7 kwietnia 1966 roku odnaleziono ostatni ładunek nuklearny z czterech zgubionych przez US Air Force w katastrofie lotniczej nad Palomares. Incydent i towarzyszące mu okoliczności stanowią wstydliwą kartę w dziejach amerykańskiego lotnictwa. Ku zaskoczeniu Departamentu Stanu i Departamentu Obrony USA katastrofa odbiła się głośnym echem w międzynarodowej prasie. A choć istotnie „bomby termojądrowe latające nad głowami rybaków nie były i nie są czymś codziennym”, wpływ opinii publicznej niespodziewanie mocno wpłynął zarówno na wizerunek, jak i na decyzje rządów amerykańskiego i hiszpańskiego.

Katastrofa

17 stycznia 1966 roku podczas tankowania w powietrzu zderzyły się amerykański bombowiec B-52 Stratofortress i latająca cysterna KC-135 Stratotanker. Do tragicznego zderzenia doszło nad miejscowością Palomares, położoną na południu Hiszpanii, w biednej andaluzyjskiej prowincji Almería. Bombowiec należał do grupy pięciu samolotów odbywających rutynowy lot na kursie atlantyckim. Oba samoloty US Air Force wśród ognia i dymu spadły na ziemię – część załogi B-52 przeżyła, ale lotnicy z latającej cysterny spłonęli wraz z maszyną. Hiszpańskie ekipy ratunkowe i policja od razu przybyły na miejsce katastrofy i usiłowały uporządkować sytuację. Równie szybko do Palomares zaczęły zjeżdżać kordony amerykańskich służb. Miejsce tragedii zamknięto, a akcję opatrzono kryptonimem „Broken Arrow” – zarezerwowanym dla nieszczęśliwych wypadków z obecnością broni jądrowej.

U.S. National Oceanic and Atmospheric Administration

U.S. National Oceanic and Atmospheric Administration

Okazało się bowiem, że wskutek zderzenia z bombowca wypadły cztery bomby termojądrowe. Wkrótce wprawiono w ruch amerykańską machinę polityczno-militarną. Nieco wolniej ruszała także międzynarodowa machina dziennikarska – z każdym kolejnym dniem coraz liczniejsi wysłannicy wszystkich większych agencji prasowych podróżowali do miejsca zdarzenia i usiłowali wydobyć jakiekolwiek informacje od amerykańskich oficjeli. W Waszyngtonie ani prezydent Lyndon Johnson, ani sekretarz stanu Dean Rusk nie potrafili stworzyć sensownej i jednolitej polityki informacyjnej, minimalizującej negatywny wydźwięk wydarzenia. Według Davida Stilesa (A Fusion Bomb over Andalucia: U.S. Information Policy and the 1966 Palomares Incident, „Journal of Cold War Studies”, Vol. 8, nr 1, 2006, s. 49–67) ostatecznie szkody materialne nie były aż tak dotkliwe w porównaniu z konsekwencjami wizerunkowymi niespójnych działań informacyjnych – obraz Stanów Zjednoczonych uległ drastycznemu pogorszeniu w oczach opinii publicznej.

Dopóki 4 marca 1966 – a było to już miesiąc po katastrofie – Agencja Informacyjna USA (USIA) nie opublikowała spójnego oświadczenia, przekazy Gabinetu i Pentagonu opierały się na niedopowiedzeniach i wykluczających się informacjach. Przez cały ten okres lakoniczne wypowiedzi amerykańskich urzędników i wojskowych kompensował energiczny ambasador USA w Madrycie, Angier Biddle Duke, który odegrał w całym incydencie rolę kluczową. Zastanawia brak widocznego zaangażowania prezydenta Johnsona w sprawę katastrofy. Informowany o najważniejszych decyzjach administracji i wojska, nie angażował się zanadto w rozwiązanie problemu. Raz zagajeni o to oficjele, stwierdzili, że przebieg akcji wyznaczony jest przez regulacje wewnętrzne i traktaty międzynarodowe, więc nie ma potrzeby zwracać się do prezydenta o zgodę na ich działania. Według Stilesa nawet wiadomość o odnalezieniu ostatniego ładunku nie wzbudziła szczególnego zainteresowania Białego Domu.

