityka – odparł mężczyzna. – Taaak? A wygląda pan zupełnie jak Julius Streicher – powiedział Blitt, zupełnie sobie żartując. Wtedy stało się coś, co wprawiło w osłupienie amerykańskiego żołnierza, który nie do końca wierzył własnym uszom, szczęściu, a zarazem głupocie rozmówcy. Przerażony, z potwornym grymasem na twarzy, Niemiec odpowiedział: – Skąd mnie pan zna?

Streichera natychmiast aresztowano. Z wyroku Trybunału w Norymberdze znalazł śmierć na szubienicy. Jako jedyny ze skazanych umarł z nazistowskim pozdrowieniem na ustach. Nie wiadomo tylko, czy była to oznaka ślepej wierności i posłuszeństwa aż po kres życia, czy też kolejny objaw szaleństwa.

„Mistrz” sztuki dyplomacji

W tym samym czasie, kiedy majorowi Blittowi udało się pojmać Streichera, na drugim krańcu Niemiec, w Hamburgu, ukrywał się długoletni minister spraw zagranicznych III Rzeszy, Joachim von Ribbentrop.

Nikogo niech jednak nie myli szlachecki przyimek „von” w nazwisku nazistowskiego ministra. Krew Ribbentropa nie miała w sobie ani kropli „błękitnej” domieszki. Nobilitację tłumaczył zazwyczaj zasługami na frontach Wielkiej Wojny, prawda jest jednak taka, że Joachim Ribbentrop, importer i handlarz alkoholem, obiecał dalekiemu krewnemu sporą kwotę w zamian za adopcję do nazwiska ze szlacheckim przyimkiem. Nieprzypadkowo Goebbels pisał o nim: „Nazwisko sobie kupił, w pieniądze się wżenił, a urząd zdobył szalbierstwem”. Inna sprawa, że nigdy nie spłacił sumy, którą obiecał krewnym za nowe nazwisko.

Jego olbrzymią pychę trafnie charakteryzuje sytuacja z końca wojny, kiedy to po samobójstwie Hitlera admirał Dönitz zaczął naprędce kompletować nowy rząd. Na stanowisko ministra spraw zagranicznych pragnął powołać byłego ministra finansów, hrabiego Lutza Schwerina von Krosigka. Ten jednak proponował Konstantina von Neuratha, także byłego ministra, ale spraw zagranicznych (który sprawował tę funkcję bezpośrednio przed Ribbentropem) – mającego więc już doświadczenie. Dönitz, chcąc skontaktować się z von Neurathem, zatelefonował do Ribbentropa, aby ten dał mu namiary. Doszło do burzliwej rozmowy, podczas której Dönitz zakomunikował Ribbentropowi, że nie widzi dla niego miejsca w nowym gabinecie, jeśli jednak ma on obiekcje co do nominacji von Neuratha, to niech zadzwoni za jakiś czas i poda lepszą kandydaturę. Około pół godziny później Dönitz odbiera telefon, a w słuchawce odzywa się głos Ribbentropa: „Panie admirale, przemyślałem sprawę dokładnie i muszę otwarcie powiedzieć, że tylko siebie samego mogę polecić panu jako kandydata!”.

Tymczasem jednak Ribbentrop zapadł się pod ziemię z obawy przez poszukującymi go aliantami. Nie byłby jednak sobą, jeśli po raz kolejny nie postarałby się o kompromitację zarazem własnej osoby, jak i całej III Rzeszy, przy okazji obnażając swą niekompetencję i głupotę. Albowiem 14 czerwca 1945 roku, po wydaniu go przez syna gospodarza, u którego się ukrywał, do małego mieszkania w Hamburgu wkraczają Brytyjczycy. Zastali w nim atrakcyjną młodą damę i Ribbentropa, który spał tak mocnym snem, że sami musieli go obudzić. Najciekawszym momentem okazała się jednak kontrola osobista. Znaleziono bowiem przy Ribbentropie, oprócz pokaźnej sumy reichsmarek i fiolki z cyjankiem, list zaadresowany do… „Vincenta” Churchilla! Angielski żołnierz nie mógł uwierzyć własnym oczom.

Czego jednak można było się spodziewać po kimś, kto będąc ambasadorem III Rzeszy w Anglii, na audiencji u Jerzego VI stuknął obcasami, wyrzucił w powietrze prawe ramię i ryknął: „Heil Hitler”?

