Chiny to ogromny kraj, z tym zgodzi się każdy. 1,35 miliarda ludzi, powierzchnia 9,6 miliona kilometrów kwadratowych, ponad 3,3 biliona dolarów rezerw walutowych, druga gospodarka świata i do tego miano jego fabryki. Słowem: potęga. Ale czy na pewno? Potęga gospodarcza, owszem, nie ma dwóch zdań. W Chinach produkuje się wszystko, od sandałów po najnowsze zdobycze IT. Jeżeli padnie hasło wybudowania czegoś, będzie zrobione, i to przed czasem. Kolej magnetyczna z Szanghaju do Pekinu, szybka kolej na trasie Pekin–Guangzhou (ponad 2200 kilometrów), wielki port w Szanghaju. Kraj jest w ciągłej przebudowie. Mieszkając przez prawie miesiąc w Shenzhen, byłem świadkiem budowy hotelu, któremu dobudowywano jedną kondygnację każdego dnia. Swoją drogą, Shenzhen powstało zaledwie 33 lata temu, a aglomeracja już liczy blisko 10,5 miliona mieszkańców. Natomiast jeżeli chodzi o chińskie siły zbrojne, już tak dobrze nie jest, ale tylko do czasu.

Zacznijmy od spraw historyczno-politycznych. Tajwan. Rzecz jasna, na każdej mapie w każdym miejscu w Chinach zobaczymy granicę ChRL wraz z zaznaczonym Tajwanem i dopiskiem „zbuntowana prowincja”. Każdy Chińczyk kontynentalny na pytanie, co sądzi o zjednoczeniu, odpowie natychmiast, że Tajwan powinien być włączony do ChRL na zasadzie „jeden kraj – dwa systemy”, podobnie jak w 1997 roku Hongkong. I ten sam rozmówca nie rozumie, dlaczego „tamci” nie chcą być częścią jednego państwa. W domyśle komunistycznego, ale obecne Chiny nie mają nic wspólnego z komunizmem w rozumieniu z czasów Mao w latach 1949–1976. Owszem, Mao do dziś widnieje na papierowym juanie, ale to tylko gest dobrej woli ekip rządzących, które są kontynuatorkami myśli Deng Xiaopinga, a ten zwykł mawiać: „nieważne, czy kot jest biały czy czarny, ważne, żeby łapał myszy”. I tak jest w rzeczywistości. Krajem niepodzielnie rządzi jedna partia, w domyśle komunistyczna, ale kraj rozwija się w kapitalistycznym stylu. Modne sklepy, wieżowce, tysiące dolarowych milionerów, drogie samochody na ulicach miast, najnowsze telefony z dostępem do internetu. Bogactwo wielkich miast, ale i bieda wsi, coraz większa dysproporcja w zarobkach najbogatszych i najbiedniejszych. Mimo że poziom życia na wsi jest absolutnie nie do porównania z tym w roku 1980, nadal jest biednie. I będzie jeszcze gorzej, chyba że zapowiedzi polityków o wyrównaniu przepaści ekonomicznej wejdą w życie.

Tym wywodem odszedłem od problemu, a raczej kwestii Tajwanu. Co dalej? Wprawdzie obecnie na Tajwanie po raz pierwszy od lat 40. nie rządzi nacjonalistyczny Kuomintang, ale i tak ludność Tajwanu (głównie rdzenni mieszkańcy wyspy, 84%, i napływowi Chińczycy z lat 1945–1950) opowiada się za niepodległością. Jak pogodzić myśl kontynentalną z tym, co prezentują wyspiarze? Nie da się, więc jakie są możliwości?

DoD/Erin A. Kirk-Cuomo

DoD/Erin A. Kirk-Cuomo


Opcja pierwsza: status quo, dalsza wymiana gospodarcza, spotkania na wysokich szczeblach, rozmowa i dialog podszyte wrogością i nieufnością. I tu ciekawostka. Mimo że obrót handlowy Tajwanu i Chin jest bardzo ożywiony, statki handlowe kursujące między wyspą a kontynentem zawijają, a raczej stoją na redzie japońskich wysp Riuku – tyko po to, by dostać pieczątkę, że statek przypłynął do Chin bądź Tajwanu z Japonii. Po co? Aby wykazać, że nie ma oficjalnego handlu między oboma krajami.

Rzecz jasna, dobrowolne włączenie Tajwanu do ChRL byłoby ogromnym sukcesem propagandowym i prestiżowym dla władz w Pekinie. Przypomnij sobie, drogi Czytelniku, z jaką pompą szesnaście lat temu pokazywano przejęcie władzy i zawieszenie ogromnej chińskiej flagi w Hongkongu. Warto też wspomnieć, że czytając angielskojęzyczne gazety w Hongkongu, wciąż odczuwa się ducha demokracji, więc przejęcie go od Brytyjczyków nie było katastrofą dla samych mieszkańców. Z tego wynika, że opcja pierwsza będzie rzeczywistością, gdyż ChRL nie ma wystarczającej siły militarnej żeby pozwolić na zbrojną agresję. Na razie.