„Serious nuclear weapons accidents”

Naturalnie Gabinet USA nigdy nie miał ochoty informować opinii publicznej o szczegółach posiadanej broni nuklearnej i związanych z nią incydentach. Rozmieszczenie i charakterystyka techniczna arsenału jądrowego były najbardziej strzeżonymi sekretami zimnej wojny. Wszelkie pytania dotyczące tematu kwitowano lapidarnymi sformułowaniami opartymi na zasadzie „ani potwierdzać, ani zaprzeczać”. Przed Palomares poważnym zgrzytem odnotowanym przez prasę był spór między administracją Miasta Nowy Jork i Departamentem Obrony o potajemne przewożenie bomb atomowych ulicami Manhattanu w 1965 roku. Szybko jednak doszło do konsensusu i wyciszono aferę. Nie udało się tego powtórzyć w roku 1966. Pewnym przełomem w polityce informacyjnej był dopiero dokument, który ukazał się dwa lata po Palomares, niejako wymuszony kolejną katastrofą uzbrojonego w broń nuklearną B-52 niedaleko Thule na Grenlandii. Pentagon wypuścił listę trzynastu „serious nuclear weapons accidents”, do których doszło między 1950 a 1968 rokiem.

US Navy

US Navy

Palomares było najpoważniejszym z nich. Pozostałe albo nie skaziły otoczenia, albo zrobiły to na niewielką i niegroźną skalę. W Andaluzji wybuchły dwa detonatory (które nie zainicjowały wybuchu bomby atomowej i ładunku termojądrowego), co spowodowało wyciek pewnej ilości niebezpiecznych materiałów. Naukowcy z Junta de Energía Nuclear w Madrycie, Eduardo Ramos i Emilio Iranzo, zaprezentowali raport z incydentu na II Międzynarodowym Sympozjum Zagrożenia Skażeniem Nuklearnym w Monako w październiku 1966 roku. Dowodzili, że konsekwencją katastrofy lotniczej nad Palomares było skażenie niespotykanie dużego obszaru zamieszkałego przez ludność cywilną. Jak się w rezultacie okazało, były to wnioski sformułowane na wyrost.

Polityka i prasa

Początkowo opinia publiczna nie zdawała sobie sprawy z obecności ładunków jądrowych, a gazety umieszczały wiadomości o katastrofie wśród drugorzędnych newsów. Na miejsce zdarzenia od razu przybyli tylko dwaj reporterzy – z „London Daily Mirror” i United Press International. 20 stycznia, trzy dni po tragedii, „New York Times” i „The Washington Post” dostały informacje o ładunkach nuklearnych w Palomares. Departament Obrony odmówił komentarza przed publikacją rewelacji. Rząd hiszpański chciał uniknąć w oficjalnych wystąpieniach wzmianek o ewentualnych skażeniu, ale zgodził się z amerykańskim ambasadorem, że niezbędne będzie doprecyzowanie przekazu, jeżeli katastrofą zainteresuje międzynarodowa opinia publiczna. W końcu przedstawiciele US Air Force przyznali, że na pokładzie B-52 były ładunki atomowe. Zaginięcie czterech z nich pominięto jednak milczeniem. Wojskowi dodali tylko, że wypadek nie niesie zagrożenia dla miejscowej ludności.

Na miejsce przybyli wtedy kolejni reporterzy – z Associated Press i Reutersa. Szybko odkrywali kolejne fakty i równie szybko informowali o tym opinię publiczną. Wtedy też nacisk mediów zaczął determinować politykę informacyjną Waszyngtonu i Madrytu. Alexander Cooley (Base Politics. Democratic Change and the U.S. Military Overseas, Cornell University 2008) uznał incydent z Palomares za najlepszy przykład zaangażowania rządu generała Francisca Franco w przekazy medialne – gazety hiszpańskie do końca stycznia starały się minimalizować problem, akcentując powrót do normalności oraz brak poważnych zagrożeń dla zdrowia i życia. Unikały wszelkich newsów dotyczących ładunków i skażenia. Wobec nacisku międzynarodowych środków przekazu z początkiem lutego Madrytowi zaczęło się kalkulować zaostrzenie kursu wobec Amerykanów, choć nadal informacje prasowe były tu daleko bardziej ostrożne niż za granicą.

