Lekkie samoloty bojowe na bazie samolotów szkolno-treningowych to już pomysł na tyle opatrzony, że niewart zdziwienia. Skoro istnieją ubojowione M-346 czy ubojowione T-50, w naszym kraju zwane pieszczotliwie „Fafikami”, to dlaczego miałby nie istnieć uzbrojony T-7A Red Hawk? Przecież bazowe wersje tamtych dwóch typów uczestniczyły w tym samym przetargu. Dlaczego zwycięzca programu T-X miałby być gorszy?

Wręcz przeciwnie: Red Hawk ma być lepszy. Jak informuje serwis Breaking Defense, przedstawiciel amerykańskich sił powietrznych (zachowujący anonimowość w myśl reguły Chatham House) zdradził, że opracowanie wersji bojowej – która miałaby nosić oznaczenie F-7 – jest obecnie poważnie rozważane. Na razie USAF nie rozmawiał jednak o tym projekcie z Boeingiem ani nie sformułował jeszcze zapytania o informacje.

Niemniej źródło Breaking Defense dało do zrozumienia, że prędzej czy później zapytanie będzie wystosowane. Oznacza to, że USAF chce dowiedzieć się, jakie koncepcje mogliby przedstawić inni producenci. Samolot ten, powstały w kooperacji Boeinga i szwedzkiego Saaba, jest pierwszym na świecie opracowanym przy wykorzystaniu inżynierii cyfrowej i ma w pełni cyfrową awionikę w otwartej architekturze.



USAF naciskał na użycie takiej filozofii projektowej właśnie po to, aby umożliwić rozległe modyfikacje i modernizacje w toku służby, a także aby inne koncerny, nie tylko producenci oryginalni, mogli uczestniczyć w tym procesie, co z kolei powinno obniżyć ceny.

Plany, mimo że wstępne i bardzo ogólne, są ambitne. Boeing jest przekonany, że dzięki nowoczesnej awionice hipotetyczny F-7 mógłby zaoferować użytkownikowi możliwości porównywalne z myśliwcami tak zwanej czwartej generacji, czyli na przykład F-16C, Gripenem C czy JF-17 dowolnej wersji. Oczywiście wszystko ma swoje granice. Niezależnie od tego, jak nowoczesną elektronikę wciśnie się do Red Hawka, nigdy nie zabierze on takiej ilości uzbrojenia co F-15E ani nie rozwinie tej samej prędkości co Viper. Ale też nie będzie aż tak drogi i trudny w obsłudze.

W wizji ubojowionego T-7A nie ma nic nowego. Zanim jeszcze samolot otrzymał swoją obecną nazwę, krążyły propozycje uczynienia zeń myśliwca przechwytującego do obrony terytorium USA. Działając w rodzimej przestrzeni powietrznej, maszyna nie potrzebowałaby ani zmniejszonej wykrywalności, ani systemów elektronicznych do pokonywania obrony przeciwlotniczej. Ale tu znów przeszkodą byłaby niewielka prędkość maksymalna, ledwo przekraczająca Mach 1.



Zdecydowanie bardziej realna jest wizja lekkiego samolotu bojowego – myśliwsko-uderzeniowego ze wskazaniem na jedną lub drugą połowę zależnie od wymogów użytkownika. Boeing już wcześniej sugerował, że Red Hawk może zająć miejsce obecnie stosowanych samolotów szkolno-bojowych, takich jak Alpha Jet, czy archetypicznego lekkiego myśliwca: F-5 Freedom Fightera / Tigera II. Ta ostatnia opcja jest szczególnie ciekawa właśnie teraz, gdy Tajwan szykuje się do wycofania swoich F-5 (czemu poświęcimy osobny tekst). Świeżo pojawiające się informacje sugerują, że do tego grona mogłyby też dołączyć najstarsze F-16, na przykład takie jak jordańskie.

Jordania posiada obecnie czterdzieści cztery F-16A i piętnaście F-16B w służbie liniowej. Aby odświeżyć flotę Amman zamówił osiem F-16 Block 70/72 (i ma zgodę Departamentu Stanu na osiem kolejnych), ale to dużo za mało w stosunku do potrzeb. Wydaje się, że Boeing chciałby celować właśnie w takie rynki: kraje mające stosunkowo dużą liczbę niemłodych już myśliwców i niemające pieniędzy na zakup porównywalnej partii nowoczesnych maszyn. Red Hawk mógłby wypełnić tę lukę.

