Pojawiły się nowe informacje. W związku z tym zaktualizowaliśmy artykuł i publikujemy jego odświeżoną wersję. Fragmenty zaktualizowane i dodane oznaczamy trójkątem: ►
Amerykańskie siły powietrzne odnalazły i z powodzeniem ewakuowały obu członków załogi F-15E Strike Eagle’a zestrzelonego w piątek 3 kwietnia nad Iranem. Pierwszego z nich udało się wyciągnąć stosunkowo szybko i łatwo, ale dla drugiego trzeba było zorganizować zakrojoną na dużą skalę operację angażującą ogromne zasoby sił powietrznych i służb wywiadowczych. Minęło już trochę czasu od tej operacji, szum informacyjny zelżał, Amerykanie odsłonili niektóre karty. Możemy więc przyjrzeć się dostępnym informacjom na chłodno.
Zestrzelenie
Tu wciąż nie mamy pewności, co tak naprawdę się stało, z wyjątkiem jednego podstawowego faktu: pechowy F-15E został strącony przez irańską obronę przeciwlotniczą. Nie wiemy, jakiego uzbrojenia użyto, poza tym, że był to pocisk rakietowy, a nie działko. Maszyna, posługująca się znakiem wywoławczym DUDE44 i należąca do 494. Eskadry Myśliwskiej z RAF Lakenheath rozbiła się w górach Zagros w południowo-zachodnim Iranie. Był to pierwszy przypadek zestrzelenia amerykańskiego załogowego samolotu bojowego nad Iranem.
Irańczycy długo się upierali, że zestrzelili F-35A. Z jednej strony trudno się dziwić, że zależało im na takim sukcesie, wszak F-35 to najnowocześniejszy samolot bojowy w amerykańskim arsenale, a jedną maszynę tego typu już wcześniej udało się uszkodzić. Z drugiej strony na zdjęciach opublikowanych przez irańskie media państwowe łatwo dało się rozpoznać szczątki F-15E i wkrótce te same media musiały zmieniać przekaz.
Spokesman of Iran's Khatam al-Anbiya Headquarters:
🔺 A second US fifth-generation F-35 was struck & downed over central Iran by a new IRGC Aerospace Force air-defense system.
🔺 Given the massive explosion on impact and during the crash, the pilot is unlikely to have ejected. pic.twitter.com/akrsz1m8Mm
— Press TV 🔻 (@PressTV) April 3, 2026
Irańskie władze zaoferowały nagrodę wynoszącą, w równowartości, około 60 tysięcy dolarów za doprowadzenie do pojmania choć jednego Amerykanina. Dla Teheranu taki jeniec byłby cenną kartą przetargową, dla Amerykanów – upokorzeniem. W apelu podkreślono, że Amerykanie mają być doprowadzeni żywi i że nie wolno ich w żaden sposób maltretować. Tysiące cywilów zaangażowało się w poszukiwania, wielu używało prywatnych samochodów. ► Policja i wojsko ściągnęły kilka psów, którym dano obwąchać fotele wyrzucane.
Odkąd rozpoczęliśmy finansowanie Konfliktów przez Patronite i Buycoffee, serwis pozostał dzięki Waszej hojności wolny od reklam Google. Aby utrzymać ten stan rzeczy, potrzebujemy 2000 złotych miesięcznie.
Możecie nas wspierać przez Patronite.pl i przez Buycoffee.to.
Rozumiemy, że nie każdy może sobie pozwolić na to, by nas sponsorować, ale jeśli wspomożecie nas finansowo, obiecujemy, że Wasze pieniądze się nie zmarnują. Nasze comiesięczne podsumowania sytuacji finansowej możecie przeczytać tutaj.
W mediach społecznościowych pojawił się również poniższy filmik. To jedno z całej serii podobnych „dzieł” z figurkami Lego w roli głównej tworzonych za pomocą „sztucznej inteligencji” przez irańską machinę propagandową. Ktokolwiek w strukturach Pasdaranów odpowiada za przekaz kierowany do świata zachodniego, zna się na rzeczy.