22 stycznia Reuters poinformował, że amerykańscy urzędnicy wyposażyli autochtonów w liczniki Geigera. Następnego dnia doniósł, że aktywność grupy poszukiwawczej w regionie przeniosła się nad morze. Z kolei 26 stycznia „The Washington Post” podał, iż w Madrycie pojawiły się głośne żądania wydania zakazu lotów z ładunkami nuklearnymi nad Hiszpanią.

Presja międzynarodowej opinii publicznej w końcu zmusiła amerykańskich oficjeli do podzielenia się wiedzą o zaszłych wypadkach. W rezultacie 28 stycznia w „New York Timesie” pojawił się raport dotyczący poszukiwań w Morzu Śródziemnym – wskazano na obecność ładunku termojądrowego, podano przybliżone miejsce eksploracji i niektóre dane techniczne.

Zmiany w polityce informacyjnej, jak przekonuje Stiles, nie zapobiegły dalszemu pogarszaniu się wizerunku USA. 29 stycznia rząd hiszpański wydał formalny zakaz lotów nad Hiszpanią dla amerykańskich samolotów uzbrojonych w bomby jądrowe. Zakaz uderzył w czułą strunę amerykańskiej polityki międzynarodowej, gdyż zablokował operacje militarne USA na Starym Kontynencie. Dotkliwe konsekwencje groziły polityce wojskowej USA również w innych częściach świata. Kiedy Hiszpania zablokowała loty, inne kraje goszczące amerykańskie wojska zaczęły myśleć o przedefiniowaniu swoich stosunków militarnych z Waszyngtonem. Sekretarz spraw zagranicznych Filipin, Narciso Ramos, wezwał do zawarcia nowego traktatu „ograniczającego samowolę amerykańską na filipińskim niebie”. Międzynarodowa presja zmuszała USA do szybkiego zamknięcia epizodu Palomares.

„Jankesi, zabierzcie siebie i swoje bomby do domu”

Od początku lutego przed amerykańską ambasadą w Madrycie zbierały się tłumy protestujących, a wkład w rozruchy niewątpliwie miało komunistyczne podziemie. Franco nie chciał i nie mógł bezrefleksyjnie popierać Amerykanów – było to dla niego zbyt duże ryzyko polityczne.

Silny wpływ Kremla w Hiszpanii dawał się mocno we znaki władzom w Madrycie. Trzy tygodnie po wypadku przed ambasadą demonstrowały tysiące studentów, a rozdawane materiały nieraz sygnowane były podpisami członków Komunistycznej Partii Hiszpanii. Z kolei odbierane na Półwyspie Iberyjskim Radio Moskwa podawało, że południe Hiszpanii tonie w protestach antyamerykańskich, a w samym Palomares ludzie skandują „Jankesi, zabierzcie siebie i swoje bomby do domu!”. Mieszkańcy Palomares przyjmowali te informacje z niemałym zdziwieniem, gdyż nikt dotąd w miasteczku na ulicę nie wychodził. Ale choć rząd amerykański zdecydował się wykupić produkty żywnościowe rolników z Palomares po normalnych cenach, strach przed skażeniem istniał. By go przełamać, amerykańscy żołnierze zajadali się lokalnymi pomidorami na oczach mieszkańców.

„Człowiek, który kopnął bombę wodorową”

O incydencie donosiły również organy prasowe Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Pierwszą wzmiankę w „Dzienniku Polskim” (DP) podano 21 stycznia. Znalazły się w niej podstawowe informacje: po trzydniowym milczeniu Amerykanie przyznali, iż doszło do katastrofy, a bombowiec B-52 przewoził „nieuzbrojoną broń jądrową”; według oficjalnego komunikatu ludności nic nie grozi; zginęło siedem osób z obu załóg; podobno nie odnaleziono ostatniej, czwartej bomby.