Opcja druga: agresja na Tajwan. Dzisiaj opcja taka byłaby samobójstwem dla Chin. Ich marynarka wojenna nie ma wystarczających sił. 6 atomowych okrętów podwodnych, 4 okręty podwodne z pociskami balistycznymi, 25 niszczycieli i 47 fregat oraz jeden lotniskowiec, a w sumie ciężki krążownik lotniczy typu Admirał Kuzniecow. Mimo szczupłości sił pamiętać trzeba, że w 2012 roku budżet Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej miał wynieść aż 106 miliardów dolarów, gdyż jak stwierdził premier Chin Wen Jiabao, „są to kroki konieczne, aby umożliwić ChALW zwyciężanie w lokalnych wojnach w dobie informatyzacji”. I tu mała dygresja na temat Liaoninga, gdyż tak Chińczycy ochrzcili swój pierwszy lotniskowiec. Sięgając pamięcią prawie sto lat wstecz, zobaczymy pierwsze, prymitywne konstrukcje amerykańskie, brytyjskie czy japońskie – Langley, Furious czy Hōshō. Każdy z tych okrętów był protoplastą kolejnych jednostek. Tak samo jest z chińskim lotniskowcem. To rodzaj poligonu doświadczalnego, z którego będzie można wysnuć wnioski na przyszłość. A zatem skoro Liaoning jest chińskim pionierem lotniskowców, możemy się spodziewać w ciągu 20–30 lat powstania lotniskowców na miarę chińskich możliwości. Piszę w liczbie mnogiej, gdyż wydaje mi się, że dla Chin najważniejsze będą trzy regiony w Azji: obszar wokół Korei Południowej i Japonii, Tajwan oraz cieśnina Malakka.

Gdyby nawet doszło obecnie do wojny, w co absolutnie wątpię, Chiny musiałyby liczyć się z sankcjami i prawdopodobną interwencją. Scenariusz wyglądałby podobnie jak w wojnie z Irakiem na przełomie 1990 i 1991 roku: Amerykanie wysyłają flotę Pacyfiku składającą się z kilku lotniskowców, pierwszego dnia niszczą stacje radiolokacyjne, urządzenia telekomunikacyjne, infrastrukturę, a dopiero na koniec przeprowadzają udany desant na Tajwan (który chcą wyzwolić). Za każdym razem, czy to w Iraku, czy w Libii, mogliśmy usłyszeć o wspaniale wyszkolonej gwardii przybocznej, której wartość bojowa po zakończeniu działań wojennych okazała się znikoma. Elitarne dziś chińskie oddziały bez wsparcia logistycznego i osłony z powietrza zapewne podzieliłyby los formacji irackich czy libijskich. Pamiętajmy także, że Amerykanie mogliby skorzystać z baz na Okinawie i Guamie, a co za tym idzie, ograniczenie roli Floty Pacyfiku byłoby priorytetem dla chińskiej marynarki. Chińczycy potrzebują więc okrętów podwodnych do obserwacji baz morskich na daleko wysuniętych pozycjach od nowoczesnej bazy Sanya na wyspie Hajnan, które mogłyby ostrzec przed ewentualną armadą amerykańską, a przy okazji zatopić to co najcenniejsze dla floty USA – lotniskowce. Jeżeli nawet okręty podwodne nie dokonałyby zniszczeń, obecność chińskich lotniskowców spowodowałaby zagrożenie dotychczas Amerykanom niezaznane, gdyż od czasu bitwy na Morzu Filipińskim w 1944 roku, nie walczyli z wrogiem posiadającym takie okręty. Tak więc na dziś opcja desantu na Tajwan zostaje odłożona. Chińczycy są zbyt rozsądni, żeby uwikłać się w konflikt, który przyniesie więcej strat niż zysków, gdyż nie mają na tyle silnej floty, żeby odstraszyć potencjalnego rywala – mam tu na myśli głównie USA. Pamiętajmy, że Chińczycy są bardzo pragmatyczni i uparcie dążą do celu. Dlatego nie dziwi dość poważne zainteresowanie strony chińskiej współpracą z rosyjskimi inżynierami w kwestii budowy okrętów podwodnych, torped i rakiet. Stąd też podejrzenia, jakoby katastrofa Kurska w 2000 roku była spowodowana przez Amerykanów chcących przeszkodzić w rosyjskich manewrach, gdzie obserwatorami była strona chińska.

