Śmierć siedmiorga pracowników orga­ni­zacji humanitarnej World Central Kitchen odbiła się dziś szerokim echem prak­tycznie na całym świecie. Moment ten może się stać zupełnie nie­spo­dzie­wanym punktem zwrotnym w wojnie w Strefie Gazy. Pod względem pro­pa­gan­dowym (czy też piarowym) trudno sobie wyobrazić, że Hamas mógłby własnymi siłami odnieść większe zwycięstwo niż to, które Cahal właśnie mu podarował na srebrnej tacy.

Premier Binjamin Netanjahu przyznał, że za tę tragedię odpowiada izraelskie wojsko, i zapowiedział prze­pro­wa­dze­nie szczegółowego dochodzenia. Wstępne wyniki powinny być upublicznione w ciągu kilku dni. Ale już teraz jedno nie ulega wątpliwości: to nie był przypadkowy atak. Na razie kwestią do rozstrzygnięcia pozostaje, czy Izraelczycy wiedzieli, kogo atakują. Natomiast bez wątpienia sam atak przeprowadzono rozmyślnie, z bez­względ­noś­cią typową dla nalotów ma­ją­cych zlikwi­dować wyselek­cjo­nowany cel.

W potrójnym nalocie prze­pro­wa­dzo­nym przez izra­elski bez­za­ło­gowy aparat latający zginęli: Austra­lijka Lal­zawmi Frank­com, Brytyj­czycy James Hender­son, James Kirby i John Chapman, Polak Damian Soból, Pales­tyńczyk Sajif Ajjad Abu Taha (pracu­jący jako tłumacz) oraz Jacob Flickin­ger, legity­mujący się paszpor­tami amery­kań­skim i kana­dyjskim. Mieli od 27 do 47 lat.



Co wiemy o ataku

Mainstreamowym mediom udało się poskładać do kupy spójny obraz tego, co się stało, ale jak zwykle najlepszą robotę wykonał zespół Bellingcata (to są, chcia­łoby się powiedzieć, OSINT‑owcy przez duże „O”; kilku polskich osintowców przez małe „o” przedstawiało dziś usta­lenia Bel­lingcata jako swoje). Z pełnymi wynikami ich dochodzenia można się zapoznać tutaj. W niniejszym artykule opiszemy je skrótowo.

Zaatakowany konwój składał się z trzech samochodów, dwóch opan­ce­rzo­nych i jednego nie­opan­ce­rzo­nego. Dwa z nich nosiły wyraźne oznaczenia WCK na dachu, ale gwoli sprawiedliwości – ope­ra­tor UCAV-a ob­ser­wujący cel za pomocą głowicy elek­tro­optycznej może nie być w stanie dostrzec, co jest namalowane na dachu. Dlatego też ogromnie ważna jest tak zwana deconfliction, czyli ustalenia między podmiotami obecnymi w strefie działań bojowych (czasem nawet między wal­czą­cymi stronami) co do tego, kto i kiedy będzie przebywał w danym miejscu, tak aby zminimalizować ryzyko tragicznej pomyłki.

Według dostępnych informacji pra­cow­nicy WCK nie zaniedbali tego kluczowego dla ich bezpieczeństwa procesu. Wręcz przeciwnie – konwój poruszał się szlakiem, który miał być wyłączony spod działań bojowych jako korytarz prze­zna­czony między innymi do celów huma­ni­tar­nych. Łączył on miejscowość Dajr al-Balah, w której znajduje się lokalna placówka i magazyn WCK, ze zbudo­wanym dalej na północny wschód pirsem, poprzez który do Strefy Gazy (via Cypr) dociera żywność rozprowadzana przez WCK.

Atak przeprowadzono w nocy, około godziny 21.30 czasu lokalnego, w pobliżu Dajr al-Balah. Na pojeździe, który został znisz­czony jako pierwszy, widoczne uszkodzenia są stosunkowo najmniejsze. Drugi samochód zniszczono około 800 metrów dalej. Wreszcie trzeci trafiono około 1600 metrów od pierwszego, a ponieważ jest widocznie najmocniej zniszczony, prawdopodobnie to właśnie ten był nieopancerzony.