Wierny Heinrich

„»Naród żydowski zostanie wytępiony« – mówi każdy członek partii, to jasne, to przewiduje nasz program (…) A potem przychodzą wszyscy, 80 milionów poczciwych Niemców, i każdy ma swego przyzwoitego Żyda. Jasne, wszyscy inni to świnie, ale ten jeden Żyd to pierwsza klasa (…) Większość z was wie, co to znaczy, kiedy leży obok siebie sto trupów, pięćset trupów, tysiąc trupów. Wytrzymać to, a przy tym – pomijając wyjątkowe wypadki słabości ludzkiej – pozostać człowiekiem przyzwoitym – oto, co uczyniło nas twardymi”.

Autor tych słów, właściciel niewielkiej farmy drobiu nieopodal Monachium, „weteran” Wielkiej Wojny, który nigdy nie widział frontu, cherlawy i chorowity piewca tężyzny fizycznej, w końcu Reichsführer SS – oprawca milionów Żydów, Polaków, Rosjan, Romów itd., ani sam nie wytrzymał tego ,o czym wspominał w swej mowie, ani twardym także nigdy nie był. I choć główną zasadą, którą wpoił w swoje SS, były słynne słowa „Meine Ehre heisst Treue”, „Moim honorem jest wierność”, to Heinrich Himmler – bo o nim oczywiście mowa – nie pozostał wierny do końca.

W sierpniu 1941 roku, Reichsführer SS przybył na inspekcję do Mińska. Został tam przyjęty przez Arthura Nebego, któremu, po wysłuchaniu jego meldunku, nakazał przeprowadzić egzekucję stu osób. Nazajutrz esesmani zgrupowali ofiary w szeregach nad wykopanym rowem. Każdy szereg po kolei wchodził do rowu, kładł się na brzuchu, a oprawcy strzelali. Uczestniczący w egzekucji Himmler z każdą kolejną salwą czuł się gorzej. Jego nerwy były napięte do ostatka, w końcu nie potrafił się już opanować i – na oczach między innymi von dem Bacha-Zalewskiego, późniejszego kata powstańców Warszawy – zwymiotował. Tego typu reakcja nie przystoi takiemu „twardzielowi” jak szef SS.

W innym miejscu i czasie Himmler postanowił uświetnić swoją osobą „uroczystość inauguracji pracy” komory gazowej w pewnym obozie koncentracyjnym. Jak wspomina świadek tego wydarzenia – ówczesny więzień owego kacetu, Hans Frankenthal – Reichsführera, obserwującego przez wizjer powolną śmierć żydowskich więźniów, kolejny raz zawiodły nerwy i stało się to, co miało już miejsce w Mińsku. Asystującą mu dwójkę esesmanów natychmiast wysłano na front wschodni. Nie mogli przecież opowiadać, że widzieli, jak fatalnie ich szef znosi egzekucję „podludzi.”

Gdzie podziała się pogarda dla Żydów, którzy w jego oczach bardziej przypominali szczury niż ludzi, w momencie, kiedy pod koniec wojny spotkał się z przedstawicielem Światowego Kongresu Żydów, Norbertem Masurem? Gdzie podziały się jego zasady, kiedy potrząsając przyjacielsko jego ręką mówił: „Nadeszła pora, abyśmy wspólnie – wy, Żydzi i my, narodowi socjaliści – zakopali topór wojenny”? Gdzie była jego wierność Hitlerowi, gdy za jego plecami chciał się dogadać z aliantami, wykorzystując w tym celu szwedzkiego hrabiego Folkego Bernadotte?

Wielu esesmanów popełniło samobójstwo na wieść o zdradzie ich duchowego przewodnika, mentora, wzoru do naśladowania. Heinrich Himmler wkrótce do nich dołączył przegryzając szklaną fiolkę z cyjankiem, będąc już wówczas w rękach Brytyjczyków.

Narkoman z Karinhall

Aliancki strażnik z więzienia przejściowego Bad Mondorf opowiadał Gustave’owi Gilbertowi, psychologowi opiekującemu się nazistami osadzonymi w Norymberdze, że gdy pierwszy raz ujrzał Göringa, pomyślał sobie, że ma przed oczami: „głupkowatego gadułę z dwiema walizkami narkotyków”. „Myślałem, że jest przedstawicielem jakiejś firmy farmaceutycznej” – dodał po chwili.

