W ostatnim czasie amerykańskie bombowce strategiczne pojawiają się w miejscach, w których do tej pory nigdy nie były widziane. W lutym tego roku B-1B Lancer po raz pierwszy wylądował w Indiach. W marcu samoloty tego typu lądowały pierwszy raz także w Norwegii i w Polsce – w Powidzu. W tym samym miesiącu trzy B-2A wylądowały w Lajes na Azorach. To co prawda nie była ich pierwsza wizyta, ale też nie było to działanie rutynowe. Dowódca Air Force Global Strike Command, generał Timothy Ray, zapowiada kolejne „niezapowiedziane” wizyty amerykańskich bombowców w różnych częściach świata. Jest to element realizacji strategii dynamicznej dyslokacji sił (Dynamic Force Employment).

Przez wiele lat amerykańskie siły powietrzne polegały na schemacie długookresowej rotacyjnej obecności bombowców w wybranych bazach (continuous bomber presence), zwłaszcza w RAF Fairford w Wielkiej Brytanii i Andersen na wyspie Guam. Według nowej strategii bombowce najczęściej startują z terytorium macierzystego Stanów Zjednoczonych i albo jedynie na krótko lądują w krajach sprzymierzonych (na przykład przećwiczyć tankowanie bez wyłączania silników). Czasem wręcz w ogóle nie lądują, tylko wracają do bazy po wielokrotnym tankowaniu w powietrzu.



Taka zmiana ma wprowadzić element nieprzewidywalności operacyjnej w odniesieniu do własnych sił i zasiać niepewność wśród potencjalnych przeciwników.

– Chcemy być przewidywalni w tym sensie, że przeciwnik powinien wiedzieć, iż jeśli przekroczy pewną linię, zareagujemy i mamy możliwość to zrobić – powiedział Mark Gunzinger z think tanku The Mitchell Institute for Aerospace Studies. – Natomiast nieprzewidywalne ma być to, jak, kiedy i gdzie odpowiemy.

Lancer z 7. Skrzydła Bombowego tankuje z włączonymi silnikami w bazie w Powidzu.
(US Air Force / Senior Airman John R. Wright)

– Filozofia, która przyświeca wytworzeniu nieprzewidywalności, to wprowadzenie u przeciwników niepewności odnoście do tego, jak Stany Zjednoczone będą prowadziły walkę, a tym samym zapewnienie sobie przewagi w kwestii decyzyjności – wtóruje Gunzingerowi Caitlin Lee z RAND Corporation. – Jest to próba pokazania, że możemy być obecni na danym teatrze działań w dowolnym momencie, a przeciwnicy nie są w stanie precyzyjnie tego określić. To zmusi ich do zachowania ostrożności, bo będą musieli pilnować również swojego zaplecza.

Strategia Dynamic Force Employment ma również ograniczyć stosowanie przez Chiny i Rosję działań w szarej strefie, czyli działań agresywnych poniżej progu otwartej wojny, która zmuszałaby państwa zachodnie do jednoznacznej reakcji. W odróżnieniu od Stanów Zjednoczonych Moskwa i Pekin traktują rywalizację mocarstw jako element ciągły, bez podziału na czytelne okresy pokoju i wojny. Nieprzewidywalność sił amerykańskich ma sprawić, że przywódcy Rosji i Chin dwa razy się zastanowią przed wykonaniem agresywnego ruchu, bo nie będą mogli być pewni reakcji USA.



Dynamiczna dyslokacja sił wpasowuje się również w globalny model operowania całości amerykańskich sił zbrojnych składających się z czterech poziomów. Pierwszy poziom obejmuje siły wysunięte, których zadaniem jest przyjęcie pierwszego uderzenia i uniemożliwienie przeciwnikowi zdominowania konfliktu od pierwszego momentu. Kluczową rolę odrywają tu samoloty taktyczne o właściwościach stealth, samoloty rozpoznawcze i wywiad satelitarny.

Trzy B-2A w Lajes Field na Azorach.
(USAF / Heather Salazar)

Drugi poziom polega na zorganizowaniu błyskawicznej reakcji skoncentrowanej na opóźnieniu, a najlepiej uniemożliwieniu przeciwnikowi umocnienia się na zajętych terenach, zanim Stany Zjednoczone zmobilizują większe siły do silniejszej reakcji. Ma to zapobiegać działaniom Chin i Rosji metodą faktów dokonanych. Kluczowym elementem tego poziomu jest właśnie flota bombowców strategicznych operująca z terytorium macierzystego.

Trzecia warstwa polega na wykorzystaniu całej zmobilizowanej już potęgi wojskowej i politycznej do zakończenia konfliktu na korzystnych warunkach, a czwarta – na obronie terytorium Stanów Zjednoczonych.



Ponadto wycofanie bombowców z baz wysuniętych do stałych miejsc stacjonowania przyczyniło się do poprawy gotowości i wyszkolenia załóg. Stacjonując w bazach macierzystych, samoloty mają dostęp do pełnego zaplecza logistycznego i serwisowego, a załogi mogą cały czas odbywać różne szkolenia niemożliwe do realizacji za granicą. W ten sposób gotowość załóg bombowców jest najwyższa w historii Global Strike Command nawet mimo pandemii koronawirusa.

Operowanie z baz macierzystych ułatwia także planowanie i podnosi rzeczywistą gotowość operacyjną całego dowództwa, ponieważ zadania są przydzielane poszczególnym samolotom w zależności od ich gotowości i sprawności, a nie dyslokacji geograficznej.

B-1B staruje z bazy Bodø w Norwegii.
(Torbjørn Kjosvold / Forsvaret)

Kluczowa rolę w strategii Dynamic Force Employment odgrywa sieć państw sprzymierzonych. Im więcej lokacji, z których mogą operować amerykańskie bombowce, tym stają się one mniej przewidywalne dla przeciwnika. Przykładowo lądowanie B-1B w Indiach (oficjalnie przy okazji targów zbrojeniowych Aero India) było sygnałem dla Chin, że muszą pilnować także zachodnich granic, a nie tylko wybrzeża Oceanu Spokojnego. Ponadto częste loty w przestrzeniach powietrznych państw zaprzyjaźnionych są świadectwem amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa dla tych państw, a dodatkowo umożliwiają wspólne ćwiczenia z lokalnymi siłami powietrznymi.

– Udowodnienie możliwości przeprowadzenia szybkiego tankowania dzisiaj w Polsce mówi samo za siebie – powiedział generał Jeff Harrigian, dowódca amerykańskich wojsk lotniczych w Europie i Afryce. – Nasze bombowce mogą wykonywać misje zawsze i wszędzie.

Zobacz też: Australia: Boxer w działaniach desantowych

(flightglobal.com)

US Air Force / Airman 1st Class Jacob Skovo