A teraz najciekawsze – już nie dzięki Belligncatowi, ale dzięki izraelskiemu dzien­nikowi Ha-Arec, który ustalił na podstawie nieoficjalnych informacji w resorcie obrony, że w dowództwie jed­nostki odpo­wie­dzial­nej za zabez­pie­czanie korytarza stwierdzono, iż w jednym z pojazdów konwoju jadącego do maga­zynu w Dajr al-Balah znajduje się uzbrojony terrorysta.

Kiedy konwój w tym samym składzie ruszył w drogę powrotną na północ, Izraelczycy byli przekonani, że podejrzany wciąż jest w jednym z samo­chodów. Mylili się – mężczyzna (co do którego nie ma nawet pewności, czy miał związki z terrorystami) pozostał w maga­zynie. Działając na podstawie błędnego przekonania, oficerowie odpo­wie­dzialni za korytarz wydali operatorom drona rozkaz do ataku, początkowo tylko na jeden pojazd.

Atak się udał, cel został porażony. Nie wiadomo, jakiego dokładnie pocisku użyto. Bellingcat dopatruje się śladów po użyciu pocisku takiego jak Hellfire R9X, mającego stosunkowo niewielką głowicą bojową i rażącego cel – niemal zawsze człowieka – energią kinetyczną i odłam­kami. Nie ma wprawdzie dowodów, że Izrael otrzymał pociski w tej wersji, ale też nic nie stoi na przeszko­dzie, aby podobnie zmody­fi­kował rodzime Spike’i, które są już zintegrowane z UCAV-ami takimi jak Hermes 900 (na zdjęciu tytułowym).

Kilka osób wysiadło ze zniszczonego samochodu (nie wiemy niestety, ile sie­działo w każdym z nich) i przesiadła się do jednego z dwóch pozostałych. Pra­cow­nicy WCK próbowali w tym momencie nawiązać kontakt ze swoim łącznikiem w Cahalu, ale kilka sekund później znisz­czony został również drugi samo­chód. Trzeci, jadący w pewnym oddaleniu, podjechał do drugiego, aby umożliwić rannym przesiadkę. Chwilę potem został zniszczony trzecim pociskiem. Masakra dobiegła końca.

O przechodzeniu ludzkiego pojęcia

Ha-Arec cytuje jedno ze swoich źródeł: „To frustrujące. Robimy, co w naszej mocy, aby precyzyjnie atakować terrorystów i wykorzystywać każdą informację wywia­dow­czą. A w ostatecznym roz­ra­chunku jednostki polowe postanawiają wyko­ny­wać ataki bez żadnych przygotowań w sytuacjach, które nie mają nic wspólnego z ochroną naszych sił”.

Dziś późnym wieczorem na elektro­nicz­nych łamach Ha-Arec opublikowano jeszcze jeden artykuł, opatrzony tytułem unoszącym się w oparach absurdu: „Źródła w izraelskim wojsku: Pracownicy organizacji pomocowej w Gazie zginęli, bo «oficerowie Cahalu w terenie robią, co chcą»”. Robią, co chcą. Oficerowie.

Według źródeł gazety w służbach wy­wia­dow­czych dowódz­two Cahalu „dokład­nie wie, co było przyczyną ataku: w Gazie każdy robi, co mu się podoba”. Dlatego też mechanizmy dbania o bez­pie­czeń­stwo cywilów, którymi chwalił się rząd Bibiego, nie działają, jak powinny. Teoretycznie są one solidne i powinny być wystarczające. Ustanowiono sposoby kontaktu za pośrednictwem oficerów łącznikowych, którzy przekazują pod­od­dzia­łom bojowym informacje o miejs­cach, w których w danym momencie znajdują się cywile czy pracownicy or­ga­ni­zacji pomocowych, a więc o miejs­cach, których nie wolno atakować. Wszystko wskazuje, że informacje te docierają do celu bez przeszkód. Ale u celu są ignorowane.

Wypadałoby zostawić to bez komentarza, ale jednak przypom­nijmy inną sytuację z grudnia ubiegłego roku, kiedy trzech izraelscy zakładnicy zginęli od kul izra­el­skich żołnierzy. Trzej mężczyźni – za­pew­ne korzystając z zamieszania bitewnego – zdołali się uwolnić i rzucili się do ucieczki. Przez pewien czas ukrywali się w budynku, z którego wybiegli na spotkanie żołnierzom, trzymając prowi­zo­ryczną białą flagę – kawałek płótna na kiju. Co więcej, cała trójka była naga od pasa w górę, co dowodzi zapobiegliwości i przy­tomności umysłu w stresującej sytu­acji. Chodziło o to, aby na pierwszy rzut oka było widać, że nie mają przy sobie improwizowanych ładunków wybu­cho­wych, które najczęściej są przy­tra­czane do piersi.

