W 2026 roku trudno mówić o dronach jako o całkowitej nowince na polu walki. Rewolucja bezzałogowa nadal trwa, a jej najbardziej widoczną oznaką nad Wisłą jest działalność Grupy WB. O spółce, jej historii i o tym, co zobaczymy na nadchodzącym MSPO, rozmawiamy z Remigiuszem Wilkiem, dyrektorem do spraw komunikacji Grupy WB.
Grupa WB jest reklamodawcą serwisu Konflikty.pl.
Dzisiaj Grupa WB jest kojarzona przede wszystkim z dronami, jednak nie zawsze tak było. Początkowo firma zajmowała się jedynie elektroniką.
Zacznijmy od początku. Spółka WB Electronics zaczęła działalność w 1997 roku jako start-up z siedzibą w mieszkaniu wynajętym z gazetowego ogłoszenia. Kilka osób zajmowało się opracowaniem dla Wojsk Rakietowych i Artylerii pewnego rewolucyjnego wówczas urządzenia elektronicznego – kalkulatora balistycznego. Miał on zastąpić drewniany tablet, stos linijek i kilka metrów bieżących papieru, na których zapisywano tabele balistyczne. Tym 30 lat temu posługiwali się na co dzień artylerzyści.
Wtedy nikt nie interesował się stworzeniem elektronicznego rozwiązania. Poziom ryzyka wielu wydawał się zbyt wysoki, a nagroda zbyt niska, zwłaszcza że chodziło o wyrób wysoce specjalistyczny i mocno naładowany zaawansowaną – wówczas – elektroniką. Na początku kalkulatory balistyczne nazwane SKART [Specjalizowany Kalkulator Artyleryjski] trafiały tylko do dowódców, później jednak pojawiła się koncepcja, aby znalazły się w każdym dziale i wyrzutni rakiet.
Żeby coś takiego było możliwe, zestawy artyleryjskie musiały między sobą w jakiś sposób wymieniać informacje, przekazywać dane. Warto dodać, że były to jeszcze czasy analogowych radiostacji, zresztą we wskazanych przez artylerzystów w pierwszej kolejności Goździkach, Danach i wyrzutniach BM-21, a później WR-40 Langusta, wszystko było analogowe. Trzeba było wymyślić rozwiązanie, które integrowałoby w jeden system informacje z radiostacji i kalkulatora balistycznego oraz jeszcze komunikację załóg w ramach pojazdu. Nie mówiąc o cyfrowej mapie czy zdolności do zautomatyzowanego przekazywania danych do wszystkich dział czy wyrzutni w ugrupowaniu.
Tak powstał system Fonet – kombinacja interkomu, systemu zarządzania radiostacjami, serwera i środowiska teleinformatycznego, na którym można było instalować potrzebne wojsku oprogramowanie, na przykład kierowania artylerią. W sumie nie wiedzieliśmy wtedy, że takie rzeczy sprzedaje się nie razem, ale oddzielnie, więc zrobiliśmy wszystko w jednym. To był strzał w dziesiątkę.
Dodam, że system Fonet miał być zintegrowany z działami i wyrzutniami, których nikt nie projektował do cyfrowej architektury danych! Kto w latach 70. myślał o montowaniu komputerów, terminali i kolorowych ciekłokrystalicznych wyświetlaczy na Goździkach? Wojsko nie miało też pieniędzy na zakupy nowego sprzętu, wybrano ograniczoną modernizację, w której nie mieliśmy nawet możliwości zmiany okablowania w pojazdach.
Fonet okazał się być rewolucją. Z kilku powodów. Po pierwsze: był oparty na otwartym systemie operacyjnym, czyli dobrze znanym Linuksie. Dzięki temu stworzyliśmy własne środowisko, na którym działaliśmy, uwolniliśmy się z ograniczeń komercyjnego systemu. W pełni kontrolujemy, co do linijki kodu, nasze rozwiązanie. Nie jest uzależnione od zewnętrznych aktualizacji, jest optymalizowane do sprzętu, na którym ma działać. Czyli te słynne odmieniane przez przypadki „kody” były w stu procentach nasze.
Po drugie: nie wiedzieliśmy, jakie radiostacje wybierze użytkownik. Początkowo Fonet działał na radiach analogowych, potem zostały nam dostarczone pierwsze radia cyfrowe, które pojawiły się w Wojsku Polskim. Ale sam system dostosowany jest do dowolnego urządzenia wojskowej radiokomunikacji, dlatego bywa określany „radioagnostyczny”.
Jeśli kiedykolwiek się zastanawialiście, czy nas wspierać czy nie – teraz nadszedł moment na decyzję.
Od blisko dwóch lat utrzymujemy się głównie z Waszej hojności i zrezygnowaliśmy z reklam Google. Od kilku miesięcy nasze dochody nie zbliżają się do założonego progu i nasza „poduszka”, z której finansujemy wszystko poza podstawowymi kosztami utrzymania serwera i domeny, się kurczy.
W tym roku byliśmy w Berlinie na ILA i w Kielcach na MSPO. Na przyszły rok też mamy ambitne plany. Tymczasem koszty utrzymania serwisu idą w górę. Zależy nam aby Konflikty dalej były wolne od reklam Google, dlatego prosimy Was o wsparcie.
Jeśli chcecie dorzucić swoją cegiełkę, możecie zrobić to przez Patronite.pl lub Buycoffee.to.
Z uwagi na narzucone ograniczenia musieliśmy zachować jak największą elastyczność systemu. Sporo kombinowaliśmy, aby mógł sprawnie działać przez dekady. Fonet musiał być zintegrowany z pojazdami, z którymi nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia, przy wykorzystaniu zastanego okablowania, ewentualnie dołożeniu kilka przewodów. Grupa WB poradziła sobie z zadaniem. Co więcej – udowodniliśmy, że ten system działa w każdych warunkach. W dodatku zrobiliśmy to na trudnych modernizacyjnie działach i wyrzutniach postsowieckich.
Od początku Fonet wzbudzał zainteresowanie. Dawał się integrować na dowolnym wozie wojskowym, w dodatku sterował połączonymi z nim radiostacjami. To dało przewagę konkurencyjną. Pozwoliło zainteresować polskim cyfrowym systemem komunikacji wewnętrznej wielu chętnych na świecie.
Pierwszym zagranicznym klientem w 2004 roku była Szwecja. Później licencję na Fonet kupiło kilkanaście państw. Kilkadziesiąt używa go w siłach zbrojnych. To jedyny tak zaawansowany produkt, w sumie jedyny polski system wojskowy produkowany na licencji w Stanach Zjednoczonych. Z dumą możemy powiedzieć, że Fonet jest używany na wszystkich kontynentach. Jeśli nie dostarczyliśmy bezpośrednio z Polski, to mogli to zrobić nasi licencjobiorcy. To przykład suwerenności technologicznej w praktyce, ale i ogromnego sukcesu polskich inżynierów.