Co innego zatargi z Wietnamem o wpływy na Morzu Południowochińskim, czyli o Wyspy Spratly, gdzie prawdopodobnie znajdują się spore złoża gazu i ropy. Tutaj konflikt nie wydaje się aż tak uciążliwy dla Pekinu jak pretensje wobec Tajwanu. Wietnam jest obecnie na uboczu wielkiej polityki, więc starcia chińsko-wietnamskie nie odbiłyby się wielką czkawką. Spór toczy się wyłącznie o dostęp do podmorskich złóż. Oczywiście Stany Zjednoczone, widząc rosnące aspiracje Chin w regionie, za każdym razem próbują torpedować zapędy Pekinu. Przykładem może być deklaracja sekretarz stanu Hillary Clinton, która w 2010 roku ostrzegła Chiny, że „pokój i wolność żeglugi na Morzu Południowochińskim są w interesie narodowym USA”. Nie można także zapominać o deklaracji prezydenta Baracka Obamy w sprawie strategii USA w regionie Azji i Pacyfiku. Chiny w tym wypadku, mając dość słabego przeciwnika, będą usiłowały przejąć kontrolę nad wyspami metodą faktów dokonanych lub też przez notoryczne sondowanie stanowczości Wietnamu i innych zainteresowanych tymi terenami. W miarę rozbudowy floty wojennej Chin stanowczość USA będzie maleć, gdyż nikt w Waszyngtonie nie będzie poświęcać życia żołnierzy za 750 raf, atoli i wysepek, których powierzchnia łączna nie przekracza 5 kilometrów kwadratowych. Dla porównania – Falklandy to 12 tysięcy kilometrów kwadratowych. Prawie identycznie wygląda spór chińsko-japoński o maleńkie Wyspy Senkaku na Morzu Wschodniochińskim. Tak jak w przypadku Wysp Spratly, i tu geolodzy podejrzewają obecność sporych zasobów ropy i gazu. Ale Japonia może zawsze liczyć na amerykańską pomoc, więc dola Senkaku pozostanie na razie bez zmian.

Obecnie chyba największym zagrożeniem ze strony Chin dla państw azjatyckich – ale nie tylko – jest zagrożenie cyberatakiem. Oprócz tego Chiny stały się jednym z liderów penetrowania i blokowania zagranicznych sieci informatycznych. Gdy dodamy jeszcze pojawienie się globalnego lidera sprzętu telekomunikacyjnego w postaci firmy Huawei, w której powstanie zaangażowany jest najprawdopodobniej rząd i wojsko, możemy dostać następujący obraz. Otóż na zeszłorocznej konferencji hakerów Defcon, Felix Lindner, prezes Recurity Labs, przedstawił dane, według których firmware serii routerów AR18 i AR29 zawiera w kodzie prawie 10 tysięcy (sic!) niebezpiecznych wpisów, które mogą umożliwić przejęcie kontroli nad tymi urządzeniami. Pamiętajmy, że Huawei jest jednym z najszybciej rozwijających się dostawców sieci i urządzeń telekomunikacyjnych na świecie. Według strony internetowej Huawei routery serii AR są wykorzystywane przez przedsiębiorców, a AR18 w szczególności jest sprzedawany jako produkt dla małych biur i domu. Co ciekawe, programiści z Recurity Labs nie mogli przetestować serii routerów NE, które wykorzystywane są przez firmy telekomunikacyjne, gdyż nie mogli ich uzyskać od Huawei. Ponadto Huawei, w odróżnieniu od innych firm teleinformatycznych, nie ma odpowiedniej aplikacji do zgłaszania błędów i luk, a wypuszczając na rynek nowe oprogramowanie, nie umieszcza listy poprawek! Oznacza to, że jeśli użytkownik znajdzie błąd, nie jest w stanie poinformować Huawei, gdyż nie ma sposobu na skontaktowanie się z działem pomocy. Co jest również charakterystyczne dla Huawei, po zastrzeżeniach zgłoszonych w trakcie Defconu firma ta nie odpowiedziała nawet komentarzem. Nic więc dziwnego, że w zeszłym roku House Intelligence Committee ostrzegł rząd USA przed współpracą i możliwością przejmowania amerykańskich spółek branży IT przez chińskie firmy Huawei i ZTE. Podobne stanowisko zajmuje BT, telekomunikacyjny gigant z Wysp Brytyjskich, który dość sceptycznie patrzy na propozycje współpracy z Huawei, a związane to jest z obawą o wyciek danych. Nic w tym dziwnego, skoro BT jest dostawcą usług dla wojska, NATO i MI6.

