2 maja 1982 roku brytyjski okręt podwodny HMS Conqueror posłał na dno argentyński krążownik General Belgrano. Mniej więcej od tego momentu wojna falklandzka zaczęła przyjmować obrót korzystny dla Londynu, ale chociaż Royal Navy stępiła pazury nieprzyjaciela, nie obcięła ich dokumentnie. Wokół miejsca zatonięcia Belgrano wciąż jeszcze trwała akcja ratunkowa, gdy argentyńskie samoloty boleśnie użądliły grupę bojową kontradmirała Johna Sandy’ego Woodwarda.

Stan posiadania argentyńskich sił powietrznych w dziedzinie maszyn bojowych obejmował wówczas 53 szturmowe A-4 Skyhawki w wersjach B i C, 36 myśliwskich Daggerów (czyli izraelskiej proweniencji Mirage’ów 5), 14 Mirage’ów III i sześć bombowców Canberra, do czego doliczyć należało maszyny lotnictwa morskiego: 12 A-4Q Skyhawków i pięć Super Étendardów. To właśnie jeden z nich stał się głównym bohaterem opisywanych tu wydarzeń.

Francuski sztandar

Seria samolotów typu Dassault Étendard, co tłumaczyć można właśnie jako „sztandar” lub „chorągiew”, wywodzi się z połowy lat 50. Jako pierwszy do produkcji seryjnej trafił Étendard IV, pokładowy samolot szturmowy, który przez ponad dwadzieścia lat stanowił kluczowy – obok myśliwców Crusader – element komponentu lotniczego Focha i Clemenceau. Jeszcze bardziej udaną konstrukcją okazał się Dassault-Breguet Super Étendard – cokolwiek pompatyczna nazwa bynajmniej nie była na wyrost. Wyprodukowano ich tylko 85 (łączna produkcja wszystkich Étendardów nie przekroczyła pułapu 200 sztuk), ale każdy kraj, w którym służyły, oceniał je jako trafioną inwestycję. W Iraku pięć wydzierżawionych maszyn spisało się nieźle w wojnie z Iranem (dwa zestrzelono), natomiast pod banderą francuską zmodernizowane samoloty – Super Étendard Modernisé – z powodzeniem wzięły udział w operacji Allied Force, czyli atakach lotniczych na Jugosławię, gdzie odbyły około czterystu samolotolotów i osiągnęły więcej niż zadowalającą celność. Pojawiły się także w ubiegłym roku nad Libią.

Jeden z Super Étendardów Argentyńskiej Marynarki Wojenej. Ten akurat egzemplarz wziął udział w udanym ataku na statek <i>Atlantic Conveyor</i>, co zaświadcza oznaczenie na nosie.

Jeden z Super Étendardów Argentyńskiej Marynarki Wojenej. Ten akurat egzemplarz wziął udział w udanym ataku na statek Atlantic Conveyor, co zaświadcza oznaczenie na nosie.
Martin Otero, Creative Commons Attribution 2.5.

Super Étendard nie zalicza się do demonów prędkości, pojedynczy silnik SNECMA Atar 8K-50 rozpędza go maksymalnie do 1000 km/h na małej wysokości. Stałe uzbrojenie stanowi podwójne trzydziestomilimetrowe działko DEFA, a bomby i rakiety można podwieszać na czterech węzłach podskrzydłowych i dwóch podkadłubowych. Znajdzie się tam miejsce dla pocisków powietrze-powietrze Magic, szerokiego wachlarza bomb, w tym nuklearnych, a także dla pocisku przeciwokrętoweego Exocet – tylko jednego, gdyż na drugim węźle podskrzydłowym instalowano zbiornik paliwa, który już opróżniony, odrzucano tuż przed wypuszczeniem Exoceta, by zachować wyważenie.

