Pogłoski o możliwym otwarciu chińskiej bazy w Kambodży krążą już od kilku lat. Nowy rozdział dywagacji zaczął się wraz z publikacją The Washington Post z 6 czerwca. Informacje gazety ogólnie okazały się poprawne, jednak wszystkich, którzy niezależnie od poglądów czekali na drugą chińską bazę zamorską, spotkał srogi zawód. Jednocześnie obecność Chin w obiekcie, w który do niedawna inwestowały Stany Zjednoczone, zawiera w pigułce kronikę błędów Waszyngtonu w relacjach z Phnom Penh.

Pierwsze informacje o rzekomych przymiarkach Pekinu do założenia bazy w Kambodży pojawiły się jesienią 2018 roku i od razu wzbudziły obawy. Obiekt dawałby chińskiej marynarce wojennej szerokie możliwości z szachowaniem Wietnamu oraz patrzeniem na ręce Tajlandii i Malezji włącznie. Chiny zyskałyby również zwiększoną zdolność projekcji siły w południowej części spornego Morza Południowochińskiego i strategicznie ważnej cieśniny Malakka.

Więcej informacji opublikował, powołując się na źródła dyplomatyczne, The Wall Street Journal latem 2019 roku. Okazało się, że nie chodzi o budowę bazy, ale o udostępnienie jednej z baz marynarki wojennej Kambodży na okres trzydziestu lat. Następnie umowa byłaby automatycznie odnawiana co dziesięć lat.



Dalsze szczegóły pozostawały niejasne. W grę ma wchodzić przebywanie personelu wojskowego, składowanie sprzętu i cumowanie okrętów. Chińscy wojskowi mieli otrzymać ponadto prawo do przemieszczania się w swojej części bazy z bronią i kambodżańskimi paszportami. Ponadto wstęp do chińskiej części bazy ma być możliwy wyłącznie za zgodą Chin. Zaczęto wskazywać, ze najprawdopodobniej o bazę Ream położoną pod Sihanoukville (Krŏng Preăh Seihănŭ). W poprzednich latach pewnych inwestycji dokonali tam Amerykanie, wznosząc nabrzeża i pirs.

Taiyuan – chiński niszczyciel typu 052D przyjęty do służby w listopadzie 2018 roku.
(ministerstwo obrony Japonii)

Kolejny akt rozpoczął się jesienią 2020 roku. Zaczęło się od wyburzenia budynków wzniesionych w Ream z amerykańską pomocą w 2012 roku. Wcześniej mówiono o ich przeniesieniu. Władze Kambodży na dobrą sprawę nie odpowiedziały na pytania ambasady USA, mówiąc jedynie o suwerennym prawie do inwestycji i zmian w infrastrukturze. Jednocześnie na terenie bazy oczyszczono teren o powierzchni około 25 hektarów. Według ministerstwa obrony Kambodży kroki te mają służyć dalszemu rozwojowi infrastruktury i poprawie bezpieczeństwa.

Nie były to jedyne zmiany w Ream. Jak podaje The Washington Post, w ubiegłym roku poza teren bazy przeniesiono utworzone przez Wietnam centrum przyjaźni wietnamsko-kambodżańskiej. Krok taki był podyktowany chęcią uniknięcia konfliktów między Wietnamczykami a chińskimi wojskowymi. Gazeta powołuje się również na dyplomatów z państw zachodnich. Wskazali oni na bardzo duże ograniczenia w przemieszczaniu się po terenie bazy podczas wizyt zagranicznych delegacji, w tym amerykańskiego attaché wojskowego. W takich sytuacjach chińscy żołnierze mieli nosić mundury bardzo podobne do kambodżańskich lub w ogóle chodzić po cywilnemu.

Chiński okręt desantowy-dok Changbai Shan typu 071.
(Ministerie van Defensie)

Według informacji The Washington Post podczas zaplanowanej na 8 czerwca uroczystości podpisania umowy o rozbudowie bazy w Ream miano ogłosić udostępnienie jej północnej części Chinom. Wprawdzie chińskie ministerstwo spraw zagranicznych odmówiło komentarza, jednak gazecie udało się dotrzeć do urzędnika w Pekinie, który częściowo potwierdził te rewelacje. Przyznał, że faktycznie Chiny uzyskają dostęp do części bazy, ale nie będzie ona wyłącznie do użytku wojskowego. Miejsce mają tam znaleźć również naukowcy. Ponadto Pekin ma nie angażować się w aktywności prowadzone w kambodżańskiej części bazy.