Taka charakterystyka może się wydawać w pewien sposób zabawna, ale tylko do momentu, gdy uświadomimy sobie, że Hermann Göring – „ostatni człowiek renesansu”, jak o zwykł sobie mawiać – był głównodowodzącym Luftwaffe, ministrem lotnictwa, ministrem leśnictwa, jedynym marszałkiem Rzeszy, premierem Prus i przewodniczącym Reichstagu. Dodać należy, że swego czasu piastował urząd Ministra Spraw Wewnętrznych Prus – zreformował wtedy policję, dając początek Gestapo.

Człowiek posiadający tak ogromną władzę i mający wpływ na życie milionów współobywateli, a później na niezliczoną rzeszę mieszkańców Europy, był zwykłym, często niemającym jakiegokolwiek poczucia rzeczywistości narkomanem. Choć był jednym z najinteligentniejszych nazistów (jego iloraz wynosił 138), to jednocześnie, w narkotykowym amoku, mógł być często niepoczytalny.

Świetnie zdawał sobie z tego sprawę doktor Pflucker, lekarz więzienny z Norymbergi, który załamany przyznał: „fakt, że drugi człowiek w kraju był morfinistą, był dla mnie gorzkim odkryciem. Teraz wiele spraw stawało się dla mnie jasne, zwłaszcza jego stałe fałszywe przewidywania na temat obrony przed nalotami lotnictwa nieprzyjacielskiego. Jako morfinista Göring widział wszystko w różowym kolorze; izolował się przed nieprzyjemną rzeczywistością”.

Ten lekkoduch, kochany przez Niemców za męskość, sławę pilota wyniesioną z powietrznych frontów Wielkiej Wojny, bez zażenowania, otwarcie przyznawał, że nie zna programu NSDAP. Lubił filozofować, choć jego złote myśli budzą raczej politowanie niż podziw. „Moim sumieniem jest Adolf Hitler”, „To nie ja żyję, to Hitler żyje we mnie” – to tylko próbka jego twórczości.

Popularność i narkotyki – te dwie rzeczy odrealniały go do takiego stopnia, że w czasie coraz częstszych alianckich nalotów pytał tylko najbliższych sobie oficerów, czy okolice Karinhall, jego ogromnej rezydencji nazwanej na cześć wielkiej miłości, przedwcześnie zmarłej żony, Karin von Fock-Kantzow, są na tyle bezpieczne, by mógł swobodnie polować.

Zamiast zarządzać Luftwaffe i starać się zabezpieczyć rodaków przed nieprzyjacielskimi nalotami, godzinami przesiadywał przy biurku przesypując z ręki do ręki liczne brylanty i inne drogocenne kamyczki, które w większości pochodziły z grabieży albo łapówek. Inną czynnością, którą przedkładał nad sprawy państwowe, były niekończące się podróże po Europie w poszukiwaniu dzieł sztuki, które rabował bądź rzadziej skupował do swojej rezydencji. Uwielbiał delektować się ich posiadaniem spoglądając na nie godzinami, siedząc w wygodnym fotelu, mając na sobie jakby kardynalskie, czerwone rajstopy.

Do końca swych dni, mimo że przeszedł skuteczną terapie odwykową w norymberskiej celi, pozostał jakby na uboczu rzeczywistego świata, pochłonięty bez reszty własnym, irracjonalnym, „ja”. Wykłócanie się z oskarżycielami podczas procesu o każde zdanie czy słowo, które świadczyło przeciw niemu, a było zawarte w niezliczonym materiale dowodowym, było żenujące i groteskowe. Jeszcze w ostatnich dniach życia był pewien, że za kilkadziesiąt lat w całych Niemczech będą stać jego pomniki.

Zwariowany pilot

10 maja 1941 roku, około godziny 23.00 w okolicach Eaglesham, małego miasteczka w Szkocji, rozbił się niemiecki samolot Messerschmitt Bf 110. Przed katastrofą szczęśliwie wyskoczył pilot. Znaleziony przez okolicznego rolnika, piękną angielszczyzną komunikuje mu, że ma bardzo ważną i pilną wiadomość dla RAF-u i że chce zobaczyć się z księciem Hamiltonem. Zaprowadzony do domu Szkota, który nie bardzo wiedział, co dalej robić, został zatrzymany przez policjanta z Eaglesham, który widział katastrofę i tymczasem zdążył przyjechać już na miejsce.