Jako system Fonet jest cały czas rozszerzany. Występuje w odmianach dla pojazdów kołowych i gąsienicowych, ale też mniejszych platform, nawet nawodnych, jak łodzie patrolowe. Dostarczony już do użytkowników system Fonet-Navy dostosowany jest do mniejszych i większych okrętów wojennych.
Stopniowo Grupa WB wyrastała ponad elektronikę.
Po dostawach kalkulatorów artyleryjskich SKART, a następnie ich zaawansowanych, uniwersalnych wersji UKART, przybywało funkcji związanych z zarządzaniem informacjami na polu walki. Artylerzyści z czasem poprosili o mapy, komunikatory wewnętrzne i tak dalej. Krok po kroku zderzaliśmy się z nieufnością do nowych, nieznanych jeszcze rozwiązań, ale i ogromnym zainteresowaniem i otwartością żołnierzy. Dzisiaj możemy powiedzieć, że zastaliśmy polską artylerię analogową, a doprowadziliśmy do postaci cyfrowej.
Ważny w całej historii jest również Topaz, który dzisiaj jest standardem i narodowym systemem zarządzania walką w Wojskach Rakietowych i Artylerii w Polsce. Nawet jeśli efektor kupiono od obcego dostawcy, jak HIMARS, to i tak Topaz z interfejsem ASCA umożliwia pełną wymianę danych i włączenie takiego działa czy wyrzutni rakiet w polski system dowodzenia artylerią.
Dostarczyliśmy system zarządzania ogniem na Goździkach kalibru 122 milimetry, potem na 152-milimetrowych Danach. W ostatniej kolejności były Langusty, chociaż tutaj możliwości finansowe wojska nie pozwoliły stworzyć pełnych modułów ogniowych.
Wyjaśnijmy, co to jest.
W tym czasie w artylerii pojawiła się właśnie taka koncepcja. Taki moduł ogniowy miał być niezależny, mieć własną logistykę i rozpoznanie. Z tym drugim był spory problem. Co mogło rozpoznawać w tym czasie działania artylerii na dystansie 20–40 kilometrów? W zasadzie nic. Trzeba było opracować własny system bezzałogowy. To było w 2008 roku, a już w dwa lata później nastąpiły pierwsze zakupy naszych systemów FlyEye.
To był pierwszy bezzałogowiec wyprodukowany całkowicie w Polsce. Wcześniej próbowaliśmy współpracować z podmiotami zagranicznymi, ale pojawiały się liczne problemy związane z kontrolą nad produktem. Przede wszystkim nie byliśmy właścicielami rozwiązania. Brak praw autorskich oznacza, że nie można go swobodnie ulepszać, modyfikować i dostosowywać do zmieniających się potrzeb, ale także, że mamy ręce związane jeżeli chodzi o produkcję. Obcy dostawca dokładnie wie, ile wytwarzamy, komu wysyłamy i jak zmieniamy produkt. Suwerenność technologiczna to kontrola nad rozwiązaniem, ale też nad jego produkcją od A do Z.
Trzeba też wspomnieć o ekspansji. WB Electronics stała się podstawą Grupy WB, do której dołączył Flytronic, zajmujący się bezzałogowcami. Zresztą tutaj też nasze podejście było unikatowe. Zazwyczaj to modelarze lotniczy przychodzą do elektroników, żeby podczepili odpowiednie wyposażenie do rozwijanego przez nich płatowca. U nas odwrotnie. Najpierw była zaprojektowana elektronika, chłodzenie i wszystko inne, a dopiero na końcu dorzuciliśmy do tego wszystkiego skrzydła. Dlatego FlyEye używany jest od tylu lat i jest sprawdzony na polu walki. Chociaż stale ewoluuje, czego przykładem będzie pewna premiera na tegorocznym MSPO.
Dzisiaj FlyEye jest używany przez czterech użytkowników, za chwilę pochwalimy się kilkoma kolejnymi, w państwach bliższych nam i dalszych. Oczywiście system jest stale rozwijany na bazie naszych doświadczeń i doświadczeń użytkowników wykorzystujących go w warunkach bojowych.
Co ciekawe, w tym 2010 roku pierwszym użytkownikiem nie byli artylerzyści. Były to świeżo powstałe Wojska Specjalne, która zabrały nasz sprzęt na misje do Afganistanu. bezzałogowiec sprawdził się znakomicie, a nasi „specjalsi” już od 16 lat wykorzystują system. Jako jedyni mają też pewne specjalne elementy, których poza komandosami się nie używa. FlyEye to jedyne lub jedno z niewielu całkowicie polskich rozwiązań w Wojskach Specjalnych.
FlyEye cały czas ewoluuje, od rozwiązania dla komandosów do obecnych dostaw wersji wymieniających dane z systemem Topaz, co oznacza łatwe przekazywanie informacji z pola walki dla artylerii. Nawet jeśli bezzałogowiec jest pilotowany przez żołnierza z innego rodzaju wojsk, chociażby terytorialsów. To jest potęga wspólnego systemu.
Potem pojawiły się kolejne zamówienia w kraju i za granicą. W 2014 roku przekazano, a w 2015 roku pierwszy raz wykorzystano FlyEye w Ukrainie. Dumni jesteśmy z eksportu do Malezji, gdzie od niedawna jest wykorzystywane kilka zestawów. Myśleliśmy wpierw, że zostaną schowane do magazynów lub trafią tylko na defilady, ale Malezyjczycy korzystają z nich na co dzień. Ich żołnierze są zachwyceni uzyskanymi zdolnościami. Połączyli bezzałogowce z artylerią zarówno lufową, jak i rakietową. Bo FlyEye działa w wysokich górach Afganistanu, w malezyjskiej dżungli i na stepach Ukrainy. W dodatku z niewielkimi modyfikacjami jest jednym z najlepszych na świecie systemów w swojej klasie, co pokazuje, jak dużą rewolucją był, kiedy był wdrażany.
Ciekawostką jest fakt, że FlyEye są na ukraińskich i togijskich znaczkach pocztowych. Co bardziej istotne, płatowiec trafił też do ukraińskich podręczników do szkolenia pilotów bezzałogowców. Tam traktowany jest jako system wzorcowy.
System bezzałogowy #FlyEye produkowany przez #Flytronic (spółkę @WBGroup_PL) trafił na serię kolekcjonerskich znaczków wyemitowanych przez Togo. Kolekcja obejmuje bezzałogowce używane przez Ukrainę podczas wojny pełnoskalowej. Nominał 1000 franków zachodnioafrykańskich (7,1 zł). pic.twitter.com/1yEcnqQfO4
— WB GROUP (@WBGroup_PL) March 30, 2023
Grupa WB dalej ewoluowała. Z czasem do naszych struktur dołączały kolejne podmioty. MindMade zajmuje się kryptografią i elektroniką. Spółka Arex zajmowała się kolejnictwem, ale w ramach grupy jej inżynierowie stali się ekspertami od elektromechaniki, e-konwersji, a teraz też bezzałogowców lądowych. bezzałogowcami morskimi zajmuje się położony w Gdyni Radmor, chociaż podstawą działalności tego podmiotu jest projektowanie i wielkoskalowa produkcja systemów łączności. To największy wytwórca w Polsce radiostacji definiowalnych programowo. Skądinąd, Radmor to też jeden z niewielu przykładów udanej prywatyzacji przedsiębiorstw polskiej zbrojeniówki.
