„Kiepski z ciebie napastnik, zobaczymy, jak sobie radzisz na środku obrony” – wielu chłopców i dziewczynek marzących o karierze piłkarskiej mogło usłyszeć coś takiego od trenera. Wyo­braź­cie sobie teraz, jakie to uczucie, być samolo­tem i usłyszeć coś takiego od sił powietrz­nych, którym miało się służyć. Taki mniej więcej los spotkał bohatera tego artykułu. F-101 Voodoo miał być myś­liw­cem eskortowym towarzy­szą­cym bombowcom US Air Force w lotach bojo­wych nad Związek Radziecki. Osta­tecz­nie nigdy nie doczekał się wejścia do służby w tej roli. Odnalazł się jednak z powo­dze­niem jako stoper (czytaj: myśliwiec przechwytu­jący), a jeszcze większą karierę zrobił jako skaut.

Historia konstrukcji

Pierwsza założona przez Jamesa McDonnella wytwórnia samolotów nosząca jego nazwisko zbank­ru­to­wała w 1929 wskutek wielkiego kryzysu. Dziewięć lat później powstała druga, sku­pia­jąca się już nie na samolotach, ale na częściach do samolotów innych producentów. Wejście Stanów Zjednoczonych do drugiej wojny światowej poz­wo­liło McDonnel­lowi błys­ka­wicz­nie rozbudować firmę – w szczytowym momen­cie zatrudniał 5212 pra­cow­ni­ków. Do 1945 roku jego zakła­dy w St. Louis wyprodu­ko­wały około 3,2 miliona kilo­gra­mów części, a także około trzy­dzie­stu samolotów szkolno-trenin­go­wych Fairchild AT-21 Gunner. McDon­nell nigdy jednak nie porzu­cił marzeń o własnych samolotach.

Ten artykuł powstał dzięki naszym Subedejom, wspierającym Konflikty na Patronite.pl. Są to:

Alex B • Andrzej N. • Jacek Zagrodzki • Łukasz Paweł • Marcin Ślimak • dwóch Patronów anonimowych

Serdecznie dziękujemy za wsparcie i zaufanie.

Czytelnicy, którzy chcieliby dołączyć do grona Subedejów (lub którejś innej grupy naszych Patronów), mogą kliknąć tutaj, aby przenieść się na nasz profil na Patronite.pl.

Ponadto obecnie wszyscy Patroni – nie tylko Subedejowie – mają dostęp do wersji „beta” niektórych naszych artykułów.

Wszystkie artykuły, które powstały dzięki wsparciu Subedejów, znajdują się tutaj.

I tak w 1940 roku firma przystąpiła do przetargu mającego wyłonić nowy wysokoś­ciowy myśli­wiec przechwytujący dalekiego zasięgu dla US Army Air Corps. Oblatany w styczniu 1944 roku McDonnell XP-67 był ciekawą, niekon­wen­cjo­nalną konstruk­cją, a wśród lotników zyskał przezwi­sko Moonbat lub po prostu Bat, czyli „nieto­perz”. Awan­gar­dowa sylwetka faktycznie czyniłaby zeń idealny samolot dla Batmana, aż prosiłoby się o przeniesie­nie go wprost do komik­sów. Niestety w po­wie­trzu XP-67 zachowywał się także „awangar­dowo”. Ekspe­ry­men­talne silniki Con­ti­nen­tal XI-1430 nie zapew­niały odpowiedniej mocy, w ciasnych manewrach ciążył mu ogon (co stwa­rzało ryzyko przeciąg­nię­cia), a silny buffeting pojawiał się na długo przed zwolnie­niem do prędko­ści minimalnej. Sytuacja była na tyle poważna, że piloci doświad­czalni nie zgodzili się wprowadzić maszyny w korko­ciąg; istniała obawa, że nie zdołają wyrównać lotu.

Wszystko to sprawiało, że chociaż XP-67 nie był pozbawiony zalet, a przy wyż­szych pręd­koś­ciach zachowywał się wcale poprawnie, wady – zwłaszcza niska prędkość maksy­malna – praktycznie go dyskwalifikowały. Podczas lotu 6 września 1944 roku w „Nietope­rzu” wybuchł pożar. Pilot zdołał wylądować, ale płomienie doszczętnie znisz­czyły maszynę. Lotnictwo wojsk lądo­wych uznało, że nie ma sensu kończyć prac nad drugim prototypem, i wyrzuciło cały program do kosza. Dla McDonnella nie był to duży problem, trwały już bowiem zaawanso­wane prace nad inną, dużo bardziej udaną konstrukcją.

McDonnell XP-67 (nr seryjny 42-11677).
(USAF)

Marynarka wojenna spojrzała z uznaniem na brawurowy projekt XP-67 i za­pro­siła jego twórców do własnego programu – rozwoju pokładowego myś­liwca odrzuto­wego. Tak powstał McDonnell Phantom, ten, na którego cześć nazwę otrzymał potem legen­darny F-4 Phan­tom II. Projekt zatwier­dzono 30 sierpnia 1943 roku, a pierw­szy proto­typ oblatano 26 stycznia 1945 roku. Tym razem nie było żadnych nieprzy­jem­nych niespo­dzia­nek ani „awangar­do­wego” zacho­wa­nia w powie­trzu. Wręcz prze­ciw­nie – Phantom z dnia na dzień stał się najszybszym samolotem w US Navy (pręd­kość maksy­malna ponad 800 kilometrów na godzinę). Koniec wojny sprawił, że zamiast planowanych stu maszyn zamówiono jedynie sześć­dziesiąt. Osta­tecz­nie Phantomy wycofano ze służby liniowej już w 1949 roku.

W kolejnych latach McDonnell pracował nad rozwojem Phantoma – z którego wyewo­lu­o­wał bardzo udany F2H Banshee – i zupełnie nieudanym myśliwcem pasożyt­ni­czym XF-85 Goblin, który miał być rewolucyjną odpowiedzią na pytanie: jak zapew­nić wyprawom bombowym eskortę myśliwców daleko w głębi terytorium nieprzyja­ciela? Szybko się okazało, że odpowiedź jest błędna i trzeba wrócić do bar­dziej klasycznych koncepcji.

Poszukiwanie myśliwca eskortowego

Kampania lotnicza nad Europą Zachodnią dowiodła znaczenia myśliwców eskorto­wych. I to nie takich, które biernie towarzyszą wyprawie bombowej i odpędzają co bliższych napast­ni­ków. Potrzebna była eskorta aktywna, reagu­jąca na zagrożenie, jak tylko się pojawi, i torująca drogę bombowcom.

W sierpniu 1945 roku Dowództwo do spraw Wyposażenia Lotniczego (AMC) rozpi­sało prze­targ na „penetrujący” samolot myśliwski zdolny wypełniać zadania eskor­towe na rzecz bom­bow­ców Dowództwa Lotnictwa Strategicz­nego (SAC), a także atakować cele naziemne. McDonnell zaprezen­to­wał pro­jekt nazwany Model 36C, który wyszedł spod ręki inżynie­rów Edwarda „Buda” Flesha i Ken­dalla Per­kinsa. Przewidziano dlań napęd w postaci pary silników turbo­odrzu­to­wych Wes­ting­house J34. Płat miał być możliwie naj­cień­szy, co wyklu­czało zasto­so­wanie popu­lar­nych w tamtym okresie zbior­ni­ków paliwa na jego końcówkach. Krawę­dzi natar­cia nadano skos 35 stopni, dopiero co z powo­dze­niem zastosowany w F-86 Sabrze (a za­czerp­nięty bez­po­śred­nio z dokumen­tów niemieckich przechwyco­nych w trakcie drugiej wojny światowej).

McDonnell FH-1 Phantom.
(US Navy)

W czerwcu roku 1946 firma dostała zamówienie na dwa prototypy. Wybrano dla nich oznacze­nie wojskowe XP-88 (prototyp z silnikami bez dopalacza) i XP-88A (przezna­czony do później­szej instala­cji dopala­czy, skądinąd własnego projektu McDonnella). W następnym roku, wraz z prze­mo­de­lo­wa­niem całego systemu oznaczeń w USAF‑ie, ozna­cze­nie zmieniono na XF-88 i XF-88A, a dodatkowo samolot otrzymał nieofi­cjalną jeszcze nazwę Voodoo. I owszem, w tym miejscu jesteśmy już o krok od głównego bohatera niniejszego artykułu.

Ale do przezwyciężenia było jeszcze kilka przeszkód. Wśród nich na pierwszy plan wysuwały się konkurencyjne samoloty: XF-90 Super Star proponowany przez Lock­heeda i YF-93A Sabre Cat ze stajni North American, będący głęboko zmodyfi­ko­waną wersją rozwojową poczciwego F-86.

Oblot XF-88 odbył się nad suchym jeziorem Muroc w bazie Edwards, gdzie samolot dostar­czono z zakładów w St. Louis drogą lotniczą, oczywiście roz­mon­to­wany i nie­stety z kilku­mie­sięcz­nym opóźnie­niem. Maszyna numer 46‑525 wzniosła się w powie­trze 20 października 1948 roku. W kabinie zasia­dał Bob Edholm, który stwier­dził, że XF-88 posłusznie wykonuje pole­ce­nia pilota i wykazuje dobrą zwrot­ność. Wszystkie niepożądane zjawiska – takie jak buffeting hamul­ców aero­dyna­micz­nych – można było rozwiązać w toku niewiel­kich modyfika­cji. Ale był jeden problem wyma­ga­jący poważniejszej interwencji. Silniki J34 dające zaled­wie 28,5 kilo­niu­tona ciągu nijak nie mogły zapewnić oczekiwa­nych osiągów (dla porównania: poje­dynczy silnik J75 używany w samo­locie F-105 Thunderchief wykręcał 64 kiloniutony bez dopalania).

