Pojawiły się nowe informacje. W związku z tym zaktualizowaliśmy artykuł i publikujemy jego odświeżoną wersję. Fragmenty zaktualizowane i dodane oznaczamy trójkątem: ►

Amerykańskie siły powietrzne odnalazły i z powodzeniem ewakuowały obu członków załogi F-15E Strike Eagle’a zestrzelonego w piątek 3 kwietnia nad Iranem. Pierw­szego z nich udało się wyciąg­nąć stosun­kowo szybko i łatwo, ale dla drugiego trzeba było zorganizować zakrojoną na dużą skalę operację angażującą ogromne zasoby sił powietrznych i służb wywiadow­czych. Minęło już trochę czasu od tej operacji, szum informa­cyjny zelżał, Amerykanie odsłonili niektóre karty. Możemy więc przyjrzeć się dostępnym informacjom na chłodno.

Zestrzelenie

Tu wciąż nie mamy pewności, co tak naprawdę się stało, z wyjątkiem jednego podstawowego faktu: pechowy F-15E został strącony przez irańską obronę przeciw­lot­niczą. Nie wiemy, jakiego uzbrojenia użyto, poza tym, że był to pocisk rakietowy, a nie działko. Maszyna, posługująca się znakiem wywoławczym DUDE44 i należąca do 494. Eskadry Myśliwskiej z RAF Lakenheath rozbiła się w górach Zagros w południowo-zachodnim Iranie. Był to pierwszy przypadek zestrzelenia amerykańskiego załogowego samolotu bojowego nad Iranem.

Irańczycy długo się upierali, że zestrzelili F-35A. Z jednej strony trudno się dziwić, że zależało im na takim sukcesie, wszak F-35 to najnowocześniejszy samolot bojowy w amerykańskim arsenale, a jedną maszynę tego typu już wcześniej udało się uszkodzić. Z drugiej strony na zdjęciach opublikowanych przez irańskie media państwowe łatwo dało się rozpoznać szczątki F-15E i wkrótce te same media musiały zmieniać przekaz.

Irańskie władze zaoferowały nagrodę wynoszącą, w równowartości, około 60 tysięcy dolarów za doprowadzenie do pojmania choć jednego Amerykanina. Dla Teheranu taki jeniec byłby cenną kartą przetargową, dla Amerykanów – upokorzeniem. W apelu podkreślono, że Amerykanie mają być doprowadzeni żywi i że nie wolno ich w żaden sposób maltretować. Tysiące cywilów zaangażowało się w poszukiwania, wielu używało prywatnych samochodów. ► Policja i wojsko ściągnęły kilka psów, którym dano obwąchać fotele wyrzucane.

Odkąd rozpoczęliśmy finansowanie Konfliktów przez Patronite i Buycoffee, serwis pozostał dzięki Waszej hojności wolny od reklam Google. Aby utrzymać ten stan rzeczy, potrzebujemy 2000 złotych miesięcznie.

Możecie nas wspierać przez Patronite.pl i przez Buycoffee.to.

Rozumiemy, że nie każdy może sobie pozwolić na to, by nas sponsorować, ale jeśli wspomożecie nas finansowo, obiecujemy, że Wasze pieniądze się nie zmarnują. Nasze comiesięczne podsumowania sytuacji finansowej możecie przeczytać tutaj.

MAJ BEZ REKLAM GOOGLE 54%

W mediach społecznościowych pojawił się również poniższy filmik. To jedno z całej serii podobnych „dzieł” z figurkami Lego w roli głównej tworzonych za pomocą „sztucznej inteligencji” przez irańską machinę propagandową. Ktokolwiek w strukturach Pasdaranów odpowiada za przekaz kierowany do świata zachodniego, zna się na rzeczy.

Pilot

Obaj członkowie załogi zostali rozdzieleni przez wiatr, co utrudniło poszukiwania (chociaż oczy­wiś­cie jednemu człowiekowi łatwiej jest się ukryć niż parze). Do operacji zaangażowano łącznie kilka­dzie­siąt samolotów. Zespoły ratunkowe składały się ze śmigłowców HH-60W Jolly Green II i samolotów HC-130J Combat King II. Bezpośrednie wsparcie zapewniało dziesięć samo­lotów uderze­nio­wych A-10 Thunder­bolt II, które wypełniały funkcję analogiczną do A-1 Skyrai­derów i F-100 Super Sabre’ów w czasie wojny wietnamskiej. To znaczy: lokalizowały i likwi­do­wały stanowiska obrony przeciwlotniczej i wszelkie pododdziały nieprzyja­ciela próbujące dotrzeć do poszukiwanego lotnika. W powietrzu były też drony MQ-9 Reaper mające lokalizować potencjalne zagrożenia.