J'en peux plus de ces vidéos d'animation iraniennes La suite en Lego : l'avion descendu, le pilote qui s'éjecte, et des iraniens qui courent après lui. C'est trop fort. https://t.co/aqVAr2JvEM pic.twitter.com/eHEytdMYqE
— oy e anfqe (@MagnifiqueTomy) April 3, 2026
Pilot
Obaj członkowie załogi zostali rozdzieleni przez wiatr, co utrudniło poszukiwania (chociaż oczywiście jednemu człowiekowi łatwiej jest się ukryć niż parze). Do operacji zaangażowano łącznie kilkadziesiąt samolotów. Zespoły ratunkowe składały się ze śmigłowców HH-60W Jolly Green II i samolotów HC-130J Combat King II. Bezpośrednie wsparcie zapewniało dziesięć samolotów uderzeniowych A-10 Thunderbolt II, które wypełniały funkcję analogiczną do A-1 Skyraiderów i F-100 Super Sabre’ów w czasie wojny wietnamskiej. To znaczy: lokalizowały i likwidowały stanowiska obrony przeciwlotniczej i wszelkie pododdziały nieprzyjaciela próbujące dotrzeć do poszukiwanego lotnika. W powietrzu były też drony MQ-9 Reaper mające lokalizować potencjalne zagrożenia.
► Początkowo w misji brało udział kilkanaście samolotów bojowych. Cztery kolejne wykonywały zadanie zagłuszania łączności przeciwnika oraz zwiadu i rozpoznania. Poderwano pięć maszyn poszukiwawczo-ratowniczych. Samoloty bojowe między innymi ostrzeliwały irańskie konwoje, aby zablokować im drogę do poszukiwanego pilota. Ten zaś doznał poważnych obrażeń i istniało zagrożenie, że nie przeżyje.
Pilota odnaleziono szybko. Przesadą byłoby stwierdzić, że operacja była łatwa – takie operacje nigdy nie są łatwe – ale wszystkie dostępne dane wskazują, że wpasowała się ona w rutynowe ramy działań CSAR. Dwa śmigłowce HH-60W Jolly Green II, w tym ten wiozący podjętego lotnika, zostały uszkodzone przez ostrzał z ziemi w drodze powrotnej, a kilku członków załóg zostało lekko rannych. Być może właśnie tę sytuację pokazuje poniższe nagranie.
🚨 JUST IN: 🇮🇷🇺🇸
Footage appears to show Iranian forces firing small arms as U.S. HH-60 helicopters search for a downed F-15 crew. pic.twitter.com/SppV0W04K0— IranDefenceForce (@IranDefenceForc) April 4, 2026
Amerykanie mają je dobrze przećwiczone od wojny wietnamskiej, po stronie zarówno ratujących, jak i ratowanych. Piloci przechodzą szkolenia SERE (Survival, Evasion, Resistance, Escape – przetrwanie, unikanie, opór, ucieczka) i latają z odpowiednim wyposażeniem.
Najważniejsze są tam dwa elementy. Pierwszy to radiolokalizator AN/PRQ-7 CSEL (Combat Survivor/Evader Locator), łączący nawigację GPS, radio i nadajnik sprzężony z satelitarnym systemem poszukiwania i ratowania COSPAS-SARSAT. Drugi to składany karabinek GAU-5/A, znany też jako ASDW (Aircrew Self Defense Weapon), mieszczący się wraz z czterema magazynkami w zasobniku ratunkowym. Jego złożenie i rozłożenie zajmuje nie więcej niż 30 sekund. Radiolokalizatory stosowano już w trakcie drugiej wojny światowej, ale GAU-5/A to także efekt doświadczeń z Wietnamu, gdzie zestrzeleni lotnicy uzbrojeni jedynie w broń krótką byli bezbronni w obliczu kilkudziesięciu czy kilkuset osób bez broni palnej.