I tak budowaliśmy zaufanie wojska. Najpierw działaliśmy z artylerią, potem Fonet trafił do innych rodzajów wojsk. Nasz system trafił do wojsk pancernych i zmechanizowanych. Teraz trafia do Borsuka, wcześniej były Rak, Rosomak i Krab. Ten ostatni to ciekawy przypadek. Gdy zobaczyliśmy, jak wygląda oryginalny system kierowania ogniem, pomyśleliśmy, że należy go w całości przeprojektować. Dokonaliśmy tego, co rozwinęło cały dział tworzenia systemów kierowania ogniem dla Raka, później dla bezzałogowej wieży ZSSU-30, a obecnie dla całej gamy lekkich wież i zdalnych modułów uzbrojenia ZMU.
Rozrośliśmy się od kilku osób do koncernu europejskiego z globalnym oddziaływaniem zatrudniającym blisko 3 tysiące pracowników, ale jednocześnie zachowaliśmy bardzo inżynierski charakter. Niemal połowa zatrudnionych to osoby pracujące w działach konstrukcyjnych, rozwijających nowe rzeczy. Prowadzimy obecnie 250–300 własnych projektów rozwojowych, a mówię o przedsięwzięciach o wartości powyżej pół miliona złotych. Mamy spółki poza Polską, jak WB Ukraina czy WB Romania, niedługo zapowiemy też inne. Grupa WB jest rozpoznawalną polską marką. Teraz to my jesteśmy punktem odniesienia, to nasze rozwiązania starają się kopiować na świecie. Stąd taki nacisk na autorskie rozwiązania i własne prace rozwojowe.
Jak dużo tych ludzi pracuje w podmiotach spółki poza granicami RP?
W tej chwili największe zatrudnienie ma spółka WB Ukraina, założona w 2019 roku. To jednak może się zmienić w najbliższych latach w związku z globalną ekspansją Grupy WB. WB Ukraina to firma funkcjonująca na ukraińskim prawie, płacąca tam podatki i zatrudniająca ukraińskich specjalistów. Na początku zapewniała wsparcie dla bezzałogowców, a od przełomu 2024 i 2025 roku rozpoczęto tam wytwarzanie systemów na podstawie licencji Grupy WB. Wszystkie nasze rozwiązania, Warmate i FlyEye, przeszły odpowiednie próby wojskowe, zostały formalnie wprowadzone do uzbrojenia, otrzymały odpowiednie certyfikaty i dokumentację. To są długotrwałe procesy niezależne od stanu wojny.
Jak wnioskuję, największym obszarem ekspansji pozostaje Europa?
Współpracujemy z każdym, kto jest zainteresowany naszymi systemami, ale też wymianą wiedzy, doświadczeń dla wspólnego celu bezpieczeństwa kontynentu. Zachowując oczywiście kontrolę nad kluczowymi komponentami.
Europa jest silna w sektorze zbrojeniowym. Państwa, zwłaszcza zachodniej części kontynentu, mają swoje przemysły, które chronią. Tam trudno jest się przebić, chyba że z rewolucyjnymi rozwiązaniami, a takie właśnie mamy. Ponieważ są całkowicie nasze, możemy je łatwo dostosowywać do lokalnych potrzeb i wymagań. Możemy zintegrować dany system z wybranym pojazdem, innym bezzałogowcem, połączyć go z lokalnym rozwiązaniem zarządzania polem walki. Taka elastyczność jest bardzo istotna, bo wiele państw dokonywało już wcześniej wyspowych zamówień sprzętu. Dla przykładu: kiedy ktoś już kupił i wdrożył do wojska własny sensor i efektor, nie musi z niego w siłach zbrojnych rezygnować. Możemy go zintegrować z naszymi systemami. Grupa WB specjalizuje się właśnie w integracji systemowej.
Nie wyznajemy też popularnej zasady „sprzedaj i zapomnij”. Jeśli wchodzimy na dany rynek, tworzymy tam nową firmę, tworzymy więzi z lokalnym przemysłem. Jesteśmy za mądrzy, by tylko sprzedawać, a większość państw za mądre, by tylko kupować. Wprowadzenie danego rozwiązania do jakiejś armii wiąże się z połączeniem go z całą resztą systemu. Mowa o szkoleniu, powtarzalnym treningu, utrzymaniu, inspekcjach, częściach zamiennych. To jest proces. Jesteśmy gotowi wspierać go na każdym etapie.
Zresztą my też dużo się uczymy od naszych użytkowników. Nie tylko w Ukrainie. Mamy całe działy, które wymieniają się informacjami w dwie strony. My podpowiadamy pewne rozwiązania odbiorcy, testujemy nasze nowe pomysły, jednocześnie czerpiemy z jego doświadczeń. A mamy wiedzę z całego świata. Oczywiście w pierwszej kolejności zawsze służy to do osiągnięcia suwerenności technologicznej i bezpieczeństwa Polski. Grupa WB to przecież na wskroś polski, czy już nawet europejski podmiot, ale o międzynarodowym oddziaływaniu.
Koniec końców WB stała się największym podmiotem prywatnym w polskiej zbrojeniówce.
Początkowo „z pewną taką nieśmiałością” podchodzono do zakupów w prywatnym przemyśle obronnym. Dlatego od pierwszych lat działania WB Electronics musieliśmy nauczyć się eksportować nasze produkty. To oznacza rywalizację w trudnym, bardzo konkurencyjnym środowisku, kontrolowanie cen, a przede wszystkim jakości rozwiązań.
Na początku nie mieliśmy tak dużego wsparcia jeżeli chodzi o eksport. Na szczęście to się zmieniło. Dzisiaj ogromną pomocą służą nam ambasady, Polska Agencja Inwestycji i Handlu oraz inne wyspecjalizowane komórki rządowe. Wcześniej tego nie mieliśmy, choć i tak udało nam się wygrywać, nawet na bardzo trudnym terenie.

Warmate w wersji szkolnej na wyrzutni. Wersję szkolną można na pierwszy rzut oka poznać po niebieskim malowaniu.
(Maciej Hypś, Konflikty.pl)
Dekadę temu pojawiła się też i była promowana koncepcja, że wojsko nie może kupować sprzętu od prywatnych podmiotów. Dlatego 25% udziałów Grupy WB przekazano do Funduszu Inwestycyjnego Zamkniętego Aktywów Niepublicznych należącego do Polskiego Funduszu Rozwoju. Choć początkowo obie strony podchodziły do zagadnienia dosyć nieufnie, to w praktyce taki układ dla partnerów okazał się ogromnym sukcesem.
