Intensywna rozbudowa chińskiego arsenału jądrowego wywołuje zrozumiały niepokój w Waszyngtonie, Tokio, Tajpej i kilku innych stolicach. Czy Chiny wzmacniają swój potencjał odstraszania, czy też przygotowują się na ewentualność wojny jądrowej? Chińska doktryna jest miejscami bardzo niejednoznaczna, a niekiedy zdaje się wręcz wychodzić z błędnych założeń, co zwiększa ryzyko niezamierzonej eskalacji.
Według amerykańskiego Departamentu Obrony liczba chińskich głowic jądrowych miała już w roku 2024 przekroczyć 600. Według utrzymanych od kilku lat prognoz do roku 2030 liczba głowic może osiągnąć 1000, a w 2035 – około 1500. Natomiast w zakresie liczby międzykontynentalnych pocisków balistycznych Chiny miały już dwa lata temu osiągnąć parytet ze Stanami Zjednoczonymi. Kolejnym powodem poważnego bólu głowy dla Waszyngtonu jest ciągła odmowa Pekinu w kwestii włączenia się do rozmów rozbrojeniowych. Zdaniem Amerykanów bez udziału Chin jakakolwiek nowa wersja układu START jest pozbawiona sensu.
Czy Chiny prowadzą próby jądrowe?
W październiku ubiegłego roku prezydent Donald Trump polecił wznowienia prób jądrowych „na równych zasadach” z Chinami i Rosją. Jak zwykle nie podał jednak szczegółów. Nie powinno być to zaskoczeniem, już pierwsza administracja Trumpa miała rozważać przeprowadzenie próbnego wybuchu jądrowego. Swój ostatni test atomowy USA zorganizowały w roku 1992. Potem, w roku 1996, w życie wszedł Traktat o całkowitym zakazie prób z bronią jądrową (CTBT). Porozumienia nie podpisały Korea Północna, Izrael, Indie i Pakistan. Sęk w tym, że zarówno Stany Zjednoczone, jak i Rosja i Chiny traktat podpisały, ale go nie ratyfikowały. Niemniej państwa te w praktyce przestrzegały moratorium.
Z drugiej strony trzeba jakoś sprawdzać poprawność funkcjonowania składowanych głowic i projektować nowe. Rozwiązaniem są testy z masą podkrytyczną. W czasie prób materiał rozszczepialny wybucha, ale jest go zbyt mało, aby zainicjować samopodtrzymującą się reakcję łańcuchową. Pozyskane dane są analizowane przez komputery i na tej podstawie powstaje symulacja, jak zachowałaby się dana głowica nuklearna przy prawdziwym wybuchu.
W roku 2021 Rosja informowała o prowadzonych na Nowej Ziemi próbach z masą podkrytyczną. Jednak fakt, że testy prowadzono pod ziemią, a infrastruktura poligonu nuklearnego w rejonie Biełuszej Guby została rozbudowana, zrodził podejrzenia, że w rzeczywistości Rosjanie prowadzą testy, podczas których przeprowadzane są mikrowybuchy. Ich moc jest zbyt mała, by globalna sieć stacji monitorujących aktywność jądrową była stanie je wykryć. Ale amerykański wywiad wojskowy już w roku 2019 mówił o swoich podejrzeniach o łamaniu CTBT przez Moskwę.
Odkąd rozpoczęliśmy finansowanie Konfliktów przez Patronite i Buycoffee, serwis pozostał dzięki Waszej hojności wolny od reklam Google. Aby utrzymać ten stan rzeczy, potrzebujemy 2000 złotych miesięcznie.
Możecie nas wspierać przez Patronite.pl i przez Buycoffee.to.
Rozumiemy, że nie każdy może sobie pozwolić na to, by nas sponsorować, ale jeśli wspomożecie nas finansowo, obiecujemy, że Wasze pieniądze się nie zmarnują. Nasze comiesięczne podsumowania sytuacji finansowej możecie przeczytać tutaj.