W ten sposób zaczęła się niewola Rudolfa Hessa, człowieka numer trzy w III Rzeszy, zastępcy Adolfa Hitlera.

Głęboko przeżył porażkę Niemiec w Wielkiej Wojnie, na którą trafił jako ochotnik pragnący wyrwać się spod władzy despotycznego ojca. Szybko odnalazł jednak nadzieję, kiedy w monachijskiej knajpie trafił na zebranie, podczas którego przemawiał Hitler. Młody Hess od samego początku poczuł nieomal magiczną, irracjonalną więź ze skrajnie wyidealizowanym przez niego przywódcą NSDAP.

Odkąd związał się ze swoim Führerem, zawsze był tylko „zastępcą”. Był u boku swego mistrza na każdym zebraniu, każdym przemówieniu, odsiadywał z nim wyrok w Landsbergu za pucz z 1923 roku, świętował kolejne triumfy w wyborach. Nie zaważyło to jednak na jego karierze. Nigdy nie piastował żadnego urzędu czy funkcji ważnej dla państwa. Zamknięty w sobie, otoczony najpierw lekarzami, z czasem zaś astrologami i szarlatanami, Hess coraz bardziej tracił kontakt z rzeczywistością. Jego sekretarki opowiadały, że czasami widziały go siedzącego nieruchomo przy biurku, godzinami wpatrującego się w jakiś punkt.

Wkrótce zaczął twierdzić, że cierpi na amnezję. Objawiła się także jego mania prześladowcza – po dwóch tygodniach pobytu w Anglii uważał, że otaczają go mordercy. Podejrzewał, że Brytyjczycy chcą go otruć, wielokrotnie, w ostatniej chwili przed spożyciem obiadu, zamieniał swój talerz na talerz sąsiada. W swoich posiłkach doszukiwał się takich rzeczy jak mydło, kwas karbolowy czy… gruczoły różnych zwierząt. Kilka razy próbował popełnić samobójstwo.

Wreszcie, na początku 1945 roku, zakomunikował, że czuje się już dobrze i odzyskał pamięć, a także chce przekazać światu pewną nowinę. Nikogo raczej nie zdziwiło, iż owa nowina głosiła, że Żydzi posiadają tajemniczą moc, która pozwala im hipnotyzować ludzi. Ich czarom ulegli wszyscy otaczający go strażnicy, lekarze, grupa von Stauffenberga, Churchill, a także… on sam.

Podczas procesu w Norymberdze zachowywał się podobnie jak w Anglii. Nikt już nawet nie zwracał uwagi, gdy na sali sądowej, podczas przesłuchań świadków i oskarżonych, Hess siedział spokojnie, czytając książkę i czasami wybuchał dziwnym, spazmatycznym śmiechem. Wydaje się, że ocknął się z tego letargu, kiedy miał wygłosić ostatnie słowa przed ogłoszeniem wyroku. Powiedział wtedy między innymi: „Było mi dane przez wiele lat mego życia działać pod przewodem największego człowieka, którego naród mój zrodził w swej tysiącletniej historii (…) Niczego nie żałuję”.

Z wyroku Trybunału został skazany na dożywocie. Osadzony w więzieniu Spandau, zmarł w 1987 roku – nigdy nie stwierdzono u niego choroby psychicznej.

Fanatyczny karzeł

W 1933 roku gazety w Genewie opublikowały karykaturę przedstawiającą małego, okaleczonego karła o czarnych włosach. Pod nią zamieszczono następujący podpis: „A któż to taki? To przedstawiciel rosłej, zdrowej, jasnowłosej i niebieskookiej rasy nordyckiej”. Sześć lat później, kiedy wybuchła II wojna światowa i właśnie brak wymienionych cech często decydował o śmierci setek tysięcy ludzi – nikomu już do śmiechu nie było.

Za rozprzestrzenianiem i upowszechnieniem się takich kryteriów w świadomości milionów Niemców, w głównej mierze stał człowiek przedstawiony w opisanej karykaturze. Minister Propagandy i Oświecenia Publicznego, doktor Joseph Goebbels. Choć natura odmówiła mu muskulatury, wzrostu i innych cech, które winny charakteryzować – szczególnie w mniemaniu chuliganów z SA – członka NSDAP, a także przysporzyła mu wstydliwego defektu jednej z kończyn, to inteligencją i błyskotliwością śmiało mógł się chwalić i szczycić.