Następnego dnia DP w relacji z Paryża informował:

„Powołując się na koła dobrze poinformowane, korespondenci agencji zachodnich w Hiszpanii frankistowskiej potwierdzają wiadomości, że trzy bomby atomowe z czterech, które znajdowały się na pokładzie samolotu «B-52» zostały odnalezione w morzu na wysokości okręgu Cuevas de Almanzora”.

Panujący w międzynarodowej prasie bałagan informacyjny potwierdzają tu powoływanie się na kolejnych korespondentów i koła oraz błędna informacja o znalezieniu trzech bomb w morzu (podczas gdy dwie odnaleziono na lądzie). Dalej w tej samej nocie:

„Opinia publiczna i prasa francuska wykazują poważne zaniepokojenie po ujawnieniu zaginięcia amerykańskich bomb atomowych w pobliżu Almerii. Podkreśla się, że nie jest to bynajmniej odosobniony wypadek.
[…] istnieje opinia, że może powstać niebezpieczeństwo radioaktywne.
Prasa francuska zapytując […] czy tego rodzaju incydent możliwy jest nad Francją udziela twierdzącej odpowiedzi przede wszystkim dlatego, że nad terytorium francuskim latają często amerykańskie bombowce «B-52», mające na swych pokładach ładunki nuklearne”.

Bardzo interesujące informacje przyniósł DP z 23 stycznia. Najpierw uzupełnił szczegółowe kwestie techniczne poszukiwań, a później potwierdził doniesienia o poruszeniu ludności i minimalizujących problem mediach hiszpańskich:

„W andaluzyjskim mieście Almeria, w Madrycie i innych miastach Hiszpanii panuje wyraźne poruszenie ludności, którą nie uspokajają zapewnienia ekspertów, że bomby nieuzbrojone nie eksplodują. Radio hiszpańskie i prasa starają się złagodzić oburzenie społeczeństwa. Niewiele to jednak skutkuje”.

Następnie, powołując się na korespondenta Agence France Presse, odwołującego się z kolei do „opinii hiszpańskich ekspertów atomowych”, DP sygnalizował obecność promieni radioaktywnych. Najciekawszy jednak fragment tego samego przekazu to oświadczenie sowieckiego pułkownika Aleksandrowa, które miało się ukazać na łamach sowieckiego pisma „Trud”:

„Katastrofa, jaka wydarzyła się ostatnio w pobliżu Hiszpanii, świadczy nie tylko o niedociągnięciach wyszkolenia bojowego amerykańskich sił powietrznych, ale również jest okazją do przypomnienia narodom o konieczności zachowania stałej czujności oraz odsłania jeszcze raz agresywne dążenia imperializmu amerykańskiego. […] Bombowce «B-52» są z reguły wyposażone w broń atomową. Piloci już wcześniej wiedzą o celach, na które, w wypadku rozkazu z ziemi, mają zrzucić swój śmiercionośny ładunek. Tzw. przez Amerykanów patrole wojenne obliczone są na to, aby utrzymywać w strachu narody wielu państw”.

Ten doskonały przykład zimnowojennej propagandy sowieckiej doskonale oddaje ówczesne nastroje antyamerykańskie w kręgach powiązanych z Kremlem. Podobne w treści informacje, mające na celu obnażanie „nieudolności i imperialne aspiracje” USA, drukowano na ulotkach rozrzucanych na madryckich manifestacjach i przekazywano w audycjach Radia Moskwa.

Kolejną porcję wieści z Andaluzji czytelnicy DP otrzymali 25 stycznia. Po pierwsze oznajmiono, że poszukiwany obiekt najprawdopodobniej został odnaleziony, co okazało się fałszywym alarmem – kilkukrotnie w trakcie eksploracji dna morskiego Amerykanie twierdzili, iż prawdopodobnie odnaleźli obiekt. Druga część notki prasowej dotyczyła decyzji o przebadaniu miejscowej ludności pod kątem obecności promieni. Wspomniano o przypadku wykrycia śladów promieniotwórczości na rękach i nogach jednego rolnika.