Chiny obecnie nastawione są przede wszystkim na ekspansję ekonomiczną, a ta jest w dzisiejszych czasach równie mocna jak potencjał gospodarczy. Wystarczy wspomnieć o oburzeniu społeczności międzynarodowej sposobem zarządzania anektowanym od 1950 roku Tybetem, a z drugiej strony – brakiem reakcji polityków zachodnioeuropejskich lub amerykańskich w formie sankcji czy zaprzestania handlu, co bardzo negatywnie wpłynęłoby na gospodarki ich państw.

Mimo że armia chińska ma pod bronią 2 miliony żołnierzy, to nadal wymaga ogromnych nakładów finansowych na modernizację i transformację w kierunku nowocześnie uzbrojonych i wyekwipowanych w środki łączności sił zbrojnych. Oprócz tego doktryna ukierunkowana na tradycyjne konflikty musi zostać przekształcona w doktrynę szybkiej reakcji i możliwości działania daleko od macierzystych baz. Pomóc ma wzrost nakładów na wojsko, który rokrocznie wzrasta prawie o 10% w stosunku do roku poprzedniego. Ale mimo ogromnych nakładów modernizacja wymaga czasu. W momencie, gdy gospodarka chińska dzięki taniej, niewykwalifikowanej sile roboczej jest dochodowa, a Chiny eksportują prawie wszystkie wyroby konsumpcyjne i sporo żywności po niskich cenach, pożądany dla armii stan będzie można osiągnąć w najbliższych 20–30 latach. Będzie to czas supremacji Chin pod względem jakościowym i ilościowym. Przeszkodą na tej drodze mogą być plany UE i USA w kwestii stworzenia panatlantyckiej unii gospodarczej, o której mówi się, że ma wejść w życie już w 2015 roku. Wtedy konkurencyjność Chin nie będzie tak spektakularna. Oprócz tego Chiny są paradoksalnie zależne od polityki monetarnej USA i vice versa, gdyż osłabienie dolara na rynkach walutowych momentalnie zmniejsza rezerwy walutowe Chin, a z drugiej strony pomruki Chin na temat zamiany rezerw na euro powodują zaniepokojenie w Waszyngtonie.

Chiny posiadają broń atomową, testują nowe pociski mające być odpowiedzą na amerykańską tarczę antyrakietową, posiadają międzykontynentalną rakietę balistyczną DF-31, opracowują myśliwiec V generacji J-20 wykorzystujący technologię „stealth” (dość podobny do F-35 Lightning II – przypadek?) oraz są na ukończeniu projektu śmigłowca szturmowego WZ-10 i Z-19. A mimo to nadal muszą liczyć się z reakcją USA bądź NATO na ewentualną agresję wobec sąsiadów, Sytuacja taka zmieni się wyłącznie wtedy, gdy USA pogrąży się gospodarczo lub potęga chińskiej armii, lotnictwa i marynarki będzie na tyle duża, że ani USA, ani NATO nie będą w stanie podjąć akcji, gdyż utraciłyby za dużo sprzętu i ludzi. W najbliższych 2–5 latach terytorialny status quo w Azji będzie faktem, a Chiny dalej będą rozszerzać wpływy ekonomiczne i modernizować armię, by w kolejnej dekadzie móc osiągnąć więcej.

Bibliografia:

Maciej Bitner, Rezerwy walutowe Chin a problem dolara, eGospodarka.pl, 7 maja 2009. Dostęp: 25 lutego 2013.
Thomas Claburn, What Huawei, ZTE Must Do To Regain Trust. informationweek.com, 17 października 2012. Dostęp: 25 lutego 2013.
Lucian Constantin, Hackers reveal critical vulnerabilities in Huawei routers at Defcon, computerworld.com, 30 lipca 2012. Dostęp: 25 lutego 2013.
Theresa Fallon i Graham Ong-Webb, Chińska gra o sumie zerowej na Morzu Południowochińskim drażni ich sąsiadów, stosunkimiedzynarodowe.info, 26 grudnia 2012. Dostęp: 25 lutego 2013.
John Fairbank, Historia Chin. Przekład: Teresa Lechowska, Zbigniew Słupski. Bellona, Warszawa 2003. ISBN 83-11-1109726-7
Minxin Pei, Morze Południowochińskie: jak Chiny mogą uniknąć kolejnego konfliktu, stosunkimiedzynarodowe.info, 13 czerwca 2011. Dostęp: 25 lutego 2013.
Roman Sławiński, Historia Tajwanu. Dom Wydawniczy Elipsa, Warszawa 2001. ISBN ISBN 83-7151-477-8.
Huawei and ZTE pose security threat, warns US panel. bbc.co.uk, 8 października 2012. Dostęp: 25 lutego 2013.

Roberto Stuckert Filho, Creative Commons Attribution-Share Alike 2.0