15/
Ještě jedna perlička z kokpitu. Součástí vystřelovací sedačky je (stejně jako u jiných amerických typů) i schránka s rozloženou karabinou GAU-5/A, neboli kompaktní verzí slavné karabiny M4. Důvod je jasný – nenechat sestřelené piloty na nepřátelském území neozbrojené. pic.twitter.com/zut0cGX3xM— Jan Kozák🇨🇿🇺🇦 (@PallRay) December 15, 2025
Cały zasobnik ratunkowy mieści się pod fotelem wyrzucanym ACES II. Jest tam też miejsce na lampę stroboskopową, nóż czy racje żywnościowe, a także pieniądze i komunikat w lokalnych językach sprowadzający się do: „pomóż mi wrócić do swoich, a zostaniesz sowicie wynagrodzony”. To właśnie ilość miejsca pod fotelem sprawia, że karabinek nie jest wyposażony w celownik optyczny. Po oddzieleniu fotela zasobnik pozostaje przyczepiony do uprzęży pilota.
Podczas operacji wyciągnięcia pilota jeden A-10 został poważnie uszkodzony. Generał Dan Caine, przewodniczący Połączonego Szefostwa Sztabów, ujawnił na konferencji prasowej, że maszyna ta była główną odpowiedzialną za podtrzymywanie łączności z zestrzelonym. Uszkodzenia nie były obezwładniające, toteż pechowy Warthog pozostał na miejscu i dalej wykonywał zadanie. W drodze powrotnej okazało się jednak, iż maszyna jest zbyt ciężko uszkodzona, aby wylądować. Pilot wobec tego, jak ujął to generał Caine, „katapultował się nad przyjaznym terytorium”. Z wcześniejszych doniesień wiemy, że nad Kuwejtem. Wciąż nie wiadomo, skąd się wzięły krążące kilka dni temu doniesienia o A-10 rozbitym w wodach Ormuzu. Czyżby chodziło o dwa osobne samoloty?
Wizzo
Dostępne informacje wskazują, że obaj lotnicy postanowili ruszyć w przeciwne strony, tak aby maksymalnie utrudnić Irańczykom polowanie. Drugim członkiem załogi F-15E jest operator systemów uzbrojenia, czyli po angielsku: Weapon Systems Officer, w skrócie: WSO, skąd bierze się przezwisko Wizzo. W tym przypadku był to oficer w stopniu pułkownika. W czasie katapultowania został poważnie ranny.
Ponad 40-letni wizzo najwyraźniej musiał w pełni wykorzystać umiejętności spod pierwszych dwu liter skrótowca „SERE”. Mimo ran zaczął się wspinać po zboczu górskim w poszukiwaniu miejsca, w którym mógłby się ukryć. Ostatnie godziny przed ratunkiem spędził ukryty w rozpadlinie skalnej.
Dzięki konferencji prasowej Trumpa, Caine’a i szefa CIA Johna Ratcliffe’a dowiedzieliśmy się o udziale tej ostatniej w operacji. Według Trumpa to właśnie agenci CIA, dzięki zaawansowanym systemom obserwacji, zlokalizowali pilota z odległości 40 mil wśród krzewów na zboczu góry. New York Times dowiedział się, że użyto bliżej nieokreślonego, wyspecjalizowanego urządzenia.
Operację wspierał także wywiad izraelski, który, jak wiadomo, na wskroś spenetrował irańskie struktury bezpieczeństwa. Premier Binjamin Netanjahu zobowiązał się do wstrzymania nalotów izraelskiego lotnictwa na cele w rejonie, w którym prowadzono akcję ratunkową. Nieoficjalne doniesienia mówią, że operację bezpośrednio wspierali komandosi z jednostek „Sajjeret Matkal” (Jednostka Rozpoznawcza Sztabu Generalnego) i „Szaldag” (zimorodek; jednostka sił powietrznych, która specjalizuje się między innymi w działaniach CSAR).