Jeden żołnierz, gdy ujrzał wybie­ga­jących zakładników, z nieznanego powodu uznał ich za terrorystów i otworzył ogień. Nie wiadomo, czy już w tym momencie w jego ślad poszli koledzy z pododdziału. Dwaj mężczyźni zginęli na miejscu, trzeci został ranny i wbiegł z powrotem do budynku. Z ukrycia wołał o pomoc po hebrajsku. Dowódca batalionu wydał rozkaz wstrzy­mania ognia, ale ten albo został zigno­rowany, albo też nadszedł zbyt późno, gdyż trzeciego zakładnika również za­strze­lono. Wiadomo, że śmiertelne strzały oddało co najmniej dwóch różnych żołnierzy.

Ofiary to Jotam Chaim (lat 28) i Alon Szamriz (26) z kibucu Kefar Aza oraz Samar Talalka (22) z kibucu Nir Am. Sposób, w jaki ich zabito, stanowił rażące naruszenie zasad otwarcia ognia naka­za­nych przez sztab Cahalu. To właśnie wtedy po raz pierwszy izraelska (i świa­towa) opinia publiczna dostała dowód, iż oficerowie izraelskich sił zbrojnych mają takie dość nie­zobo­wią­zujące podejście do tych zasad.

Trudno też nie podawać w wątpliwość jakości danych wywiadowczych będących do dyspozycji Cahalu. W końcu u podstaw całej tej wojny legła właśnie kompro­mitacja wywiadowcza. Oczy­wiście infor­ma­cje o planach strategicz­nych nie­przyja­ciela snutych z kilku­mie­sięcz­nym wyprze­dzeniem to nie to samo co informacje w czasie rzeczywistym o ruchach pojedynczych pojazdów. Ale niewykluczone, że widzimy tu dwa problemy mające fundamentalnie jedną naturę: nadmiar zaufania do zdobytych informacji.

Skutki dla Gazy

Aktualizacja (3 kwietnia, 1.15): Cywile uwięzieni obecnie w Strefie Gazy już teraz odczuwają skutki tej tragedii we własnych żołądkach. Od razu po nalocie WCK ogłosiła, że wstrzymuje działania w Strefie Gazy. „To nie jest atak tylko na WCK, to atak na organizacje humanitarne, które zjawiają się w najtrudniejszych sytu­ac­jach, tam, gdzie używa się żywności jako broni. To niewybaczalne”, powiedziała szefowa WCK Erin Gore.

Analogiczną decyzję – o wstrzymaniu swojego zaangażowania w morski kory­tarz pomocowy – podjęły władze Zjed­no­czo­nych Emiratów Arabskich. To właśnie ZEA były jednym z głównych sponsorów WCK w operacji gazańskiej, one też zajmowały się koordynacją między rządem Izraela, Hamasem i WCK (ale podkreślmy: ZEA nie miały nic wspólnego z bieżącymi kontaktami między WCK i Cahalem, odpowiadały jedynie za uzgad­nianie harmo­no­gramu i składu trans­portów).

Powstaje tu dodatkowy problem: jeśli nie WCK, to kto zadba o wykarmienie setek tysięcy Gazańczyków i Gazanek stojących u progu klęski głodu? Pod koniec ubieg­łego miesiąca Jerozolima zakazała dzia­łal­ności na tym polu Agencji ONZ dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie (UNRWA). Stwierdzono bowiem, że niektórzy pracownicy UNRWA bezpośrednio pomagali hama­sow­com w wojnie z Izraelem, między innymi prze­trzy­mując zakładników. Niemniej, skoro agencja, która odpowiadała za dystry­bucję żywności, teraz już nie może wykonywać tych zadań, jej miejsce musiał zająć ktoś inny.

Tym kimś miała być WCK, dysponująca zapleczem, personelem i doświad­cze­niem pozwa­la­jącym przy­najm­niej częś­ciowo wypełnić lukę. Organizacja pro­wa­dziła w Strefie Gazy aż sześć­dzie­siąt jadło­dajni i wydawała dziennie średnio około 180 tysięcy posiłków. Nie ma już prak­tycznie żadnego innego podmiotu, który mógłby działać na taką skalę.