XF-88 (46-525).
(USAF)

Cała nadzieja spoczęła wobec tego na XF-88A (numer 46‑526), oblatanym 26 kwiet­nia 1949 roku jeszcze bez dopalaczy, za to z sześcioma działkami kalibru 20 mili­met­rów i usterzeniem płytowym zamiast klasycznego. Wkrótce potem najpierw jeden, a następ­nie drugi silnik wypo­sa­żono w dopalacze, które wywin­do­wały osiągi w okolice zado­wa­la­ją­cego poziomu (prędkość maksy­malna 1126 kilometrów na godzinę na poziomie morza), ale oczywiście zwięk­szyły zużycie paliwa, co obcięło i tak niewielki zasięg. 12 maja 1949 roku XF-88A przekroczył prędkość dźwięku w locie nurkowym.

Kluczowe decyzje miały zapaść na przełomie lata i jesieni 1950 roku, tuż po zakoń­cze­niu prób porównawczych wszystkich trzech konkurentów. Niestety XF-88A 46-526 uległ wypadkowi w bazie Edwards i został poważnie uszko­dzony, toteż inżynie­ro­wie McDonnella pospiesznie zainstalowali silniki z dopa­la­czami w pierw­szym prototypie. W toku prób okazało się, że nowy XF-88A ma osiągi podobne do YF-93A, a XF-90 w ogóle nie jest w stanie dotrzy­mać im kroku. Mimo że również był napędzany silnikami J34 z dopala­czem, ledwie przekraczał 1070 kilomet­rów na godzinę na poziomie morza.

Na niekorzyść propozycji Lockheeda przemawiało zaś użycie tylko jednego silnika Pratt & Whitney J48. Współcześnie nikt się tym nie przejmuje. Nawet wśród samo­lo­tów pokłado­wych, które tradycyjnie były ostoją dwu­silni­ko­wości, wraz z przyję­ciem do służby F-35B/C normą staje się jeden silnik. Pro­du­cenci osiągnęli poziom techniczny, który pozwala utrzymać awaryj­ność na pozio­mie wręcz niewyo­bra­żal­nym z pers­pek­tywy lat 40. czy 50. Oczywiście zdarzały się wyjątki (choćby pokładowy jedno­silni­kowy A-4 Skyhawk), ale zasadniczo uwa­żano, iż maszyna mająca działać z dala od włas­nych baz i od lądu powinna być wyposa­żona w dwa silniki na wszelki wypadek. Głównie z tego powodu YF-93A zebrał najgorsze oceny od pilotów doświad­czal­nych. Ale powolny XF-90 również nie mógł liczyć na pozy­tywne oceny. Tym sposo­bem McDonnell wygrał starcie, chociaż złośliwy obserwator mógłby stwier­dzić, że to raczej Lockheed i North American je przegrały.

XF-88B z silnikiem turbośmigłowym.
(US Air Force)

I rzeczywiście, USAF doszedł do wniosku, że osiągi XF-88 również nie są zadowala­jące, i nie zamówił żadnych kolejnych egzemplarzy. Prototypy nie trafiły jednak na złom. McDonnell pracował nad samolotem na własną rękę, ufając w potencjał kons­truk­cji i widząc, że zapotrze­bo­wa­nie na „myśliwiec penetrujący” bynajmniej nie zniknie, co najwyżej wyewoluuje. Trwała już wtedy wojna koreańska, co oznaczało, że mogą się pojawić nowe koncepcje użycia lotnic­twa lub unaocznić się ignorowane dotychczas luki. McDonnell zamierzał skorzystać z pierw­szej nadarzającej się okazji.

Dla porządku wypada jeszcze odnotować, że pierwszy prototyp został wyposa­żony w dodat­kowy silnik turbośmigłowy Allison T38 i pod oznacze­niem XF-88B (oznacze­nie produ­centa: model 36J) był wykorzysty­wany do prób napędu tego rodzaju. 46‑525 został oblatany w nowej konfiguracji 14 kwietnia 1953 roku i wkrótce potem został pierwszym naddźwię­ko­wym samolotem turbośmigłowym. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

Czas przejść do rzeczy

Kalkulacje McDonnella (i innych konstruktorów, rzecz jasna) okazały się słuszne. W lutym 1951 roku US Air Force ogłosiło zapotrzebowanie na myśli­wiec eskortowy. Do rywalizacji stanęły spółki Lockheed, North Ameri­can, North­rop (ze zmodyfi­ko­waną wersją myśliwca przechwytującego F-89 Scorpion), Republic (z aż trzema osobnymi projektami!) i McDonnell z po­więk­szoną wersją XF-88 wyposa­żoną w mocniejsze silniki Westinghouse J46. Jak łatwo zgadnąć, propozycja McDonnella okazała się najlepsza i już w maju doko­nano korekty budżetu na rok podat­kowy 1952, tak aby przyspieszyć wejście nowego samolotu do produkcji. Byliśmy wówczas w trud­nym dla sprzymierzonych momencie wojny koreańskiej. Miesiąc wcześ­niej prezydent Harry S. Truman zdjął generała Douglasa MacArthura ze stano­wiska dowódcy sił ONZ, co oddaliło wizję niekontrolowanego rozpętania wojny nuklearnej, ale zagrożenie wciąż się utrzymywało. Czas był więc na wagę złota.

53-2418 z długą sondą do pomiaru ruchu powietrza wokół płatowca. Na nosie widoczny napis „McDonnell Voodoo”.
(US Air Force)

Pomóc w utrzymaniu wysokiego tempa miała rów­nież rezygnacja z klasycz­nego etapu prób prototypów i posta­wie­nie za­miast tego na próby (i wpro­wa­dza­nie mody­fi­ka­cji) na etapie pierwszych maszyn seryj­nych. Wcześniej na podobnej zasa­dzie rozkręcono produkcję samo­lotu F-100 Super Sabre. Wyso­kie tempo progra­mów stało się swoistym wyróżnikiem całej Century Series, ale F-88 wybornie się nadawał do takiego podejścia ze względu na to, że konstrukcja przeszła już wcześ­niej cykl prób, które dowiodły, że przynajmniej w ogólnym zarysie ma sens.

Z drugiej strony – „powiększyć” samolot to dużo większe wyzwanie, niżby wska­zy­wał taki prosty czasownik. Ogólny układ aerodynamiczny, owszem, jest poprawny, ale mogą się pojawić problemy choćby z wyważeniem czy wytrzy­ma­ło­ścią struktu­ralną płatowca. W przy­padku F-88 wszystko zagrało, jak należy.

30 listopada 1951 roku samolot uzyskał już oficjalne oznaczenie F-101 Voodoo. Nim minął miesiąc, Bud Flesh przed­sta­wił wizję wymiany silników J46 na jeszcze moc­niej­sze Allison J71 (wersja ta nosiłaby oznaczenie producenta Model 36R), ale USAF uznał, że nawet to nie wystar­czy, i optował za insta­la­cją silników Pratt & Whitney J57. To jednak wymusiło głębsze zmiany w kon­strukcji i kolejną zmianę oznaczenia: na Model 36W.

W swej końcowej postaci F-101 Voodoo był większy od XF-88 Voodoo, wyróż­niał się masyw­niej­szym kadłubem, kryjącym parę silników Pratt & Whitney J57-P-13 i powięk­szone (ponad­trzy­krot­nie) zbiorniki paliwa. Zmieniły się także kształt wlotów powie­trza do silników, kształt płata (przy nasadzie) i kształt usterze­nia. Wcześniej płytowe stery wysokości były umiesz­czone przy nasadzie statecz­nika pionowego, teraz przesu­nięto je prawie na sam czubek, z dala od gazów wylotowych z silników. W tym okresie płatowiec został też przystosowany do montażu odbieraków paliwa do tankowania w powietrzu (do tankowania za pomocą giętkiego przewodu – przed kabiną; za pomocą sztywnego wysięgnika – na górze kadłuba).

Pierwszy F-101A realizował różnorodne próby w locie do czerwca 1960 roku. Następnie był używany jako pomoc naukowa dla tech­ni­ków uczą­cych się obsługi instalacji hydraulicz­nej. Od 1965 roku stał przy bramie bazy lotniczej Amarillo. W 1975, po zamk­nię­ciu bazy, został odkupiony po cenie złomu przez Dennisa Kelseya, który chciał przeprowadzić kompleksową restaurację. Tymczasowo samolot trafił do Pueblo Weisbrod Aircraft Museum, gdzie wykonano powyższe zdjęcie. Niestety przed­się­wzię­cie okazało się zbyt skomplikowane…
(Robert Frola, GNU Free Documentation License, Version 1.2)

Dla samolotu przewidziano szeroki wachlarz uzbrojenia. Oprócz czterech działek M39 kalibru 20 milimetrów (po dwa na burtę) miał on obejmować trzy pociski powietrze–powietrze AIM-4 Falcon, a także pakiet niekiero­wa­nych pocisków rakietowych. 28 maja 1953 roku McDonnel­lowi przyznano kontrakt na trzydzieści dziewięć egzempla­rzy seryjnych.

Dwa miesiące później w Korei weszło w życie zawieszenie broni, co pozwoliło USAF‑owi odetchnąć, spojrzeć na sprawę chłodnym okiem i dojść do wniosku, że kilka prototypów (i tak ze dwa lata wszech­stron­nych prób) mogłoby się jednak przydać.