Firma uzyskała kapitał na rozwój i dalsze prace, związki z PFR są dla wielu państw jasnym przykładem zaufania naszego kraju do firmy. Pokazują, że Polska uznaje Grupę WB za jednego z najważniejszych graczy na rynku. To ogromne wyróżnienie. Jednocześnie Polski Fundusz Rozwoju może pochwalić się udaną, przynoszącą ogromne zyski inwestycją w rodzimy przemysł. To sytuacja win-win.
Rynek docenił innowacyjność?
Dzisiaj w zasadzie nie sprzedajemy już samych platform czy nawet zestawów, ale całe systemy rozpoznawczo-uderzeniowe różnej klasy. Czy to jest FlyMate, oparte na połączeniu rozpoznawczych bezzałogowców FlyEye z amunicją krążącą Warmate, czy większe FT-5 i BSP-U Gladius 1, oparte na samobieżnych nośnikach i wchodzących w skład modułów ogniowych. Są też rozwiązania pośrednie oparte na przykład na kadłubie Warmate 5. Mowa o systemie rozpoznawczo-uderzeniowym, w którym rolę sensora i retransmitera odgrywa Warmate RR.
Generalnie jesteśmy na etapie tworzenia całych ekosystemów wojskowych, w których wszystkie elementy są modułowe, wymienne, ale powiązane i współpracujące ze sobą. Dla przykładu: Gladius jest jedynym w NATO szerokim systemem rozpoznawczo-uderzeniowym z analizą i fuzją danych przez sztuczną inteligencję przyjętym do uzbrojenia. Nikt takiego jeszcze nie ma wśród sojuszników i wszyscy są nim bardzo zainteresowani! Gladius to jedyny w NATO system, w którym mamy zapewniony błyskawiczny cykl wykrycia, analizy i neutralizacji celu – nasze zarządzanie, wymianę informacji i bramkę na artylerię, czyli wybór odpowiedniego środka rażenia, bo nie zawsze warto poświęcać powietrzny efektor BSP-U Gladius 1 czy Gladius 2.
Wprowadzono do wojska też sztuczną inteligencję. Mamy chociażby oparty na niej system nawigacji w ramach naszego EyeQ. Możemy wysłać bezzałogowca bez połączenia z nawigacją satelitarną. Poradzi sobie, doleci i zrealizuje zadanie. Mamy systemy naprowadzania, rozpoznawania, analizy, fuzji danych. Kiedyś nie chwaliliśmy się tym za bardzo, jako elementem tajnym, teraz zrobiło się wszystkim znane i jednocześnie modne.
Przyszłością są autonomiczne, wielodomenowe systemy bezzałogowe, czyli rozwiązania działające na lądzie, w powietrzu na wodzie i pod nią, zdolne w czasie rzeczywistym wymieniać się informacjami, ale w razie potrzeby radzić sobie samodzielnie. Dlaczego? Bo w przyszłej wojnie, już to wiadomo, nie mamy pewności, czy będziemy mieli stale łączność i komunikację z naszymi systemami wojskowymi. To już jest problematyczne, mimo że świat zachwyca się komercyjnymi konstelacjami satelitów komunikacyjnych na niskich orbitach. One są łatwe do obezwładnienia, czy to wskutek ataków informatycznych czy fizycznego zniszczenia. Już teraz Chińczycy ćwiczą zakłócanie rozproszonych sieci satelitarnych, takich jak Starlink. To wszystko się dzieje.
To, co my dzisiaj w Polsce tworzymy, musi działać niezawodnie przez kolejne dekady, musi sprostać każdej pełnoskalowej wojnie. Warto pamiętać, że projektowane dzisiaj systemy i tak będą poddane przez lata badaniom, wdrożeniom, próbom wojskowym, zanim trafią do użytkowników. I nadal muszą być wówczas nowoczesne i wyprzedzać konkurencję! Zapomina się, że nadal cykl jest taki, że mijają lata, zanim żołnierz dostanie sprzęt. Jeden rząd zamawia, a dopiero po kilku kolejnych wyborach ktoś będzie mógł zrobić sobie z systemem zdjęcie na poligonie. Dlatego tak bardzo istotne są rozwiązania z otwartą architekturą, wiecznie zmienne, ale i rozwiązania rewolucyjne, wyprzedzające swoje czasy. I my to jesteśmy w stanie stale dostarczać, właśnie dzięki temu, że połowa firmy to inżynierowie, to konstruktorzy. Nie bez powodu hasłem Grupy WB jest: „nasza rzeczywistość to wasza przyszłość”.

Konsola operatora systemu Warmate. Oprogramowanie sterujące, od podstaw opracowane przez Grupę WB, bazuje na Linuksie.
(Maciej Hypś, Konflikty.pl)
Są oczywiście przykłady, że coś uda się zrobić szybciej. Też do tego dążymy. Przykładem jest Gladius. W 2022 roku była umowa, a już w grudniu tego samego roku były dostawy pierwszych komponentów. Dzięki temu, że jesteśmy dużym podmiotem, możemy skalować produkcję. Możemy inwestować w bezpieczeństwo i suwerenność technologiczną Polski, ale też, zachowując pełną kontrolę nad naszymi rozwiązaniami, zapewniać sobie wsparcie i łańcuchy dostaw od naszych spółek lub naszych partnerów za granicą. Kiedy mamy ogromne zamówienie zagraniczne, możemy wybudować zakłady w kraju klienta, wspierając dostawy produktami z naszych firm, ale w razie „W” te zagraniczne zakłady będą wspierać polskie fabryki w szybkim dostarczaniu części, komponentów czy nawet całych zestawów. A to wszystko w jednym, sprawdzonym, znanym w Siłach Zbrojnych RP standardzie, w ramach spójnego systemu. To jest potęga, którą w Polsce tworzymy i już w zasadzie mamy. To sprzęt Grupy WB staje się standardem w wojsku naszego państwa, ale też sił zbrojnych naszych sąsiadów i sojuszników z NATO.
Wspominałem już o scenariuszu, w którym WOT daje informacje artylerii Wojsk Lądowych. Ta interoperacyjność ma wiele twarzy. Nasz bezzałogowiec FT-5 może wykryć siły wroga i wysłać informację do stanowiska dowodzenia. Tam może, ale nie musi, nastąpić wsparcie sztuczną inteligencją procesów dowodzenia, a następnie decyzja, czy lepiej użyć Warmate’a 3, Gladiusa 1, a może pocisków artylerii kalibru 155 milimetrów lub pocisku rakietowego CGR-080. Elastycznie i sprawnie dostosowujemy efektory do wykrytego i zidentyfikowanego celu w ramach fuzji danych z różnych sensorów, którymi są bezzałogowce rozpoznawcze z różnym sprzętem, czy głowicami optoelektronicznymi, radarami SAR czy systemami ELINT.
Z tego powodu dziwimy się, kiedy niektóre rodzaje sił zbrojnych korzystają z cudzych systemów, który można wyłączyć zdalnie„czerwonym guzikiem”. Nad takimi rozwiązaniami Polska nie ma kontroli. Nie wie, co znajduje się w środku. Obcy dostawca nie daje możliwości sprawdzenia kodów czy przetestowania, co znajduje się w środku. A to powinny być suwerenne, narodowe rozwiązania, w pełni certyfikowane w kraju przez naszych specjalistów ze służb. My mamy sprzęt, oprogramowanie, wiedzę i doświadczenie, by uzupełniać i zastępować niepolskie systemy i tworzyć nowe. Suwerenne i narodowe.
