Oślepiony i poparzony, uratował przed śmiercią całą załogę bombowca. Dla niego obudzony w środku nocy generał Curtis LeMay podpisał wniosek o przyznanie Medalu Honoru, a sam medal wykradziono z Pearl Harbor. Decyzja o odznaczeniu była jednym z pierwszych dokumentów, które podpisał nowy prezydent Harry Truman. Był to jedyny w historii przypadek, kiedy to nie prezydent osobiście wręczał Medal Honoru. Wszyscy chcieli zdążyć przed jego śmiercią. On jednak oszukał przeznaczenie i zmarł dopiero w dwudziestym pierwszym wieku. Poznajcie historię Henry’ego „Reda” Erwina.

Henry Erwin urodził się w maju 1921 roku w Adamsville w Alabamie. Na ochotnika wstąpił do Korpusu Powietrznego Wojsk Lądowych Stanów Zjednoczonych i został wyszkolony na radiooperatora. W czasie drugiej wojny światowej już jako sierżant sztabowy znalazł się w załodze ciężkiego bombowca B-29 Superfortress należącego do 52. Eskadry Bombowej w ramach 29. Grupy Bombowej. Był to najbardziej zaawansowany technicznie samolot swoich czasów. Napędzany czterema sinikami gwiazdowymi Wright R-3350 Duplex Cyclone 18 o mocy 2200 koni mechanicznych każdy, przy starcie ważył sześćdziesiąt ton, a załoga liczyła jedenaście osób. Setki Superfortressów należących do XXI Dowództwa Lotnictwa Bombowego charyzmatycznego generała dywizji Curtisa LeMaya, miały zburzyć japońskie miasta i wybić ich mieszkańcom z głów chęć do kontynuowania wojny.

Bombowiec, którego załogi członkiem był sierżant Erwin, jako jeden z nielicznych nosił dwa imiona – Snatch Blatch i The City of Los Angeles. Drugie jest oczywiste, a pierwsze pochodzi z twórczości renesansowego satyryka francuskiego François Rabelais’go, autora „Życia Gargantui i Pantagruela”. Załoga tej maszyny została sformowana w czerwcu 1944 roku w Dalhart w Teksasie, a na wojnę ruszyła w styczniu następnego roku. Dowódcą był kapitan George „Tony” Simeral, a drugim pilotem – porucznik Roy Stables.

Nalot na Tokio

Zgodnie z sugestią dowódcy całego amerykańskiego lotnictwa, generała Henry’ego „Hapa” Arnolda, LeMay zmienił taktykę i odszedł od bombardowań z dużej wysokości za pomocą bomb burzących na rzecz nocnych nalotów z małej wysokości z wykorzystaniem bomb zapalających. Pierwszym celem zostało Tokio.

Załoga Simerala (fot. USAAF)

Załoga Simerala
(fot. USAAF)

LeMay osobiście rwał się do boju, ale otrzymał już najwyższe odznaczenia za udział w walkach i dostał zakaz latania. Teraz miał się skoncentrować na dowodzeniu innymi i poznać pewną nową broń opracowywaną w laboratoriach w Nowym Meksyku. Bezpośrednim dowódcą liniowym, który w powietrzu brał udział w nalocie na japońską stolicę, był generał brygady Thomas Power. Nad Tokio poleciał w The City of Los Angeles. Nad ranem 10 marca 1945 roku 330 B-29 zrzuciło swoje bomby zapalające. Był to najbardziej niszczycielski nalot bombowy w historii. Zginęło 120 tysięcy osób – więcej niż w Hiroszimie czy Nagasaki. Aby jak najlepiej zapoznać się ze skutkami ataku, Power kazał załodze przelecieć nad Tokio kilka razy. Chociaż Japończycy nie byli przygotowani na samoloty latające na małej wysokości, było to polecenie bardzo ryzykowne, ale nikomu nic się nie stało.

W ciągu miesiąca po spaleniu Tokio załoga The City of Los Angeles miała na koncie już dziesięć udanych misji. Jedenastą wyznaczono na 12 kwietnia. Celem była fabryka chemiczna w Koriyamie, mieście położonym około 190 kilometrów na północ od Tokio. Był to najodleglejszy cel, na który skierowano bombowce startujące z Marianów. Do nalotu skierowano 250 B-29, a załoga kapitana Simerala była w maszynie prowadzącej formację.