Pierwszy F-101A Voodoo, numer seryjny 53‑2418, wzniósł się w powietrze z bazy lotniczej Edwards 29 września 1954 roku. W ślad za nim leciały dwa samoloty towa­rzy­szące – T-33 Shooting Star i F-100 Super Sabre – ale nie były w stanie dotrzymać mu kroku. Voodoo wzniósł się na 10 tysięcy metrów, rozpędził się do prędkości Mach 0,92 bez użycia dopalacza, a następnie, w łagodnym nurkowaniu, przekroczył barierę dźwięku. Po raz pierwszy w historii samolot uczynił to w swoim dziewiczym locie. Ten jednak nie przebiegł bezprob­le­mowo – kilka razy wystąpił pompaż – ale pilot, Robert Little, był wręcz zachwycony zachowaniem samolotu w powietrzu.

W kolejnych lotach występowały różne pomniejsze problemy, typowe dla samolotu tej klasy. Do najpoważniejszej sytuacji doszło w czwartym locie locie, kiedy zgasły oba silniki. Ostatecz­nie udało się wymusić ponowny zapłon i samolot bezpiecznie wylądował. Z kolei w siódmym locie, mającym zweryfi­ko­wać, jaką maksymalną prędkość F-101 jest w stanie rozwinąć w locie pozio­mym. Przy prędkości Mach 1,4 wystąpił gwałtowny pompaż obu silni­ków, który wywołał drgania mogące potencjal­nie doprowadzić do dezin­teg­ra­cji płatowca.

…Po śmierci pana Kelseya jego żona, Janice, zorganizowała demontaż i transport samolotu do Arizony, gdzie restauracja ruszyła na nowo. Samolot trafił następnie do Evergreen Aviation and Space Museum w stanie Oregon. Obecnie jest prezentowany w malowaniu z lat 1956–1957, kiedy był używany do prób silników J79. Według najnowszych dostępnych informacji kabina wciąż jest pustą jamą czekającą na odtworzenie.
(Articseahorse, Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe)

Szybko też wyszły na jaw zagrożenia związane z lotem na wysokich kątach natarcia. W skraj­nej sytuacji strumień zaskrzydłowy układał się na stateczniku pionowym w ten sposób, że powodował spadek ciśnienia (przez wzrost względnej prędkości powietrza) na jego dolnej powierzchni, to zaś skutkowało zadarciem nosa i korko­cią­giem. Rozwiąza­niu tej kwestii poświęcono kompleksowy program prób, który pochłonął życie kapi­tana Johna Dolana. Zginął on 16 grudnia 1955 roku za sterami F‑101A 53‑2347, gdy maszyna runęła w kor­ko­ciągu płaskim. Był to jego pierw­szy lot na tym typie. W ramach tego samego programu rozbiły się jeszcze dwa kolejne egzem­pla­rze, F-101A i dwu­miejs­cowy F-101B, ale tym razem lotnicy na szczęście zdołali się kata­pul­tować.

W ostatecznym rozrachunku problemowi temu nigdy nie zaradzono. Wyma­ga­łoby to zbyt skomplikowanych (i kosztownych) zmian w samej strukturze płatowca. Zamiast tego zains­ta­lo­wano urządze­nia ostrzega­jące za pomocą dźwięku i drgań drążka o możli­wym prze­ciąg­nię­ciu, a także opraco­wano procedury dające szansę odzyskać panowanie nad maszyną. Jak zau­waża Nigel Wal­pole, „w warun­kach szkolenia pokojowego zało­że­nie, iż urządzenia ostrze­gaw­cze wystarczą, mogło być sensowne, jeśli tylko trzy­mano by się dostęp­nych instrukcji, ale w nie­któ­rych sytua­cjach w powietrzu łatwiej powiedzieć, niż zrobić, a sprawa staje się nie­skoń­cze­nie trudniejsza w warun­kach bojowych”. Dopiero w połowie lat 60. wprowadzono mody­fi­ka­cję autopilota aktywnie przeciwdziałającą temu niebezpiecznemu zjawisku.

Właśnie w tym okresie decydenci w amerykańskich siłach powietrznych zaczęli odcho­dzić od koncepcji myśliwca eskortowego. SAC generała LeMaya skłaniał się coraz bardziej ku nalotom wykonywanym przez samodzielnie działające szybkie bombowce, a nie przez wyprawy bom­bowe w stylu tych z drugiej wojny światowej. Akurat doskonale się składa, że możemy przywo­łać nasz niedawny artykuł o XB-70 Valkyrie, gdzie pisaliśmy:

W październiku 1954 roku dowódz­two US Air Force opublikowało doku­ment Ogólne Zapo­trze­bo­wa­nie Operacyjne numer 38 (GOR 38), zakła­da­jący opra­co­wa­nie piloto­wa­nego bombowca między­konty­nen­tal­nego, który stałby się następcą B-52 i stanowiłby rdzeń SAC‑u w latach 1965–1975. Z analiz wynikało, że nowy samolot, ozna­czony wstępnie WS-110A […], powinien mieć udźwig 11 300 kilo­gra­mów, pręd­kość przelotową Mach 0,9 i rozwijać „możliwie największą” pręd­kość na odcinku około 1000 mil morskich, czyli w trakcie penetracji nie­przy­ja­ciel­skiej prze­strzeni powietrznej i ucieczki znad celu.

Poza tym zasięg Voodoo, choć duży (ponad 4500 kilometrów bez użycia zbior­ni­ków podwie­sza­nych), zaczęto uważać za niewystarczający, jeśli samolot miał – jak przy­stało na porządny myśliwiec eskortowy – towarzyszyć bom­bow­com w całej drodze nad cele w głębi Związku Radzieckiego. Doświad­cze­nia drugiej wojny światowej nad Europą pokazały to aż nadto dobit­nie. Kiedy eskortą zajmo­wały się P-47 Thunder­bolty, myśliwce Luftwaffe z pre­me­dy­ta­cją czekały z przypuszcze­niem ataku, aż eskorta się odłączy i zawróci do Anglii.

Raz jeszcze pierwszy F-101A, tu podczas prób z pali­wami wysoko­ener­ge­tycz­nymi prze­zna­czo­nymi dla bombowca Valkyrie.
(US Air Force)

Rok 1957

Teoretycznie mogło to oznaczać, że cały program Voodoo umrze śmiercią naturalną. Maszyna okazała się jednak podatna na modyfikacje, a chociaż układ aerodyna­micz­ny w naturalny sposób ograniczał jej manewrowość, miała też dużą zaletę w pos­taci prędkości maksymalnej i przy­spie­sze­nia. Czyniło to z Voodoo idealnego kandydata na myśli­wiec przechwy­tu­jący, a w dalszej perspek­tywie – na samolot rozpoznawczy. Właśnie w tej ostatniej roli miał zebrać najwięcej laurów, ale nie wybiegajmy zanadto w przyszłość.

Podczas gdy SAC tracił zainteresowanie F-101, uwagę na tę konstrukcję zwróciło Dowództwo Lotnictwa Taktycznego (TAC), które uznało, że Voodoo nada się do roli samolotu myśliwsko-bombowego wykonującego zadania uderze­niowe z użyciem broni nuklearnej. TAC szybko przejął projekt, który stosownie zmodyfikowano pod kątem nowych zapotrzebowań, pozosta­wia­jąc jednak stare oznaczenie F-101A. Samo­lot wyposażono w pokładową stację radio­loka­cyjną połączoną z systemem kon­troli ognia MA-7, system ostrze­ga­nia o opromie­nio­wa­niu przez radar AN/APS‑54 i system bombardierski MA-2 LABS (Low-Altitude Bombing System), umożliwiający toss bombing.

Manewr ten działał następująco. Pilot zbliżał się do celu na bardzo małej wysokości (około 30 metrów) z prędkością 1000 kilometrów na godzinę, celując za pomocą celownika strzeleckiego. W określonym punkcie rozpoczynał wznoszenie z przeciążeniem 3,5 g. Kierowany przez żyroskopy system LABS, którego rdzeniem był M-1 Toss Bombing System (TBS-1) firmy Mergenthaler Linotype, samoczynnie zwalniał bombę, kiedy samolot był pod kątem około 117 stopni względem ziemi, na wysokości około 4600 metrów. Bomba następnie wznosiła się, niesiona pędem, o mniej więcej 1500 metrów, po czym opadała na cel. Tymczasem jej nosiciel obracał się brzuchem do dołu i, zależnie od planu przewidzianego dla danego celu, wchodził na taki kurs, który dawał mu największe szanse na uniknięcie eksplozji. Manewr ten ćwiczono regularnie w dzień i w nocy we wszystkich eskadrach przeznaczonych do wykonywania misji uderzeniowych z bronią jądrową.

Schemat toss bombing, tu akurat w wykonaniu F-84F.
(US Air Force)

Samolotowi pozostawiono cztery działka kalibru 20 milimetrów i przystoso­wano do zabierania jednej podwieszonej bomby nuklearnej o masie do 1500 kilogramów na węźle pod­kad­łu­bo­wym. Początkowo planowano, że bomba przenoszona będzie w za­sob­niku pod­kad­łu­bo­wym kryjącym, oprócz bomby, także dodatkowy zbiornik paliwa. Próby w locie, podczas których używano F-101A o numerze seryjnym 53‑2427, wykazały jednak, iż wpływa on negatywnie na stabilność. W związku z tym bombę podwieszano „klasycznie”, a dodatkowe zbiorniki trafiły na węzły podskrzydłowe.