DSo portu w Nikozji zawróciła wczoraj niewielka flotyllla, która miała dostarczyć do Gazy blisko 240 ton żywności. Zabici pracownicy WCK zajmowali się rozła­dun­kiem i dystrybucją 97‑tonowego ładunku przywiezionego na barce Ares.

Tymczasem szef sztabu Cahalu, generał broni Herci Halewi, wystosował własne oświadczenie, w którym przeprasza za „niezamierzoną krzywdę” wyrządzoną pra­cow­nikom WCK i składa kondo­lencje ich krewnym i współ­pra­cow­nikom. Trzeba jednak zwrócić uwagę, iż w prze­ci­wień­stwie do Bibiego powstrzy­mał się od stwierdzenia, że „takie rzeczy zdarzają się na wojnie”.

Skutki dla dalszego przebiegu wojny

Aktualizacja (3 kwietnia, 2.20): To oczy­wiście rów­nież podpada pod na­główek „skutki dla Gazy”, ale powyżej skupialiśmy się na tym, co to tragiczne wydarzenie oznacza dla ludności cywilnej, tu zaś przyjrzymy się reakcjom politycznym. Na początek odno­tuj­my wypowiedź izra­el­skiego ambasadora w Polsce Ja’akowa Liwnego. To już naprawdę nie zasługuje na komentarz.

Szczególnie interesująca jest reakcja Amerykanów, już od dawna będących jedyną realną podporą Izraela w tej wojnie. Wprawdzie ultra­pra­wi­cowe oszo­łomy – trudno inaczej nazwać Ben Gwira czy Smotricza – w rządzie Bibiego domagają się absolutnie bez­wa­run­ko­wego poparcia, ale Netanjahu ma świadomość, że Biden i tak oferuje Izraelowi dużo, być może więcej, niż jest politycznie rozsądne. Chociaż nawet Bibi potrafi stanąć okoniem i bez mała zarzucić Bidenowi zdradę, co widzieliśmy zwłaszcza przy okazji niedawnej rezolucji RB ONZ wzywającej do zawieszenia broni.

Oświadczenie Bidena jest w tym kon­tekś­cie stosun­kowo mocne. Poza stan­dar­do­wymi formułkami o zasmu­ceniu i koniecz­ności podania wyników docho­dze­nia do wiadomości publicznej prezydent wytyka Izraelowi, iż nie był to jednorazowy incydent, i podkreśla, że Izrael uczynił za mało w kwestii ochrony pracowników organizacji pomoco­wych (w toku całej wojny zginęło ich około 200, głównie Palestyńczyków), a także ochrony cywilów. Można odnieść wrażenie, iż Biden grozi Bibiemu palcem.

Tragedia pod Dajr al-Balah stała się również kolejnym jaskrawym dowodem, jak ważne w życiu są koneksje. Założyciel WCK José Andrés to nie tylko kucharz celebryta i filantrop, ale też człowiek mających wielu znajomych wśród wa­szyng­tońskich elit. I ten stan rzeczy widać w reakcjach zaob­ser­wo­wanych przez ame­ry­kań­skich dzien­nika­rzy. Na przykład serwis Politico cytuje urzędnika ame­ry­kań­skiej adminis­tracji, który stwierdza, iż nalot „podkreśla nie­fra­sob­li­wość Izra­el­czy­ków w stosunku zarówno do gazań­skich cywilów, jak i pracowników między­naro­dowych orga­ni­zacji huma­ni­tar­nych”.

Ten sam urzędnik stwierdził, iż nie ma wielkich nadziei na to, że dochodzenie będzie transparentne i uczciwe.

Ale jeśli ktoś liczył na to, że Waszyngton z dnia na dzień ściągnie cugle Izraelowi, to się srodze przeliczył. Inni przedstawiciele administracji Bidena, już pod nazwiskiem, starali się tonować nastroje. Rzecznik Rady Bezpie­czeń­stwa Narodowego John Kirby apelował, aby zaczekać na wyniki izraelskiego dochodzenia. Z kolei sek­re­tarz stanu Antony Blinken przekonywał, że zwrócił Izraelowi uwagę, iż musi bardziej dbać o bezpieczeństwo cywilów.