Później czytelnicy DP na doniesienia z Palomares musieli czekać do 8 lutego. Oprócz wiadomości o dalszych poszukiwaniach wspomniano o ponurej atmosferze hiszpańskiej „paniki atomowej”, którą próbowano uciszyć różnymi zabiegami – przykładem dyrektor wydziału zdrowia w porcie Almería, który ogłosił, że ryby morskie nadają się do zjedzenia. Bardzo interesujący z kolei był tekst w DP z 18 lutego, zatytułowany „Aide-memoire rządu ZSRR do rządu USA”. Korespondent z Moskwy informował o wręczeniu ambasadorowi USA w Moskwie, Foyowi Kohlerowi, aide-memoire przez ministra spraw zagranicznych ZSRR, Andrieja Gromykę. Dokument dotyczył oczywiście niepokojów, które katastrofa wzbudziła w Rosji sowieckiej:

„Wskutek katastrofy 4 bomby wodorowe, z których każda przewyższała stukrotnie pod względem siły bomby zrzucone w swoim czasie na Hiroszimę i Nagasaki, spadły na terytorium Hiszpanii i przybrzeżne wody Morza Śródziemnego. […] Zagrożenie radioaktywnego skażenia zawisło nad dużą gęsto zaludnioną strefą.
Rząd radziecki «zwraca uwagę na to, że posunięcia, których skutkiem są wymienione fakty, są sprzeczne z ogólnie znanymi zasadami i normami prawa międzynarodowego, ze zobowiązaniami, które rząd USA wziął na siebie w obowiązujących międzynarodowych układach i porozumieniach, w szczególności w Układzie Moskiewskim z 1963 roku o zakazie prób z bronią nuklearną w atmosferze, przestrzeni kosmicznej i pod wodą. Jak wiadomo, najważniejszym celem tego układu było zapobieżenie skażenia […]»
Jednak obecnie południowe wybrzeże Hiszpanii jak też przylegające doń obszary wodne uległy skażeniu radioaktywnemu od amerykańskiej broni nuklearnej.
Mężowie stanu USA sami nieraz mówili o niebezpieczeństwie wybuchu wojny wskutek pomyłki, czy też incydentu, ale właśnie loty bombowców amerykańskich z bronią nuklearną na pokładzie kryją w sobie niebezpieczeństwo takiej sytuacji […]
«Rząd radziecki niejednokrotnie ostrzegał rząd Stanów Zjednoczonych przed niebezpieczeństwami związanymi z lotami bombowców posiadających na swym pokładzie broń nuklearną. Jednak rząd Stanów Zjednoczonych nie wziął tego pod uwagę i loty samolotów amerykańskich trwają nadal. To, co się stało nad Hiszpanią, wykazuje jak uzasadnione były ostrzeżenia ze strony Związku Radzieckiego»”.

Jeżeli faktycznie (jak wskazuje Stiles) incydent nie był tak groźny dla społeczności lokalnej, to Kreml robił wszystko, by w Europie wzbudzić „panikę atomową”, determinującą stosunek europejskich społeczeństw do USA. Sami Sowieci wskazywali na siebie jako tych, którzy ostrzegali, i tych, którym leży na sercu obowiązek utrzymania świata w pokoju, sprawiedliwości i bezpieczeństwie. Ponadto sugerowali, że amerykańscy urzędnicy to przypadki nieuleczalnej hipokryzji – wymądrzają się o bezpieczeństwie, a sami stwarzają sytuacje grożące wojną atomową.

Następne wiadomości w DP pojawiły się 3 marca i dotyczyły jedynie informacji o wywiezieniu z Hiszpanii do USA sześciu tysięcy ton skażonej substancjami promieniotwórczymi ziemi. Ostatnia wzmianka w dzienniku pojawiła się 8 kwietnia – komunikowano w niej o odnalezieniu i wydobyciu z morza czwartej bomby wodorowej.