Exocet – czyli „latająca ryba” – był wówczas konstrukcją nową, ale bez wątpienia udaną i powszechnie uważano, że lepszą niż jego główny odpowiednik: amerykański Harpoon. Mimo to, zagrożenie ze strony Super Étendardów Royal Navy uznała za marginalne. Dlaczego? Przede wszystkim z winy mylnych doniesień wywiadu, jakoby tylko jeden z tych samolotów był zdolny do przenoszenia Exocetów, a samych pocisków w lotniczej wersji AM 39 Argentyńczycy mieli tylko pięć. Większego zagrożenia upatrywano więc we flocie nieprzyjaciela, zwłaszcza w lotniskowcu ARA Veinticinco de Mayo, będącym skądinąd ex-brytyjskim okrętem HMS Venerable, pamiętającym – podobnie jak wspomniany w poprzednim artykule Belgrano – czasy II wojny światowej. Ten jednak ani razu nie nawiązał walki z Brytyjczykami. Ci zaś doskonale zdawali sobie sprawę z potencjału Exoceta. Trzeba pamiętać, że w 1982 roku także pod banderą Royal Navy służyło kilkanaście okrętów uzbrojonych w te pociski.

Marynarze Royal Navy w strojach przeciwogniowych. To zdjęcie wykonano pod koniec wojny falklandzkiej na bliźniaczym HMS <i>Cardiff</i>.

Marynarze Royal Navy w strojach przeciwogniowych. To zdjęcie wykonano pod koniec wojny falklandzkiej na bliźniaczym HMS Cardiff.
Griffiths911, via Wikimedia Commons

Potencjał Exoceta znali też oczywiście Argentyńczycy i pokładali w nim wielkie nadzieje. Tamtejsi piloci intensywnie ćwiczyli atakowanie wrogich okrętów przy pomocy tych pocisków. Jako cele ćwiczebne służyły ich własne niszczyciele rakietowe.

Brytyjski niszczyciel

Brytyjskie niszczyciele typu 42 zaliczały się wówczas do najlepszych na świecie okrętów w swej klasie. Odniosły nawet mały sukces eksportowy, gdyż dwie jednostki zakupiła – o ironio! – Argentyna. Były to silnie uzbrojone okręty, przeznaczone głównie do ochrony własnych zgrupowań przed atakami z powietrza i spod powierzchni wody. Dlatego też główne ich uzbrojenie stanowiła podwójna wyrzutnia pocisków przeciwlotniczych i przeciwrakietowych Sea Dart oraz dwie potrójne wyrzutnie torped. Długi na 125 metrów, wypierający 4200 ton okręt obsadzała załoga licząca 286 oficerów i marynarzy. Dwie turbiny gazowe Rolls-Royce Olympus mogły rozpędzić okręt do trzydziestu węzłów.

Zespół bojowy kontradmirała Woodwarda udał się na wojnę z pięcioma niszczycielami typu 42 z sześciu posiadanych: Sheffield (dowodził komandor Sam Salt), Glasgow (komandor Paul Hoddinott), Coventry (komandor David Hart-Dyke), Cardiff (komandor Mike Harris) i Exeter (komandor Hugh Balfour), jako jedyny należący do drugiej serii produkcyjnej.

Pocisk powietrze-woda AM 39 Exocet (tu podwieszony pod myśliwcem wielozadaniowym Rafale).

Pocisk powietrze-woda AM 39 Exocet (tu podwieszony pod myśliwcem wielozadaniowym Rafale).
David Monniaux, na licencji Creative
Commons Attribution-Share Alike 3.0.

Obecnie pozostają w służbie jeszcze dwie jednostki trzeciej serii produkcyjnej, HMS Edinburgh i HMS York; od 2009 roku na ich miejsce wprowadzane są nowe niszczyciele typu 45. Argentyńczycy wycofali ze służby jedną ze swoich „czterdziestek dwójek” w 1989 roku, drugą zaś przebudowali na okręt transportowo-desantowy.

Pierwsze dni maja

Tuż po zatopieniu krążownika General Belgrano argentyńska flota wycofała się w pobliże macierzystego wybrzeża, by schronić się przed atakami okrętów podwodnych na płytszych wodach, pod osłoną lotnictwa. Brytyjczycy nabrali pewności siebie, gdyż wszystko wskazywało na to, że Armada de la República Argentina, wstrząśnięta utratą jednej z największych jednostek i ponad trzystu marynarzy, nie będzie już stanowiła realnego zagrożenia.

