Jako że tajna zimna wojna 2.0 idzie pełną parą naprzód, mamy wysyp informacji o szpiegach, agentach wpływu i innych ope­rac­jach. Taka obfitość wiadomości w po­rów­na­niu z pierwszą zimną wojną wynika w dużej mierze z jednego faktu: w erze inter­netu i wszędo­bylskich mediów spo­łecz­noś­ciowych trudno zachować ta­jem­ni­ce. W takich warunkach rządy państw demo­kra­tycznych uznały, że lepiej ujaw­niać więcej, za to nie­koniecz­nie ważnych informacji, a następnie obrócić wszystko na własną korzyść.

Pozdrowień z Rosji ciąg dalszy

Pierwsze tygodnie po napaści na Ukrainę przyniosły pogrom rosyjskich siatek. Z państw Zachodu wydalano rosyjskich dy­plo­matów podejrzanych o szpie­gostwo i demas­kowano kolejnych agentów wpły­wu, chociaż często nie udawało się zmusić ich do milczenia, zwłaszcza jeżeli gwiazdorzą w mediach albo mają mocne polityczne „plecy”. Każda akcja powoduje jednak reakcję. Jak już pisaliśmy Rosjanie wyciągnęli wnioski z pierwszych porażek, zreorganizowali się i ze zdwojoną energią ruszyli nadrabiać stracony czas.



Jak wynika z informacji, do których dotarł Financial Times, Moskwa położyła większy nacisk na prowadzenie operacji z „bez­piecz­nych przystani” w Wiedniu i Gene­wie. Stamtąd ma wychodzić jedna trzecia działań prowadzonych w Europie. Około 150 zidenty­fi­ko­wanych rosyjskich agen­tów ma operować z Austrii i Szwaj­carii, posługując się pasz­portami dyplo­matycznymi.

Taka intensywność ma jednak swoją cenę. Tematem rosyjskich szpiegów zaczęły bardziej interesować się lokalne media, co stwarza punkt wyjścia do nacisków na rządy, aby coś z problemem zrobiły. Moskwa ma świadomość ryzyka, stąd na szpiegowskiej mapie pojawiły się dwa nowe, pozaeuropejskie ośrodki – Turcja i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Na marginesie dodajmy, że premier Belgii Alexander De Croo poinformował 5 marca o wydaleniu kilku­dzie­sięciu rosyj­skich dyplo­matów podej­rzanych o szpie­gostwo.

Jak mówi stare porzekadło, kto nie ry­zy­ku­je, ten nie wygrywa. Jak jednak od­róż­nić ryzyko mogące przynieść korzyści od niepotrzebnego? Powołując się na źródła w europejskich służbach, serwis Politico opisał sprawę obywatela Serbii Novicy Anticia, który jako rosyjski agent wpływu miał infiltrować instytucje Unii Euro­pejskiej. Antić ma po­wią­zania Wiacze­sławem Kali­ninem, który prowadzi serwis Military News, mający mieć po­wią­zania zarówno z FSB, jak i z rosyj­skim mini­sterstwem obrony. Biorąc pod uwagę relacje panujące między wojskiem a bezpieką, można zacząć w tym miejscu wyrażać wątpliwości albo przyjąć, że Kali­nin jest wyjątkowo sprawny w lawirowaniu.



Sprawa Anticia jest znacznie ciekawsza. Stoi on na czele Serbskiej Unii Wojskowej, swego rodzaju związku zawodowego żoł­nie­rzy służących w siłach zbrojnych Serbii. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy Antić głośno krytykował stosunki panujące w serbskim wojsku oraz wspierał inne związki zawodowe i grupy pracownicze, które weszły w konflikt z władzami. 27 lutego poinformowano o aresztowaniu działacza-agenta pod nie­ujaw­nio­nymi zarzutami. Służby miały także skon­fis­ko­wać telefony kilkunastu jego współ­pra­cow­ników. Z tych po­wierz­chow­nych informacji, można wy­wnios­ko­wać, że Antić nie był chyba najlepszą inwestycją rosyjskiego wywiadu.

Jak wiadomo, stare metody sprawdzają się najlepiej. 2 marca w bazie Offutt w stanie Nebraska zatrzymano pod­puł­kow­nika amery­kań­skich wojsk lądowych w stanie spo­czyn­ku Davida Franklina Slatera pod zarzutem prze­ka­zy­wania utaj­nionych infor­macji. Nie podano, dla jakiego państwa, jednak metody działania i tematyka prze­ka­zy­wa­nych materiałów mogą wskazywać na Rosję. Po odejściu ze służby czynnej Slater został cywilnym pracow­nikiem Dowództwa Strate­gicz­nego Stanów Zjednoczonych. Za pośred­nic­twem zagra­nicz­nego serwisu randko­wego były pod­puł­kownik w okresie w przybli­żeniu od stycznia do maja roku 2022 przeka­zywał poznanej tam kobiecie ((czy może raczej: postaci) tajne doku­menty dotyczące między innymi oceny rosyjskich zdolności bojowych i współ­pracy USA z Ukrainą.