Piekło na niebie

Do wybrzeża Japonii lot przebiegał spokojnie. Sierżant Erwin prowadził korespondencję radiową i pilnował, czy obsługiwane przez niego urządzenia funkcjonują poprawnie. Jednak poza tym, że był radiooperatorem, miał też dodatkowe zadanie. Na sygnał dowódcy miał zrzucić przez rurę w podłodze flarę fosforową, która świecąc na nocnym niebie, oznajmiała pozostałym załogom, że samolot prowadzący znalazł się na kursie bojowym i za chwilę nastąpi zrzut bomb. Wtedy na niebie pojawiło się pięć japońskich myśliwców i odezwała się artyleria przeciwlotnicza. Ale na kursie bojowym nie można już nic zrobić, można tylko lecieć w linii prostej i ostrzeliwać się z karabinów maszynowych w kilku automatycznych wieżyczkach.

„Red”, jak nazywali Erwina koledzy z załogi, czekał przy rurze na sygnał od kapitana. Gdy ten nadszedł, wyciągnął zawleczkę i zrzucił flarę do rury. Zamiast jednak spaść, flara odbiła się od ścianki, uderzyła Erwana w twarz i eksplodowała. Wadliwy zapalnik zdetonował flarę zbyt szybko, rozgrzewając zwarty w niej fosfor do 700 stopni Celsjusza. Twarz, nos, ucho i oczy lotnika zostały natychmiast poparzone, a bomba sygnałowa latała po całym przedziale, opalając wyposażenie. Istniało zagrożenie, że jeśli przepali podłogę i spadnie do komory bombowej, zdetonuje wszystkie bomby, co nie tylko zniszczyłoby The City of Los Angeles, ale także mogło też zmieść z nieba kilka sąsiednich B-29.

Chociaż bombowiec nie został trafiony przez myśliwce, piloci nad nim nie panowali. Dym z flary błyskawicznie wypełnił wszystkie pomieszczenia, w tym kokpit, uniemożliwiając pilotom dostrzeżenie czegokolwiek za oknem, a nawet zegarów. Załoga krztusiła się i wymiotowała. Niewyobrażalnie cierpiąc, sierżant Erwin, orientujący się w przestrzeni po omacku, jakimś cudem odnalazł palącą się flarę i chwycił ją z zamiarem wyrzucenia przez okno w kabinie pilotów. Drogę zagradzał mu pulpit nawigatora, który w tym czasie znajdował się w na stanowisku w nosie. Blat można było złożyć i Erwin zrobił to, włożywszy flarę pod pachę, aby mieć wolne ręce. W ciągu kilku sekund pod prawą pachą ciało miał przepalone aż do kości.

Drugi pilot, porucznik Roy Stables, z niedowierzaniem patrzył przez dym, jak w jego kierunku idzie płonący człowiek i krzyczy: „Otwórzcie okno! Otwórzcie okno!”. Pokonując szok, Stables otworzył okno i został odepchnięty pędem powietrza. „Przepraszam pana, sir”, zdołał jeszcze powiedzieć regulaminowo uprzejmy Erwin, i wyrzucił bombę przez okno zapobiegając eksplozji bombowca. W tym samym momencie, ciągle się paląc, zwalił się na konsolę przepustnicy.

Piloci odzyskali kontrolę, wyprowadzając samolot z nurkowania sto metrów nad wodą. Załoga otworzyła wszystkie możliwe okna i pokrywy, żeby przewietrzyć kadłub. Kapitan Simeral natychmiast zawrócił w kierunku Iwo Jimy, najbliższego lotniska, na którym mógł wylądować B-29 i na którym znajdowało się zaplecze medyczne. W tym czasie reszta załogi robiła, co mogła, by ulżyć cierpieniu Erwina, który po tym, co go spotkało, już dawno powinien nie żyć.

Zdążyć przed śmiercią

Jedyne, co można było dla niego, zrobić to ugasić gaśnicą i podać całą dostępną na pokładzie morfinę. Przez kilkugodzinny lot na Iwo Jimę Henry Erwin pozostawał przytomny. W szpitalu lekarze robili, co mogli: przeprowadzili transfuzje krwi, podali antybiotyki i przeprowadzili operacje chirurgiczne. Godzinami usuwali z oczu poszkodowanego cząstki białego fosforu, który zapalał się w zetknięciu z tlenem. Gdyby pozostawili chociaż mikroskopijną cząstkę, istniałoby ryzyko ponownego zapalenia się Erwina. Wszyscy spodziewali się, że sierżant umrze jeszcze tej nocy – jeśli nie z powodu obrażeń, to z bólu. Dlatego oficerowie z jego jednostki natychmiast przygotowali rekomendację do odznaczenia go Medalem Honoru – najwyższym amerykańskim odznaczeniem wojskowym.

Henry Red Erwin uratował B-29

Henry Erwin
(fot. USAF)

O piątej nad ranem następnego dnia obudzono generała LeMaya w jego kwaterze na Guamie. Ten podszedł do sprawy bardzo osobiście: natychmiast przesłał swoją rekomendację do Waszyngtonu i zorganizował przelot do szpitala dla brata Erwina, który służył w piechocie morskiej na Pacyfiku. Chciał, aby brat był przy nim na łożu śmierci. Tę noc „Red” przeżył, ale śmierć zabrała inne życie – 12 kwietnia zmarł prezydent Franklin Delano Roosevelt, a najważniejszym człowiekiem w Stanach Zjednoczonych został Harry Truman.

