15 grudnia 2006 do rąk amerykańskich żołnierzy trafiła Instrukcja Polowa nr 3-24 dotycząca zasad prowadzenia walki przeciwpartyzanckiej. Jej powstanie nadzorowali późniejszy głównodowodzący wojsk koalicji w Afganistanie (2007–2008) i Iraku (2010–2011) generał David Patraeus oraz późniejszy sekretarz obrony Stanów Zjednoczonych (2016–2018), generał James Mattis. Tylko w ciągu pierwszego miesiąca, odkąd dokument zawisł na stronach US Army, został on pobrany przeszło półtora miliona razy.

Już na etapie wstępu czytelnika – nawet dobrze zaznajomionego z teorią wojskowości – czekało pewne zaskoczenie. W wydaniu instrukcji opracowanej przez Uniwersytet Chicagowski Patraeus pisał: „Spośród wielu książek, które wpłynęły na treść FM 3-24, być może żadna nie była tak istotna jak »Wojna przeciwpartyzancka« autorstwa Davida Galuli”. Niedługo później w innym miejscu wtórował mu inny weteran wojny irackiej i ekspert od konfliktów asymetrycznych, podpułkownik John Nagl: „David Galula to Clausewitz wojny przeciwpartyzanckiej”. Niejeden oficer mający się niebawem udać na Bliski Wschód mógł zadawać sobie pytanie: kim jest człowiek, który wyrwał tak potężny wpływ na myślenie amerykańskiego dowództwa, a o którym właściwie nikt wcześniej nie słyszał?

Oficer wojsk kolonialnych

David Galula urodził się w 1919 roku w mieście Safakis w Tunezji, wtedy jeszcze francuskiej. Dorastał w czasach, gdy rządzone z Paryża imperium kolonialne rozciągało się przez trzy kontynenty, obejmując 11,5 miliona kilometrów kwadratowych i 110 milionów ludzi. Jak wielu białych zamieszkujących posiadłości zamorskie marzył o karierze w wojskach kolonialnych. Początki zachęcające nie były: najpierw klęska roku 1940, rok później – wykluczenie z armii przez reżim Vichy, któremu nie spodobało się żydowskie pochodzenie młodego podporucznika. Chętnie przyjęli go za to Francuzi generała de Gaulle’a, zdecydowani kontynuować wojnę z państwami Osi. Formalnie nastąpiło to w roku 1943. Młody oficer odznaczył się podczas walk na Elbie (czerwiec 1944), według Stars & Stripes „najcięższej kampanii na Morzu Śródziemnym”. Otrzymał za to Krzyż Wojenny. Brał również udział w ciężkich walkach o Tulon w sierpniu. Po przekroczeniu Renu jego pułk piechoty kolonialnej uczestniczył między innymi w zdobywaniu Karlsruhe i w forsowaniu Linii Zygfryda. Podczas zmagań na terenie Niemiec wiosną 1945 roku Galula zdobył pierwsze szlify w walce przeciwpartyzanckiej: jego zadaniem było zneutralizować prowadzące działania terrorystyczne komórki Werwolfu.

David Galula w młodości

W 1945 roku Galula trafił do ogarniętych wojną domową Chin jako współpracownik attaché wojskowego, pułkownika Jacques’a Guillermaza, sinologa i przyjaciela Chou Enlaia, późniejszego pierwszego premiera ChRL. W kwietniu 1947 roku dostał się do niewoli tamtejszych komunistów… i niczym Tom Cruise w filmie „Ostatni Samuraj” spędził ten czas na studiowaniu obyczajów, ideologii i taktyki walki nieprzyjaciela. Jako że władał językiem mandaryńskim, zgłębił między innymi dzieła Mao Zedonga poświęcone „przewlekłej wojnie”, które silnie ukształtowały jego późniejszy sposób myślenia o wojnie rewolucyjnej. Jeszcze większe wrażenie na nim – zapiekłym antykomuniście – zrobiła ochoczość, z jaką wzięci do niewoli żołnierze Czang Kaj-szeka przechodzili na stronę komunistów. Galula docenił wtedy rolę ideologii i indoktrynacji.