Zaledwie pięć dni po Slaterze aresz­to­wa­no sier­żanta Korbeina Schultza z US Army, analityka danych wywia­dow­czych przy­dzie­lo­nego według mediów do 506. pułku piechoty ze 101. Dywizji Powietrz­no­desantowej. Zarzuty dotyczą prze­ka­zy­wa­nia informacji zwią­zanych z planami obrony Tajwanu, obroną przeciw­rakietową i systemami uzbro­jenia. Jak łatwo się domyślić po tym zestawie pytań, chodzi o operację chiń­skiego wywiadu. Schultza do prze­ka­zy­wa­nia danych skłoniły pieniądze. Na procederze miał zarobić 42 tysiące dolarów. Informacje prze­ka­zywał człowie­kowi podającemu się za miesz­kańca Hong­kongu.



Fraszka, igraszka, zabawka blaszana

Amerykanie oczywiście nie pozostają bierni. Serwis Wired opisał ostatnio pro­gram Locomotive, stworzony przez Mike’a Yeagleya i chętnie stosowany przez amerykański wywiad. W roku 2019 Yeagley, informatyk często pracujący dla rządu USA, zwrócił uwagę na problem związany z aplikacją randkową Grindr, szczególnie popularną wśród osób homo­seksu­alnych. Yeagley wykrył, że z aplikacji wyciekają do internetowych rekla­mo­daw­ców dane użytkowników. Ta furtka okazała się także otwierać dostęp do danych geolokalizacyjnych urządzeń, na których zainstalowano Grindra.

Yeagley uznał taką sytuację za potenc­jalne zagrożenie dla bez­pie­czeń­stwa naro­do­wego, tym bardziej że Grindr został w roku 2016 wykupiony przez Chińczyków. Przy­go­to­wał więc obszerną prezentację i rozpoczął z nią pielgrzymki po waszyngtońskich gabinetach. Władze uznały, że niewiele mogą zrobić w sprawie używania tej czy innej aplikacji przez swoich pracowników. Sam Yeagley zobaczył w tym jednak szansę i udało mus się zdobyć zainteresowanie służb wywiadowczych. Okazało się bowiem, że na podobnej zasadzie co w przypadku Grindra można zdobyć dostęp do danych geolokalizacyjnych telefonów, na których zainstalowano inne aplikacje, a to już otwiera wiele interesujących możliwości.

Według Wired dzięki Locomotive CIA i inne agencje rządowe są w stanie moni­to­ro­wać ruchy Władimira Putina. Nie chodzi tutaj oczywiście o podglądanie telefonu prezydenta Rosji. Locomotive nie daje możliwości bez­po­śred­niego ziden­ty­fi­ko­wania użyt­kownika telefonu. Na podstawie danych geolo­ka­li­za­cyjnych i aplikacji można jednak ziden­ty­fi­kować osoby z otoczenia Putina, takie jak kierowcy, personel biurowy, ochro­niarze, policjanci, i na tej podstawie próbować określić jego ruchy i miejsce pobytu.



Pole bitwy: Turcja

Turcja staje się coraz popularniej­szym polem działania wśród różnych wy­wia­dów. Jak już informowaliśmy w styczniu, turecki kontrwywiad zatrzymał trzydzieści cztery osoby podejrzane o współ­pracę z izraelskim Mosadem. W lutym zatrzy­mano siedem kolejnych. Wyjaśniła się także sprawa sześciu podej­rzanych, którym zarzu­cono groma­dzenie infor­macji o przy­wódcach ujgurskiej emigracji na terenie Turcji. Była to oczywiście operacja chińskich służb. Ankara wpraw­dzie chce jak najlep­szych relacji z Pekinem, ale lansowany przez prezy­denta Erdoğana panturkizm zobo­wiązuje.

Turcja pozostaje demokracją, chociaż „nieliberalną”, może więc stanowić przy­kład, co rządy zyskują na publi­ko­wa­niu takich informacji. Zdaniem Alego Buraka Darıcılıego, byłego oficera tureckiego wywiadu MİT, sprawa jest jasna i prosta. Turcja stanowczo zakomu­nikowała Chinom, że nie życzy sobie jakich­kolwiek operacji wywia­dow­czych wymierzonych w przeby­wających na jej tery­torium Ujgu­rów. Na tej samej zasadzie należy traktować ujawnianie informacji o za­trzy­ma­niach szpiegów pracujących dla Izraela czy Francji.

Алексей Никольский / Kremlin.ru