– John Ratcliffe był niesamowity – oświadczył prezydent. – To właściwie ich geniusz zadzwonił do nas… był w odległości 40 mil… i powiedział: «wiecie, coś się porusza na górze». Była noc. I trzymali kamerę włączoną przez 45 minut. Nie ruszał się. A oni powiedzieli: „Wiecie, to pewnie pomyłka, ale coś się porusza”. To był człowiek, ogromna góra, ogromna, gęsta od krzaków i drzew. Powiedział: „Widzimy coś, co się porusza 40 mil stąd. Mówię wam, to się porusza”. A potem nagle, 45 minut później, zaczął się bardzo ruszać, wstał, a oni powiedzieli: „Mamy go”.
Akcja
Po zlokalizowaniu lotnika można było zadysponować siły do operacji ratunkowej. Trump ujawnił, że łącznie udział wzięło 155 statków powietrznych, w tym cztery bombowce, 64 myśliwce, 48 latających cystern i 13 maszyn ratowniczych. Szczególną gratką dla miłośników lotnictwa było pojawienie się samolotu C295W należącego do 427. Eskadry Działań Specjalnych, jednej z najtajniejszych jednostek US Air Force. Eskadra specjalizuje się w eksfiltracji i infiltracji. To prawdopodobnie jedyny egzemplarz w służbie.
🚨🇮🇷🇺🇸 BREAKING: Reportedly leaked footage shows a U.S. special operations C-295W flying at rooftop level over Isfahan during and after the pilot rescue.pic.twitter.com/1p6RRElpAf https://t.co/AJI8NeCmHI
— Mario Nawfal (@MarioNawfal) April 5, 2026
Operacja była wyjątkowo skomplikowana i, rzec by można, głośna. US Air Force zrzuciło około stu bomb o dużym wagomiarze, większość z nich nie po to, aby zlikwidować pododdziały nieprzyjaciela, ale jedynie zablokować kluczowe drogi w tym rejonie. Wiele samolotów uczestniczyło nie w samym zadaniu ratowniczym, ale w działaniach dywersyjnych w innych częściach ostanu, a nawet w innych ostanach, byle tylko odciągnąć jak najwięcej sił irańskich.
NEW on CNN: Satellite imagery shows cratered roads in area where US staged airman rescue in Esfahan province.
Satellite images from Airbus taken on Sunday show dozens of craters along several roads in central Esfahan province, around 20 kilometers from a remote airstrip where US… pic.twitter.com/MJy7g5gdvA
— Isaac Yee (@isaacyeephoto) April 6, 2026
Działania dywersyjne obejmowały też dezinformację, przede wszystkim informację o konwoju, który kierował się w stronę wybrzeża. Miało to przekonać Irańczyków, że pilot został odnaleziony i zostanie ewakuowany drogą morską (w domyśle: przez Navy SEALS). Według nieoficjalnych ustaleń Treya Yingsta bombowce B-2A Spirit przeprowadziły uderzenie na podziemne stanowisko dowodzenia w Teheranie za pomocą bomb GBU-57/B Massive Ordnance Penetrator.
– Ściągaliśmy je [samoloty] wszędzie, a wiele z tego było podstępem – stwierdził Trump. – Chcieliśmy, żeby myśleli, że [pilot] jest w innym miejscu, ponieważ mieli tam ogromne siły, tysiące, tysiące ludzi szukało. Więc chcieliśmy, żeby szukali w innych okolicach. No i byliśmy rozproszeni po całym terenie. Mieliśmy siedem różnych lokalizacji, o których myśleli, i byli bardzo zdezorientowani. Mówili: „Chwileczkę, mają grupy tutaj. Mają grupy tam”.
Heavy clashes have been reported in Dehdasht, a city in the Central District of Kohgiluyeh County, where the second American pilot was reportedly spotted. pic.twitter.com/DDleOptrfD
— Afshin Ismaeli (@Afshin_Ismaeli) April 5, 2026
Tymczasem na południowy wschód od miasta Isfahan Amerykanie – być może siły specjalne, a być może CIA – rozgościli się na niewielkim lądowisku dla samolotów rolniczych. Pas ma długość 1200 metrów, w zupełności wystarczającą jako wysunięty punkt międzylądowania dla potrzeb C295W (który został użyty najpewniej właśnie tutaj), jak i dla samolotów rodziny Hercules. I to właśnie one się tam zjawiły – dwie maszyny w konfiguracji MC-130J Commando II, które przywiozły na pokładzie cztery śmigłowce MH-6 Little Bird.