W 1948 roku obserwował wojnę domową w Grecji jako delegat misji ONZ. Od 1951 do 1956 roku był francuskim attaché w Hongkongu. W tamtym czasie podróżował wiele na Filipiny, gdzie studiował amerykańską walkę przeciw komunistycznej partyzantce. W latach 1956–1958 wziął udział w wojnie algierskiej, gdzie odpowiadał za okupację sektora kabylskiego. Tam miał okazję wypróbować swoje założenia w praktyce. Zrobił to na tyle efektywnie, że został awansowany na pułkownika, a w 1961 roku otrzymał Legię Honorową. Rok później zaczął pracę w Stanach Zjednoczonych, gdzie rozwój jego kariery popierał generał William Westmoreland, późniejszy głównodowodzący wojsk amerykańskich w Wietnamie. Galula prowadził badania w Center for International Affairs na Uniwersytecie Harvarda i zaprzyjaźnił się z Henrym Kissingerem. To właśnie z tego okresu pochodzą jego napisane po angielsku rozprawy teoretyczne, które tak zainteresowały amerykańskich sztabowców: Pacification in Algeria, 1956–1958 (rok wydania 1963) oraz Counterinsurgency Warfare: Theory and Practice (1964). Jego bibliografię zamyka niezbyt udana powieść oparta na azjatyckich doświadczeniach autora – Les Moustaches du Tigre (1965).

Jest w tej biografii dość, aby obdzielić kilku oficerów. Sam Galula widział w niej jednak jeden rażący brak. Do końca życia żałował, że nie było go u boku jego towarzyszy w toku pięćdziesięciu pięciu dni piekła pod Điện Biên Phủ.

Wojna słonia z tygrysem

Założenie teoretyczne i praktyczne rekomendacje omówione w dziełach Galuli mają dwojakie źródła:

  1. historyczne doświadczenia francuskie związane z gaszeniem różnej maści insurekcji narodowych, głównie w koloniach;
  2. współczesne mu doświadczenia wyniesione z walki z partyzantkami komunistycznymi lub przynajmniej naśladującymi komunistyczną taktykę.

Studiując w Akademii Wojskowej St. Cyr, Galula miał okazję poznać rozliczne powstania, z którymi mierzyła się dawniej armia jego kraju. Wyliczmy te najważniejsze: powstanie kamizardów w Prowansji (1702–1704), rojalistów w Wandei (1793–1796), Hiszpanów (1808–1814) i Niemców (1813) przeciw napoleońskiej okupacji. Później nadeszły bunty w koloniach: Algieria (1832–1847, 1954–1962), Senegal (1859, 1944), Meksyk (1861–1867), Chiny (1899–1901), Maroko (1914–1921), Niger (1916–1917), Syria (1919–1921), Madagaskar (1895, 1947–1949), Indochiny (1918–1921, 1945, 1946–1954), Kamerun (1955–1957).

Analizując dzieje francuskiego kolonializmu, dostrzeżemy swoiste „długie trwanie” pewnych koncepcji, które za pośrednictwem Galuli – i jego amerykańskich uczniów – poznał cały świat, a które wcześniej były specyfiką francuską. W tej mierze najważniejszy wkład miała teoria i praktyka administracyjno-wojskowa propagowana przez dwóch najsławniejszych oficerów kolonialnych, marszałków Louisa Lyauteya (1854–1934) i Josepha Gallieniego (1848–1916). Oni sami byli zaś produktem doświadczeń kolonialnych sięgających XVII stulecia. Czasem przyjmuje się, że pierwszy raz z walką noszącą znamiona partyzanckiej Francuzi spotkali się w dzisiejszej Kanadzie, obserwując sposób walki Irokezów. Dla naszych rozważań istotniejsze będą doświadczenia świeższe, sięgające podboju Algierii w połowie XIX stulecia.

W 1840, gdy pewien pruski generał przybył do Algierii obserwować zmagania francuskiej armii z muzułmańskim powstaniem, witający go oficer powiedział: „Mam nadzieję, że zostawił pan Clausewitza w Tulonie!”. Niemiec z zainteresowaniem oglądał działania wojenne, ale jeszcze większe wrażenie zrobiło na nim to, co kolonizatorzy nazywali pacification. Powstańców izolowali i niszczyli w toku rajdów zwanych razzia – niewielkie oddziały wojska, naśladując zresztą taktykę beduinów, atakowały z zaskoczenia w nocy na bazie informacji wywiadowczej od cywilów, zabijając powstańców i grabiąc ich dobytek, by „wojna żywiła wojnę”. Cywilów zaś starali się oszczędzać, a wręcz pozyskać dla własnej sprawy. Nie palili wiosek, ale bronili je przed bandami zbierającymi kontrybucje; nie niszczyli węzłów komunikacyjnych, ale budowali nowe drogi; nie znęcali się nad ludnością, ale dobierali z niej współpracowników cywilnych i wojskowych, którym oddawali cząstkę władzy (albo łupów). Tak powstały coraz szersze strefy wolne od aktywności partyzanckiej. Francuzi nazywali to obrazowo taktyką plam oleju (tache d’huile), bo strefa spacyfikowana rozlewała się do centrum ku peryferiom, jak warstwa oleju na tafli wody. Następnie istotną część sił z obszarów już uspokojonych przerzucano na terytoria objęte działaniami powstańców, topiąc insurekcję w kolejnych „plamach”.