► Początkowo w misji brało udział kilkanaście samolotów bojowych. Cztery kolejne wykonywały zadanie zagłuszania łączności przeciwnika oraz zwiadu i rozpoznania. Poderwano pięć maszyn poszukiwawczo-ratowniczych. Samoloty bojowe między innymi ostrzeliwały irańskie konwoje, aby zablokować im drogę do poszukiwanego pilota. Ten zaś doznał poważnych obrażeń i istniało zagrożenie, że nie przeżyje.

Pilota odnaleziono szybko. Przesadą byłoby stwierdzić, że operacja była łatwa – takie operacje nigdy nie są łatwe – ale wszystkie dostępne dane wskazują, że wpasowała się ona w rutynowe ramy działań CSAR. Dwa śmigłowce HH-60W Jolly Green II, w tym ten wiozący podjętego lotnika, zostały uszkodzone przez ostrzał z ziemi w drodze powrotnej, a kilku członków załóg zostało lekko rannych. Być może właśnie tę sytuację pokazuje poniższe nagranie.

Amerykanie mają je dobrze przećwiczone od wojny wietnamskiej, po stronie zarówno ratujących, jak i ratowanych. Piloci przechodzą szkolenia SERE (Survival, Evasion, Resistance, Escape – przetrwanie, unikanie, opór, ucieczka) i latają z odpowiednim wyposażeniem.

Najważniejsze są tam dwa elementy. Pierwszy to radio­loka­li­za­tor AN/⁠PRQ-7 CSEL (Combat Survivor/Evader Locator), łączący nawigację GPS, radio i nadajnik sprzężony z satelitar­nym systemem poszukiwa­nia i ratowania COSPAS-SARSAT. Drugi to składany karabinek GAU-5/A, znany też jako ASDW (Aircrew Self Defense Weapon), mieszczący się wraz z czterema magazyn­kami w zasobniku ratunkowym. Jego złożenie i rozłożenie zajmuje nie więcej niż 30 sekund. Radio­loka­li­za­tory stosowano już w trakcie drugiej wojny światowej, ale GAU-5/A to także efekt doświadczeń z Wietnamu, gdzie zestrzeleni lotnicy uzbrojeni jedynie w broń krótką byli bezbronni w obliczu kilkudziesięciu czy kilkuset osób bez broni palnej.

Cały zasobnik ratunkowy mieści się pod fotelem wyrzucanym ACES II. Jest tam też miejsce na lampę strobo­sko­pową, nóż czy racje żywnościowe, a także pieniądze i komunikat w lokalnych językach sprowadza­jący się do: „pomóż mi wrócić do swoich, a zostaniesz sowicie wynagrodzony”. To właśnie ilość miejsca pod fotelem sprawia, że karabinek nie jest wyposażony w celownik optyczny. Po oddzieleniu fotela zasobnik pozostaje przyczepiony do uprzęży pilota.

Podczas operacji wyciągnięcia pilota jeden A-10 został poważnie uszkodzony. Generał Dan Caine, przewodniczący Połączonego Szefostwa Sztabów, ujawnił na konferencji prasowej, że maszyna ta była główną odpowiedzialną za podtrzymywanie łączności z zestrzelonym. Uszkodzenia nie były obezwładniające, toteż pechowy Warthog pozostał na miejscu i dalej wykonywał zadanie. W drodze powrotnej okazało się jednak, iż maszyna jest zbyt ciężko uszkodzona, aby wylądować. Pilot wobec tego, jak ujął to generał Caine, „katapultował się nad przyjaznym terytorium”. Z wcześniejszych doniesień wiemy, że nad Kuwejtem. Wciąż nie wiadomo, skąd się wzięły krążące kilka dni temu doniesienia o A-10 rozbitym w wodach Ormuzu. Czyżby chodziło o dwa osobne samoloty?