Traktowany przez kompanów z przymrużeniem oka, nazywany „naszym małym doktorem”, był jednym z najbardziej fanatycznych nazistów. Zdawał sobie jednak sprawę z ułomności. Pisał: „Noga mi bardzo dokucza.

Myślę o niej bezustannie, a to mi zatruwa całą przyjemność przebywania między ludźmi”. Jego wiara w Hitlera przypominała coś z opętania, maniactwa, jakiejś niezidentyfikowanej choroby. Pamiętamy sentencję Göringa: „moim sumieniem jest Adolf Hitler”. Choć w przypadku szefa Luftwaffe były to nic nie znaczące słowa, to jeśli chodzi o Goebbelsa, jak najtrafniej charakteryzują całe jego życie, odkąd na swojej drodze spotkał Führera.

Warto przyjrzeć się kilku zapiskom z jego słynnych dzienników. Czytamy na przykład: „Hitler przyjechał. Wielka to dla mnie radość. Wita się ze mną jak ze starym przyjacielem. Jest dla mnie serdeczny. Jak ja go kocham! Co za człowiek!… Potem Hitler mówi. Jakiż jestem przy nim mały! Daje mi swą fotografię. Pozdrowienia z Nadrenii. Heil Hitler!… Chciałbym mieć w Hitlerze przyjaciela. Jego portret stoi na moim biurku…”. Albo: „To geniusz. Twórcze narzędzie opatrzności. Jestem nim wstrząśnięty (…) Prawdziwy mężczyzna”.

Pewnego razu, w przypływie chorego podniecenia, wręcz ekstazy, przyrównał Führera do Chrystusa, po czym oświadczył, że może nadejść godzina, w której naród zażąda: „Ukrzyżujcie go!”. Wtedy on, z podobnymi sobie fanatykami, ochroni swego „Zbawiciela” i będzie mu śpiewał „Hosanna”.

Faktycznie, można sądzić, że naród niemiecki w ogromnej większości właśnie dzięki niemu nie opuścił Hitlera. Genialnie zorganizowana propaganda oddziaływała na ludzką psychikę i kształtowała jej światopogląd aż po ostanie dni II wojny światowej. I bynajmniej nawet wtedy jej skutki wcale nie znikły z niemieckiej perspektywy postrzegania rzeczywistości.

Także sam Goebbels wytrwał przy swoim nauczycielu do samego końca. Po śmierci Hitlera on również postanowił odejść wraz z żoną z tego świata, który bez Führera nie miał już dla niego sensu. W ich mniemaniu nie miał mieć również sensu dla ich małoletnich dzieci. Magda Goebbels przy całkowitej aprobacie męża zamordowała całą szóstkę tuż przed własną śmiercią. Po tej straszliwej zbrodni, zapłakana, zdążyła jeszcze postawić pasjansa.

Artykuł został napisany na rzecz czasopisma „Wehikuł czasu” wydawanego przez studentów historii Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie i opublikowany pod tytułem „Odmitologizować nazizm. Czyli krótki przegląd biografii hitlerowskiej świty”.

Bibliografia:

Przykładowe biografie:

Grunberg K., Otręba B., Joachim von Ribbentrop. Kariera ministra III Rzeszy, Bydgoszcz 1991.
Irving D., Goebbels. Mózg III Rzeszy, Gdynia 1998.
Irving D., Goering, Gdynia 2000.
Patfield P., Himmler. Reichsfuhrer SS, Warszawa 2003.
Patzold K., Weissbecker M., Rudolf Hess. Ciekawa historia, Warszawa 2001.
* * *
Crankshaw E., Gestapo, Warszawa 1997.
Fest J.C, Oblicze Trzeciej Rzeszy, Warszawa 1970.
Heydecker J., Leeb J., Trzecia Rzesza w świetle Norymbergii. Bilans tysiąca lat, Warszawa 1979.
Knopp G., SS przestroga historii, Warszawa 2004.
Knopp G., Dzieci Hitlera, Warszawa 2008.
Marks S., Dlaczego poszli za Hitlerem?, Warszawa 2009.