28 października 1954 USAF na powrót dał zielone światło rozpoczęciu pro­duk­cji seryjnej i jeszcze przed końcem roku McDonnell dostarczył pierw­sze trzy egzempla­rze, które skiero­wano do prób w locie. Szybko się okazało, że zorganizowa­nie takiego programu było nieod­zowne. Wyżej wspom­nie­liśmy już zadzieranie nosa. Oprócz tego przez kolejne półtora roku (w tym okresie McDonnell dostarczył w sumie dwadzieś­cia dziewięć maszyn) silniki wciąż doświad­czały pompażu, co w końcu wymusiło kolejną zmianę kształtu wlotów powie­trza, a poza tym stwier­dzono też różno­rodne pomniej­sze problemy z systemami uzbrojenia czy wytrzyma­łoś­cią struk­tu­ralną płatowca. Gdyby F-101 został skierowany z marszu do służby w eskad­rach linio­wych, miałoby to na pewno kosztowne, a potencjalnie również tra­giczne konsekwencje. W maju 1956 roku zniechęcone dowództwo US Air Force naka­zało wstrzyma­nie produk­cji (rozkaz ten utrzymano przez okrągłe pół roku). W osta­tecz­nym rozra­chunku McDonnell wprowadził do konstrukcji F-101A około 2300 poprawek, z czego 300 narzuconych przez siły powietrzne, a resztę z własnej inicjatywy.

Warto jednak było się napracować. Kiedy Voodoo kończył służbę w US Air Force, był jednym z najmniej wypadkowych samolotów w historii tego rodzaju sił zbroj­nych. A w pierwszym roku służby ustanowił wręcz nowy rekord niskiego współczyn­nika wypadków wśród wszystkich „pierwszo­rocz­nia­ków” USAF‑u.

25 czerwca 1956 roku F-101A pilotowany przez Johna Apple’a wziął udział w próbie nuklearnej „Dakota” zorganizowanej w ramach operacji „Redwing”. Na atolu Bikini zdetonowano termo­nu­kle­arne urządzenie doświadczalne TX-28C, będące prototypem bardzo udanej bomby B28. Moc eksplozji przerosła oczekiwania, zamiast spodziewa­nych 800 kiloton urządzenia zanoto­wały około 1,1 megatony. Skutek był taki, że w samo­locie Apple’a, lecącym na wysokości 7900 metrów, zostało osmalone poszycie. Ale poza tym próba ta – zaliczona bezproblemowo – dowiodła, że samolot jest zdolny do działania na nuklearnym polu walki.

F-101A 53-2434. We wrześniu 1955 roku egzemplarz ten prawie się rozbił (z cywilnym pilotem McDonnella Josephem Dobronskim za sterami) wskutek gwałtownych oscylacji płatowca – przeciążenia wynosiły od +7,5 g do –2,5 g.
(NASA)

2 maja 1957 roku pierwszy F-101A został przyjęty do służby w US Air Force i przy­dzie­lony do 27. Strategicznego Skrzydła Myśliwskiego w teksaskiej bazie lotniczej Bergstrom. Jednostkę dwa miesiące później przekwalifikowano na Skrzydło Myśliw­sko-Bombowe, a następnie – na Taktycz­ne Skrzydło Myśliw­skie, podległe już oczy­wiś­cie Dowództwu Lotnictwa Taktycznego i złożone z trzech eskadr (522., 523. i 524.). Voodoo był wówczas najcięższym jednomiejscowym samolotem bojowym na świecie.

Ostatni, siedemdziesiąty siódmy, F-101A trafił do służby 21 listopada tego samego roku. Z tej liczby do 27. Skrzydła trafiło pięćdziesiąt (notabene pierwszym Voodoo dostar­czo­nym skrzydłu był 41. wyprodukowany egzemplarz – dobrze to pokazuje, jak wszech­stronny i jak trudny był program prób w locie). Reszta służyła jako egzemplarze próbne i doświadczalne.

F-101C

Musimy jednak cofnąć się jeszcze na chwilę do roku 1957. Wtedy właśnie – konkret­nie 2 sierp­nia – oblatano pierwszy egzemplarz wersji F-101C, mającej zaradzić bolączkom doświad­cza­nym przez F-101A w roli, do której przecież nie był począt­kowo w ogóle przewi­dziany. Najproś­ciej rzecz ujmując, po zrzuceniu bomby nukle­ar­nej metodą toss bombing pilotowi mogło zabraknąć czasu, aby odlecieć na bez­piecz­ną odległość. Potrzebne były do tego dwa czynniki: możliwość wykonania gwał­tow­nego zwrotu i możli­wość długotrwałego lotu z wysoką prędkoś­cią naddźwię­kową. Struktura pła­towca wersji „A” była jednak dopusz­czona do manewrów z prze­cią­że­niami jedynie 6,33 g.

Wprowadzono wobec tego zmiany konstrukcyjne. Z zewnątrz F-101A i F-101C były praktycznie nie do odróżnienia, ale w środku, oprócz wzmoc­nień strukturalnych umożliwia­ją­cych lot z przeciążeniem 7,33 g, wprowadzono także modyfikacje instala­cji paliwo­wej i dodatkowy niewielki wlot powietrza na stateczniku pionowym umożli­wia­jące używanie dopalacza przez piętnaś­cie minut zamiast dotych­cza­so­wych sześciu1. Wskutek tego Voodoo „C” był o mniej więcej 230 kilogramów cięższy niż „A”. W praktyce służby liniowej dodatkową zmianą okazało się usunięcie jednego z czterech działek, w którego miejsce instalowano transponder systemu nawigacji TACAN.

Ten sam egzemplarz co powyżej widziany od tyłu.
(NASA)

Trzeba w tym miejscu na chwilę się zatrzymać, aby podkreślić, że loty tego rodzaju powszech­nie uznawano za loty w jedną stronę. Nie chodziło jedynie o to, że samolot mógł zostać pochło­nięty przez eksplozję własnej bomby nuklearnej. Ba, nawet nie przede wszystkim o to. Już bardziej prawdopodobne było to, że trafi się na eksplozję bomby jądrowej zrzuconej z innego samolotu. Głównym problemem był zasięg, samolotom mogło po prostu nie wystar­czyć paliwa na powrót znad wyznaczonego celu. Poza tym loty takie odbywałyby się na polu walki nasyconym opl, nad którym roiłoby się od radziec­kich myśliw­ców, ale i od sojuszni­czych. Zestrzele­nie, także wskutek friendly fire, było ogromnie prawdo­po­dobne (do czego wrócimy jeszcze w drugiej części artykułu). Dlatego to właśnie w tym okresie szkolenia SERE zaczęły przyj­mo­wać swoją dzisiejszą formę. Chociaż oczywiście żadne szkolenie w niczym by nie pomogło, gdyby pilot po katapultowaniu się spadł wprost w miejsce, w którym paręnaście minut wcześ­niej detonowała głowica jądrowa. Trudno też sobie wyobrazić, aby dał radę wrócić do swoich, gdyby wylądował gdzieś koło Przemyśla czy Rygi.

F-101C, podobnie jak F-101A, rozpoczęły służbę w 27. Skrzydle z bazy Bergstrom. Łącznie USAF przyjął dostawy czterdziestu siedmiu egzemplarzy. Zamówienia opiewały wprawdzie na kolejne dziewięć­dzie­siąt sześć, ale po rezygnacji z pozys­ki­wa­nia kolejnych samolotów myśliw­sko-bombowych wszystkie one zostały ostatecz­nie wyprodukowane w konfiguracji rozpoznawczej RF-101C.

28 czerwca 1958 cztery F-101C przeleciały bez międzylądowań (choć oczywiście z tan­ko­wa­niem w powietrzu) z bazy Andrews do belgijskiego Liège w rekordowe 6 godzin i 12 minut. Dwa miesiące później, w czasie drugiego kryzysu w Cieśninie Tajwańskiej, 27. Skrzydło przebazo­wało kontyngent F-101A/C na Tajwan. Również latem 1958 roku zapadła decyzja o skupieniu wszystkich jednomiejscowych Voodoo w bliźniaczych bazach RAF Bentwaters i RAF Wood­bridge w angielskim hrabstwie Suffolk – bliżej ich potencjalnych celów na obszarze państw Układu Warszawskiego. Nowym użytkowni­kiem samolo­tów zostało 81. Taktyczne Skrzydło Myśliwskie, do tej pory latające na F-84F Thun­der­strea­kach. Skrzydło składało się wówczas z trzech eskadr: 91. Taktycznej Eskadry Myśliwskiej „Blue Streaks” i 92. Taktycznej Eskadry Myśliwskiej „Avengers” stacjonujących w Bentwaters (wraz z dowództwem skrzydła) oraz 78. Taktycznej Eskadry Myśliwskiej „Bushmasters” w Woodbridge.