Wizzo

Dostępne informacje wskazują, że obaj lotnicy postanowili ruszyć w przeciwne strony, tak aby maksymal­nie utrudnić Irańczykom polowanie. Drugim członkiem załogi F-15E jest operator systemów uzbrojenia, czyli po angielsku: Weapon Systems Officer, w skrócie: WSO, skąd bierze się przezwisko Wizzo. W tym przypadku był to oficer w stopniu pułkownika. W czasie katapultowania został poważnie ranny.

Ponad 40-letni wizzo najwyraźniej musiał w pełni wykorzystać umiejętności spod pierwszych dwu liter skrótowca „SERE”. Mimo ran zaczął się wspinać po zboczu górskim w poszukiwaniu miejsca, w którym mógłby się ukryć. Ostatnie godziny przed ratunkiem spędził ukryty w rozpadlinie skalnej.

Dzięki konferencji prasowej Trumpa, Caine’a i szefa CIA Johna Ratcliffe’a dowie­dzie­li­śmy się o udziale tej ostatniej w operacji. Według Trumpa to właśnie agenci CIA, dzięki zaawan­so­wa­nym systemom obserwacji, zlokalizowali pilota z odległości 40 mil wśród krzewów na zboczu góry. New York Times dowiedział się, że użyto bliżej nieokreślonego, wyspecja­li­zo­wa­nego urządzenia.

Operację wspierał także wywiad izraelski, który, jak wiadomo, na wskroś spenetrował irańskie struktury bezpieczeństwa. Premier Binjamin Netanjahu zobowiązał się do wstrzymania nalotów izraelskiego lotnictwa na cele w rejonie, w którym prowadzono akcję ratunkową. Nieoficjalne doniesienia mówią, że operację bezpośrednio wspierali komandosi z jednostek „Sajjeret Matkal” (Jednostka Rozpoznawcza Sztabu Generalnego) i „Szaldag” (zimorodek; jednostka sił powietrznych, która specjalizuje się między innymi w działaniach CSAR).

– John Ratcliffe był niesamowity – oświadczył prezydent. – To właściwie ich geniusz zadzwonił do nas… był w odległości 40 mil… i powiedział: «wiecie, coś się porusza na górze». Była noc. I trzymali kamerę włączoną przez 45 minut. Nie ruszał się. A oni powiedzieli: „Wiecie, to pewnie pomyłka, ale coś się porusza”. To był człowiek, ogromna góra, ogromna, gęsta od krzaków i drzew. Powiedział: „Widzimy coś, co się porusza 40 mil stąd. Mówię wam, to się porusza”. A potem nagle, 45 minut później, zaczął się bardzo ruszać, wstał, a oni powiedzieli: „Mamy go”.

Akcja

Po zlokalizowaniu lotnika można było zadysponować siły do operacji ratunkowej. Trump ujawnił, że łącznie udział wzięło 155 statków powietrznych, w tym cztery bombowce, 64 myśliwce, 48 latających cystern i 13 maszyn ratowniczych. Szczególną gratką dla miłośników lotnictwa było pojawienie się samolotu C295W należącego do 427. Eskadry Działań Specjalnych, jednej z najtajniejszych jednostek US Air Force. Eskadra specjalizuje się w eksfiltracji i infiltracji. To prawdo­po­dob­nie jedyny egzemplarz w służbie.

Operacja była wyjątkowo skomplikowana i, rzec by można, głośna. US Air Force zrzuciło około stu bomb o dużym wagomiarze, większość z nich nie po to, aby zlikwidować pododdziały nieprzyjaciela, ale jedynie zablokować kluczowe drogi w tym rejonie. Wiele samolotów uczestniczyło nie w samym zadaniu ratowniczym, ale w działaniach dywersyjnych w innych częściach ostanu, a nawet w innych ostanach, byle tylko odciągnąć jak najwięcej sił irańskich.

Działania dywersyjne obejmowały też dezinformację, przede wszystkim informację o konwoju, który kierował się w stronę wybrzeża. Miało to przekonać Irańczyków, że pilot został odnaleziony i zostanie ewakuowany drogą morską (w domyśle: przez Navy SEALS). Według nieoficjalnych ustaleń Treya Yingsta bombowce B-2A Spirit przeprowadziły uderzenie na podziemne stanowisko dowodzenia w Teheranie za pomocą bomb GBU-57/B Massive Ordnance Penetrator.