Dużo ciekawsze było jednak pojawienie się reportażu o incydencie w Palomares w numerze wielkanocnym „Przekroju”. Tekst pióra Jerzego Michałowskiego (dyplomaty piszącego pod pseudonimem Stefan Wilkosz), zatytułowany Człowiek, który kopnął bombę wodorową, zaczynał się od wzruszającej historii Joségo Floresa, autochtona, który widział katastrofę na własne oczy i szybko dotarł na jej miejsce. Odnalazł tam zniszczoną bombę, kopnął ją („odruch starego, hiszpańskiego piłkarza?”) i wkrótce wylądował w szpitalu porażony promieniowaniem. Michałowski-Wilkosz w związku z tym nazwał Andaluzyjczyka „pierwszym człowiekiem, który kopnął bombę wodorową”. Następnie przedstawił okoliczności wypadku, po czym określił go mianem „najszczęśliwszej katastrofy naszych czasów” – zginęło bowiem tylko siedem osób, a mogło przecież dojść do hekatomby. Była to jawna konfabulacja, gdyż już w pierwszych dniach po incydencie wiadomo było, że bomba nie miała prawa wybuchnąć. W reporterskim przekazie o konsekwencjach podniebnego zderzenia znalazło się kilka wzorcowych dla polityki propagandowej passusów:

„Z jasnego nieba runął ogromny, płonący kadłub na podwórze szkoły, w której siedziało w ławkach 81 dzieci.
Tuż obok domu Antonio Garcia gruchnęły dwa olbrzymie, dymiące motory. Dwa dalsze zaryły się na skraju drogi, po której wolno toczyły się wiejskie wozy.
Rozbite kawały skrzydeł pocięły dachy wielu domów na przedmieściu Palomares, a łóżko pięknej pani Almanzor Rives – która tego dnia wstała wcześniej niż zwykle – zostało nafaszerowane odłamkami stali.
Na pobliskie pola pomidorowe i pomarańczowe plantacje lunął deszcz 40.000 litrów płonącej nafty”.

Z tej apokaliptycznej wizji wyłania się dramatyczny obraz klęski, w której tylko dzięki długiemu ciągowi przypadków uniknięto setek ofiar śmiertelnych. Sytuację szybko opanowano i po paru godzinach miejscowa policja już siedziała w karczmie przy winie i przysłuchiwała się kolorowym opowiadaniom naocznych świadków. Nagle jednak:

„[…] o godzinie 15.30 ten sielski obraz uległ gwałtownej zmianie. Piaszczystą drogą do Almerii nadciągnęła z wyciem syren długa kawalkada łazików i ciężarówek. Wysypały się z nich setki dziwnych postaci przypominających Marsjan z fantastycznych filmów. Kolorowe, połyskujące kombinezony, wysokie kauczukowe buty, plastikowe maski, czarne, gumowe rękawice”.

Według Michałowskiego-Wilkosza chłopi nic z tego nie rozumieli. Dopiero po upływie dwóch dni, gdy zakazano im opuszczać wioski i spożywać produkty rolne, zaczęli co nieco pojmować. Atmosfera zrobiła się jeszcze bardziej złowroga, gdy mieszkańcom zakomunikowano, że zostaną poddani badaniom, a tym, którzy zbliżali się do szczątków maszyn USAF, zabrano i spalono ubrania.

„A kiedy José Flores położył się do łóżka – w Palomares zapanował strach. Powtarzano dziwne, nie bardzo zrozumiałe słowo «radioacividad»”.

„Być może latające nad głowami bomby atomowe nie są najlepszym pomysłem?”