Galula uważnie studiował te kampanie i ich omówienia. Swojego największego mistrza poznał jednak nie w akademii w St. Cyr, ale w chińskiej niewoli. Był to Mao Zedong. Komunistyczny rewolucjonista był bowiem pierwszym, który dostrzegł, że pokonanie wroga w polu jest nie celem, ale środkiem do celu. Algierskie plemiona wierzyły, że wygrają wojnę, jeśli wygrają bitwy. Mao uznawał takie podejście za błędne. W jego oczach prawdziwym zadaniem jest stworzenie sytuacji, w której wróg nie może zwyciężyć, swego rodzaju zwycięskiego pata. Polem tej walki nie jest przestrzeń w ujęciu geograficznym, ale populacja, serca i umysły. „Ludność to woda, w której pływa rewolucjonista”, pisał. Mao zrozumiał szybciej niż inni, że wojna rewolucyjna jest często wojną nie tyle na wyniszczenie, ile na przeczekanie. Idąc jego tropem, Galula wylicza: „W Chinach trwała dwadzieścia dwa lata, W Grecji – pięć, w Indochinach – dziewięć, na Filipinach – dziewięć, w Indonezji – pięć, w Malezji – dwanaście, w Algierii – osiem”. Im dłużej trwają zmagania, tym większa szansa, że wygrają siły powstańcze, gdyż są lepiej zakorzenione w lokalnej rzeczywistości.

Z lektury pism Mao francuski oficer wyciągnął także wniosek, że asymetria sił może być dla partyzantów atutem. Działania rewolucyjne są tanie, przeciwpowstańcze – kosztowne. Taniej jest wysadzić most niż go bronić, a co dopiero odbudować. Taniej jest anonimowo zatelefonować na policję z informacją o bombie, niż zabezpieczać miejsce rzekomego zamachu. Taniej jest podkopywać istniejący ład, osłabiając jego materialne podstawy (niszczenie pól uprawnych, sabotaż przemysłowy, zniechęcanie turystów do wizyt), aniżeli go osłaniać i umacniać. W standardowej wojnie zmierza się do tego, by otoczyć i zniszczyć wroga; Mao przewrotnie pisał, że w wojnie rewolucyjnej jest tak samo, tyle że w tym przypadku otoczonym jest ten, kto ma przeciw sobie ludność.

By otoczyć i rozbić wroga, zwolennicy wojny rewolucyjnej sięgnęli po nowe instrumentarium, niedostępne powstańcom z czasów Abd el-Kadera. Po pierwsze: potrzebny jest im ideologiczne uzasadnienie walki, w którym zawiera się wizja przyszłego ładu. Przewodniczący Mao czy „kalif” al-Baghdadi nic by nie zyskali, gdyby nie siły oddziaływania idei – odpowiednio komunistycznych i islamistycznych – na masy. Ich wojna to już nie spontaniczny zryw przeciw obcym, to walka o miejsce w Raju albo proletariacki Raj na ziemi, w której Bóg – albo Dziejowa Konieczność – obiecały zwycięstwo uciskanym. Głosicielką ideologii, „dobrej nowiny”, musi być partia: scentralizowana, elitarno-kadrowa, podziemna. Docelowo ma się ona przekształcić w formację masową, ale nawet wtedy to rdzeń partii ma dbać o czystość przekazu. W kolejnym kroku partia będzie budować sojusze, pozyskiwać fellow travellers, tworzyć szeroki front przeciw władzy. Musi ona jednak pilnować, aby nie wyrósł jej żaden konkurent. Sojusznicy są potrzebni na czas wojny. Gdy ten minie, należy się ich pozbyć. Odpowiednio przygotowane kadry przechodzą od słów do czynów, angażując się w terroryzm (niższym poziom organizacji) lub walkę partyzancką (wyższy). Czyn musi poświadczyć realność zaangażowania opozycji i obnażyć słabość władzy. Gdy powstańcy urosną w siłę, mogą poważyć się o kontrolowanie terytorium i formowanie regularnej armii, czyli wchodzenie w rolę władzy, którą chcą obalić. Ostatnim etapem jest fizyczna eliminacja sił rządowych oraz ich (a w końcu również własnych) pomocników. Gdy umilkną strzały, na placu boju ma pozostać tylko jedna formacja z bronią w ręku i wolą by je użyć.