Podpisanie umowy ogłoszono zgodnie z planem 8 czerwca. Jej zakres nie okazał się imponujący, chociaż na ceremonię przybyli najwyżsi rangą oficjele wojskowi Kambodży i ambasador Chin. Rozbudowa ma objąć remonty istniejącej infrastruktury oraz wzniesienie kilku nowych budynków, szpitala, przystani z miejscami do cumowania dla dwóch jednostek, warsztatów, suchego doku i pochylni. Całość ma zostać sfinansowana z chińskiego grantu.

Część bazy udostępniona Chinom ma powierzchnię 0,3 kilometra kwadratowego, a na jej terenie nie znajdzie się żaden z planowanych nowych obiektów – z jednym wyjątkiem. Wspomniany już chiński urzędnik przyznał, że w Ream ma powstać stacja naziemna systemu nawigacji satelitarnej BeiDou. Niby niewiele, ale zapewne zwiększy sprawność funkcjonowania systemu w regionie. Zważywszy, że podobnie jak GPS, także BeiDou ma zastosowanie wojskowe, będzie to wymierny zysk dla Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej.

Wbrew usilnym przekonywaniom Chiny swoim zachowaniem nie odbiegają od innych mocarstw, w tym USA – znienawidzonego wzoru, który trzeba dogonić i przegonić. Należy więc oczekiwać, że badania naukowe w Ream będą przykrywką dla działań wywiadowczych, chociażby ELINT i SIGINT, czy mapowania dna morskiego na potrzeby marynarki wojennej. Tyle na początek. Co będzie dalej? Nie wiadomo.

Kronika błędów

Kambodża jest w regionie postrzegana jako państwo wasalne Chin. Opinia jest w sporej części uzasadniona, Phnom Penh aż za często staje się wykonawcą woli Pekinu na forum ASEAN, jednak konieczne jest zniuansowanie. Chińskie wpływy polityczne w kraju opierają się na jednym filarze: premierze Hun Senie i jego otoczeniu. Sprawujący władzę od 1985 roku Hun Sen to kolejny autorytarny polityk sprawujący pieczę nad skorumpowanym systemem, prześladujący opozycję i oskarżany o łamanie praw człowieka. Wymarzony, stereotypowy partner Pekinu. Chiny zapewniają mu utrzymanie się o władzy, w zamian za co premier pozostaje lojalnym wasalem. Według kambodżańskiej opozycji odsunięcie Hun Sena i jego otoczenia oznaczałoby radykalny spadek chińskich wpływów, przynajmniej tych politycznych.



To jednak tylko część prawdy. Relacje między Hun Senem a Chinami były budowane przez lata, a krytyczne znaczenie zaczęły mieć dopiero w tym stuleciu. Jak zwraca uwagę Blake Herzinger, oficer US Navy w stanie spoczynku, mający wieloletnie doświadczenie w obserwacji Azji Południowo-Wschodniej, dużą zasługę w takim obrocie sytuacji ma sam Waszyngton. Jak łatwo się domyśleć, chodzi o spuściznę po wojnie wietnamskiej. W latach 1965–1974 amerykańskie lotnictwo zrzuciło na Kambodżę blisko 3 miliony ton bomb, głównie w nalotach na miejscowy odcinek Szlaku Hồ Chí Minha.

Szacuje się, że usuwanie niewybuchów i min pozostałych po wojnie i okresie rządów, a następnie walki z Czerwonymi Khmerami potrwa do roku 2025 i kosztować będzie około 377 milionów dolarów. Niemniej Stany Zjednoczone działają na tym polu. Waszyngton miał przeznaczyć na rozminowywanie Kambodży ponad 160 milionów, prowadzi także szkolenia saperów.

Kością niezgody są natomiast długi pozostawione przez rząd generała Lon Nola w latach 1972–1975. Amerykańska administracja wycenia je na 274 miliony dolarów plus mniej więcej drugie tyle odsetek i co najmniej od 1995 stara się odzyskać pieniądze. Do eskalacji doszło za prezydentury Donalda Trumpa, gdy Waszyngton zagroził wpłynięciem na Międzynarodowy Fundusz Walutowy, aby ten wstrzymał pomoc dla Kambodży w przypadku odmowy spłaty długów. Problem w tym, że Phnom Penh nie odmawia. Prosi natomiast albo o rozłożenie spłaty, albo uznanie części długu za pomoc humanitarną. Lon Nol pożyczał pieniądze głownie w celu kupna żywności.