W wielkanocnym „Przekroju” zobaczymy też zdjęcie muskularnej sylwetki ambasadora Duke’a, kąpiącego się w morzu na dowód tego, że nie trzeba bać się radioaktywności. Istotnie, amerykański dyplomata w obecności swojej rodziny i hiszpańskiego ministra pływał 8 marca u wybrzeży Palomares, co w rezultacie miało nieco ułagodzić katastroficzne przekazy prasowe. Temu trochę nieudolnie przeprowadzonemu festiwalowi towarzyszyły transparenty z napisami „Viva la [sic!] Americano” i „Viva la [sic!] Wilson”.

Jak wspomniano, ambasador był kluczową postacią w całym zamieszaniu. 2 lutego przybył do Andaluzji, by ocenić sytuację. Spotkał się też z przedstawicielami mediów i wyjawił im istotne informacje, do których udzielenia nie był upoważniony. Następnego dnia Departament Obrony w oświadczeniu skrytykował Duke’a, lecz przeszło ono bez echa w obliczu pijarowskiej katastrofy Stanów Zjednoczonych. Przez cały okres poszukiwań czwartego ładunku Duke energicznie starał się poprawiać obraz Waszyngtonu i Madrytu. W końcu 7 kwietnia US Navy odnalazła ostatnią bombę – rozpoczęło to medialne święto z udziałem ambasadora. Raut obejmował między innymi oglądanie bomby na pokładzie krążownika USS Albany.

Spór co do oceny zaistniałej sytuacji trwa jednak do tej pory. Ówczesna amerykańska administracja ostatecznie uznała, że schematy organizacyjne i procedury się sprawdziły, lecz „należy nanieść poprawki” (akcja bowiem może trwać dłużej, niż przewidują procedury). David Stiles zauważa w incydencie przede wszystkim pierwszą wizerunkową katastrofę medialną Stanów Zjednoczonych. Dużą rolę odegrał tu Kreml, który w prasie i opinii publicznej miał pierwszorzędne narzędzia prowadzenia zimnowojennych działań. Tym bardziej że poza „imperialną Ameryką” demonizował przy okazji „faszystowską Hiszpanię”.

Faktycznie jednak w incydencie doszło do dwóch wybuchów i skażenia rozległego terytorium, poszukiwania czwartej bomby trwały blisko osiemdziesiąt dni, a stosunki między Waszyngtonem a Madrytem i wieloma innymi stolicami zostały nadszarpnięte. Konsekwencje były zatem poważne. Samozadowolenie Amerykanów po odnalezienia bomby i decyzje o kosmetycznych jedynie poprawkach proceduralnych skrytykował John Megara z Florida State University (Dropping Nuclear Bombs on Spain. The Palomares Accident of 1966 and the U.S. Airborne Alert, The Florida State University 2006). Skwitował to stwierdzeniem, że nie jest czymś naturalnym, iż bomby atomowe spadają sobie z nieba w wyniku pomyłki, poszukiwania trwają tak długo, a wszystkiemu towarzyszy kataklizm pijarowy Stanów Zjednoczonych. Problem radioaktywności okazał się jednak przesadzony. Naukowcy Richard L. Garwin i Georges Charpak (Megawatts and Megatons. A Turning Point in the Nuclear Age?, New York 2001) jasno stwierdzili, że promieniotwórczość po incydencie w Palomares nie spowodowała wzrostu zachorowalności na raka wśród lokalnej społeczności.

Bibliografia:

Richard L. Garwin, Georges Charpak, Megawatts and Megatons. A Turning Point in the Nuclear Age?, New York 2001.
John Megara, Dropping Nuclear Bombs on Spain. The Palomares Accident of 1966 and the U.S. Airborne Alert, The Florida State University 2006.
David Stiles, A Fusion Bomb over Andalucia: U.S. Information Policy and the 1966 Palomares Incident, „Journal of Cold War Studies”, Vol. 8, nr 1, 2006, s. 49–67.
Alexander Cooley, Base Politics. Democratic Change and the U.S. Military Overseas, Cornell University 2008.
„Dziennik Polski”, 21.01–8.04.1966.
Stefan Wilkosz, Człowiek, który kopnął bombę wodorową, „Przekrój”, nr 1095/1096, Wielkanoc 1966, s. 10–11, 30.