Okazało się, że mieli rację, ale nie same okręty toczyły wojnę ze Zjednoczonym Królestwem. Ze wszystkich rodzajów argentyńskich sił zbrojnych najwyższe morale było w lotnictwie, a jeśli spojrzeć na samą flotę – to wśród pilotów lotnictwa morskiego. I to właśnie oni zadali potężny cios odwetowy.

Argentyńczycy odpalali Exocety także z zaimprowizowanych wyrzutni lądowych. Wyrzutnię z tej fotografii zdjęto z niszczyciela ARA <i>Seguí</i>. 12 czerwca jej Exocet trafił w niszczyciel HMS <i>Glamorgan</i>.

Argentyńczycy odpalali Exocety także z zaimprowizowanych wyrzutni lądowych. Wyrzutnię z tej fotografii zdjęto z niszczyciela ARA Seguí. 12 czerwca jej Exocet trafił w niszczyciel HMS Glamorgan.
Autor nieznany, via Wikimedia Commons

Nadszedłby może już 3 maja, lecz fatalna pogoda tego dnia praktycznie uniemożliwiła loty. Argentyńczycy próbowali co prawda, lecz skutek był taki, że jeden Aermacchi MB-339 wysłany na rekonesans rozbił się w morzu w drodze powrotnej do Stanley. Notabene, Sandy Woodward obawiał się, że kontratak może nadejść właśnie z tego lotniska, a jego obawy podzielał Londyn, stąd też pas startowy w Stanley bombardowały RAF-owskie Vulcany, jednakże bez większego skutku.

Oczywiście najbardziej prawdopodobnym celem dla argentyńskich Exocetów były lotniskowce, bez których Brytyjczycy nie byliby w stanie wywalczyć panowania w powietrzu, a więc nie byliby też w stanie wylądować na archipelagu i odbić go. Obrona pływających lotnisk była zadaniem powierzonym niszczycielom typu 42 i fregatom typu 22. Te pierwsze miały przy pomocy Sea Dartów zwalczać cele na średniej wysokości i średnim dystansie, podczas gdy fregaty miały zapewniać obronę bezpośrednią dzięki rakietom Sea Wolf; jedne i drugie, podkreślmy, były w stanie atakować rakiety przeciwokrętowe mknące tuż nad powierzchnią morza.

Śmiertelny cios

Tuż po godzinie 8.00 czasu lokalnego pozostający w powietrzu od trzech godzin argentyński samolot patrolowy Lockheed P-2 Neptune wykrył promieniowanie radarów brytyjskiego zespołu bojowego. Najbardziej na północ znajdował się Coventry, następnie Glasgow, a wreszcie najbardziej na południe i najbliżej Neptune’a, 25 mil na zachód od lotniskowców – Sheffield. Gdy wybiła 10.00 – czyli 13.00 czasu Zulu – dwa Super Étendardy już mknęły w kierunku nieprzyjacielskich okrętów. W ślad za nimi podążał jeszcze trzeci, rezerwowy.

Komandor podporucznik Augusto Bedacarratz i kapitan Armando Mayora, którzy wystartowali z Río Grande na Ziemi Ognistej, poruszali się z początku na wysokości 1500 metrów. Cele znajdowały się bowiem na granicy zasięgu, nawet przy uwzględnieniu dodatkowego paliwa ze zbiornika pod prawym skrzydłem, Super Étendardy musiały więc uzupełnić paliwo w locie z KC-130H, mniej więcej 250 kilometrów od wybrzeża, na około pięciu tysiącach metrów. Dopiero wtedy zeszły tuż nad powierzchnię Atlantyku i zdały się na naprowadzanie z Neptune’a. Pomimo niesprzyjającej pogody i ciągłych turbulencji Bedacarratz i Mayora lecieli na wysokości niespełna 20 metrów, aby krzywizna Ziemi zasłoniła ich samoloty przez brytyjskimi radarami, zachowując przy tym absolutną ciszę radiową. W pewnym momencie wznieśli się trochę wyżej, aby ich radary mogły „zobaczyć” cel. Nie udało się namierzyć brytyjskich okrętów, te jednak wykryły obecność nieprzyjacielskich radarów. Wykryły i, jak się wydaje, zupełnie zignorowały de facto pierwsze ostrzeżenie przed atakiem.