Czyli dostarcza się system, a nie pojedynczy produkt.
Naszym produktem jest ekosystem systemów. Planeta WB – kombinacja wielu zestawów wymieniających się danymi i interoperacyjnych, czyli wymieniających się informacjami w ramach NATO, używających sojuszniczej kryptografii. Takich nikt nie ma, rozwiązania ze wschodu nie mają odpowiednich certyfikatów i przed dołączeniem do Sojuszu Północnoatlantyckiego nigdy ich nie dostaną.
Tak jak FlyEye – od elektroniki przeszliśmy do skrzydeł. Najpierw zastanawiamy się nad systemem, a potem uzupełniamy go o sensory, efektory, łączność, zarządzanie i tak dalej. To wszystko daje nam ekosystem, z którego, jak widać, Wojsko Polskie jest zadowolone.
Proszę sobie wyobrazić, że system Warmate 3 to jedyny system amunicji krążącej, który może być używany na wysokościach powyżej 4 tysięcy metrów nad poziomem morza. Może bez problemu startować w rozrzedzonym powietrzu. To dlatego, że jako jedyni wybraliśmy model stałopłata, kiedy inny poszli w konstrukcje ze składanymi skrzydłami. Okazało się, że z tego powodu inne konstrukcje rozbijają się w himalajskim powietrzu. A procedura przygotowania do startu trwa tyle samo, czy to złożenie skrzydeł, czy rozstawienie i stabilizacja ciężkiej wyrzutni ze złożonym w środku bezzałogowcem.
Ale ten system nie działa sam, coś musi do niego dostarczać danych rozpoznawczych. Stąd nasz FlyMate, czyli uzupełnienie efektorów, czyli amunicji krążącej, o obserwacyjne bezzałogowce. Ale znowu, to wszystko działa w ramach jednego środowiska, w którym pilot FlyEye może przejmować kontrolę na przykład nad ciężką amunicją krążącą Warmate 5 i prowadzić ją do samego końca, korygując – jeżeli jest taka potrzeba – namiary na cel uzyskane przez moduł celowniczy wsparty SI. Zwiększa to skuteczność porażenia celu, nawet ruchomego. Możemy sobie przy tym wybrać, w który fragment pojazdu poruszającego się z dużą prędkością trafimy.
Człowiek uzupełnić może maszynę, ale też człowiek do samego końca ponosi odpowiedzialność za rażenie celu. To bardzo istotne, bo nasze rozwiązania mogą być autonomiczne. Ale nie chcemy tak zupełnie eliminować ludzi z pętli decyzyjnej. Natomiast umieszczamy ich na niej, a nie w środku. Oznacza to, że do końca mogą podejmować decyzje, na przykład „przerwać atak”, ale bez nich misja też może być realizowana. Wszystko zależy od sytuacji na polu walki.
I znowu wyższa warstwa systemu – te same dane z bezzałogowca rozpoznawczego lub bojowego mogą trafić do rozwiązania zarządzania polem walki wyższego szczebla. Więc dowódca widzi wszystko, ma pełną świadomość sytuacyjną. Ma dane z różnych poziomów rozpoznania. Może do celu skierować kolejny lekki efektor, jak Warmate 3, albo poprosić o wsparcie moździerze czy nawet pluton czołgów. Przecież nasze systemy wymieniają informacje z systemami ogólnowojskowymi. Dlatego są tak skuteczne.
Grupa WB produkuje własną łączność, własne bezzałogowce, własne systemy zarządzania polem walki, ale przede wszystkim integruje te wszystkie narodowe elementy w jedną całość, spełniającą wszystkie standardy NATO, w pełni interoperacyjność. To jest największy atut, a nie pojedynczy płatowiec. My już dawno myślimy systemowo, a wszystkie nasze rozwiązania są modułowe, łączą się ze sobą i wymieniają dane.
Sam fakt, że to polski ekosystem, jest dużym atutem.
Oczywiście, bo naszym pierwszym obowiązkiem jest uzyskanie suwerenności technologicznej dla bezpieczeństwa Polski. Ale ponieważ to my tworzymy nowe rozwiązania, możemy wcześniej definiować pewne charakterystyki dla naszego sprzętu. Dzięki temu na przykład zagłuszenie naszego bezzałogowca jest bardzo trudne. Jesteśmy największym w Polsce producentem radiostacji sterowanych programowo, dlatego możemy sobie stworzyć nasze własne radia, nasze własne radiolinki, w pełni panujemy nad tą technologią. Tam, gdzie inni korzystają z komercyjnych rozwiązań, często z Dalekiego Wschodu, bez wiedzy. co się w środku dzieje, lub próbują coś kombinować, my mamy pełen wgląd w proces generowania nowych waveformów, nowych taktycznych środków komunikacji. Przecież robimy nasze radia u siebie, w Radmorze. Tak samo jak tworzymy w kraju zaawansowane autopiloty z elementami SI, dostrajające się do danego rodzaju bezzałogowca, tworzymy głowice bojowe i nasze własne zapalniki, i systemy zabezpieczenia, budujemy pełen system produkcji i dostaw wszystkich części.
Znane z Internetu opowieści niewielkich producentów o zmienianiu i modyfikowaniu bezzałogowców co trzy miesiące wynikają z tego, że takie podmioty kupują gotowe systemy łączności od dostawcy zagranicznego. A niesprawdzony, tani producent, któremu partia pozwala dostarczać za granicę – co też może zmienić się jedną, szybką decyzją tej samej partii i z czym wówczas się pozostanie? – jednej walczącej stronie w tym samym miesiącu sprzedaje radio do drona, a drugiej zagłuszarkę do tego radia. W kolejnym miesiącu odwrotnie. Dlatego tacy wytwórcy wpadają w pułapkę zależności, nieustannie muszą szukać nowych dostawców, bo przecież sami nie produkują kluczowych rozwiązań. Dlatego ich wyroby mają tak niską przeżywalność na polu walki i tak niską skuteczność. Dlatego muszą wytwarzać je setkami tysięcy, by chociaż jeden z nich doleciał i w coś trafił.
W 2023 roku musieliśmy kupić cały zakład robiący komponenty kompozytowe dla bezzałogowców. Obecnie jesteśmy jednym z największych producentów systemów bezzałogowych na świecie, zapewne w pierwszej dziesiątce globalnie, a w Europie niewielu nam może dorównać.
To właśnie wynika z filozofii „pełnej kontroli nad systemem”. Nawet jak będziemy wprowadzać jakieś rozwiązania zagraniczne jako dawców technologii, to i tak będziemy się starali, żeby jak najbardziej je rozumieć i aby jak najwięcej powstawało w Polsce lub u bliskich sojuszników. ma przykład w Rumunii, zgodnie z wytycznymi unijnymi, czyli powyżej 65% komponentów na terenie Unii Europejskiej.