Teraz podobne zarzuty padają pod adresem Chin. Krótko po październikowej deklaracji Trumpa senator Tom Cotton (republikanin z Arkansas), przewodniczący Senackiej Komisji Wywiadu, stwierdził, że według ocen CIA zarówno Rosja, jak i Chiny przeprowadziły testy broni jądrowej o masie powyżej krytycznej. 6 lutego podczas rozmów rozbrojeniowych w Genewie podsekretarz stanu do spraw kontroli zbrojeń Thomas DiNanno zarzucił Chinom przeprowadzenie próbnych wybuchów jądrowych o mocy kilkuset ton.

Rysunek chińskiej mobilnej wyrzutni międzykontynentalnych pocisków balistycznych DF-41 na podwoziu HTF5980.
(Mike1979 Russia, Creative Commons Attribution-Share Alike 4.0 International)
Więcej danych podał 17 lutego podczas wystąpienia w Hudson Institute Christopher Yeaw, zastępca sekretarza stanu do spraw kontroli zbrojeń i nieproliferacji. Chiny miały przeprowadzić test 22 czerwca 2020 roku o godzinie 9:18 czasu lokalnego. Stacje sejsmiczne wykryły wówczas w rejonie poligonu atomowego Łob-nor wstrząsy o sile 2,75 stopni w skali Richtera. Charakterystyka wstrząsów ma wskazywać na podziemną próbę o mocy kilkuset ton. Organizacja Traktatu o całkowitym zakazie prób z bronią jądrową (OCTBT) potwierdziła zanotowanie w podanym przez Yeawa czasie i miejscu dwóch wstrząsów w odstępie 12 sekund. Zastrzegła jednak, iż siła wstrząsów była znacznie mniejsza niż odpowiednik 500 ton trotylu, próg powyżej którego można stwierdzić, czy mamy do czynienia z wybuchem jądrowym.
Miesiąc później w rozmowie z serwisem Axios dyrektor Państwowego Urząd Bezpieczeństwa Nuklearnego (National Nuclear Security Administration, NNSA) Brandon Williams stwierdził, że Chiny wyraźnie prowadzą próby jądrowe naruszające CTBT i starają się ukryć ten fakt. Pekin stanowczo odrzuca wszystkie oskarżenia.
Niepełna rozbudowa zaplecza
Mamy więc „słowo przeciwko słowu”. Na podstawie dostępnych danych nie da się jednoznacznie stwierdzić, czy Chiny przeprowadziły w czerwcu 2020 roku próbę jądrową. Natomiast dzięki wszędobylskim komercyjnym satelitom można potwierdzić intensywną rozbudowę obiektów związanych z chińskim programem broni atomowej. Dotyczy to instalacji w Pingtongu i Zitongu w prowincji Syczuan. Zdjęcia satelitarne pozyskane przez The New York Times wykazały znaczne przyspieszenie prac od roku 2022, chociaż roboty na większą skalę ruszyły już w roku 2019.
‼️New satellite images from reveal rapid expansion of China's nuclear program in Sichuan Province.
– Zitong Valley: New bunkers, earthen embankments, pipelines, and heavy security suggest handling of dangerous nuclear materials.
– Pingtong facility (nearby valley): Believed to… pic.twitter.com/S2KcE7lrlu— Vitamvivere (@Vitamvivere) February 15, 2026
W Zitongu zidentyfikowano nowe bunkry, wały ziemne i kompleks budynków z dużą liczbą wychodzących zeń rur, do tego wysoki komin wentylacyjny. Przepytywani przez gazetę eksperci stwierdzili, że bunkry i wały ziemne sugerują testy materiałów wybuchowych, których detonacja wywołuje reakcję łańcuchową. Znacznie wzmocniono też bezpieczeństwo obiektu.
