Wydarzenia ostat­niej nocy w naszym kraju sprawiły, że po raz pierwszy kwestia neutralizacji rosyjskich samolotów pocisków zagościła w polskim mainstreamie. W ostatecznym rozrachunku nie ma znaczenia, czy Moskale celowo wysłali te drony nad Polskę (bardziej prawdopodobne) czy też trafiły tu w następstwie jakiegoś błędu oprogramowania (mniej prawdopodobne, zważywszy na skalę). Faktem jest, że skoro do takiego naruszenia przestrzeni powietrznej doszło raz, to może dojść i drugi.

Oczywiście dron pokroju Szaheda/Gierania jest banalnym celem dla efektora nowoczesnego systemu przeciwlotniczego, takiego jak Patriot czy Land Ceptor. Szkopuł w tym, że pociski takie jak RIM-174 Standard ERAM (SM-6) czy PAC-3 MSE kosztują od 3 milionów dolarów w górę. Tymczasem według źródła w ukraińskich służbach wywiadowczych cytowanego przez CNN koszt jednego Szaheda, wynoszący ponad 300 tysięcy dolarów, gdy początkowo importo­wano je z Iranu, spadł już do 70 tysięcy dzięki uruchomieniu produkcji seryjnej w Ałabudze. Niektórzy analitycy mówią o już 50 tysiącach. Koszt wabika pozbawionego głowicy bojowej i z być może prostszym systemem sterowania będzie jeszcze niższy.

Do tego Szahedy są produkowane na skalę daleko przekraczającą podaż efektorów systemów przeciwlotniczych. Moskale chcą produkować 6 tysięcy miesięcznie. We wczorajszym ataku nad Ukrainą pojawiło się 415 samolotów pocisków, 42 klasyczne pociski manewrujące i jeden pocisk balistyczny.

Myśliwce

Pierwszym krajem, który zetknął się z tym problemem na większą skalę, nie była oczywiście Ukraina. Nie był to nawet Izrael. To wątpliwie zaszczytne miano należy się Arabii Saudyjskiej, która po włączeniu się do jemeńskiej wojny domowej i zaangażowaniu w walkę przeciwko Ruchowi Huti, została wzięta na cel przez rebeliantów cieszących się wsparciem Iranu.

Królestwo Saudów ma podobny problem co Ukraina, tylko że bardziej: długa granica, rozległa przestrzeń, a do tego jeszcze pustynia. Do niszczenia dronów Hutich zaangażowano więc samoloty bojowe F-15 Eagle (użytkowane w trzech wersjach: F-15C/D, F-15S i F-I5SA) oraz Eurofighter Typhoon uzbrojone w pociski rakietowe AIM-120 AMRAAM.

Odkąd rozpoczęliśmy finansowanie Konfliktów przez Patronite i Buycoffee, serwis pozostał dzięki Waszej hojności wolny od reklam Google. Aby utrzymać ten stan rzeczy, potrzebujemy 2000 złotych miesięcznie.

Możecie nas wspierać przez Patronite.pl i przez Buycoffee.to.

Rozumiemy, że nie każdy może sobie pozwolić na to, by nas sponsorować, ale jeśli wspomożecie nas finansowo, obiecujemy, że Wasze pieniądze się nie zmarnują. Nasze comiesięczne podsumowania sytuacji finansowej możecie przeczytać tutaj.

MARZEC BEZ REKLAM GOOGLE 90%

Oczywiście AMRAAM nie jest przeznaczony do niszczenia małych dronów. Ale paradoksalnie okazał się najbardziej odpowiednią bronią spośród wszystkich znajdujących się w arsenale Eagle’i i Typhoonów. Strzał z działka byłby najtańszy, lecz w przypadku najmniejszych UAV-ów cel jest za mały, aby pilot mógł być pewny trafienia. Poza tym latają one na tyle powoli, że pilot musi zmniejszyć prędkość praktycznie do granicy przeciągnięcia, co samo w sobie wiąże się z dodatkowym ryzykiem.

Po niedawnym tragicznym w skutkach wypadku w Radomiu Polska posiada 47 F-16C/D.
(Ministerstwo Obrony Narodowej)

Z kolei w kwestii użycia AIM-9 serwis The War Zone cytuje anonimowego pilota US Air Force, według którego drony „nie mają wystar­cza­ją­cej sygnatury termicznej, przez co pilot może nie uzyskać sygnału [namierzenia], zanim zbliży się na odległość mniejszą niż minimalna, co sprawia, że AIM-9 staje się bezużyteczny. Wygląda na to, że drony mają dostateczną sygnaturę radiolokacyjną, aby można było namierzyć cel przed zbliżeniem się na odległość minimalną”.