MC-130J nie jest zwyczajnym samolotem transportowym. Służy on do transportu żołnierzy i zaopatrzenia dla sił specjalnych działających za liniami wroga. Samoloty tego typu dysponują więc wyposażeniem specjalistycznym, które jest zupełnie obce normalnym Herculesom, takim jak radar śledzenia rzeźby terenu Raytheon AN/APQ-187 Silent Knight, są też wykorzystywane w roli latającej cysterny dla śmigłowców i Ospreyów. Użycie takiego zestawu – MC-130J i transportowane w ładowni Little Birdy – jest już na wskroś przetestowane. Amerykańscy „specjalsi” używali go z powodzeniem w wojnie w Afganistanie.
Z wysuniętego lądowiska (nazywa się to FARP – forward arming and refuelling point) ruszyła zasadnicza część operacji ratunkowej, wykonywana przez Little Birdy. Podejmowanie zestrzelonego pilota to samo w sobie ciekawe proceduralnie zadanie. Wymaga ono przede wszystkim identyfikacji: trzeba ustalić, czy przypadkiem radiolokalizator nie został przejęty przez wroga ani też poszukiwany nie jest zmuszany do współpracy z wrogiem.
W tym celu używa się tabel uwierzytelniających. Ekipa ratunkowa ma do dyspozycji zestaw pytań i odpowiedzi przygotowanych zawczasu przez samego poszukiwanego i dotyczących jego prywatnego życia. Mogą to być pytania na przykład o imię jego pierwszego psa czy o miejsce, w którym po raz pierwszy uprawiał seks. Rzecz w tym, aby było to coś, co wie tylko on i o co najpewniej nie zapytają przeciwnicy, choćby nawet wzięli go na tortury. A w najgorszym wypadku jest to coś, o czym można skłamać, bo ustalenie, że pierwszy pies nieszczęsnego lotnika nazywał się Max, a nie Wolfie, nie jest sprawą do ogarnięcia w pół godziny.
► James LaPorta i Jennifer Jacobs ustalili sporo dodatkowych faktów w tej kwestii. W sobotę, to jest nazajutrz po zestrzeleniu, wizzo nadał przez radio komunikat: „Bóg jest dobry”, który wzbudził popłoch w Pentagonie. Skojarzono go bowiem z „Bóg jest wielki” (Allahu Akbar) i uznano za dowód, że lotnik wpadł w ręce Pasdaranów. Szybko jednak ustalono, że wizzo faktycznie jest człowiekiem, który powiedziałby coś takiego. Kolejna wiadomość zawierała czterocyfrową liczbę, która także początkowo była niezrozumiała. Dopiero po pewnym czasie ktoś zrozumiał, że to kod używany przez amerykańskich policjantów. Nadana liczba oznacza „policjant w niebezpieczeństwie, potrzebuje pilnego wsparcia” (LaPorta i Jacobs nie podają, co to za liczba, ale to żadna tajemnica: 11-99).
► Tożsamość lotnika uwierzytelniono, zadając mu pytanie o jego ojca. Zespół nadzorujący operację w Pentagonie był też w kontakcie z żoną pułkownika i informował ją o operacji dezinformacyjnej prowadzonej przez CIA i CENTCOM. Aby rozproszyć Irańczyków, podsyłano im sprzeczne sygnały: Amerykanin zmierza w kierunku granicy z Afganistanem, zmierza w kierunku Morza Kaspijskiego, zmierza nad Zatokę Perską.
► Lotnik ukrył się w rozpadlinie w okolicy, w której Little Birdy po prostu nie dałyby rady wylądować. Musiał więc, pomimo ran, zejść niżej po zboczu góry, w kierunku niewielkiej płaszczyzny. A potem i tak operatorzy Navy SEAL lecący śmigłowcami musieli spędzić kilka minut, poszukując ukrytego pułkownika. Był odwodniony, ale jego rany nie zagrażały życiu. W przeciwieństwie do operacji podjęcia pilota tym razem formacja ratunkowa nie dostała się pod ostrzał nieprzyjaciela.