Hun Sen i premier Japonii Fumio Kishida.
(首相官邸)

Gróźb nie zostały wprawdzie spełnione, jednak definitywnie popsuły dwustronne relacje i pchnęły Kambodżę jeszcze głębiej w chińskie objęcia. Herzinger wytyka chaotyczną i niekompleksową pomoc dla Phnom Penh. Kambodżańskiej marynarce wojennej przykładowo brakuje pieniędzy nawet na zakup paliwa dla okrętów, co ogranicza zdolność do patrolowania wód terytorialnych i wyłącznej strefy ekonomicznej. Korzystają na tym rybacy z sąsiednich krajów, dokonujący nielegalnych połowów, a także przemytnicy. Właśnie te braki w założeniu ma rozwiązać chińska pomoc w modernizacji i rozbudowie Ream, co na tegorocznej konferencji Shangri La Security Dialogue w Singapurze podkreślał minister obrony generał Tea Banh.



Udostępnienie części bazy Ream na razie nie jest równoznaczne ze stacjonowaniem obcych wojsk na terenie Kambodży, czego zabrania konstytucja kraju. Jednocześnie Chiny umocniły swoją pozycję jako główny dostawca pomocy i sprzętu wojskowego dla Kambodży. Początkowo dostawy obejmowały chińskie klony sowieckiego sprzętu pamiętającego niekiedy drugą wojnę światową. Z czasem zaczęły pojawiać się nowsze systemy. Pod koniec maja kambodżańskie wojska lądowe pochwaliły się wyrzutniami rakiet AR2, czyli klonami rosyjskich BM-30 Smiercz, a także całkowicie chińskimi kołowymi haubicami samobieżnymi SH-1 kalibru 155 milimetrów.

Podsumowując: chińska obecność w Ream jest mniejsza, niż oczekiwano, i nie stanowi istotnego problemu dla amerykańskich interesów i obecności w regionie. Towarzyszące temu wydarzenia idealnie jednak wpisują się w dotychczasowe schematy działań Pekinu. W przypadku pierwszej i jedynej dotąd chińskiej bazy zamorskiej w Dżibuti niemal do samego końca zaprzeczano, że obiekt powstaje. Przypuszczalnie podobny manewr próbowano zastosować w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Chiny miały rozpocząć budowę jakichś instalacji portowych pod Abu Zabi, prace jednak przerwano po zdecydowanej interwencji USA.

Nadal niejasna jest sytuacja wokół budowanego przez Chiny portu w pakistańskim Gwadarze, nie wiadomo też, czym zaowocuje niedawna umowa o współpracy wojskowej z Wyspami Salomona. Podczas niedawnego tournée po Oceanii minister spraw zagranicznych Wang Yi spotkał się z mniej entuzjastycznym przyjęciem, niż oczekiwano w Pekinie, a obawiano się w Waszyngtonie i Canberze. Nastroje panujące w regionie najlepiej podsumował minister obrony Fidżi Inia Seruiratu, stwierdzając, że głównym wyzwaniem w zakresie bezpieczeństwa dla wyspiarskich państw Pacyfiku jest zmiana klimatu i podnoszenie się poziomu morza. W porównaniu z tym rywalizacja mocarstw jest błaha i uciążliwa.



Zdaniem Herzingera sprawa bazy Ream pokazuje głównie amerykańskie ograniczenia w Azji Południowo-Wschodniej. Reakcja Waszyngtonu okazała się niewspółmierna do sytuacji, co w regionie może zostać odebrane jako objaw słabości. Próby ukarania Kambodży są kontrproduktywne również w szerszej skali. Nie doszło do zmiany polityki Phnom Penh i zważyło nastroje w innych stolicach Azji Południowo-Wschodniej. Tamtejsze państwa mają dość problemów z podejmowanymi przez Chiny próbami karania ich za podejmowanie działań niezgodnych z pomysłami Pekinu.

Chiny mogły stać się największym partnerem handlowym państw ASEAN, co nie znaczy, że państwa regionu nie chcą relacji gospodarczych i wojskowych z USA. Wręcz przeciwnie – ideałem byłoby czerpanie korzyści ze współpracy z oboma mocarstwami. Chińskie oferty są ryzykowne, jednak przynajmniej w teorii mają przynieść wymierne korzyści i przede wszystkim odpowiadają żywotnym potrzebom regionu w zakresie infrastruktury. Na tym tle amerykańskie działania są chaotyczne, a sam Waszyngton sprawia wrażenie niepewnego siebie i pozbawionego pomysłu na szerszą politykę.

Przeczytaj też: Dachau Afryki. Jak Francisco Macías Nguema przemienił cały kraj w prywatny obóz koncentracyjny

US Navy / Petty Officer 3rd Class Denny Dow