– Ściągaliśmy je [samoloty] wszędzie, a wiele z tego było podstępem – stwierdził Trump. – Chcieliśmy, żeby myśleli, że [pilot] jest w innym miejscu, ponieważ mieli tam ogromne siły, tysiące, tysiące ludzi szukało. Więc chcieliśmy, żeby szukali w innych okolicach. No i byliśmy rozproszeni po całym terenie. Mieliśmy siedem różnych lokalizacji, o których myśleli, i byli bardzo zdezorientowani. Mówili: „Chwileczkę, mają grupy tutaj. Mają grupy tam”.

Tymczasem na południowy wschód od miasta Isfahan Amerykanie – być może siły specjalne, a być może CIA – rozgościli się na niewielkim lądowisku dla samolotów rolniczych. Pas ma długość 1200 metrów, w zupełności wystarczającą jako wysunięty punkt międzylądowania dla potrzeb C295W (który został użyty najpewniej właśnie tutaj), jak i dla samolotów rodziny Hercules. I to właśnie one się tam zjawiły – dwie maszyny w konfiguracji MC-130J Commando II, które przywiozły na pokładzie cztery śmigłowce MH-6 Little Bird.

MC-130J nie jest zwyczajnym samolotem transportowym. Służy on do transportu żołnierzy i zaopa­trze­nia dla sił specjalnych działających za liniami wroga. Samoloty tego typu dysponują więc wyposażeniem specjalistycznym, które jest zupełnie obce normalnym Herculesom, takim jak radar śledzenia rzeźby terenu Raytheon AN/⁠APQ-187 Silent Knight, są też wykorzystywane w roli latającej cysterny dla śmigłowców i Ospreyów. Użycie takiego zestawu – MC-130J i transpor­to­wane w ładowni Little Birdy – jest już na wskroś przetestowane. Amerykańscy „specjalsi” używali go z powodzeniem w wojnie w Afganistanie.

Z wysuniętego lądowiska (nazywa się to FARP – forward arming and refuelling point) ruszyła zasadnicza część operacji ratunkowej, wykonywana przez Little Birdy. Podejmowanie zestrzelonego pilota to samo w sobie ciekawe proceduralnie zadanie. Wymaga ono przede wszyst­kim identyfikacji: trzeba ustalić, czy przypadkiem radio­loka­li­za­tor nie został przejęty przez wroga ani też poszuki­wany nie jest zmuszany do współpracy z wrogiem.

W tym celu używa się tabel uwierzy­tel­nia­ją­cych. Ekipa ratunkowa ma do dyspozycji zestaw pytań i odpowiedzi przygoto­wa­nych zawczasu przez samego poszukiwanego i dotyczących jego prywatnego życia. Mogą to być pytania na przykład o imię jego pierwszego psa czy o miejsce, w którym po raz pierwszy uprawiał seks. Rzecz w tym, aby było to coś, co wie tylko on i o co najpewniej nie zapytają przeciwnicy, choćby nawet wzięli go na tortury. A w najgorszym wypadku jest to coś, o czym można skłamać, bo ustalenie, że pierwszy pies nieszczęsnego lotnika nazywał się Max, a nie Wolfie, nie jest sprawą do ogarnięcia w pół godziny.

MH-6 Little Bird. Zdjęcie wykonano w 2023 roku.
(US Air Force / Tech. Sgt. Carly Kavish)

► James LaPorta i Jennifer Jacobs ustalili sporo dodatkowych faktów w tej kwestii. W sobotę, to jest nazajutrz po zestrzeleniu, wizzo nadał przez radio komunikat: „Bóg jest dobry”, który wzbudził popłoch w Pentagonie. Skojarzono go bowiem z „Bóg jest wielki” (Allahu Akbar) i uznano za dowód, że lotnik wpadł w ręce Pasdaranów. Szybko jednak ustalono, że wizzo faktycznie jest człowiekiem, który powiedziałby coś takiego. Kolejna wiadomość zawierała czterocyfrową liczbę, która także początkowo była niezrozumiała. Dopiero po pewnym czasie ktoś zrozumiał, że to kod używany przez amerykańskich policjantów. Nadana liczba oznacza „policjant w niebezpieczeństwie, potrzebuje pilnego wsparcia” (LaPorta i Jacobs nie podają, co to za liczba, ale to żadna tajemnica: 11-99).