Nie będzie też wstrzymania dostaw ame­ry­kań­skiej broni. Jak informuje dzisiej­szy The New York Times, Biały Dom naciska na Kongres, aby ten zatwierdził sprzedaż Izraelowi pięćdziesięciu samolotów bojo­wych F‑15EX (wraz z zapasem amunicji i wsparciem logis­tycz­nym) za kwotę 18 miliardów dolarów. Oczywiście realizacja takiego zamówienia musiałaby zająć kilka lat, toteż nie ma ryzyka, że samoloty zostałyby użyte w wojnie w Strefie Gazy (chyba że w kolejnej wojnie). Ale samo zatwierdzenie transakcji właśnie teraz byłoby powszechnie odczytane jako gest poparcia dla Bibiego i jego rządu – i dla sposobu, w jaki walczy z Hamasem.

Pojawiają się jednak głosy przewidujące, iż odczuwalne ze wszystkich stron – coraz częściej także z Waszyngtonu – naciski na Izrael, aby zgodził się na zawieszenie broni, skokowo przybiorą na sile w następstwie tej tragedii. Rzecz jasna, na rozejm musi się zgodzić także Hamas, a wszystko wskazuje, iż to właśnie hama­sowcy zerwali ostatnią rundę nego­cja­cji. Niemniej teraz, kiedy już nikt nie będzie dbał o wyżywienie ludności Gazy, przerwa w walkach może być jedynym sposobem na oddalenie powszech­nej klęski głodu.

Na ulicach Jerozolimy

Trzeba też pamiętać o rosnącej presji w samym Izraelu. Jak pisaliśmy wczoraj, w Jerozolimie pod siedzibą Knesetu trwa czterodniowy maraton manifestacji, którego uczestnicy domagają się ustą­pienia premiera Netanjahu i rozpisania nowych wyborów oraz zawarcia układu z Hamasem (w domyśle: za wszelką cenę), aby zapewnić wolność zakładnikom. Wśród uczestników jest między innymi były premier Ehud Barak.

Dziś doszło do starć z policją, kiedy kilku­tysięczna grupa manifestantów usi­ło­wała przejść pod prywatny dom Netanjahu w dzielnicy Rechawia. Serwis The Times of Israel opisuje sytuację tak: „Po napot­kaniu barykad grupka mani­fes­tan­tów z mega­fonami wybiegła na czoło marszu. Udało im się pokie­rować dużą część tłumu okrężną drogą pod dom Netan­jahu na ulicy Azza, co zasko­czyło stróżów prawa. Orga­ni­za­torzy kazali uczest­nikom biec jak naj­szyb­ciej, aby uniknąć środków kon­troli tłumu”,

Na miejscu kilka osób, w tym Ajala Mecger, synowa zakładnika Jorama Mec­gera, usiadło naprzeciwko domu pre­miera. Policjanci odciągnęli te osoby siłą. W Izraelu wzbudziło to oburzenie; nawet wielu bardziej umiarkowanych zwolen­ni­ków premiera uważa, że rodziny zakład­ników mają prawo stosować nad­zwy­czajne środki w walce o uwolnienie swoich naj­bliższych.

Minister bezpieczeństwa naro­do­wego Ita­mar Ben Gwir, któremu podlega policja, oskarżył służbę bezpieczeństwa Szin Bet o ignorowanie nie­bez­pie­czeń­stwa gro­żą­cego premierowi. Z kolei minister w rządzie wojennym Beni Ganc stwierdził, że chociaż manifestacja była legalna, nie­do­pusz­czalne jest igno­ro­wa­nie poleceń policji i prze­ła­my­wanie barykad. „Ból jest zrozumiały, ale prawo i przepisy muszą być przestrzegane”, podkreślił Ganc.

Pojedynek retoryczny wygrała jednak Ejnaw Zangauker, matka zakładnika Matana Zangaukera, jedna z naj­ak­tyw­niej­szych uczest­niczek prak­tycz­nie każdej mani­fes­tacji. Nazwała ona Bibiego „fara­onem, który ściąga na nas plagę pierwo­rod­nych”, i dodała: „póki mój Matan nie ma dnia ani nocy, ty też nie będziesz ich mieć”. Pani Zangauker do niedawna głoso­wała na Netanjahu i jego Likud.

Nehemia Gershuni-Aylho, CC BY-SA 3.0, www.NGPhoto.biz