Siła przeciwpowstańcza musi zatem stworzyć przeciwideologię, przeciwprogram, przeciwpartię, przeciwsojusze i przeciwpropagandę, które będą dla ludności wiarygodne i atrakcyjne. Trzeba jednak pamiętać, że o ile „powstańców rozlicza się z tego, co obiecają”, o tyle „władzę rozlicza się z tego, co robi”. Jeśli mówi, że da ziemię – musi ją dać i jeszcze zapewnić bezpieczeństwo tym, którzy zechcą ją wziąć. Jeśli przysięga wolne wybory – musi je rozpisać i upewnić się, że nikt nie wysadzi bomby w lokalu wyborczym. Początkowo obydwie strony mają przed sobą wrogą mniejszość, neutralną większość i przychylną mniejszość. Zadanie obrońców status quo polega na tym, aby zorganizować politycznie przychylną mniejszość i sukcesywnie kooptować do niej neutralną większość (poprzez realne groźby, ale i spełnione obietnice), jednocześnie izolując i niszcząc wrogą mniejszość.

To „niszczenie” można rozumieć dosłownie, w duchu algierskich razzia, ale lepiej postrzegać je szerzej: jako całość działań zmierzających do tego, aby wróg stracił polityczną możliwość kontynuowania wojny. Wielu komentatorów chętnie snuje tu porównanie powstańca do pirata, cytując słowa oficera z francuskich Indochin, generała François Duchemina, który prowadząc kampanię antypiracką w Tonkinie około 1895 roku, powiedział: „pirat to roślina, która potrzebuje odpowiedniego gruntu, by wyrosnąć. Najefektywniejszą metodą pozbywania się piratów jest uczynić ziemię nieodpowiednią. Nie ma piratów w dobrze zorganizowanych państwach”.

Galula nigdy nie ustaje w przypominaniu, że nawet najbardziej nawet podstawowe odruchy wyniesione z wojny konwencjonalnej nie sprawdzają się w realiach konfliktu asymetrycznego. Tu nie przyda się studiowanie Clausewitza ani bitwy pod Verdun. Galula obrazuje to licznymi przykładami. W normalnych warunkach nie odpowiedzieć ogniem na wrogi ostrzał może się skończyć sądem wojennym; tutaj panuje zasada minimalizacji użycia ognia. Podobnie w czasie wojny regularnej obowiązuje zasada: „żadnej polityki”, a armia to „wielka niemowa” (le grand muet); tutaj żołnierz musi bawić się w politykę, by realizować powierzone mu zadania. Musi wiedzieć w imię jakich idei i celów politycznych walczy, utożsamiać się z nimi i umieć je komunikować. Francuski oficer z lubością przywołuje scenę z wojny w Indochinach, gdy wietnamskiemu generałowi odmówiono niezbędnych posiłków, bo nowi rekruci „nie ukończyli jeszcze przeszkolenia ideologicznego”.

Na standardowym polu bitwy awansuje się i odznacza tych, którzy zabiją lub schwytają najwięcej nieprzyjaciół; tutaj należy promować tych, którzy najskuteczniej pozyskają poparcie ludności cywilnej i będą w stanie je utrzymać. Tutaj żołnierz musi być propagandzistą, dyplomatą, lekarzem, inżynierem, musi umieć wykonywać bardzo „cywilne” zadania. Dalej: zwyczajowo uznaje się góry, lasy czy bagna za naturalne bariery, podobnie jak granice państwowe są nienaturalnymi’ ale jednak barierami; dla partyzanta są one preferowanym terenem działania. Galula stwierdza, że z geograficznego punktu widzenia dla powstańca idealny jest rozległy kraj, gęsto zalesiony, a blisko granic górzysty, położony w umiarkowanej strefie klimatycznej; sąsiedztwo państw sprzyjających rewolucji stanowi dodatkowy atut.