F-101C 56-0014 z 81. Taktycznego Skrzydła Myśliwskiego, 1962 rok. Maszyna ta miała za sobą dwa wypadki przy lądowaniu w bazie Bergstrom w 1958 roku. W kwietniu doznała oderwania lewej goleni podwozia głównego, natomiast w sierpniu doszło do złożenia goleni przedniej. W tym drugim przypadku pilotem był podporucznik James Hare, dla którego był to pierwszy lot na Voodoo. Za każdym razem uszkodzenia były minimalne i nikomu nic się nie stało.
(RuthAS, Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0)

Pierwsze siedem maszyn przyleciało do Anglii 10 sierpnia 1958 roku po 11‑godzin­nym locie z Bergstrom. Każda eskadra składała się z aż dwudziestu ośmiu samolo­tów, na ogół mieszaniny F-101A i F-101C. Gdyby wybuchła trzecia wojna światowa, samoloty te musiałyby wykonać loty bojowe obejmujące głęboką penetrację terytor­ium nieprzyja­ciela, z dużą prędkością (około 1100 kilometrów na godzinę) i na bar­dzo małej wyso­kości (około 15 metrów). Jako cele wyzna­czono przede wszystkim lotniska, stano­wiska dowodzenia i stanowiska rakietowych baterii przeciw­lot­ni­czych. Teore­tycz­nie loty takie byłyby zabezpie­czane przez latające cysterny KB-50 z RAF Sculthorpe, ale piloci 81. Skrzydła w większości sądzili, że zostaną one wyelimi­no­wane przez nieprzyja­ciela (na ziemi lub w powietrzu). Rosło więc przekonanie, że loty bojowe Voodoo będą lotami w jedną stronę.

81. Skrzydło stało się pierwszym w NATO skrzydłem samolotów jednomiejscowych zdolnym do przeprowadzania taktycznych uderzeń nuklearnych w dzień i w nocy. Piloci odbywali cało­dobowe dyżury (nazywało się to „Victor Alert”), podczas których czekali w schrono­han­ga­rach przy swoich maszynach. Nigel Walpole pisze:

Każdy na Victor Alert musiał czasami myśleć o tym, co nie do pomyślenia – że prowokacja albo błędna ocena sytuacji doprowadzi do pełno­ska­lo­wej wojny jądro­wej, wojny, w której Voodoo z 81. Taktycznego Skrzydła Myśliwskiego będą na pierwszej linii. Planiści dobiera­jący cele wiedzieli – i piloci z pewnością też – że jeśli wszystkie środki polityczne i wojs­kowe zawiodą, jeśli dojdzie do maso­wego użycia broni nuklearnej i z pewnością do Arma­ged­donu, Voodoo będą leciały wykonać swoje zadania przez powietrze wypełnione oślepia­ją­cymi, trują­cymi eksplozjami nuklearnymi. W tych okolicznościach ich szanse na prze­ży­cie, a co dopiero na powodzenie misji, były minimalne, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, jakie mieli środki ochrony przez bronią nuklearną, bakterio­lo­giczną i che­miczną. Ograni­czały się one do pojedynczej czarnej opaski, którą piloci USAF‑u i RAF‑u zakładaliby na jedno oko w nadziei, iż pozwoli im to kontynuować lot, kiedy drugie oko zostanie ośle­pione. Oczywiście w takim scenariuszu piloci mieliby przed sobą dużo więcej eksplozji niż tylko jedną. Rozpo­wszech­nie­nie radzieckich systemów SA-2 Guideline – skutecznego rakie­to­wego zestawu przeciwlotniczego na średniej i dużej wysokości – zwiększało siłę argu­men­tów przema­wia­ją­cych za penetracją i odwrotem na małej wysokości, ale wciąż rosnąca odległość do nowych celów oznaczała konieczność tankowania w powietrzu w drodze powrotnej, a piloci, którzy mieli wykonywać te zadania, wiedzieli, że nie można było liczyć na możliwość tankowania i że na dobrą sprawę dostają bilety w jedną stronę. Wie­dzieli również, że praktycznie niemożliwe byłoby ukryć się i przeżyć w ewen­tu­al­nych „bezpiecz­nych strefach” czy przejść z powrotem do swoich przez teren skażony radioaktywnie.

F-101C.
(US Air Force)

Najbliżej realizacji tego koszmarnego scenariusza 81. Skrzydło znalazło się podczas kryzysu kubańskiego w 1962 roku, o którym opowiemy poniżej. W sierpniu 1963 roku dowódcą skrzydła został as myśliwski Robin Olds, jeden z najsłynniejszych amerykań­skich lotników wojskowych. Z jego inicjatywy wiosną 1965 roku skrzydło wystawiło zespół pokazowy złożony z czterech samolotów, dowodzony oczywiście przez Oldsa, który wspomina:

22 listopada 1963 roku, akurat kiedy jedliśmy kolację, zadzwonił „czer­wony” telefon w moim domowym gabinecie. Zły znak. Odebrałem i zaraz wróciłem do stołu z tragiczną wiadomością o zamordowaniu prezydenta Kennedy’ego. […] Smutek ogarnął bazę, wszyscy czuliśmy, że jesteśmy bardzo daleko od domu, ale ja musiałem wykonywać swoją robotę. Ponure czasy.

81. Skrzydło dalej wykonywało swoją misję, jego piloci rotacyjnie udawali się do Wheelus [w Libii – przyp. aut.], aby ćwiczyć z uzbrojeniem. F-101 stały w goto­wo­ści, uzbrojone i goto­we na wojnę jądrową. […] W 1965 roku sprawy miały się dobrze. Panowała cisza. 81. Skrzydło zaliczyło wszystkie ostatnie inspekcje, współ­czyn­nik gotowości samolotów był na odpo­wied­nim poziomie, harmono­gram obsługi technicznej był realizowany śpiewająco, szkole­nie w powietrzu przebiegało bez problemów, moi ludzie w obu bazach byli zadowo­leni z siebie, dumni ze skrzydła i dumni z siebie nawzajem. Co więc mnie gryzło?

Wojna, narastająca awantura na drugim końcu świata, w miejscu, które zwało się Wietnam. Ominęła mnie Korea, niech mnie diabli, jeśli pozwolę, aby ominęło mnie i to. Spływały doniesienia mówiące, że akcja nabiera tempa. Nasze eskadry myśliwskie atakowały cele wokół Hanoi i napotykały ciężki opór. Siedziałem sobie wygodnie w Anglii, miałem najlep­szy przydział, na jaki mógł liczyć puł­kow­nik sił powietrznych, a chciałem być gdzie indziej. Chciałem zakosztować akcji. Na sierpień zaplanowana była rotacja. Może coś się wydarzy.

Telefon zadzwonił w maju. Dzwonił znajomy z Pentagonu. Przeszedł prosto do rzeczy, szepnął: „Nie mów nic nikomu i nie mów, kto ci dał znać, ale jesteś na Liście”.

„O, Boże”, mruknąłem. „Yyyy, dzięki za ostrzeżenie. Nie, nie to miałem na myśli. Dzięki za cynk. Kurde, to też zabrzmiało nieodpowiednio. Może po prostu «dzięki»?” Odłożyliśmy słuchawki, a ja, zgorzkniały, odchyliłem się w tył. No to już po ptokach. Generał. Kto by chciał być generałem? Generałowie nie walczą, przynajmniej nie od czasów Custera, ale to był stopień brevetowany. Custer wrócił do stopnia podpułkownika przed swoją najsłynniej­szą bitwą. I co ja mia­łem teraz począć? Co mogłem zrobić? Jeśli powiem siłom powietrz­nym, że nie chcę być generałem, odpowiedzą: „Jasna sprawa, jaka data przejścia w stan spoczynku by panu odpowiadała?”. Jasny gwint, tego też nie chciałem.

Wtem przyszła mi do głowy myśl. Musiałem sprawić, że mój szef w Londynie tak się na mnie wścieknie, że zdejmie moje nazwisko z listy awansów. Coś na tyle strasz­nego, żeby zauważył, ale nie na tyle, żeby generał Disosway w Wiesbaden chciał mnie posta­wić przed sądem wojskowym. Nie za gorąco, nie za zimno, ale w sam raz. Więc co tu prze­skro­bać? Hmmm. W porządku, poprowadzę pokaz akrobatyczny w formacji podczas nadcho­dzą­cego Dnia Otwartego. Jako że każda amerykańska baza lotnicza w Wielkiej Brytanii będzie otwarta dla publicz­ności, będzie o tym w gazetach. Szef zobaczy artykuł o pokazach lotni­czych w Bent­wa­ters i, jak go znam, wpadnie w szał, bo nie poprosiłem go o pozwole­nie. Miałem czas, aby zebrać zespół i trochę poćwiczyć. O rety, nikt nigdy nie zrobił niczego takiego na F-101. Pewnie nikt nie był na tyle durny, żeby mu to przyszło do głowy. Był to wspaniały ptak do latania, ale do akrobacji? A gdzie tam! Wystar­czyło rzucić okiem na jego maleńkie skrzydełka, żeby nawet pilot Pipera Cuba zrozumiał, że akrobacje w formacji nie wchodzą w grę. A lektura instrukcji i ra­por­tów powypad­ko­wych dobitnie by podkreśliła, że manewry z wysokimi prze­cią­że­niami są igra­niem z ogniem w praktycznie każdej sytuacji. Zastana­wia­łem się, co możemy zapre­zen­to­wać, tak aby nikogo nie zabić, a jednocześ­nie wpakować mnie w odpowiednie tarapaty.

[…] wybrałem do swojego zespołu C.R. Morgana, „Skiego” Fantaskiego i Toma Hirscha. „Ski” miał być numerem czwartym i latać jako slot. Nasza pierwsza próba szła dobrze do czasu, aż zarządziłem manewr rozproszenia. A jakże, roz­pro­szy­li­śmy się, ale potem sporo czasu nam zeszło na odnalezieniu się nawza­jem. Spie­przy­łem odliczanie i u każdego z chłopaków górę wziął głęboko zako­rze­niony u pilotów myśliwskich instynkt przetrwania. Potem wywołałem przez radio wieżę w Bentwaters i poprosiłem o zgodę na przelot z dużą pręd­koś­cią na małej wysoko­ści. I przelecieliśmy nad pasem w Woodbridge. Nie to lotnisko! Okej, po to właśnie się ćwiczy. Odprawa była krwawa, wszyscy dołożyli się do krytyki, tak aby następnym razem wszystko poszło, jak należy.