Tymczasem LeMay zarządził transport Erwna z Iwo Jimy na Guam, gdzie znajdował się duży szpital marynarki z lepszym wyposażeniem. Nie bacząc na przepisy, generał chciał wręczyć „Redowi” odznaczenie jeszcze przed śmiercią. Było to postępowanie typowe dla tego człowieka i miało swój początek w specjalnej relacji z dowódcą lotnictwa, generałem „Hapem” Arnoldem. Ten drugi, chcąc poprawić, początkowo niezbyt dobre, osiągnięcia B-29, zezwolił podwładnemu na stosowanie wszystkich koniecznych praktyk, które dadzą efekty w postaci zniszczonych miast japońskich. LeMay zastosował to samo podejście do swoich ludzi. „Dajcie mi rezultaty, których oczekuję, a nie będę zadawał pytań”, mówił generał. Po wypadku Erwina LeMay sprawdził, gdzie jest dostępny najbliższy egzemplarz Medalu Honoru. Okazało się, że jedna sztuka znajduje się w gablocie wystawowej w bazie Pearl Harbor na Hawajach. Natychmiast wysłano po niego samolot z delegacją. Nigdzie nie można było znaleźć klucza do gabloty, więc piloci ją zwyczajnie rozbili i zabrali medal na Guam.

Za nadzwyczajny heroizm

Tam, sześć dni po wypadku, odbyło się wręczenie medalu przez generała LeMaya, który spodziewał się, że będzie to uroczystość pośmiertna. Sierżant Erwin nie zamierzał jednak umierać. W obecności załogi i generała dywizji Willisa Hale’a LeMay wręczył Erwinowi medal mówiąc: „Twoje wysiłki, by ocalić życie kolegów z załogi, to najbardziej niezwykły rodzaj heroizmu jaki widziałem”. Obandażowany od stóp po czubek głowy, z otworami na usta i oczy, sierżant odpowiedział tylko: „Dziękuję panu”.

Pełne uzasadnienie odznaczenia brzmi:

Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki w imieniu Kongresu ma zaszczyt nadać Medal Honoru sierżantowi sztabowemu Henry’emu Eugenowi „Redowi” Erwinowi z Sił Powietrznych Wojsk Lądowych Stanów Zjednoczonych za nadzwyczajny heroizm w czasie wykonywania obowiązków radiooperatora w samolocie B-29 z 52. Eskadry Bombowej, 29. Grupy Bombowej, 314. Skrzydła Bombowego, Dwudziestej Armii Lotniczej, prowadzącemu formację do ataku na Koriyamę w Japonii 12 kwietnia 1945 roku. Sierżant sztabowy Erwin był obarczony dodatkowym obowiązkiem zrzucenia fosforyzującej bomby dymnej w celu pomocy formacji w ustaleniu punktu początkowego kursu bojowego. W czasie wchodzenia do wyznaczonego rejonu napotkano ogień przeciwlotniczy i wrogie myśliwce. Z bomb zrzucanych przez sierżanta sztabowego Erwina jedna okazała się wadliwa, eksplodowała w luku i odbiła się z powrotem do wnętrza samolotu, uderzając [Erwina] w twarz. Palący się fosfor spalił jego nos i całkowicie go oślepił. Dym wypełnił samolot, uniemożliwiając obserwację pilotowi. Sierżant Sztabowy Erwin zdał sobie sprawę, że samolot i załoga będą stracone, jeśli bomba pozostanie na pokładzie. Nie zważając na własne bezpieczeństwo, podniósł ją i po omacku, instynktownie, przeczołgał się dookoła wieżyczki strzeleckiej, kierując się do okna drugiego pilota. Zauważył, że drogę blokuje mu stół nawigatora. Trzymając palącą się bombę między przedramieniem i tułowiem, odblokował sprężynę i złożył stół. Przedzierając się wąskim korytarzem, dostał się do wypełnionej dymem kabiny pilotów. Po omacku, palącymi się dłońmi, odnalazł okno i wyrzucił bombę. Cały w płomieniach upadł na podłogę. Gdy dym się rozwiał, pilot wyprowadził samolot z nurkowania na wysokości 300 stóp. Wykraczające poza obowiązki służbowe waleczność i heroizm sierżanta sztabowego Erwina ocaliły życia jego towarzyszy.
Departament Wojny, Rozkaz Ogólny Nr 44, 6 czerwca 1945 roku.