Jeszcze większe zmiany zaobserwowano w Pingtongu. Ośrodek, w którym najprawdopodobniej powstają plutonowe ładunki do głowic jądrowych, znacznie zwiększył swoją powierzchnię. Zaobserwowano rozbudowę systemów wentylacyjnych i odprowadzania ciepła z nowym, wysokim na około 110 metrów kominem wentylacyjnym na czele. Powstają kolejne budynki, których przeznaczenia na obecnym etapie nie da się jednoznacznie określić. Także tutaj widoczne są nowe schrony i zasadnicze wzmocnienie systemu bezpieczeństwa. Wisienką na torcie jest umieszczony na dachu głównego budynku slogan będący cytatem z Xi Jinpinga: „Pozostańcie wierni idei założycielskiej i zawsze pamiętajcie o naszej misji”.
Skoro trwa intensywna rozbudowa arsenału jądrowego, logiczna jest równoległa rozbudowa powiązanej z nim infrastruktury. W rozmowie z NYT Zhang Hui z Uniwersytetu Harvarda przypomina, że chińskie obiekty jądrowe powstały w latach 60. i przez następne pół wieku ich modernizacja była bardzo ograniczona. Krótko mówiąc, był ku temu już najwyższy czas.
Równie logiczne jest zwiększanie bezpieczeństwa obiektów, które do tej pory kulało. Aczkolwiek sprawa jest dużo poważniejsza niż fizyczne zabezpieczenie instalacji związanych z zapleczem programu jądrowego. Tak przynajmniej twierdzi raport przygotowany przez China Aerospace Studies Institute (CASI), podlegający Uniwersytetowi Lotniczemu, czyli instytucji zawiadującej systemem edukacji US Air Force. Raport ten zatytułowano: Dancers at the Knife’s Edge: PLA Rocket Force Nuclear Warhead Management (Tancerze na ostrzu noża. Zarządzanie głowicami jądrowymi w Siłach Rakietowych ChALW, dostępny jako PDF tutaj).
Chińskie głowice jądrowe przechowywane są w jednym miejscu, Bazie 67 położonej w górach Qinling w pobliżu miasta Baoji w prowincji Shaanxi. W ramach regularnych ćwiczeń głowice przewożone są do sześciu innych baz lub bezpośrednio do jednostek transportem drogowym, kolejowym lub lotniczym. Sęk w tym, że do Bazy 67 prowadzi tylko jedna wąska droga. W trakcie pokoju ułatwia to zabezpieczenie obiektu, w trakcie wojny to proszenie się o kłopoty, jedno uderzenie lotnicze lub rakietowe może znacząco opóźnić dostarczenie do jednostek zgromadzonych w bazie głowic. Również regularne transporty stwarzają zagrożenie: wypadków w trakcie pokoju, przechwycenia przez przeciwnika w razie konfliktu.
Na tym nie koniec problemów. Chronicznym zagrożeniem miały być bardzo chaotyczne, jak na tak scentralizowany system, procedury i niedostateczne zabezpieczenie obiektów magazynowych, co skutkowało częstymi problemami zdrowotnymi wśród personelu Sił Rakietowych. Na tym polu na szczęście miał dokonać się w ostatnich latach istotny postęp, chociaż nie wiadomo, czy problemy udało się całkowicie rozwiązać.
Największe wyzwanie zdaje się jednak tkwić w systemach komputerowych. Chińskie systemy cyberbezpieczeństwa są chronicznie niedoinwestowane, a systemy komputerowe części obiektów mają być przestarzałe. Stwarza to poważne ryzyko w razie ataków hakerskich w pierwszej fazie konfliktu. Tym sposobem można wyłączyć nie tylko system dowodzenia, ale na przykład systemy zarządzania transportem głowic. Kolejnym wąskim gardłem jest zależność od Zachodu w kwestii kombinezonów i masek ochronnych, butli z tlenem i czujników promieniowania.
Finalne wyzwanie związane jest z chronicznymi brakami kadrowymi. Według CASI w latach 2016–2021 liczba brygad w składzie chińskich Sił Rakietowych wzrosła o 35%. Nie poszła jednak za tym rozbudowa jednostek wsparcia. W obliczu braku ludzi priorytet przyznano jednostkom rakietowym. Brak chętnych do służby jest stałym problemem ChALW, a w przypadku Sił Rakietowych potęgują go wysokie wymagania stawiane przed kandydatami. Zwłaszcza od oficerów wymagane są bardzo wysokie umiejętności i wiedza techniczna, stąd częste doktoraty z nauk ścisłych. Można powiedzieć, że to społeczna i intelektualna elita ChALW.