HMS Arrow przy burcie Sheffielda. Autor nieznany, via militaryimages.net

HMS Arrow przy burcie Sheffielda.
Autor nieznany, via militaryimages.net

28 mil dalej Super Étendardy powtórzyły manewr i tym razem zdołały uchwycić cel. Dane o jego położeniu natychmiast wprowadzono do Exocetów. Była godzina 13.56 i 30 sekund Zulu. Tym razem obecność argentyńskich samolotów nie przeszła niezauważona, na niszczycielu Glasgow wykryto i rozpoznano fale z radarów Agave. Okręt natychmiast skrył się za chmurą pasków aluminiowych, lecz to nie on był celem.

4 maja 1982 roku o godzinie 14.02 Exocety oddzieliły się od pylonów i z szybkością 650 węzłów pomknęły ku widocznym na ekranach radarów okrętom. Droga do celu miała zająć dwie minuty. Wszystko zależało teraz od układów naprowadzania zamontowanych w samych pociskach. Obaj argentyńscy piloci ruszyli w drogę powrotną do bazy. Godzinę później wylądowali bezpiecznie w Río Grande.

Na Glasgow szybko zorientowano się, że jeden z pocisków nie ma szansy trafić w którykolwiek brytyjski okręt; przeszedł opodal fregaty Yarmouth, nie stworzył jednak namacalnego zagrożenia. Drugi wszakże bezbłędnie namierzył cel. Po dwóch minutach lotu wbił się w sterburtę Sheffielda, tuż nad linią wodną. Głowica nie eksplodowała wprawdzie, lecz pęd pocisku zaniósł go w głąb kadłuba. Tam Exocet rozpadł się, a paliwo, które wydostało się ze skorupy, natychmiast zapłonęło. Płomienie i gęsty, gryzący dym zaczęły wypełniać kolejne pomieszczenia.

ARA <i>Santísima Trinidad</i>, argentyński niszczyciel typu 42.

ARA Santísima Trinidad, argentyński niszczyciel typu 42.
Martín Otero, via Wikimedia Commons

Wkrótce do Sheffielda podeszły HMS Yarmouth (typu 12) i HMS Arrow (typu 21, skądinąd był to jeden z brytyjskich okrętów uzbrojonych w Exocety), aby pomóc w walce z pożarem. Mimo poświęcenia i wytężonej pracy dziesiątków marynarzy nie zdołano opanować ognia. W dużej mierze „zadbał” o to sam pocisk, który uderzył akurat w takim miejscu, że praktycznie unieruchomił przeciwpożarową instalację hydrauliczną. A trudno walczyć z ogniem bez wody. Osiągnięto jedynie taki sukces, że płomienie nie osiągnęły magazynu Sea Dartów, gdyż wtedy wewnętrzna eksplozja rozerwałaby niszczyciel na strzępy.

Po kilku godzinach beznadziejnej walki komandor Salt rozkazał opuścić pokład o godzinie 17.50 Zulu. Ewakuacja odbyła się w nienagannym porządku, załoga śpiewała „Always Look on the Bright Side of Life” z Montypythonowskiego „Żywota Briana”. Wypalony kadłub został zaś wzięty na hol przez Yarmoutha, lecz wzburzony Atlantyk nie pozwolił na dociągnięcie go do portu. 10 maja HMS Sheffield poszedł na dno na pozycji 53° 04’ S, 56° 56’ W, na głębokości ponad 1800 metrów. W ataku straciło życie 20 osób, dalsze 26 odniosło rany, wielu z nich zostało ciężko poparzonych i uległo zaczadzeniom, lecz na szczęście dla żadnego nie zakończyło się to inwalidztwem. Sheffield stał się pierwszym okrętem utraconym przez Royal Navy wskutek działań nieprzyjaciela od zakończenia II wojny światowej.