W sobotę, dzień pokazów, polecieliśmy wykonać zaplanowany przelot podczas Dnia Otwar­tego w pobliskiej RAF Mildenhall. Harmonogram trochę się rozje­chał przez pokaz spadochronowy, ale wykonaliśmy ładną, bezpieczną beczkę formacją wzdłuż pasa starto­wego, po czym skierowaliśmy się do domu, aby dać prawdziwy pokaz. Nasze beczki i pętle poszły gładko jak po szkle, ani drgnienia. Finałowy manewr rozproszenia poszedł perfek­cyj­nie. Na koniec wyko­na­li­śmy mijankę równocześnie z czterech różnych kierunków nad środkiem pasa, 30 metrów nad ziemią. Po lądowaniu zobaczyłem, że „Ski” ma statecz­nik pionowy pociemniały od moich gazów wylotowych. Dokładnie tak powinien wyglądać ster kierunku slota. Ależ ci trzej się spisali! Jeśli mnie pamięć nie myli, nikt inny nigdy nie miał dość tupetu, aby dać taki pokaz na F-101 Voodoo. Widzowie, w tym moja rodzina, byli zachwyceni. Nikt nie miał bladego pojęcia, że nie było wolno.

Mój występek wywarł pożądany efekt. Jeszcze tego samego dnia wściekły dwu­gwiazd­kowy generał [zapewne generał dywizji John S. Hardy, dowódca 3. Armii Lotniczej – przyp. aut.] zadzwonił do mnie do domu. Widział pokaz w Milden­hall i był należycie wkurzony!

„Olds, spóźniliście się na swój przelot! Byliście za wysoko! I wykonaliście nieauto­ry­zo­waną beczkę! Co masz do powiedzenia na swoją obronę? To był prymitywny pokaz nieodpowie­dzial­ności. Nie mogę uwierzyć, że jesteś taki niekompetentny”. I dalej zmywał mi głowę.

O w mordę, pomyślałem. Niech no tylko usłyszy o pokazie w Bentwaters! […] Kiedy generał zobaczył niedzielne gazety w Londynie, zadzwonił i odbył ze mną klasyczną rozmowę. Naprawdę dręczyło mnie lekkie poczucie winy. Kiedy tak się na mnie wydzierał, miałem nadzieję, że jego zawał serca nie będzie zbyt poważny.

Olds został wezwany na dywanik do Londynu, gdzie ów generał rozdarł rekomendację do odznaczenia pułkownika Legią Zasługi, zapowiedział, że nigdy nie dostanie gwiazdki general­skiej (ostatecznie Olds został generałem brygady w 1968 roku) i załatwił mu przenie­sie­nie do Azji Południowo-Wschodniej. Voodoo miały wówczas przed sobą już tylko kilka lat służby w 81. Skrzydle – do czasu zastąpienia przez F-4 w połowie lat 60.

F-101C z 78. Taktycznej Eskadry Myśliwskiej „Bushmasters” podczas dnia otwartego w RAF Woodbridge w latach 60. Maszynę tę (numer 56-0025) przebudowano do wersji RF-101H w roku 1966.
(United States Air Force Historical Research Agency)

Wycofywanie F-101A ze służby rozpoczęło się już w roku 1965, wraz z przekazaniem dwudzie­stu siedmiu egzemplarzy Lotniczej Gwardii Narodowej. I chociaż proces schodzenia ze stanu potrwał kilka lat, F-101A praktycznie z dnia na dzień stał się marginalnym elementem amery­kań­skich sił powietrznych. Dwadzieścia dziewięć F‑101A należących do Gwardii Narodo­wej przeszło w kalifornijskich zakładach Lock­heeda konwersję do konfiguracji rozpoznawczej, oznaczonej RF-101G, która wyróżniała się krótszym, szerszym nosem w porównaniu z RF-101C. Nos kryjący pakiet aparatów fotograficznych zamontowany był na szynach, które pozwalały go otwierać i zapewnić technikom dostęp.

Podobnie wyglądał koniec kariery F-101C w jednostkach liniowych. Trzydzieści jeden maszyn (de facto wszystkie, które uchowały się w dobrym stanie technicznym) także trafiły w ręce Lockheeda i przeszły konwersję do wersji rozpoznawczej. O ile samoloty od początku produ­ko­wane jako rozpoznawcze oznaczono RF-101C, o tyle te po konwersji nosiły oznaczenie RF-101H (również można je odróżnić po innym kształcie nosa). Różnice między nimi ograni­czały się do tego, że wersja „H” odziedzi­czyła wzmocnione płatowce wersji „C”. RF-101G i RF-101H służyły w 154. Taktycz­nej Eskadrze Rozpoz­naw­czej Lotniczej Gwardii Narodowej stanu Arkansas, 165. Taktycz­nej Eskadrze Roz­poz­naw­czej Lotniczej Gwardii Narodowej stanu Kentucky i 192. Taktycz­nej Eskad­rze Rozpoz­naw­czej Lotniczej Gwardii Narodowej stanu Nevada.

23 stycznia 1968 roku marynarka wojenna Korei Północnej opanowała amery­kań­ski okręt szpie­gow­ski USS Pueblo (AGER 2), który zbliżył się do granicy pół­nocno­kore­ań­skich wód terytorial­nych (według Waszyngtonu) lub ją przekro­czył (według Pjong­jangu). Było to równo tydzień przed ofensywą „Tết”, a także trzy dni po rajdzie pół­nocno­kore­ań­skich koman­do­sów na Seul, gdzie mieli zamordo­wać prezydenta Park Chung-hee. W reakcji na ten incydent prezy­dent Lyndon B. Johnson aktywo­wał eskadry rozpoznawcze Lotniczej Gwardii Narodowej. Niestety konwersja F-101 do wersji RF-101G jeszcze trwała. Dopiero w czerwcu dwadzieścia RF-101G z Arkan­sas przebazo­wano do Japonii, do Itazuke. W lis­to­pa­dzie ich miejsce zajęły RF-101H z Nevady, a w pierwszych miesiącach 1969 roku stacjo­no­wały tam Voodoo z Ken­tucky. Niektóre z tych maszyn tymczasowo przebazowano także do Korei Południo­wej. RF-101G pozostały w służbie do 1972 roku, RF-101H – do 1979 roku.

RF-101H o numerze 54-1459 z Lotniczej Gwardii Narodowej stanu Kentucky rozbił się podczas startu z bazy Itazuke do lotu powrotnego do USA 22 kwietnia 1969 roku. Pilot, kapitan William Seiber, przeżył z lekkimi obrażeniami. Przyczyną wypadku było przedwczesne wciągnięcie podwozia. Na pierwszym planie samolot majora Arnolda.
(US Air Force)

F-101B – myśliwiec przechwytujący

Użycie Voodoo jako myśliwca przechwytującego zdolnego do działania w każdych warunkach pogodowych była naturalnym kierunkiem rozwoju konstrukcji. Prace ruszyły pełną parą już wiosną 1953 roku. Podczas gdy cechujący się krótkim zasię­giem F-86D miał zapewniać obronę punktową, przechwytujący Voodoo – dzięki zasięgowi będącemu pokłosiem jego eskortowych korzeni – miał bronić dale­kich rubieży, przejmując funkcję F-89. Zasadniczo rolę tę miał odgrywać zmo­der­ni­zo­wany F-102 Delta Dagger (któremu z czasem nadano oznaczenie F-106 Delta Dart), ale program ten natrafił na opóźnienia i nawet bazowy F-102A – pomyślany jako rozwiązanie pomostowe ze względu na niewystarczającą prędkość maksymalną – wszedł do służby operacyjnej dopiero w czerwcu 1956 roku.

Do walki o zamówienie na system uzbrojenia WS-217A („WS” jak „Weapons Sys­tem”) stanęły trzy przedsię­bior­stwa: Northrop ze zmoder­ni­zo­wa­nym Scorpio­nem, North American ze zmoder­ni­zo­wa­nym F-100 Super Sabre’em i oczywiście McDon­nell z nową wersją głównego bohatera tego artykułu, która ostatecznie zostawiła konkurentów w pokonanym polu.

W listopadzie 1954 roku McDonnell przedstawił docelową konfigurację wersji prze­chwy­tu­ją­cej: dwumiejscowy samolot napędzany parą silników Wright J67 (licen­cyjna wersja brytyj­skiego silnika Rolls-Royce Olympus), wyposażony w system kie­ro­wa­nia ogniem Hughes MG-13 (wersję rozwojową systemu E-6 stosowanego w F-89D) i uzbrojony wyłącznie w pociski rakie­towe powietrze–powietrze.

Ten F-101B stoi przed hangarem Lotniczej Gwardii Narodowej stanu Nevada w Reno, ale w momencie, gdy wykonywano to zdjęcie, służył w 98. Eskadrze Myśliw­ców Prze­chwy­tu­ją­cych z bazy Suffolk County w stanie Nowy Jork. 13 grudnia 1966 roku podczas ćwiczeń „Cherokee Dance XII” uległ zniszczeniu wskutek kolizji w powietrzu z F-101B 56-0305. Jego pilot, kapitan Donald Zenger, zginął. Pozostali trzej lotnicy zdołali się katapultować i przeżyli.
(US Air Force)

Większość płatowca pozostała niezmieniona, zmody­fi­ko­wano przede wszystkim nos, tak aby zainstalować kabinę w układzie tandem (z pilotem z przodu i operatorem systemów uzbrojenia z tyłu), system MG-13 i wysuwany odbierak paliwa do tankowania w powietrzu. Ze względu na większą masę konieczne było też wzmoc­nie­nie podwozia, co z kolei wymusiło zmianę kształtu pokryw, tak aby pomieścić większe opony.