Odstraszanie czy przygotowania do wojny?
Bardzo szybka rozbudowa chińskiego arsenału jądrowego nie ma precedensu od czasu zimnej wojny. Budzi to niepokój w krajach ościennych i w USA. Admirał w stanie spoczynku Charles Richard, Franklin C. Miller i Robert Peters w poświęconym rosyjskiej i chińskiej broni jądrowej raporcie dla National Institute for Public Policy (NIPP) zastanawiają się, czy Chiny jedynie rozbudowują swój potencjał odstraszania, czy też przygotowują się do wojny jądrowej. Za tym drugim mogą przemawiać raporty amerykańskiego wywiadu o pracach nad ładunkami jądrowymi o mocy poniżej 10 kiloton, czyli o przeznaczeniu taktycznym.
Może to być dostosowane do współczesnych warunków wersja zimnowojennej strategii NATO. Chiny, podobnie jak posiadająca około 2 tysięcy ładunków taktycznych Rosja, mogą próbować w ten sposób zniwelować jakościową i potencjalnie ilościową przewagę Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników w siłach konwencjonalnych. Jeżeli jednak liczniejszy arsenał strategiczny i taktyczny ma służyć odstraszeniu USA i Japonii od interwencji w przypadku wojny o Tajwan, to mówimy już o strategii ofensywnej. W okresie zimnej wojny Sojusz Północnoatlantycki stawiał na strategię defensywną, rozmieszczenie taktycznej broni jądrowej w Europie, a w przypadku amerykańskiego arsenału także w Korei Południowej i do lat 70. na Tajwanie, miało zniechęcić blok komunistyczny do inwazji. Wykorzystanie przez Chiny arsenału jądrowego do odstraszenia i ograniczenia udziału rywali w konflikcie konwencjonalnym jest bazowym scenariuszem zakładanym przez Pentagon.
Richard, Miller i Peters wskazują jednak na dwa podstawowe argumenty przeciwko założeniu, że rosyjska i chińska taktyczna broń jądrowa ma służyć jedynie odstraszaniu. Po pierwsze, jak odróżnić taktyczną głowicę jądrową przeznaczoną tylko do odstraszania od takiej zbudowanej z myślą o użyciu bojowym? Dochodzimy tutaj do szerszego problemu bogatego arsenału chińskich pocisków balistycznych średniego i pośredniego zasięgu. Wszystkie one mogą przenosić głowice konwencjonalne lub atomowe, a bez dokładnych informacji wywiadowczych nie da się stwierdzić, która jednostka otrzymała jakie głowice. Może to prowadzić do sytuacji, gdzie w przypadku wojny Amerykanie lub ich sojusznicy nieświadomie niszczą pociski balistyczne z zamontowanymi głowicami nuklearnymi, co prowadzi do eskalacji.
In recent years, China has rapidly expanded their regional threat arsenal, including growing their SRBM, MRBM, and IRBM launcher and missile stockpiles.
The CSIS Missile Defense Project mapped China’s regional missile threat to better understand this capability: pic.twitter.com/aIjsQtAXkM
— CSIS Missile Defense (@Missile_Defense) March 25, 2026
Drugi powód do pesymizmu to założenia doktrynalne. Rosjanie otwarcie mówią o wykorzystaniu taktycznej broni jądrowej na polu walki, na początku 2024 roku wyciekły nawet dokumenty wykazujące warunki, w jakich Moskwa może poczynić taki krok. Z jednej strony był to element sygnalizowania pod adresem NATO, z drugiej scenariusze rosyjskich gier sztabowych obejmują też taktyczne uderzenia jądrowe przeciwko Chinom, Azerbejdżanowi, a nawet Iranowi i Korei Północnej.