Po ataku

Zatopienie Sheffielda było dla Brytyjczyków podobnym wstrząsem jak dla Argentyńczyków zatopienie Belgrano, chociaż ofiar śmiertelnych było dużo mniej. Przede wszystkim jednak skuteczność Exocetów nie była dla Woodwarda aż takim wstrząsem. Aby zaradzić groźbie ze strony nieprzyjacielskiego lotnictwa, kontradmirał zastawił pułapkę na Étendardy i Skyhawki. Niszczyciele typu 42 i fregaty typu 22 miały podchodzić parami opodal wybrzeża Falklandów i wystawiać się na atak, by w ten sposób móc nawiązać walkę z wrogimi samolotami przy pomocy Sea Dartów i Sea Wolfów.

Z jednej strony przyniosło to niejakie skutki: 9 maja Coventry strącił dwa Skyhawki i śmigłowiec Puma, 12 maja ofiarą zespołu GlasgowBrilliant padły kolejne trzy A-4, Z drugiej strony Argentyńczycy zadali Royal Navy jeszcze kilka bolesnych ciosów. Owego 12 maja jedna bomba przebiła na wylot kadłub Glasgow, na szczęście nie eksplodując, jednak uszkodzenia okazały się na tyle poważne, iż niszczyciel musiał wycofać się z dalszych działań wojennych. 25 maja ofiarą Skyhawków padł niszczyciel HMS Coventry. Los nie oszczędził także fregat – HMS Ardent poszedł na dno 21 maja, trzy dni później bomba wbiła się w kadłub HMS Antelope i eksplodowała przy próbie rozbrojenia, co również skończyło się tragicznie dla okrętu. Fregaty HMS Alacrity, HMS Plymouth, HMS Broadsword i HMS Arrow również odniosły mniej lub bardziej poważne uszkodzenia.

Plan Woodwarda opierał się poniekąd na myśleniu życzeniowym, lecz był dobry w swej istocie, a już z pewnością był pragmatyczny. Rolą niszczycieli i fregat była wszakże ochrona lotniskowców, nawet za cenę własnego bezpieczeństwa, i z tego zadania wywiązały się należycie. Invincible i Hermes nie zostały trafione an jedną bombą, ani jedną rakietą. Dziś już wiemy na pewno, że gdyby do tego doszło, Royal Navy musiałaby się wycofać, a wojna zakończyłaby się klęską Londynu.

Jak?

Najważniejsze pytanie, jakie należy postawić, brzmi: dlaczego Bedacarratzowi i Mayorze się udało? W gruncie rzeczy nikomu nie udało się udzielić zadowalającej odpowiedzi. Zarówno dochodzenie przeprowadzone wkrótce przez specjalną komisję Royal Navy, jak i wspomnienia uczestników konfliktu wskazują raczej na serię drobnych niedociągnięć aniżeli jeden kardynalny błąd.

Na przykład komandor porucznik Nigel Sharkey Ward, dowódca 801. Eskadry Lotnictwa Morskiego stacjonującej na Invincible’u, twierdził, że główną przyczyną utraty Sheffielda była decyzja o zmianie sektora patrolowania pary Sea Harrierów. Wysłano je na odległość 120 mil od niszczycieli, którym miały zapewniać ochronę, co w oczywisty sposób uniemożliwiło dostrzeżenie i przechwycenie Super Étendardów.

zatopienie HMS Sheffield

Zbliżenie na przebitą burtę Sheffielda. Dziura miała wymiary około 3 na 1,2 metra.
Autor nieznany

Sandy Woodward wskazuje na zmęczenie psychiczne operatorów radarów. Większe stado ptaków mogło na ekranie nie różnić się niczym od samolotu. Mało tego, jeśli w dwu kolejnych cyklach radar namierzył dwa różne stada, to jeśli odległość między nimi była odpowiednia, można było uznać, że w istocie jest to samolot, który przemieszcza się z prędkością kilkuset kilometrów na godzinę. Operatorzy mieli ponoć całą masę takich fałszywych alarmów, gdy więc wreszcie trafili na autentyczne zagrożenie, nie byli w stanie go rozpoznać. Dlatego też systemy obronne Sheffielda, które umiałyby zestrzelić Exoceta, nie dokonały tego – nie były bowiem autonomiczne i musiały być uaktywnione komendą człowieka.