Wiadomo, nie wszystko produkujemy. Nie wszystko da się znaleźć w Polsce. Nie mamy własnej wytwórni procesorów, ale już płytki drukowane na dużą skalę od dekad robimy własne. Coraz lepsze. To jest właśnie ten sposób panowania nad techniką i musimy tak działać.
Nasz sprzęt podlega wielu obostrzeniom ze strony potencjalnych zamawiających, najpierw w Polsce, później w Unii Europejskiej, ale teraz już powoli wszędzie. Najpierw nie można było korzystać z części rosyjskich, potem nie mogło być komponentów z Chin. Właśnie po to, aby nie uzależniać się od niekontrolowanych łańcuchów dostaw. Po to, aby być niezależnymi i mieć własne zdolności. Tutaj polski interes nie jest sprzeczny z unijnym. W pewnym momencie w wielu państwach europejskich, i nie tylko europejskich, pojawił się wymóg ITAR-free, czyli nie może być komponentów, nad którymi kontrolę ma Daleki Zachód. Spełniamy wszystkie te warunki, w innym wypadku wiele umów SAFE nie mogłoby zostać podpisanych.
Jeśli chodzi o artylerię, Polska jest jednym z najbardziej zaawansowanych krajów na świecie, zarówno pod kątem systemowym, jak również integracji różnych, coraz bardziej zaawansowanych bezzałogowców. Warto zauważyć, że mamy już w Wojsku Polskim trzecie pokolenie artylerzystów wychowane na polskim systemie zarządzania polem walki Topaz.
Gladius to też jest rewolucja. To system, któremu możemy dynamicznie przydzielać cele, mamy tam rozwiązania rozpoznawcze, analizę i fuzję danych na poziomie SI. Mamy zbieranie danych obrazowych w termowizji, mamy radary z syntetyczną aperturą (SAR) polskiej produkcji. Jest też ELINT, czyli uzyskiwanie informacji z promieniowania elektromagnetycznego różnych urządzeń na polu walki – radarów, radiostacji, innych źródeł emisji. To wszystko jest zbierane przez sensory, następnie klasyfikowane bez lub przy wsparciu sztucznej inteligencji i pokazywane na ekranie wraz z sugestiami dla dowódcy, czego może lub powinien użyć.
Głównym powodem zainteresowania Gladiusem za granicą jest fakt, że można go połączyć z dowolnym innym rozwiązaniem. Jak już powiedziałem, główną specjalizacją Grupy WB jest integracja. Jesteśmy mistrzami integracji. Skoro połączyliśmy zestawy bezzałogowe z pojazdami, możemy go też zintegrować na każdym, w tym i wyższym poziomie. Możemy wziąć dowolny efektor, by wymieniał dane z dowolnym efektorem w artylerii i nie tylko artylerii. Byliśmy w tym prekursorem. We Francji dopiero niedawno „odkryto”, że to tak ma działać. A na początku ludzie pukali się głowę: jaki system rozpoznawczo-uderzeniowy? Po co to robicie?
Możecie nas obserwować na Blue Sky tutaj i na Facebooku tutaj.
To my wyznaczamy trendy. Stworzyliśmy system Swarm – poprzednika FlyMate o nieco niższym stopniu wymiany danych między bezzałogowcami – w 2018 roku, jeszcze przed pełnoskalową inwazją na Ukrainę. Wtedy jednak nikt się tym nie interesował, a i dzisiaj wielu nie rozumie do czego służy.
W propagandowych filmach w Internecie nie widać choćby procesu planowania misji, ani nawet szkolenia. A przecież bezzałogowiec, czy nawet garażowy dron, nie jest zaprojektowany, aby magicznie znajdował i niszczył co trzeba. Jest tylko elementem szerszego systemu. W jego skład wchodzi planowanie misji, określenie, gdzie znajduje się przeciwnik i czego można użyć do jego zniszczenia, ale też zabezpieczenie, szkolenie operatorów, symulatory, wsparcie tego wszystkiego od dostaw części po generatory do ładowania akumulatorów. To jest skomplikowany proces.
Tymczasem my w Polsce to mamy. Mamy wiedzę nagromadzoną od dekad, doświadczenia milionów godzin lotu bezzałogowców. Stąd nasze kontrakty, największe na świecie. Gdzie indziej Pan znajdzie umowę na 10 tysięcy systemów amunicji krążącej? A zaczęło się od jednego wynajętego mieszkania. Proszę spojrzeć na ogrom drogi, jaką przeszliśmy, ale też ciąg wyzwań nadal przed nami.
I jak rozumiem – Państwa stoisko na tegorocznym MSPO będzie tego dowodem?
Tak. To już zresztą nie stoisko, ale cały ogromny pawilon, który sam w sobie jest prezentacją wielodomenowych, powiązanych ze sobą rozwiązań systemowych. Serdecznie zapraszam do odwiedzin MSPO, w szczególności 8 września o 13.30, kiedy odbędzie się Dzień Premier Grupy WB.
W Kielcach po raz pierwszy pokażemy ponad tuzin nowych systemów, w tym wiele bezzałogowych. Nowe lądowe rozwiązania bezzałogowe i załogowo-bezzałogowe, kilka morskich, w tym nowy rodziny StormRider. Rozwijamy więcej konstrukcji nad- i podwodnych, ale nie wszystko jest jeszcze gotowe, by ujrzeć światło dzienne.
Czyli StormRider dostanie braciszka?
Dostosowujemy się do potrzeb – nasze rozwiązania są skalowalne i modułowe, można je dowolnie wyposażać w zestawy sensorów, ale i efektorów. StormRider, jako rodzina bezzałogowców morskich, powstała pod konkretne wymagania, głównie polskie, ale nie tylko.
W zasadzie wszystko, co pokazujemy, prędzej czy później kończy się sprzedażą. Wiadomo, czasem pierwsze rozwiązanie przedstawianie na targach musi zostać przekształcone pod kątem użytkownika. Tak to wyglądało na przykład z X‑Fronterem. Choć zachowujemy w ofercie pierwotną wersję, docelowa odmiana wygląda inaczej. Ma jednak rozszerzone funkcje, których chciał polski odbiorca. Zresztą na targach prezentowane są zazwyczaj demonstratory i makiety, a przecież nie prawdziwe produkty z głowicami bojowymi czy prawdziwym uzbrojeniem z amunicją. To kwestia bezpieczeństwa odwiedzających.
Żyjemy z tego, co sprzedamy. Musimy zarobić na pensje dla naszych inżynierów i zapewnić dalszy rozwój, a mamy inwestycje na poziomie miliardów złotych. Musimy tworzyć nowe zakłady, by sprostać wymaganiom, ale z drugiej strony nie możemy przesadzać. Nie może być tak, aby za trzy lata okazało się, że zostaniemy z pustymi halami.