W przypadku Chin nie ma absolutnej pewności, czy w ich arsenale jest taktyczna broń atomowa ani czy trwają nad nią prace. Pekin uważnie obserwuje pobrzękiwanie przez Kreml atomową szablą, reakcje Zachodu na to i wyciąga wnioski. Najbardziej niebezpieczne jest utwierdzenie się rosyjskich i chińskich decydentów, że są w stanie utrzymać kontrolę nad drabiną eskalacyjną i lepiej niż Zachód znieść skutki wykorzystania broni jądrowej.
🔵 Our chronology of nuclear signaling between Russia and NATO during the war in Ukraine now has an online interactive dashboard! It allows tracking and analyzing nuclear escalation dynamics during the conflict (fall 2021-January 2025): https://t.co/zXaE5YQS4Q @liviuhorovitz pic.twitter.com/jsFrI9osW0
— Peace Research Center Prague (PRCP) (@prcprague) March 25, 2026
Ale wydaje się, że Richarda, Millera i Petersa najbardziej boli ograniczony arsenał taktycznej broni nuklearnej USA i sojuszników. Według źródeł, na które się powołują, NATO dysponuje obecnie jedynie kilkuset sztukami bomb B61 rozmieszczonych w Europie i ani jednej w Azji. Dla porównania: Rosja może mieć około 2 tysięcy głowic taktycznych, a Chiny prowadzą rozbudowę swojego arsenału w warunkach braku przeciwwagi ze strony USA. Nie jest to do końca prawdą, bowiem w roku 2020 US Navy wprowadziła głowicę atomową małej mocy W76-2. Jest ona jednak przeznaczona dla pocisków balistycznych Trident odpalanych z okrętów podwodnych. Ogranicza to możliwość jej użycia z uwagi na koszt pocisku z jednej strony i ryzyko eskalacji z drugiej. Pentagon cały czas nie odpowiedział sobie na pytanie, czy taktyczna broń jądrowa jest koniecznością czy fanaberią?
Ogólnie, w ocenie Waszyngtonu, rozbudowa chińskiego arsenału jądrowego jest czynnikiem wysoce destabilizującym, zwiększającym ryzyko eskalacji. Odziedziczony po zimnej wojnie stabilny układ dwóch supermocarstw nuklearnych i grupy państw ze znacznie mniejszym arsenałem może zostać zastąpiony przez znacznie mniej stabilny układ trzech ciał. Zajmujący się monitorowaniem ryzyka wybuchu wojny atomowej ośrodek Open Nuclear Network w swoim najnowszym raporcie poświęconym ryzyku eskalacji między Stanami Zjednoczonymi a Chinami jest zaskakująco optymistyczny. Prawdopodobieństwo wybuchu konfliktu jądrowego w Azji do roku 2030 oceniono na poziomie 1,3% w scenariuszu bazowym. Ryzyko rośnie do 3,4% w przypadku rozmieszczenia amerykańskiej broni nuklearnej w regionie i maleje do 1,1% w przypadku jej całkowitej nieobecności. Tym samym badacze doszli do odwrotnych wniosków niż establishment związany z polityką bezpieczeństwa.
Nie oznacza to oczywiście domniemanej niewinności Pekinu. Prawdopodobieństwo rozmieszczenia przez USA broni atomowej w Azji, a tym samym ryzyko eskalacji, skokowo rośnie w przypadku inwazji na Tajwan i to niezależnie od jej wyniku. Kolejny możliwy punkt zapalny to próba siłowego rozwiązania konfliktu na Morzu Południowochińskim. Przykładowo może to być próba opanowania BRP Sierra Madre, czyli starego filipińskiego okręt desantowego osadzonego na Second Thomas Shoal (Ayungin w oficjalnym filipińskim nazewnictwie, Ren’ai Jiao w chińskim). Ostatnim istotnym czynnikiem eskalacyjnym mogą być zmiany doktrynalne, jak na przykład porzucenie przez Chiny zasady nieużywania broni jądrowej jako pierwszy uczestnik konfliktu (no first use, NFU). Do eskalacji może też prowadzić wznowienie przez którąś ze stron prób jądrowych, wracamy więc do początku tego tekstu.