Najciekawsza zmiana dotyczyła jednak sposobu przenoszenia uzbrojenia. McDon­nell wyposa­żył Voodoo w dwustronną komorę uzbrojenia: zamiast otwiera­nych pokryw kryjących pociski zastosowano obrotową płytę z zagłębie­niami, w których osadzano pociski. Pierwotnie miało ich być w sumie sześć, po trzy na każdą stronę. Ostatecznie liczbę tę zredukowano do czte­rech. Początkowo były to pociski Hughes Falcon z głowi­cami konwen­cjo­nal­nymi (GAR‑1/AIM‑4A miały napro­wa­dza­nie pół­ak­tywne radarowe, GAR-2/AIM-4B – na podczer­wień).

W póź­niej­szych F-101B dzięki zastosowaniu zmodernizowanego systemu kierowania ogniem pojawiła się możliwość użycia zamiast dwóch Falconów także dwóch niekierowanych pocisków rakieto­wych z głowi­cami jądrowymi Douglas MB-1 Genie o zasięgu 10 kilometrów, przezna­czo­nych do maso­wego eliminowania radzieckich wypraw bombowych. System MG-13 pozwalał na w pełni autonomiczne, co obejmowało także wykonanie manewru zawrotu. W 1961 roku, w ramach programu pod kryptonimem „Kitty Car”, zaczęto też integ­ro­wać z pocis­kami MB-1 starsze F-101B. Na ogół Voodoo startowały do lotu z Falco­nami w pozycji dolnej, podczas gdy Genie – większe, a więc stwarzające większy opór, ale też po prostu bardziej tajne – były ukryte wewnątrz kadłuba.

Projekt F-101B, przejściowo noszący oznaczenie F-109, dostał zielone światło w lutym 1955 roku. Miesiąc później złożono zamówienie na pierwsze dwadzieścia osiem egzem­pla­rzy, a po kolejnych czterech miesiącach powiększono je do dziewięć­dzie­się­ciu sześciu z założeniem, iż zaczną wchodzić do służby operacyjnej mniej więcej za trzy lata. Niestety, prace nad silnikiem J57 utkwiły w martwym punkcie. Zagroziło to wprowadzeniu do służby zarówno F-101B, jak i F-102A. Ostatecznie i Con­vair, i McDon­nell zdecydowały się sięgnąć po sprawdzone jednostki napędowe firmy Pratt & Whitney J57. O ile Convair postawił na J57-P-25, o tyle McDonnell wybrał J57-P-55, odróżniające się od P-13 stosowanych w F-101A sekcją dopalacza dłuższą o 61 centymetrów.

Pierwszy lot F-101B (numer seryjny 56-0232) odbył się z blisko rocznym opóźnie­niem dopiero 27 marca 1957 roku. Przez kolejne dwa lata w bazach Edwards, Eglin i Otis trwały próby w powietrzu, które objęły pięćdziesiąt pierwszych F-101B i które ujawniły szereg drobnych problemów, a także jeden poważny: fatalną ergonomię stanowiska operatora stacji radio­loka­cyjnej. Niestety usunięcie tej wady było prak­tycz­nie niemożliwe, wprowadzono jedynie drobne korekty. Także system kierowania ogniem MG-13 nie spełnił pokładanych w nim nadziei – okazał się nadmiernie wrażliwy na środki walki radioelektronicznej.

Odpalenie pocisku Genie z F-101B.
(US Air Force)

Dopiero po zaliczeniu prób samoloty przekazywano sukcesywnie do eskadr linio­wych. Pierwsze egzemplarze trafiły 5 stycznia 1959 roku do 60. Eskadry Myśliw­ców Prze­chwy­tu­ją­cych w bazie Otis w stanie Massachusetts. Z biegiem czasu trafiły do siedem­na­stu kolejnych eskadr tego rodzaju (2., 13., 15., 18., 29., 49., 59., 62., 75., 83., 84., 87., 98. 322., 437., 444. i 445.), a także do dwóch eskadr – doświadczalnej i przeszkolenia operacyjnego – z bazy Tyndall.

W latach 1963–1966 w ramach dwufazowego programu modernizacji „Bold Journey” 339 F-101B i F-101F otrzymało zmodernizowany system MG-13, a także między innymi czujniki podczer­wieni w miejsce odbieraków paliwa, których w warunkach operacyjnych prawie nie używano. Trudno się dziwić – myśli­wiec przechwytujący z natury rzeczy działa względnie blisko włas­nych baz, a Voodoo zabierał spory zapas paliwa w zbiornikach wewnętrznych. Modyfika­cje wprowadzone w MG-13 obejmowały między innymi poprawę zdolności radzenia sobie z chmu­rami pasków aluminiowych. System mógł teraz „rozumieć”, że widzi dipole, a nie rzeczywisty cel. W drugiej fazie wprowadzono między innymi magnetron strojony hydra­u­licz­nie, umożli­wia­jący szybką modulację fali, co z kolei utrudniało działanie klasycznym systemom zakłócającym, nawet tym działającym równocześnie na szerokim zakresie częstotliwości.

F-101B stał się najliczniejszą wersją Voodoo – powstało 479 egzemplarzy, z których ostatni dostarczono w marcu 1961 roku. Ich zmierzch rozpoczął się w 1969 roku i nad­szedł dość szybko – ostatnie dwie eskadry regularne (60. i 62.) dezaktywowano już w kwietniu 1971 roku. W służbie pozostało tylko kilka rodzynków w bazie Tyndall, z których ostatni (57‑0415) wresz­cie odszedł na zasłużoną emeryturę 17 września 1982 roku.

F-101B z 13. Eskadry Myśliw­ców Prze­chwy­tu­ją­cych.
(US Air Force)

Rzecz jasna, myśliwce nie trafiły na złom. Przekazano je – jak zwykle w takich wypadkach – eskadrom Lotniczej Gwardii Narodowej. Pierwsze egzemplarze weszły do służby w 116. Eska­drze Myśliw­ców Przechwy­tu­ją­cych Lotniczej Gwardii Narodo­wej stanu Waszyngton i 132. Eskadrze Myśliw­ców Przechwy­tu­ją­cych Lotniczej Gwar­dii Narodo­wej stanu Maine w lis­to­pa­dzie 1969 roku. Z biegiem czasu myśliwce te trafiły jeszcze do siedmiu innych eskadr z sześciu stanów (Nowy Jork miał dwie). Ostatnie F-101B zakończyły służbę w teksaskiej 111. Eskadrze w 1981 roku.

F-101F – wersja szkolno-bojowa

Produkcja tej wersji, początkowo oznaczonej TF-101B, trwała równolegle z pro­duk­cją F-101B. Jedyna zasadnicza różnica między wersjami „B” i „F” polegała na tym, że ta druga była dwuste­rem (stąd w niektórych dokumentach F-101F jest określany po prostu jako „dual control F-101B”). Oprócz tego mogła wykonywać wszystkie zada­nia bojowe wersji F-101B. Powstało siedemdziesiąt dziewięć egzemplarzy, z których większość przeszła z biegiem czasu moderni­za­cję w ramach programu „Bold Journey”. Dokonano również konwersji ponad 150 F-101B do wersji F.

Maszyny szkolno-bojowe skupiono w eskadrze szkolnej – 4414. Eskadrze Szkolenia Załóg Bojowych – ale wiele egzem­pla­rzy rozproszono po eskadrach myśliwskich i roz­poz­naw­czych, gdzie służyły do przeszkalania operacyjnego nowych pilotów. 4414. Eskadra otrzymała pierwsze F-101F 15 kwietnia 1960 roku. Ostatni dowódca 4414. Eskadry, podpułkownik Rich Richardson, 17 lutego 1971 roku poprowadził formację trzynastu samolotów z bazy Shaw do bazy Selfridge, gdzie przeka­zano je na ręce Lotniczej Gwardii Narodowej stanu Michigan.

W tym miejscu należy też wspomnieć, że oznaczeń F-101D i E nigdy nie zastoso­wano w praktyce. Zarezerwowano je dla samolotów z silnikami General Electric J79 (stosowanych między innymi w F-4 i F-104).

Ten F-101 numer 58-0312 przeszedł konwersję z F-101B do F-101F.
(Mike Freer – Touchdown-aviation, GNU Free Documentation License, version 1.2)

Kanada

20 lutego 1959 roku Kanada popełniła ciężki błąd: premier John Diefenbaker, podju­dzany przez resort obrony i generalicję, zamk­nął program rozwoju rodzimego myś­liwca przechwytu­ją­cego Avro Canada CF-105 Arrow. Wchodziliśmy akurat w epokę między­kon­ty­nen­tal­nych pocisków balistycz­nych, bombowce schodziły na drugi plan, toteż Kanadyjczycy uznali, że nie ma sensu inwestować w „przestarzały” system uzbrojenia, jakim rzekomo był Arrow, i po­sta­no­wili oprzeć swoją opl na tańszych w utrzy­ma­niu pociskach Bomarc (IM-99) sparowa­nych z systemem kontroli i napro­wa­dza­nia SAGE (Semi-Automatic Ground Envi­ron­ment).