Warto zwrócić uwagę na datę powyższego dokumentu. Oficjalna droga do nadania medalu zajęła dwa miesiące. Kolejne gratulacje nadeszły od generała „Hapa” Arnolda, który w osobistym liście napisał: „Postrzegam Pańskie działania jako jeden z najodważniejszych wyczynów tej wojny”. Wkrótce inne B-29 i inne załogi zrzuciły bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki, zmuszając Japonię do kapitulacji 15 sierpnia. Tym samym „Red” Erwin stał się jedynym lotnikiem odznaczonym Medalem Honoru za działanie związane z B-29. Michael Novosel, który również latał Superfortressem, dostał to wyróżnienie w czasie wojny wietnamskiej za misję w śmigłowcu UH-1.

Po wojnie

Na przekór wszystkiemu, wbrew logice, Henry Erwin przeżył. Został przetransportowany do Stanów Zjednoczonych, gdzie w ciągu dwóch lat stałego pobytu w szpitalu przeszedł czterdzieści jeden operacji i zabiegów mających wyleczyć poparzenia i zrekonstruować wygląd. W październiku 1947 roku – miesiąc po tym, jak siły powietrzne stały się samodzielnym rodzajem sił zbrojnych – Erwin został skierowany do cywila w stopniu sierżanta sztabowego jako niezdolny do służby z powodów medycznych.

W czasie wypadku stracił, ale później odzyskał wzrok, utracił władzę w jednej ręce i był cały pokryty bliznami. Znalazł jednak zajęcie jako doradca i opiekun w szpitalu Urzędu Weteranów w Birmingham w Alabamie, gdzie przepracował trzydzieści siedem lat, codziennie wychodząc do pracy o piątej rano. Ożenił się i miał trzy córki i syna. Wszyscy spodziewali się, że umrze w kwietniu 1945 roku, ale dożył osiemdziesięciu lat i zmarł dopiero 16 stycznia 2002 roku.

Wdowa po Henrym Erwinie z obrazem upamiętniającym jej męża (fot. USAF)

Wdowa po Henrym Erwinie z obrazem upamiętniającym jej męża
(fot. USAF)

Pamięć o dokonaniach „Reda” Erwina jest ciągle żywa w US Air Force. Od 1997 co roku nagroda jego imienia jest przyznawana lotnikom za wybitne osiągnięcia w czasie służby, samodoskonalenie i świecenie przykładem. Tabliczka pamiątkowa jest umieszczona na miejscu radiooperatora w jedynym na świecie latającym B-29 Fifi. Jego imieniem nazwano również bibliotekę na Uniwersytecie Sił Powietrznych w bazie Maxwell w Alabamie, a na jednej ze ścian zawisł obraz przedstawiający jego i B-29. Jego postać grana przez Davida Sharpe’a pojawiła się także w filmie „The Wild Blue Yonder” z 1951 roku.

W czasie feralnego lotu załogę bombowca stanowili:
Pilot: kapitan George „Tony” Simeral
Drugi pilot: porucznik Roy Stables.
Mechanik pokładowy: Vern W. Schiller
Nawigator: kapitan Pershing I. Youngkin
Radiooperator: sierżant sztabowy Henry „Red” Erwin
Bombardier: porucznik William T. Loesch
Obserwator radaru: podporucznik Lee Conner (lub Leo D. Conners)
Operator systemów kierowania ogniem: sierżant Howard L. Stubstad
Prawy strzelec: kapral Herbert Schnipper
Lewy strzelec: kapral Vernon G. Widemeyer
Strzelec ogonowy: kapral Kenneth E. Young

Zobacz też: Bombowy ratunek. Wersje ratownicze B-17 i B-29

Bibliografia

Fred L. Borch III, Medals for Soldiers and Airmen Awards and Decorations of the United States Army and Air Force, McFarland & Company, Jefferson 2013
Robert F. Dorr, Medal of Honor Recipient: Henry “Red” Erwin, warfarehistorynetwork.com, 27 września 2016, dostęp 21.02.2017
John L. Frisbee, Valor: Red Erwin’s Personal Purgatory, airforcemag.com, październik 1989, dostęp: 21.02.2017
Milt Martin, Simeral Crew, prairiebombers.org, 9.01.2011, dostęp: 21.02.2017
C. Douglas Sterner, Henry “Red” Erwin, homeofheroes.com, dostęp 21.02.2017
Barrett Tillman, Whirlwind: The Air War Against Japan, 1942-1945, Simon & Schuster, Nowy Jork 2010, tailsthroughtime.com, dostęp 08.02.2017
Henry Eugene „Red” Erwin, militarytimes.com, dostęp 21.02.2017
Sergeant Henry E. “Red” Erwin, altus.af.mil, dostęp 21.02.2017

USAAF