5 kwietnia nad ranem czasu polskiego amerykańskie media dowiedziały się, że drugi lotnik także został uratowany. Wkrótce potem potwierdził to w mediach społecznościowych sam Donald Trump, który dodał, że lotnik został ranny, ale wróci do zdrowia. Trump określił misję ratowniczą jako „jedną z najbardziej brawurowych operacji poszukiwawczo-ratowniczych w historii USA”. Wizzo został podjęty około 50 godzin po zestrzeleniu. W operacji zużyto 339 bomb i pocisków rakietowych.
Złe wspomnienia
I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie to, że jednak nie wszystko było wspaniale. Bo kiedy śmigłowce wróciły na FARP z rannym pilotem, okazało się, że MC-130J utknęły, przednie podwozie zakopało się w miękkim piasku na lądowisku polowym. A ponieważ nie mogły wystartować, jedyną możliwością było ich zniszczenie. Zniszczono także Little Birdy, ponieważ samoloty, które kilka godzin później przyleciały na FARP w trybie awaryjnym, nie mogły ich zabrać. ► USAF obrzucił feralne maszyny bombami o wagomiarze 907 i 2270 kilogramów.
Wsparcia w ewakuacji mógł udzielić nasz stary znajomy C295W, ale oczywiście sam nie zabrałby mniej więcej setki ludzi. ► Na miejsce przyleciały wobec tego lżejsze samoloty CASA CN-235. USAF ma na stanie kilkanaście egzemplarzy, z których część służy w 427. Eskadrze Działań Specjalnych. Notabene Irańczycy twierdzą, że sami zniszczyli amerykańskie samoloty i śmigłowce, ale w rzeczywistości udało im się zestrzelić jedynie dwa drony MQ-9.
Footage from Iran has been published of the site where the U.S. allegedly intentionally destroyed two stuck C-130's during the rescue operation of the WSO in the southwest of the country. pic.twitter.com/7h8iPA8NoG
— Faytuks Network (@FaytuksNetwork) April 5, 2026
Incydent ten przywodzi na myśl operację „Orli Szpon” z 1980 roku, której celem było uwolnienie zakładników z amerykańskiej ambasady w Teheranie, opanowanej przez irańskich bojówkarzy podczas rewolucji, która doprowadziła do przejęcia władzy przez chomeinistów. W ramach operacji „Orli Szpon” kontyngent amerykańskich sił specjalnych (w tym nowo utworzonego pododdziału Delta) przebazował się na lądowisko w irańskim interiorze, znane jako Desert One, z samolotami transportowymi C-130 i śmigłowcami Sikorsky RH-53D Sea Stallion.
Podczas tankowania przed właściwym rajdem na Teheran doszło do zderzenia jednego ze śmigłowców z C-130. Zginęło ośmiu członków załogi, a obie maszyny zostały zniszczone. Misja spaliła na panewce. Kolejne pięć RH-53D trzeba było porzucić. Tu również plany Amerykanów pokrzyżował miękki piasek, nawiany w okresie między rozpoznaniem miejsca lądowania a początkiem operacji (24 kwietnia 1980 roku). Kiedy RH-53D startował, łopaty wirnika wzbiły chmurę pyłu, która ograniczyła widoczność pilotów i doprowadziła do zderzenia. ► Operatorzy zazwyczaj pobierają próbkę gleby, aby sprawdzić, czy pas wytrzyma ciężar samolotu, ale przed tą operacją nie było na to czasu.

CN-235 ze składu 427. Eskadry.
(André Inácio, GNU Free Documentation License, Version 1.2)
Trump zdradził przy tej okazji, iż jacyś wysoko postawieni oficerowie w amerykańskich siłach zbrojnych nalegali, aby nie organizować operacji ratunkowej, bo wiąże się ona ze zbyt dużym ryzykiem utraty kolejnych maszyn i kolejnych lotników. Trump w swoim stylu zdradził – wbrew obiekcjom generała Caine’a – że w operację zaangażowano kilkaset osób.