Niezależnie od wszystkiego za każdym systemem stoi człowiek – polski inżynier, robotnik, programista. Ludzie są naszym najcenniejszym zasobem, są naszą wiedzą, z której nie możemy rezygnować. Może się zdarzyć jakiś atak, możemy mieć zbombardowane zakłady, ale najważniejsze jest, by zachować bezpieczną załogę. Dbamy o naszych ludzi, to oni są najważniejsi. Maszyny można uzupełnić błyskawicznie, ale ludzkie know-how jest bezcenne.
O tym też mało się mówi – o ogromie pamięci instytucjonalnej. Przez cały czas mamy tych samych właścicieli. Nie mamy karuzeli kadrowej. W innych miejscach czasem rozmawiamy z jedną osobą, a za tydzień, za miesiąc przychodzi kolejna, kompletnie niezorientowana, co gorsza czasami przypadkowa. Inną kwestią jest ryzyko, jakie podjęliśmy. W wielu miejscach byliśmy pierwsi i nadal jesteśmy. To jest efekt kuli śniegowej, która robi się coraz większa.
Musimy zapewnić pracę ludziom, nie tylko teraz, ale też za trzy lata, kiedy skończy się jakiś program wojskowy, na przykład SAFE. To są ogromne umowy na dziesiątki miliardów złotych. Nie mówię tylko o kontraktach podpisanych bezpośrednio z Grupą WB. Czasem działamy w konsorcjum lub dostarczamy nasze systemy teleinformatyczne, elektroniczne czy zarządzania walką. Toczą się programy artyleryjskie, modernizacja sprzętu, jest potrzeba nowej łączności, szczególnie indywidualnej, którą spełnia nasza radiostacja PERAD [PERsonal RADio]. Do tego dochodzą kwestie spełniania oczekiwań eksportu. Mamy zamówienia na dziesiątki tysięcy efektorów, najwięcej z tego to amunicja krążąca rodziny Warmate. Nawet jakbyśmy dzisiaj podpisali zamówienie, będziemy w stanie zrealizować je za kilka, kilkanaście miesięcy. Chętni już teraz muszą ustawić się w kolejce. Część naszych zakładów pracuje na więcej niż jedną zmianę. Na przykład produkcja kompozytów z uwagi na ogromne, nasze własne zapotrzebowanie.
Jesteśmy samym szpicem naszej technologicznej polskiej włóczni. W Grupie WB powstaje większość zaawansowanych rozwiązań bezzałogowych, a pewnie byłoby ich jeszcze więcej. Zawsze mówimy „dajcie nam umowę, a my resztę sobie zorganizujemy”. Świetnym przykładem jest tutaj rozwój trudno wykrywalnego efektora z nowym napędem, jakim jest Gladius 2. Nie potrzebujemy dodatkowych interwencji, wystarczą nam jedynie duże i stabilne zamówienia, abyśmy mogli rosnąć, zyskiwać na znaczeniu i kompensować koszt prac rozwojowych eksportem.
A jak wygląda kwestia systemów lądowych? O StormRiderze słyszeliśmy niedawno przy okazji szczytu w Ankarze, a wasze projekty lądowe praktycznie nie pojawiły się w ostatnich miesiącach w mediach.
Ponieważ próby realizowane są albo dla klientów instytucjonalnych, w większości dla wojska, albo dla odbiorców ze służb mundurowych, nie informujemy o nich mediów. To są zresztą skomplikowane działania, bo często – gdy klient dostrzega nowe funkcje – chce dodatkowej rozbudowy lub połączenia z innymi rozwiązaniami. Często dokonujemy ich zresztą w locie, na miejscu na poligonie. To też buduje więź zaufania do naszych kompetencji, do naszych inżynierów. Swoją drogą, to też przykład naszej suwerenności technologicznej. Wyobraża Pan sobie, że w niektórych sytuacjach to polskie systemy po kilku minutach dostosowania służyły do integracji obcych systemów dowodzenia, bo my jesteśmy bardziej uniwersalni i efektywni?
Wracając do prób i testów. Czasami jest z tym pewien problem. Nie mamy odpowiedniej legislacji. Bardzo trudno testować bezzałogowce morskie. Dla przykładu, musieliśmy zarejestrować nawodny bezzałogowy system rozpoznawczo-uderzeniowy StormRider oficjalnie jako… „jacht motorowy”. Obok niego zawsze musi pływać łódź załogowa, żeby w razie czego przejąć nad nim kontrolę. To nie wynika z zagrożenia, ale z przepisów. Trochę tak, jak dawniej w Wielkiej Brytanii, kiedy przed pierwszymi samochodami musiał biec człowiek z czerwoną flagą, aby zaznaczyć ich przejazd. Bo nie było przepisów regulujących ruch pierwotnych automobili. Historia lubi się powtarzać. Nie można sobie tak hop-siup pływać bezzałogowcem po Bałtyku. Musi mu towarzyszyć łódź z ludźmi. Na wszelki wypadek. Nikt nie przewidział takiej sytuacji! Po raz kolejny widzimy – wszystko wymaga rozwiązań systemowych, czy to na lądzie, czy na morzu.
Pokazywaliśmy już, że StormRider może wyrzucać z siebie bezzałogowce latające, a teraz pokazujemy, że może też rozmieszczać bezzałogowce podwodne. To wszystko jest system, musimy zadbać o odpowiednią łączność między nimi, nawigację i tak dalej.
Jeżeli chodzi o rozwiązania lądowe – rozpoczynają się i w ciągu kilku miesięcy powinny dotrzeć do finału testy systemów załogowo-bezzałogowych w ramach plutonu rozpoznawczo-uderzeniowego Future Task Force. FTF to zrobotyzowane platformy lądowe, łączące w sobie modułowe nośniki logistyczne, bojowe, na przykład z wyrzutniami bezzałogowców Warmate TL lub modułami uzbrojenia ZMU, minowania narzutowego, ale też inne bezzałogowce. To skomplikowane, nowe i wojsko dopiero poznaje jak mogą działać podobne rozwiązania. Decyduje się także, jak duże powinny być nowoczesne roboty lądowe i jak bardzo autonomiczne.
Jednym z najbardziej wyczekiwanych elementów MSPO 2026 jest prezentacja Gladiusa 2. Największe zainteresowanie wzbudziła wizualizacja, jak mniemam, nowego drona rozpoznawczo-uderzeniowego. Co to dokładnie ma być i na czym ma polegać zapowiadana rewolucja?
To nie wizualizacja, ale zdjęcie. Z dorysowanymi komputerowo chmurkami. On tak będzie wyglądał.
Czyli to będzie latające skrzydło? Coś w tym rodzaju?
Coś w tym rodzaju. Zobaczy pan na MSPO. To system o wiele większym zasięgu i zmniejszonej wykrywalności radarowej, ale z kilkukrotnie większą głowicą bojową niż w dotychczas używanych efektorach, a także z innym napędem. W 2022 podpisaliśmy umowę na pracę rozwojową. Ten efektor będzie u nas się nazywał Warmate z cyferkami po nazwie rodziny. Jeszcze ich nie podam, ale proszę uwierzyć, to jest wartość dwucyfrowa.
Czyli to będzie coś dużego.