Kontakt wzrokowy z pociskiem nawiązano niespełna dziesięć sekund przed uderzeniem (dokonali tego pilot Sea Lynxa z Glasgow i oficerowie na mostku Sheffielda), a w tym czasie jakakolwiek reakcja była już niemożliwa. Bezpośrednim skutkiem tego ataku było uświadomienie Admiralicji znaczenia systemów obrony bezpośredniej, takich jak Phalanx czy Goalkeeper, które działając w trybie autonomicznym, mogą zareagować na tyle szybko, by strącić pocisk na ostatnim etapie lotu. Zalecono także kontrolę sprawności systemów oddymiania na wszystkich okrętach i, w razie potrzeby, przebudowanie tychże.

Poza tym tak się szczęśliwie dla Argentyńczyków złożyło, że akurat w tamtym momencie Sheffield był w trakcie nadawania na łączach satelitarnych i jego własna emisja niejako przytłumiła fale radarowe z Super Étendardów. Co gorsza, dowódca i trzech członków ośmioosobowego działu obrony przeciwlotniczej nie byli akurat obecni na stanowiskach i wrócili dopiero po alarmującym komunikacie z Glasgow. Co gorsza po raz drugi, komunikat ów zinterpretowano jako ostrzeżenie przed nalotem bombowym, a nie atakiem rakietowym. Sam Woodward w pierwszym meldunku do Londynu przekazał zaś, że Sheffield został trafiony torpedą.

Swoją drogą, Woodward we wspomnieniach podaje jeszcze jeden ciekawy argument na korzyść Royal Navy, o marginalnym wprawdzie znaczeniu, lecz w kryzysowej sytuacji każdy drobiazg może być na wagę złota. Otóż dzięki temu, że zespół bojowy funkcjonował według czasu Zulu, o godzinie 10.00 czasu lokalnego na okrętach Royal Navy była już godzina 13.00, więc marynarze byli świeżo po posiłku. Dowódca grupy bojowej zdaje się sugerować, że dzięki temu akcja ratunkowa przebiegła dużo sprawniej, chociaż raport komisji badającej losy Sheffielda i tak krytykuje akcję gaśniczą jako chaotyczną.

Na koniec należy jeszcze docenić kunszt obu argentyńskich pilotów. Komandor podporucznik Augusto Bedacarratz i kapitan Armando Mayora nie mieli łatwego zadania. W panujących ówcześnie warunkach pogodowych utrzymanie samolotów tak nisko nad morzem, do tego przy ciszy radiowej, wymagało najwyższego kunsztu. Rzecz jasna, dopisało im szczęście, lecz to, jak wiadomo, sprzyja lepszym, oni zaś zrealizowali powierzone im zadanie najlepiej jak mogli.

Bibliografia:

Duncan Anderson, The Falklands War. Osprey Publishing, 2002.
D. George Boyce, The Falklands War. Palgrave Macmillan, 2005.
Christopher Chant, Air War in the Falklands. Osprey Publishing, 2001.
Adrian English, Battle for the Falklands (2): Naval Forces. Osprey Publishing, 1982.
Alistair Finlan, The Royal Navy in the Falklands Conflict and the Gulf War: Culture and Strategy. Frank Cass Publishers, 2004.
Lawrence Freedman, The Official History of the Falklands Campaign. Routledge, 2005.
Robert Rochowicz, Zatopienie Sheffielda. MSiO 3/1997, ss. 23–24.
Sandy Woodward, Patrick Robinson, One Hundred Days: The Memoirs of the Falklands Battle Group Commander. HarperPress, 2012.
Raport ze śledztwa ws. zatopienia HMS Sheffield. Dostęp: 4 maja 2012.
Super Étendard. globalsecurity.org. Dostęp: 2 maja 2012.