Historia Arrowa i Bomarca to temat na dwie osobne opowieści. Tu wystarczy powie­dzieć, że wszystkie związane z nimi kalkulacje okazały się w mniejszym lub większym stopniu błędne. Sam Bomarc nie spełnił oczekiwań, a myśliwce przechwy­tu­jące nawet w erze pocisków między­kon­ty­nen­tal­nych okazały się niezbędne. Poz­ba­wiona własnego samolotu tej klasy, Kanada była zmuszona sięgnąć po rozwią­za­nie proponowane przez sąsiada z południa. Umowę w tej sprawie podpisano w czerwcu 1961 roku.

W ramach programu pod kryptonimem „Queens Row” Stany Zjednoczone przeka­zały Kana­dzie pięćdziesiąt sześć używanych F-101B i dziesięć używanych F-101F. W służbie Królew­skich Kanadyjskich Sił Powietrznych (które w 1968 roku stały się Dowódz­twem Powietrz­nym zunifi­ko­wanych Kanadyjskich Sił Zbrojnych) otrzymały nazwy odpo­wied­nio CF-101B i CF-101F. Dostawy rozpoczęto 24 lipca 1961 roku i za­koń­czono w maju roku następnego. Samoloty zachowały odbieraki paliwa w nosie, ale po tym, jak trafiły do Kraju Klonowego Liścia, już nigdy więcej z nich nie sko­rzystały.

CF-101B (amerykański nr seryjny 59-0477, kanadyjski 17477) w pierwotnym malowaniu kanadyjskich Voodoo: goły metal, flaga kanadyjska starego wzoru, ostatnie trzy cyfry numeru seryjnego na nosie. Wkrótce potem dodano „błyskawicę” wzdłuż obu burt płatowca, ale poza tym malowanie pozostało niezmienione, aż do lutego 1965 roku, gdy Kanada wprowadziła nową flagę.
(Department of National Defence)

Kanadyjskie Voodoo oficjalnie rozpoczęły służbę 13 listopada 1961 roku, wraz z roz­po­czę­ciem procesu przeszkolenia operacyjnego w 410. Eskadrze w bazie Uplands w Otta­wie. W kolejnych miesiącach Voodoo zaczęły trafiać do eskadr liniowych: 409. „Night­hawk” z bazy Comox na wyspie Vancouver, 414. „Black Knight” z bazy North Bay (która przesiadła się na Voodoo jako ostatnia), 416. Eskadry „Lynx” z Chatham w Nowym Brunszwiku i 425. Eskadry „Alou­ette” z Bagot­ville w prowincji Quebec. W 1968 roku w Bagotville powo­łano 3. Jed­nos­tkę Przeszkole­nia Operacyjnego (OTU), której powierzono te zadania. Nie­długo potem 3. OTU przemiano­wano na 410. Eskadrę w miejsce tej starej 410. Eskadry, rozwiązanej już w marcu roku 1964 równocześnie z 414. Eskadrą. Pierwsze załogi CF-101B2 werbowano spośród załóg myśliwców CF-100 Canuck.

W każdej bazie, w której stacjonowały CF-101B, wystawiano parę dyżurną w gotowości do startu w ciągu pięciu minut. 425. Eskadra wykonała pierwsze przechwycenie w warunkach operacyjnych 10 grudnia 1962 roku. Stacja radio­loka­cyjna wykryła naruszyciela zbliżającego się od południa – znad Stanów Zjednoczonych. Poderwano tylko jeden samolot dyżurujący z załogą w składzie kapitan Ron Jensen i porucznik Gerry Walker. Wykrycie intruza nie sprawiło problemu stacji radio­loka­cyj­nej myśliwca, ale ze względu na zamieć śnieżną piloci rozpoznali cel wizualnie dopiero z odległości niespełna kilometra. Był to amerykański KC-97G Stratofreighter, który szybko okazał się samolotem wid­mem – leciał równo, stabilnie na wysokości 2100 metrów, z włączo­nymi wszystkimi światłami, ale w kabinie nikogo nie było widać. Voodoo towarzyszył intru­zowi na tyle, na ile starczyło mu paliwa.

Po powrocie do Bagotville Jensenowi i Walkerowi nakazano zachowanie tajemnicy, ale wiadomość szybko się rozeszła pocztą pantoflową i nawet żona innego pilota, kapitana Tarlinga, pytała męża, co się stało z tym dziwnym KC-97. Osta­tecz­nie ustalono, że pożar instalacji elektrycznej zmusił załogę do opuszczenia samolotu nad zachodnią częścią stanu Nowy Jork. Maszyna jednak utrzymała się w powietrzu jeszcze przez tysiąc kilometrów i rozbiła się dopiero w odludnej części prowincji Quebec, niedaleko jeziora Mistassini.

A tu już kanadyjski CF-101B (amerykań­ski nr seryjny 57-0433, kanadyj­ski 101060) z 416. Eskadry w póź­niej­szym malo­wa­niu – z nową flagą, „błyska­wicą”, mniej­szymi ozna­cze­niami przy­na­leż­ności państwo­wej, a także napi­sem „Canada” na kadłubie. Schemat ten wprowa­dzono w 1973 roku. Wcześ­niej w tym miejscu wid­niały napisy „Canadian Armed Forces” (na lewej burcie) i „Forces armées cana­diennes” (na prawej), a jeszcze wcześ­niej – „Royal Canadian Air Force”.
(RCAF)

CF-101B przenosiły ten sam zestaw uzbrojenia co amerykańskie odpowiedniki: parę pocisków AIM-4D Falcon (w miejsce których wprowadzono następnie ich powięk­szoną wersję AIM-26) i parę AIR-2A Genie z głowicami nuklearnymi. Te ostatnie trafiły jednak do Kanady z opóźnie­niem. Zresztą to właśnie kwestia przyję­cia bądź nieprzyję­cia broni nuklearnej – jeszcze w odnie­sie­niu do pocisków Bomarc – dopro­wa­dziła do upadku rządu Diefenbakera w kwietniu 1963 roku. Jego następca Lester B. Pearson, mimo że wcześniej był przeciwnikiem przyjęcia przez Kanadę głowic jądro­wych (jego żona była nawet członkinią jednego z ugrupo­wań anty­nuk­le­ar­nych), przyjął w kampa­nii wyborczej stanowisko, iż Kanada wypełni swoje zobowią­za­nia wobec NATO.

Niemniej Kanada nigdy nie pretendowała do statusu mocarstwa jądrowego. W kwestii obecności broni jądrowej na swoim terytorium zawsze przyj­mo­wała stanowisko „nie potwier­dzać, nie zaprze­czać”, natomiast kiedy pociski Genie w końcu trafiły do Kanady, ofi­cjal­nie pozostawały własnością rządu Stanów Zjednoczonych. Ich wydanie do użytku opera­cyj­nego nastąpić mogło jedynie za zgodą jednocześnie z Waszyng­tonu i Ottawy. Te formal­ności sprawiły, że Genie weszły do użytku w Kanadzie dopiero w czerwcu 1965 roku. Ale nie wiado­mo, czy kiedykolwiek, choćby raz, CF-101B wykonały lot z Genie w konfiguracji bojowej.

We wczesnych latach 70. w ramach programu „Peace Wings” Kanadyjczycy oddali sąsiadom z południa czterdzieści sześć pozostających w służbie maszyn w zamian za pięćdziesiąt sześć używanych F-101B z wczesnych partii produkcyjnych (wyremon­to­wa­nych i zmoderni­zo­wa­nych w ramach projektu „Bold Journey”) i dziesięć nowych F-101F. Mimo że „nowe” kanadyjskie F-101B były starsze niż „stare” CF-101B, w rzeczywis­tości miały mniejszy nalot i były w ogólnie lepszym stanie technicznym.

CF-101B (amerykański nr seryjny 57-0334, kanadyjski 101025) w Canada Aviation and Space Museum w Ottawie. Egzemplarz ten przetransportowano do muzeum z bazy Uplands w lipcu 1984 roku, podwieszony pod śmigłowcem CH-47 Chinook.
(Łukasz Golowanow, Konflikty.pl)

Maszyny te pozostały w służbie w szeregach 409., 410., 416. i 425. Eskadry do wczes­nych lat 80., kiedy ich miejsce zajęły myśliwce CF-18A/B Hornet. 410. Eskad­ra rozpo­częła szko­le­nia na Hornetach już w czerwcu 1982 roku. 409. i 425. Eskadra rozstały się z Voodoo dwa lata później. 416. Eskadra, która jako ostatnia wystawiała pary dyżurne na Voodoo, przesiadła się z CF-101 na CF‑18 w 1985 roku wraz ze zmianą miejsca stacjonowania z Chatham na Cold Lake w Alber­cie. Równo­cześ­nie nastąpiła osta­teczna denuklearyzacja kanadyjskich sił zbrojnych – ostatnie pociski Genie i głowice zwrócono Stanom Zjednoczonym.

Przeczytaj część drugą tutaj.

Przypisy

1. Wlot powietrza na stateczniku pionowym służył także do chłodzenia instalacji spadochronu hamującego.
2. W Kanadzie przez wiele lat operatora systemów uzbrojenia wciąż nazywano tradycyjnie „nawigatorem”. Wiele wody musiało upłynąć w Mackenzie, zanim stanowisko to przemianowano na „obserwatora lotniczego do spraw przechwycenia” (w skrócie: Obs AI).

US Air National Guard