Co to znaczy „dużego”? To ma się poruszać nisko, szybko i na daleki zasięg. Jest to jeden z efektorów, który będzie kompatybilny wstecznie. Będzie miał kilka metod startu. Przyniesie też zupełnie nową jakość, jeśli chodzi o efektory w Siłach Zbrojnych RP. Zresztą w podpisanej umowie na system Gladius będzie więcej nowych efektorów. Będzie też więcej sensorów, ale to już opowieść, o której usłyszymy za rok czy dwa, kiedy będziemy powoli je ujawniać.
Na jakim etapie jest ten program? To jest prototyp, demonstrator?
Prototyp lata już dawno, obecnie mamy produkcję niskoseryjną. Do 2030 roku musimy go dostarczyć w ogromnej liczbie. Nie tylko efektor, ale też towarzyszące mu elementy systemu, o których mówić jeszcze nie możemy. Będzie oferowany także jako osobny system uderzeniowy, bo jest zainteresowanie u klientów eksportowych, ale jest też kompatybilny z dostarczonym do Sił Zbrojnych RP Gladiusem. Ba, rozwijamy już na jego bazie kolejne rozwiązania. Tak jak tłumaczyłem, w Grupie WB zawsze podchodzimy do naszych prac systemowo. Wszystko się łączy, wszystko może współdziałać.
Czyli możemy się spodziewać Gladiusa 2 lub nowego Warmate’a poza Polską? Chociażby w Ukrainie.
Pierwszym klientem zawsze jest Polska – to podstawa. Na pewno nikt wcześniej go nie dostanie, jeśli chodzi o rozwiązanie użytkowe. Pierwsze umowy, związane z dostawą 12 modułów nowego Gladiusa są już podpisane. Sam nowy Warmate jest ważnym rozszerzeniem naszego portfolio, zresztą samych Warmate’ów pojawi się kilka różnych typów na tegorocznym MSPO. Proszę poczekać do Dnia Premier pierwszego dnia wydarzenia w Kielcach.
Czeka nas we wrześniu prawdziwa uczta?
Jak wspomniałem, nowości będą z każdej z trzech domen. Pierwszego dnia targów będzie uroczyste odsłonięcie naprawdę zaskakujących rozwiązań. To też pokazuje, jak duża jest Grupa WB – może pozwolić sobie na rozwijanie tak wielu elementów w tym samym czasie, w tak szerokim zakresie. Będą tam też zautomatyzowane wieżyczki z nowym uzbrojeniem, nie tylko systemy bezzałogowe. Liczba nowości będzie duża. Poszerzy się też rodzina X‑Fronterów, nawet, jak wspominałem, FlyEye otrzyma nowe funkcjonalności. Oczywiście na ten moment trzymamy karty przy orderach.
Warto też pamiętać, że drony to jakieś 25% tego, co robi Grupa WB. Reszta to jest „ciężka” elektronika. To są systemy Fonet i ich odmiany, to poszczególne aplikacje systemu Topaz, to są komponenty i systemy związane z różnymi typami artylerii, w tym moździerzami samobieżnymi. Dostarczamy też ogromną rodzinę lekkich i ciężkich wież oraz wieżyczek bezzałogowych rodziny ZMU. To jest firma, która robi prawie wszystko. Nie ma takiego drugiego podmiotu w Polsce, a nawet na świecie, z tak szerokim portfolio. Robimy też magazyny energii, cywilne i wojskowe. Nasze własne systemy zasilania pojazdów. O tym też się nie mówi, ale to fragment naszego biznesu.
Czasem się żartuje, że „ktoś nie wiedział, że coś jest niemożliwe i zrobił”. My stajemy się naprawdę globalnym graczem, bo europejskim jesteśmy już na pewno. Zresztą niedawno rząd kanadyjski oficjalnie powiedział, że jest zainteresowany polskimi rozwiązaniami, takimi jak Warmate, FlyEye, Gladius. Zobaczy Pan, jakie umowy będą ogłoszone lub podpisane na MSPO lub wkrótce potem, do końca roku. Jakie kontrakty eksportowe zostaną zawarte. Będzie Pan pod wrażeniem, obiecuję.
Dlatego bezzałogowce są znakiem rozpoznawczym WB.
Sam Gladius to nie jest bezzałogowiec, to jest interoperacyjny, zgodny ze standardami NATO system systemów, który to wszystko spina, kontroluje i pozwala dołączać nowe elementy. Efektor, sensor czy pojazd nie ma większego znaczenia. Jeżeli chcemy system eksportować lub współrozwijać z europejskimi partnerami na ogromną skalę, to zintegrujemy go, z czym trzeba. Najważniejszy jest system zarządzania tym wszystkim, bo potem możemy elastycznie sobie wpinać i dołączać to czego potrzebujemy. A ponieważ ma otwartą architekturę, to przetrwa przez dekady. Jesteśmy otwarci na nowości.
Czyli podstawą jest kręgosłup, a kończyny można sobie dobrać?
Ewolucyjnie wszystko jest ważne. Jeżeli nie połączymy tego spójnie, dostaniemy ułomne rozwiązanie. U nas systemem nerwowym jest komunikacja, system – panujemy nad tym. Mięśnie czyli efektory i sensory – również mamy kontrolę, robimy wszystko w kraju. Jeśli wspieramy się czymś, chociażby nawigacją inercyjną w naszych rozwiązaniach artyleryjskich, to też jest to europejski produkt. Ale uzupełniamy to przez nasze rozwiązania, choćby nawigację wspieraną przez SI EyeQ. Jesteśmy podmiotem prywatnym, który musi na siebie zarobić. Nie pokazujemy atrap bez pokrycia, tylko jasno komunikujemy nasze zdolności.
Nie ma mentalności „państwo i tak to kupi”?
Były czasy kiedy 80% przychodu WB to był eksport.
Kiedy dokładnie?
Przez długie lata tak to wyglądało. Teraz, przy tych dużych krajowych zamówieniach, to jakieś 48%. My też stanowimy większość tego, co Polska eksportuje na zewnątrz. To jest ogrom pieniędzy, który przychodzi do kraju. Płacimy miliardy podatków nad Wisłą. Państwo inwestuje w nas, bo wie, że duża część tego wróci do budżetu. To wszystko jest i zostaje w kraju. To tworzy suwerenność technologiczną państwa i buduje bezpieczeństwo Polski.
Mamy zresztą świetną strukturę wieku. W dodatku 25% zatrudnienia to kobiety. Niektóre działy są bardzo sfeminizowane. Zachęcamy każdą absolwentkę kierunków technicznych do złożenia CV. Rosnąca liczba kobiet w działach technicznych pokazuje, że im tam się świetnie pracuje. Robimy wspaniałą rzecz, której celem jest zapewnienie bezpieczeństwa Polsce i Europie.
Wiem, że bardziej o sobie milczymy niż mówimy. Stąd czasem mówi się głośno o jakichś małych firemkach, które przedstawiają jeden produkt, podczas gdy nam zabrakłoby miejsca, żeby pokazać wszystko, co mamy.