Wiarygodny potencjał odstraszania
A co na to Chiny? Pekin nie ma sobie oczywiście nic do zarzucenia, trzeba jednak przyjrzeć się chińskim koncepcjom odstraszania. Obszerną analizę debaty prowadzonej na ten temat przygotował jeszcze w roku 2023 think tank CNA (PDF dostępny tutaj). Najpierw jednak trzeba nieco zagłębić się w historii. Chiny przeprowadziły swoją pierwszą próbę jądrową w roku 1964. Od tamtej pory chińskie przywództwo mówi o konieczności zbudowania „wiarygodnego potencjału odstraszania atomowego”. Oznacza to budowę triady jądrowej, nieodpowiadającej wprawdzie liczebnością arsenałowi amerykańskiemu i rosyjskiemu, ale będącej na porównywalnym poziomie technicznym i skutecznie zniechęcającej do wojny z ChRL. Rozbudowa liczebna ma wyeliminować ryzyko rozbrojenia chińskich sił strategicznych w jednym zakrojonym na dużą skalę pierwszym uderzeniu.
Przez lata chińska triada nie była imponująca. Liczba głowic oscylować miała wokół 200–250. Najsilniejszy był komponent lądowy, podczas gdy lotniczy cały czas opiera się na bombowcu H-6, wywodzącym się z Tu-16 z lat 50., zaś strategiczne atomowe okręty podwodne uznawano za zbyt głośne, a pociski balistyczne JL-1 i JL-2 miały niewystarczający zasięg, by atakować cele na terenie kontynentu północnoamerykańskiego. Ale w ciągu minionej dekady za sprawą przełomów technicznych i większych środków finansowych sytuacja zaczęła się zmieniać. Szerzej o rozwoju morskiego komponentu triady pisaliśmy tutaj. Jak wynika z dostępnych danych, rozbudowa chińskiego arsenału jądrowego nabrała tempa około roku 2019; chodzi nie tylko o zwiększanie liczby głowic, ale też o rozbudowę infrastruktury.
Teraz możemy przejść do chińskich koncepcji odstraszania. Dla chińskich teoretyków celem odstraszania (weishe) jest nie tylko doraźne powstrzymanie kryzysu lub wojny w perspektywie, ale ustanowienie długoterminowej stabilności strategicznej. Ta z kolei, podobnie jak na zachodzie, oznacza sytuację, w której potencjalni przeciwnicy nie mają motywacji do eskalacji konfliktu do wojny nuklearnej lub angażowania się w wyścig zbrojeń. Jednak znaczenie strategicznej stabilności z chińską charakterystyką jest szersze i oznacza również warunki sprzyjające realizacji interesów bezpieczeństwa i rozwojowych ChRL. Strategiczna stabilność jest ustanawiana i utrzymywana poprzez strategiczne odstraszanie. To ostatnie nie oznacza jednak tylko strategicznego arsenału jądrowego, ale całokształt strategicznych zdolności odstraszających atak strategiczny.
Strategiczna stabilność nie oznacza przy tym równorzędnego potencjału odstraszania. Przez lata relacje z USA określano jako asymetryczną stabilność strategiczną. Asymetryczność oznacza sytuację, w której pomimo różnić w sile obie strony nie są w stanie zapobiec drugiemu uderzeniu ze strony przeciwnika. Stąd żmudna rozbudowa morskiego komponentu triady i krytyka amerykańskich inicjatyw obrony przeciwrakietowej, w które angażują się Japonia i Korea Południowa. Przykładem jest rozmieszczenie w tym ostatnim kraju systemu THAAD. Zapewnił on pewien potencjał obrony na wypadek ataku ze strony Korei Północnej, ale w odczuciu Chin zmniejszał ich możliwości uderzenia odwetowego, a tym samym zaburzał strategiczną stabilność z USA.