Zakaz przenoszenia metod walki z wojny konwencjonalnej dotyczy obydwu stron. Gdy siły powstańcze zaczynają naśladować wroga, kiedy kontrolują terytorium, tworzą administrację, organizują się w dywizje i przyjmują walkę w otwartym polu – wtedy często przychodzą najdotkliwsze dla nich porażki. Ta faza konfliktu, jak wspomniano, ma przyjść na końcu, gdy sukcesy związane z pozyskiwaniem poparcia ludności i podważaniem pozycji władzy dadzą rewolucjonistom zaplecze dostateczne, by organizować struktury prawdziwie państwowe, a przynajmniej parapaństwowe. Wietnamczycy w 1951 roku przedwcześnie roku wydali Francuzom szereg regularnych bitew – pod Mạo Khê, nad rzeką Đáy, pod Vĩnh Yên. Przegrali wszystkie, co niemal kosztowało ich przegraną wojnę.

Niedługo później w raporcie przygotowanym na użytek dowództwa Việt Minhu pada teza, że nie ma takiego terytorium ani takiej trwałej instalacji, która warta byłaby obrony. Wietnamczycy poszli za radą Mao, aby dynamicznie cofać się do wcześniejszych etapów wojny rewolucyjnej, jeśli sytuacja tego wymaga, nie uznając tego za porażkę. Hồ Chi Minh wykonał krok do tyłu, by wziąć rozbieg. W ten sposób, aż do ostatniej fazy konfliktu, kiedy to Francja utraciła zdolność polityczną kontynuowania wojny, Wietnamczycy prowadzili „walkę tygrysa ze słoniem”, jak to ujął ich przywódca. Sile wroga przeciwstawiali szybkość i elastyczność, a ponad wszystko: cierpliwość. Demokratycznym mocarstwom, których rytm politycznego życia określają kolejne wybory, zawsze się spieszy. Partyzant ma czas. Bywa, że nie ma nic innego. I to wystarczy, aby wygrał.

Czas to jednak nie jedyny zasób, którego brakuje siłom przeciwpowstańczym. Kolejnym jest informacja. Kiedy trzeba walczyć z wrogiem, który nie ma określonego terytorium, jest wszędzie i nigdzie zarazem, informacja wywiadowcza jest wszystkim. Pozyskać można ją głównie od ludności cywilnej, ta zaś będzie współpracować, o ile czuje się bezpieczna w roli informatora. Należy zatem odizolować partyzantów od cywilów, zmonopolizować dialog z nimi. W czasie wojny algierskiej Galula codziennie objeżdżał podległy mu teren konno; podwładnych pouczał, że „władza musi mieć twarz”, być blisko. Była to lekcja, jaką wyniósł z Tunezji, gdzie już jako dziecko obserwował stosunek ludności podbitej do munduru żołnierza. W swoich pismach zwracał uwagę, że odkąd pojawił się samochód, oficerowie kolonialni utracili bezpośredni kontakt z ludnością, stracili wyczucie „moralnej topografii”. Tymczasem rewolucjonistom można wyciągnąć dywan spod nóg, jeśli dowiedzie się ludności, że obecna władza lepiej spełni ich potrzeby i aspiracje aniżeli pretendenci. Tak uczynił kontrolowany przez USA rząd Filipin, wprowadzając reformę rolną, czy Brytyjczycy, dając Malezji, a konkretnie popieranym przez siebie stronnictwom, niepodległe państwo. Gdy jednak Francja w 1957 roku spróbowała reformy rolnej w Algierii, tamtejsi partyzanci zaczęli zabijać rolników, którzy przyjęli ziemię od okupanta. Jako że armia nie mogła być wszędzie, aby upilnować każdego gospodarza, wszyscy bali się, że to na nich trafi karząca ręka Armii Wyzwolenia Narodowego. Jak walczyć z przeciwnikiem aż tak zdeterminowanym?