► Tożsamość lotnika uwierzytelniono, zadając mu pytanie o jego ojca. Zespół nadzorujący operację w Pentagonie był też w kontakcie z żoną pułkownika i informował ją o operacji dezinformacyjnej prowadzonej przez CIA i CENTCOM. Aby rozproszyć Irańczyków, podsyłano im sprzeczne sygnały: Amerykanin zmierza w kierunku granicy z Afganistanem, zmierza w kierunku Morza Kaspijskiego, zmierza nad Zatokę Perską.

► Lotnik ukrył się w rozpadlinie w okolicy, w której Little Birdy po prostu nie dałyby rady wylądować. Musiał więc, pomimo ran, zejść niżej po zboczu góry, w kierunku niewielkiej płaszczyzny. A potem i tak operatorzy Navy SEAL lecący śmigłowcami musieli spędzić kilka minut, poszukując ukrytego pułkownika. Był odwodniony, ale jego rany nie zagrażały życiu. W przeciwieństwie do operacji podjęcia pilota tym razem formacja ratunkowa nie dostała się pod ostrzał nieprzyjaciela.

5 kwietnia nad ranem czasu polskiego amerykańskie media dowiedziały się, że drugi lotnik także został urato­wany. Wkrótce potem potwierdził to w mediach społecz­noś­cio­wych sam Donald Trump, który dodał, że lotnik został ranny, ale wróci do zdrowia. Trump określił misję ratowniczą jako „jedną z najbardziej brawurowych operacji poszukiwawczo-ratowniczych w historii USA”. Wizzo został podjęty około 50 godzin po zestrzeleniu. W operacji zużyto 339 bomb i pocisków rakietowych.

Złe wspomnienia

I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie to, że jednak nie wszystko było wspaniale. Bo kiedy śmigłowce wróciły na FARP z rannym pilotem, okazało się, że MC-130J utknęły, przednie podwozie zakopało się w miękkim piasku na lądowisku polowym. A ponieważ nie mogły wystartować, jedyną możliwością było ich zniszczenie. Zniszczono także Little Birdy, ponieważ samoloty, które kilka godzin później przyleciały na FARP w trybie awaryjnym, nie mogły ich zabrać. ► USAF obrzucił feralne maszyny bombami o wagomiarze 907 i 2270 kilogramów.

Wsparcia w ewakuacji mógł udzielić nasz stary znajomy C295W, ale oczywiście sam nie zabrałby mniej więcej setki ludzi. ► Na miejsce przyleciały wobec tego lżejsze samoloty CASA CN-235. USAF ma na stanie kilkanaście egzemplarzy, z których część służy w 427. Eskadrze Działań Specjalnych. Notabene Irańczycy twierdzą, że sami zniszczyli amerykańskie samoloty i śmigłowce, ale w rzeczywistości udało im się zestrzelić jedynie dwa drony MQ-9.

Incydent ten przywodzi na myśl operację „Orli Szpon” z 1980 roku, której celem było uwolnienie zakładników z amerykańskiej ambasady w Teheranie, opanowanej przez irańskich bojówkarzy podczas rewolucji, która doprowadziła do przejęcia władzy przez chomeinistów. W ramach operacji „Orli Szpon” kontyngent amerykańskich sił specjalnych (w tym nowo utworzonego pododdziału Delta) przebazował się na lądowisko w irańskim interiorze, znane jako Desert One, z samolotami transportowymi C-130 i śmigłowcami Sikorsky RH-53D Sea Stallion.

Podczas tankowania przed właściwym rajdem na Teheran doszło do zderzenia jednego ze śmigłowców z C-130. Zginęło ośmiu członków załogi, a obie maszyny zostały zniszczone. Misja spaliła na panewce. Kolejne pięć RH-53D trzeba było porzucić. Tu również plany Amerykanów pokrzyżował miękki piasek, nawiany w okresie między rozpoznaniem miejsca lądowania a początkiem operacji (24 kwietnia 1980 roku). Kiedy RH-53D startował, łopaty wirnika wzbiły chmurę pyłu, która ograniczyła widoczność pilotów i doprowadziła do zderzenia. ► Operatorzy zazwyczaj pobierają próbkę gleby, aby sprawdzić, czy pas wytrzyma ciężar samolotu, ale przed tą operacją nie było na to czasu.