Inne źródło Breaking Defense – przedstawiciel Boeinga, proszący o zachowanie anonimowości – studzi emocje. „Bardzo nam zależy, aby skupiać się na naszym pierwszym kliencie, toteż celowo odsuwamy w czasie dyskusje [o F-7]”, podkreśla źródło.

USAF już wcześniej flirtował z koncepcją lekkiego samolotu bojowego o napędzie odrzutowym. Był to Textron AirLand Scorpion, oblatany w 2013 roku. Tę maszynę również promowano jako zdolną do wypełniania zadań uderzeniowych (w tym bliskiego wsparcia w konfliktach asymetrycznych), obrony macierzystej przestrzeni powietrznej czy przechwytywania (i w domyśle: neutralizacja na amen) przemytników morskich. Ba, przez pewien czas producent chciał go zgłosić do konkursu T-X. Program nie został formalnie zamknięty, ale USAF już dawno machnął ręką na Scorpiona.



Na tym etapie można o ewentualności powstania F-7 powiedzieć: raczej tak niż nie. Trzeba jednak pamiętać, że samolot zaliczył sporo opóźnień. Niektóre wynikły z przyczyn obiektywnych (czytaj: pandemia), inne były jednak związane z konkretnymi problemami technicznymi, które trzeba było usunąć. Nadrobienie tych opóźnień na tyle, na ile się da, jest obecnie ważniejsze dla Boeinga niż opracowanie F-7.

Textron AirLand Scorpion.
(Łukasz Golowanow, Konflikty.pl)

Problemem ze zjawiskiem kołysania skrzydła (wing rock) podczas lotu na dużych kątach natarcia rozwiązano przez modyfikację oprogramowania, bez wpływu na konstrukcję. Z kolei przeprowadzone w 2021 roku testy fotela wyrzucanego Collins ACES 5 wykazały, że piloci podczas katapultowania mogą być narażeni na wysokie ryzyko wstrząśnienia mózgu, niebezpiecznego przyspieszenia przy otwieraniu spadochronów lub oderwania wizjera z hełmu przy dużych prędkościach.

Wszystkie te problemy – ich rozwiązanie i powiązane z nimi opóźnienia – kosztowały Boeinga 1,14 miliarda dolarów. W kwietniu USAF przekazał, że Red Hawk nie osiągnie wstępnej gotowości operacyjnej wcześniej niż wiosną 2027 roku, co oznacza ponaddwuletnie opóźnienie.

Pierwszy z pięciu egzemplarzy wyprodukowanych w fazie EMD (engineering and manufacturing development – rozwój inżynieryjny i produkcyjny) oblatano w czerwcu. USAF oficjalnie odebrał maszynę we wrześniu. Docelowo siły powietrzne otrzymają 351 samolotów (i czterdzieści sześć symulatorów) na podstawie kontraktu o wartości 9,2 miliarda dolarów przyznanego Boeingowi we wrześniu 2018 roku.



Red Hawki zajmą miejsce eksploatowanych od blisko sześćdziesięciu lat T-38C Talonów, które po wyszkoleniu wielu pokoleń amerykańskich pilotów będą mogły w końcu odejść na zasłużoną emeryturę. W służbie wciąż pozostają 504 egzemplarze. Mimo że używane do tej pory T-38C przeszły modernizację, są to maszyny sprzed sześćdziesięciu lat, których bazą techniczną był myśliwiec Northrop N-156, czyli późniejszy F-5 Freedom Fighter. Dodatkowo są to już maszyny bardzo zużyte.

W czasie targów Paris Air Show w 2019 roku przedstawiciel Boeinga szacował, że T-7 może się sprzedać w liczbie 2600 egzemplarzy. Około tysiąca miałoby trafić do wszystkich rodzajów amerykańskich sił zbrojnych, a pozostałe – do innych państw.

Zobacz też: Chiny budują nowego boomera, ale czy przytrafił im się Kursk?

USAF / Chase Kohler