Wietnamczycy triumfujący po bitwie pod Điện Biên Phủ

Tutaj w grę wchodzi trzeci kluczowy zasób: ludzie. Korzystny stosunek sił przeciwpowstańczych do powstańczych Galula ocenia on na 20:1. Jego zdaniem francuski problem w Indochinach i Algierii polegał na tym, że nigdy nawet nie zbliżyli się do pożądanego współczynnika, a „w takiej sytuacji nawet Napoleon nic by nie zdziałał”. W tej optyce starcie pod Điện Biên Phủ (1954) było rzeczą incydentalną. Zwycięstwo nie oznaczałoby sukcesu, porażka wcale nie wymuszała odwrotu (ostatni francuscy żołnierze opuścili Wietnam w 1956 roku). Algierczycy zresztą nie wygrali przecież ani jednej bitwy w czasie wojny lat 1954–1962. Wygrali za to wojnę na przeczekanie. Ludność uwierzyła w to, że okupant za rok, dwa, dziesięć lat odejdzie, a powstańcy zostaną, zatem to z nimi trzeba się układać. Pacyfikacja Algierii po powstaniu Abd el-Kadera trwała pokolenie – i to jest właściwy horyzont czasowy. Sto lat później rewolucjoniści przegrali bitwy, stracili terytorium, ale zyskali ludność – i to przesądziło o ich powodzeniu w ósmym roku wojny. To samo stało się w czasach zupełnie nam współczesnych doświadczeniem Amerykanów w Afganistanie i Iraku.

Jedzenie zupy nożem

Główne założenia Galuli: ujednolicenie wysiłków cywilnych i wojskowych, działanie w oparciu o wysunięte bazy operacyjne bliskie ludności cywilnej, nacisk na patrole i małe grupy operacyjne oraz „zbrojna polityka społeczna”, wszystko to, co Amerykanie określają jako population-centric counterinsurgency, stało się kanonem współczesnej doktryny przeciwpowstańczej. Jego przesłanie zostało zatem dobrze zinternalizowane przez establishment wojskowy.

Gorzej z politycznym. Uważna lektura Galuli zawiera bowiem klarowną odpowiedź na pytanie, dlaczego silniejsze państwa zachodnie przegrywają konflikty asymetryczne na antypodach: brak im determinacji, aby poświęcić dość ludzi, pieniędzy i czasu, żeby wygrać wojnę na przeczekanie. W takiej sytuacji pozostaje im albo znaczące ograniczenie swoich ambicji (vide: operacja „Pustynna Burza”, kiedy Amerykanie wyzwolili Kuwejt, rozbili wojska irackie, ale zrezygnowali z okupacji i zmiany władzy w Bagdadzie; podobny minimalizm cechuje francuskie operacje w zachodniej Afryce w XXI wieku), albo pogodzenie się z faktem, że dziś wiadomo, czy wojna jest wygrana, dopiero wiele lat po tym, jak ustały zasadnicze operacje wojskowe (wydaje się, że Paryż doświadcza tego właśnie w Mali, „francuskim Afganistanie”). Działanie przeciwpartyzanckie to bowiem aktywność wymagająca uporu w przełamywaniu oporu. Cytowany już John Nagl przyrównał ją do jedzenia zupy nożem.

Zobacz też: Niemiecka „inwazja” na Wielką Brytanię, czyli opowieść o sile plotki w czasie wojny

Bibliografia

  • Cholvy Gérard, Lyautey : itinéraire d’un colonisateur, Academie des Sciences et des Lettres de Montpellier 2006, séance du 20/11/2006Conf. n°3949, Bull. 37, p. 167-178 (2007).
  • Cohen A.A., Galula: The Life and Writings of the French Officer who Defined the Art of Counterinsurgency, Praeger Secruity International 2012.
  • Decolonization and Conflict: Colonial Comparisons and Legacie, red. Thomas Marin, Curless Gareth, Bloomsbury Academic 2017.
  • Galula David, Counterinsurgency Warfare. Theory and Pratice, Praeger Secruity International 2006.
  • —, Pacification in Algeria 1956–1958, Rand Corporation 2006.
  • Mathias Gregor, Galula in Algeria: Counterinsurgency. Pratice versus Theory, Praeger Secruity International 2011.
  • Marlow Ann, David Galula: His Life and Intellectual Context, U.S. Army War College Strategic Studies Institute 2011.
  • Nagl John A., Learning to Eat Soup with a Knife: Counterinsurgency Lessons from Malaya and Vietnam, University of Chicago Press 2005.
  • Tocqueville Alexis, De la colonie en Algerie, Editions Complexe 1988.
  • Trinquier Roger, La Guerre moderne, éditions La Table ronde 1961.
US Army / Staff Sgt. Gary A. Witte