CN-235 ze składu 427. Eskadry.
(André Inácio, GNU Free Documentation License, Version 1.2)

Trump zdradził przy tej okazji, iż jacyś wysoko postawieni oficerowie w amery­kań­skich siłach zbrojnych nalegali, aby nie organizować operacji ratunkowej, bo wiąże się ona ze zbyt dużym ryzykiem utraty kolejnych maszyn i kolejnych lotników. Trump w swoim stylu zdradził – wbrew obiekcjom generała Caine’a – że w operację zaangażowano kilkaset osób.

Prawda czasu, prawda ekranu

Ten trudny balans między ryzykiem a koniecznością podjęcia próby ocalenia zestrzelonego lotnika szybko stał się glebą, na której wyrosły teorie spiskowe. Skala operacji mającej wyciągnąć jednego człowieka wydaje się niektórym komentatorom zbyt wielka. W związku z tym krążą hipotezy, jakoby była to próba wykradzenia irańskiego uranu. Wiadomo, że Trump rozważał taką opcję. Nie jest tajemnicą, że jeden z profili misji Delty to właśnie zdobywanie głowic jądrowych i materiałów rozszczepialnych. Po przystąpieniu naszego kraju do NATO Delta ćwiczyła takie operacje w Bornem Sulinowie. I niewykluczone, że taka próba zostanie podjęta.

Ba, jest nawet wysoce prawdopodobne, że operację ratunkową zaplanowano tak, aby stanowiła przy okazji przetarcie przed rajdem na Isfahan, gdzie Iran przechowuje około 200 kilogramów uranu wzbogaconego do poziomu 60%. FARP zorganizowano przecież praktycznie na obrzeżach Isfahanu, 50 kilometrów od rogatek miasta. Ale z drugiej strony – Strike Eagle także rozbił się w pobliżu Isfahanu. No chyba że przyjmiemy piętrową teorię spiskową i założymy, że w ogóle nie było żadnego lotnika, którego trzeba by ratować. Ale samolot zestrzelono, wrak został pokazany przez irańskie media państwowe. Więc pilot i wizzo gdzieś musieli być, żywi lub martwi.

► Właściwie jedynym konkretnym argumentem za tym, że mamy do czynienia z mistyfikacją, jest skala operacji. 155 statków powietrznych do faktycznie sporo, nawet jeśli przyjmiemy, że kilkanaście z nich to drony MQ-9. Ale skala to rzecz względna. 2 kwietnia CENTCOM podał, że w okresie od 28 lutego do 1 kwietnia amerykańskie lotnictwo wykonało 13 tysięcy samolotolotów bojowych. To 33 dni, a więc 390 samolotolotów dziennie. Oczywiście nie wszystkie z nich nad Iranem, spora część tej liczby to loty latających cystern poza irańską przestrzenią powietrzną.

HH-60W i HC-130J Combat King II.
(US Air Force / Master Sgt. Tristan McIntire)

► Liczba lotów w przedziale 350–400 wbrew pozorom wcale nie jest taka duża. Pod koniec lutego samo US Air Force miało (wedle danych OSINT-owych) około 300 samolotów załogowych na Bliskim Wschodzie, nie licząc dronów ani maszyn pokładowych. Od tego czasu liczba ta jeszcze wzrosła. Oczywiście z drugiej strony najwięcej lotów bojowych wykonywano w pierwszych dniach wojny. Ale operacja ratowania wizzo trwała 50 godzin.

► Jeżeli przyjmiemy, że każdy z tych statków powietrznych wykonywał dwa loty operacyjne na dobę – a to przecież nierealny, ekstremalny scenariusz – to akurat mamy dwa razy po 310 lotów. W rzeczywistości było ich mniej. Wydaje się, że liczbę 155 statków powietrznych podano dla efektu propagandowego, przemilczając to, że nie jest to wcale taka duża liczba. Zmieniło się jedynie to, że wszystkie te loty podporządkowano jednemu celowi. Ale mobilizacji jakichś niestworzonych zasobów nie było.

Działania CSAR to kluczowy czynnik podtrzymujący morale. Lotnicy muszą wiedzieć, że koledzy przynajmniej podejmą próbę ich ocalenia, że lądowanie pod czaszą spadochronu na tery­torium wroga nie jest wyrokiem. Teraz każdy amerykański lotnik zobaczy prosty rachunek: 155 samolotów i śmigłow­ców dla jednego człowieka. Według nieoficjalnych ustaleń Michaela Weissa operacja kosztowała około 300 milionów dolarów.

Airwolfhound, Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 2.0