Użycie AIM-120 okazało się jednak nazbyt kosztowne nawet dla bajecznie bogatych Saudów. Jesienią 2021 roku zaczęło im brakować AMRAAM-ów, a zamówienie na nową partię 280 pocisków AIM-120C-7/C-8 z niezbędnym anturażem miało kosztować 650 milionów dolarów. Dla porównania: dzisiaj 280 Szahedów to niecałe 20 milionów dolarów.

Problem działka został, przynajmniej do pewnego stopnia, rozwiązany dzięki większym rozmiarom Szahedów. Także Sidewindery radzą sobie lepiej niż jeszcze pięć lat temu. I znów może to być skutek konstrukcji samych Szahedów, których silniki emitują większą ilość promieniowania cieplnego, ale też możemy widzieć efekt modyfikacji wprowadzonych w oprogramowaniu samych Sidewinderów.

Ukraiński Mirage 2000.
(mil.gov.ua)

Ukraińscy piloci za sterami MiG‑ów‑29 zachodnich myśliwców – Mirage’ów 2000 przekazanych przez Francję czy F-16 z kilku krajów – nie mają większych problemów z niszczeniem rosyjskich dronów za pomocą działka, co jest metodą względnie tanią, a pozwala wykorzystać największą zaletę samolotu tej klasy – dużą mobilność. Istnieje wszakże problem o innym charakterze: to wciąż trudny cel i trzeba strzelać z bliska, to zaś grozi zassaniem do silnika szczątków porażonego celu. Często trzeba też latać na bardzo małej wysokości, co stwarza zagrożenie kolizją z przeszkodą.

Ukraińcy stracili do tej pory cztery F-16, z czego trzy wykonujące zadania niszczenia moskalskich dronów i pocisków manewrujących. Piloci dwóch z tych trzech samolotów stracili życie. Utracili także jednego Mirage’a 2000, który rozbił się w obwodzie wołyńskim (pilot przeżył). Według oficjalnego komunikatu doszło do usterki technicznej.

Użycie pocisków rakietowych jest droższe, ale także bezpieczniejsze dla pilota i samolotu. Przynajmniej jedno nagranie z minionej nocy dowodzi użycia tego właśnie środka albo przez polskiego Fighting Falcona, albo przez holenderskiego Lightninga II (dla tych operacja nad Polską stanowiła chrzest bojowy). Niemniej wciąż jest to metoda kosztowna. Oczywiście nie chodzi o przeliczanie wartości pocisku na wartość życia niewinnego cywila na ziemi. Rzecz w tym, że jeśli Moskale co kilka tygodni będą nam wysyłać prezent w postaci kilkunastu Szahedów, nam wkrótce się skończą pociski, a zakup nowych pochłonie środki potrzebne gdzieś indziej.

Sposoby mniej konwencjonalne

Ukraińcy od kilku lat szukają możliwie najlepszych – głównie pod względem stosunku koszt/efekt – sposobów neutralizacji tych dronów. Obserwujemy tu klasyczny w historii wojskowości wyścig miecza i tarczy. Doświadczenia Ukraińców jasno wskazują, że potrzebna jest zintegrowana, wielowarstwowa obrona przeciwlotnicza, której komponenty będą się nawzajem uzupełniały. Ukraińcy wpadli tu na kilka ciekawych pomysłów.

Przede wszystkim rutyną jest użycie śmigłowców, zarówno szturmowych Mi-24, jak i wielozadaniowych Mi-8 z karabinami maszynowymi w drzwiach kabiny ładunkowej. Zaletą wiropłatów jest możliwość lotu równo z Szahedami, które poruszają się z prędkością 180 kilometrów na godzinę, a często mniejszą, właśnie po to, aby utrudnić zadanie myśliwcom. Do tego znów dochodzi koszt – płaci się za naboje do kaemu, a nie za AMRAAM-y i Sidewindery.

Metodę tę widzieliśmy już nad Morzem Czerwonym, gdzie śmigłowce pokładowe z okrętów francuskiego i niemieckiego broniących żeglugi na tym akwenie strącały drony za pomocą karabinów maszynowych.

Poszukując „wolnych myśliwców”, Ukraińcy postawili także na przedpotopowe Jaki-52, w których członek załogi na tylnym fotelu dysponuje karabinem automatycznym albo nawet strzelbą. Samoloty te używane są najczęściej do do przechwytywania małych dronów rozpoznawczych Zala i Orłan, ale na bezrybiu i rak ryba – załogi Jaków-52 mają na koncie także strącenie Szahedów.

Na coraz większą skalę używane są także drony przechwytujące. Kilka dni temu prezydent Wołodymyr Zełenski oświadczył, że podczas największego w historii rosyjskiego nalotu na Ukrainę z udziałem ponad 800 środków napadu powietrznego udało się zneutralizować aż 747 dronów, a z tej liczby 150 miało paść ofiarą dronów ukraińskich. Dron opracowany przez firmę Dyki Szerszni, promowany pod anglojęzyczną nazwą Sting, może rozwinąć prędkość 300 kilometrów na godzinę, co pozwala mu bez trudu dopędzić i użądlić Szaheda. W służbie jest też dron produkowany przez niemiecką firmę Tytan.