Prawda czasu, prawda ekranu
Ten trudny balans między ryzykiem a koniecznością podjęcia próby ocalenia zestrzelonego lotnika szybko stał się glebą, na której wyrosły teorie spiskowe. Skala operacji mającej wyciągnąć jednego człowieka wydaje się niektórym komentatorom zbyt wielka. W związku z tym krążą hipotezy, jakoby była to próba wykradzenia irańskiego uranu. Wiadomo, że Trump rozważał taką opcję. Nie jest tajemnicą, że jeden z profili misji Delty to właśnie zdobywanie głowic jądrowych i materiałów rozszczepialnych. Po przystąpieniu naszego kraju do NATO Delta ćwiczyła takie operacje w Bornem Sulinowie. I niewykluczone, że taka próba zostanie podjęta.
Ba, jest nawet wysoce prawdopodobne, że operację ratunkową zaplanowano tak, aby stanowiła przy okazji przetarcie przed rajdem na Isfahan, gdzie Iran przechowuje około 200 kilogramów uranu wzbogaconego do poziomu 60%. FARP zorganizowano przecież praktycznie na obrzeżach Isfahanu, 50 kilometrów od rogatek miasta. Ale z drugiej strony – Strike Eagle także rozbił się w pobliżu Isfahanu. No chyba że przyjmiemy piętrową teorię spiskową i założymy, że w ogóle nie było żadnego lotnika, którego trzeba by ratować. Ale samolot zestrzelono, wrak został pokazany przez irańskie media państwowe. Więc pilot i wizzo gdzieś musieli być, żywi lub martwi.
► Właściwie jedynym konkretnym argumentem za tym, że mamy do czynienia z mistyfikacją, jest skala operacji. 155 statków powietrznych do faktycznie sporo, nawet jeśli przyjmiemy, że kilkanaście z nich to drony MQ-9. Ale skala to rzecz względna. 2 kwietnia CENTCOM podał, że w okresie od 28 lutego do 1 kwietnia amerykańskie lotnictwo wykonało 13 tysięcy samolotolotów bojowych. To 33 dni, a więc 390 samolotolotów dziennie. Oczywiście nie wszystkie z nich nad Iranem, spora część tej liczby to loty latających cystern poza irańską przestrzenią powietrzną.
► Liczba lotów w przedziale 350–400 wbrew pozorom wcale nie jest taka duża. Pod koniec lutego samo US Air Force miało (wedle danych OSINT-owych) około 300 samolotów załogowych na Bliskim Wschodzie, nie licząc dronów ani maszyn pokładowych. Od tego czasu liczba ta jeszcze wzrosła. Oczywiście z drugiej strony najwięcej lotów bojowych wykonywano w pierwszych dniach wojny. Ale operacja ratowania wizzo trwała 50 godzin.
► Jeżeli przyjmiemy, że każdy z tych statków powietrznych wykonywał dwa loty operacyjne na dobę – a to przecież nierealny, ekstremalny scenariusz – to akurat mamy dwa razy po 310 lotów. W rzeczywistości było ich mniej. Wydaje się, że liczbę 155 statków powietrznych podano dla efektu propagandowego, przemilczając to, że nie jest to wcale taka duża liczba. Zmieniło się jedynie to, że wszystkie te loty podporządkowano jednemu celowi. Ale mobilizacji jakichś niestworzonych zasobów nie było.
Działania CSAR to kluczowy czynnik podtrzymujący morale. Lotnicy muszą wiedzieć, że koledzy przynajmniej podejmą próbę ich ocalenia, że lądowanie pod czaszą spadochronu na terytorium wroga nie jest wyrokiem. Teraz każdy amerykański lotnik zobaczy prosty rachunek: 155 samolotów i śmigłowców dla jednego człowieka. Według nieoficjalnych ustaleń Michaela Weissa operacja kosztowała około 300 milionów dolarów.