W ogólnym rozrachunku wydaje się, że w najbliższym czasie technika antyszahedowa będzie ewoluowała w tym właśnie kierunku. Drony interceptory oferują wysoką skuteczność przy stosunkowo niskich kosztach w porównaniu zwłaszcza z nowoczesnym pociskami przeciwlotniczymi. Masowa produkcja może zaś umożliwić przygotowanie gęstej sieci „stanowisk” opl, nawiązujących poniekąd do niemieckiej artylerii przeciwlotniczej rozstawionej do zwalczania alianckich wypraw bombowych podczas drugiej wojny światowej.

Artyleria przeciwlotnicza

Tej metody również nie można zlekceważyć, choć ma ona swoje ograniczenia, głównie pod względem mobilności. W Ukrainie doskonałą renomę zdobyły przede wszystkim niemieckie zestawy Gepard, które praktycznie z dnia na dzień okazały się doskonałym sposobem uprzątania nieba z rosyjskich dronów i pocisków manewrujących. Tylko ponownie: jest ich mało, nie można ich przemieścić szybko, i to właśnie ten czynnik ogranicza ich skuteczność. W Polsce rolę tę mogłyby odgrywać zestawy ZSU-23-4MP Biała czy Pilica na podwoziu Jelcza. Stareńkie działka ZU-23-2 nie zapewnią obrony przed nowoczesnymi samolotami bojowymi, ale do strącania dronów będą wręcz idealne. Istnieją też wyspecjalizowane zestawy przeciwdronowe, takie jak polski SKYctrl.

Niezłą skutecznością wykazują się też pododdziały wyposażone w zwykłe samochody terenowe z karabinami maszynowymi zamontowanymi na skrzyni ładunkowej. Można by jeszcze dodać broń laserową. Ale jak niedawno pisaliśmy, lasery to raczej taka Wunderwaffe. Nie znaczy to, że nie działają, ale mają poważne ograniczenia wynikające z samej natury broni laserowej. Część tych ograniczeń da się obejść, ale część jest nieodłączną cechą lasera bojowego jako takiego. W Ukrainie także środki walki radioelektronicznej okazują się na ogół mało skuteczne.

Nowe drogi

Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. W Stanach Zjednoczonych, które ostatnio obudziły się z ręką w nocniku w kwestii wojny dronowej, pojawiły się w ostatnich latach ciekawe pomysły na zwalczanie zagrożeń tego rodzaju. Z naszej perspektywy szczególnie ciekawe są dwa.

Jeden z nich to drony MQ-9 Reaper z pociskami kierowanymi Hellfire używanymi w roli powietrze–powietrze. Kongresmen Eric Burlison ujawnił wczoraj (cóż za timing!) na Twitterze, iż już w październiku ubiegłego roku użyto takiego zestawu do strącenia celu powietrznego w pobliżu Jemenu. Ściślej rzecz ujmując: użyto pary MQ-9, z których jeden odpalił pocisk, a drugi podświetlał cel wiązką lasera.

Nie jest to oczywiście pierwsza odsłona Reapera w wersji, którą można by nazwać myśliwską. Jeszcze w czasach przedpandemicznych USAF rozważał koncepcję Reaperów do działań powietrze–powietrze. Już w 2017 roku przeprowadzono pierwszą udaną próbę strącenia celu latającego za pomocą pocisku AIM-9X Block 2 odpalonego z MQ-9. Zaletą użycia Hellfire’ów jest, iż Hellfire kosztuje niespełna połowę tego co AIM-9X.

Wreszcie musimy jeszcze na chwilę wrócić do poczciwych Eagle’i. W tym miesiącu US Air Force ujawniło udane próby ogniowe pocisków APKWS II zintegrowanych z F-15E. Pociski te otrzymały oznaczenie AGR-20F i rozkoszną nazwę FALCO, która niestety nie ma nic wspólnego z austriackim piosenkarzem. FALCO oznacza Fixed wing, Air Launched, Counter-unmanned aircraft systems Ordnance. Ta ostatnia część – uzbrojenie przeciwko bezzałogowym systemom powietrznym – jasno wskazuje na przeznaczenie.

W 2019 roku APKWS II przeszły próby pod skrzydłami F-16, a w ubiegłym roku po raz pierwszy użyto ich do zniszczenia celów latających w warunkach bojowych. Z AGR-20F zintegrowano także samoloty uderzeniowe A-10 Thunder­bolt II. Koszt jednego pocisku APKWS II, zależnie od konfiguracji, to 20–30 tysięcy dolarów. Jest on też stosunkowo mały, przenoszony standardowo w zasobnikach po siedem, a pojedynczy samolot może bez problemu przenosić kilka zasobników.

US Air Force / Tech Sgt. Lionel Castellano