W myśl chińskich koncepcji im mniejsze ryzyko drugiego uderzenia, tym większa pokusa wyprzedzającego uderzenia jądrowego. Utrzymanie asymetrycznej stabilności wymaga by obie strony powstrzymywały się od podkopywania strategicznego odstraszania. Jeśli strona silniejsza tak czyni, a w odczuciu Pekinu Waszyngton tak postąpił, strona słabsza nie ma innego wyjścia jak rozbudować swój potencjał, co prowadzi do wyścigu zbrojeń. Sprawa wykracza jednak daleko poza modernizację arsenału nuklearnego i systemy przeciwrakietowe.
Chińscy teoretycy trafnie zauważyli, ze od czasu zimnej wojny technika poszła tak naprzód, że zdolności strategiczne muszą zostać zdefiniowane na nowo. Twierdzą, że niektóre zdolności niejądrowe mogą mieć potencjał wywierania skutków strategicznych, osłabiając odstraszanie nuklearne drugiej strony lub generując skutki na dużą skalę, równie niszczycielskie jak atak jądrowy. Precyzyjne środki rażenia dalekiego zasięgu, pociski hipersoniczne, działania w kosmosie i cyberprzestrzeni stworzyły nowe środki do ograniczenia lub wręcz uniemożliwienia przeciwnikowi przeprowadzenia atomowego uderzenia odwetowego.
Warto przytoczyć ponownie przykład Korei Południowej, która buduje konwencjonalny potencjał odstraszania z prawdziwą triadą środków rażenia: rozbudowanymi zdolnościami lotniczymi oraz konwencjonalnymi pociskami balistycznymi odpalanymi z konwencjonalnych okrętów podwodnych i mobilnych wyrzutni lądowych. Dodajmy przy tym, że działania Seulu są odpowiedzią na północnokoreański program jądrowy i rozbudowę chińskiego potencjału militarnego.
Rozwój środków konwencjonalnych o możliwościach strategicznych zaburzył asymetryczną równowagę i zmienił dynamikę odstraszania między USA i Chinami. Granica między wojną konwencjonalną a nuklearną zaczyna się zamazywać, kontrola drabiny eskalacyjnej staje się coraz trudniejsza, a taktyczna broń jądrowa jedynie pogłębia ten stan. Amerykańskie zdolności operacji wielodomenowych osłabiły chińskie zdolności drugiego uderzenia, a tym samym podkopały potencjał odstraszania. Co więcej, rozwój działań w cyberprzestrzeni i kosmosie, gdzie dominuje atak, zapewniają przewagę temu, kto rozpocznie działania jako pierwszy. Pokusa to uderzenia wyprzedzającego zatem rośnie.
Jakie płyną z tego wnioski? Jeżeli Pekin chce utrzymać asymetryczną stabilność strategiczną, musi zmienić podejście. Konieczna jest rozbudowa arsenału atomowego, chociaż dążenie do parytetu z USA czy Rosją uznawane jest za pozbawione sensu. Konieczne są też inwestycje w środki konwencjonalne od pocisków hipersonicznych po działania w cyberprzestrzeni i kosmosie. Przypomnijmy, że takie działania Amerykanie uznają za destabilizujące. Pojawiają się też pomysły by Chiny odeszły od zasady NFU. Głosy takie pozostają jednak na marginesie, chociaż regularnie powracają.
Widziane z Japonii i Australii
Działania Chin podejmowane jako reakcja na postrzeganą własną słabość budzą poważne zaniepokojenie także w Australii. Już w roku 2021 Kyle Marcrum i Brendan S. Mulvaney z australijskiego think tanku ASPI zwracali uwagę, że chińskie koncepcje odstraszania różnią się od zachodnich. Weishe ma stworzyć korzystne warunki do realizacji własnej polityki, nie czyni rozróżnienia między odstraszaniem (deterrence) a zmuszaniem innych państw do konkretnego zachowania (coercion). Krótko mówiąc, weishe to całokształt aktywnych i pasywnych działań podejmowanych przez jedno państwo, aby nagiąć inne państwo do swojej woli.
Zdaniem Marcruma i Mulvaneya przez takie, a nie inne rozumienie odstraszania Chiny są podatniejsze niż inne państwa na pokusę wykonania uderzenia deeskalacyjnego, a co więcej – wykonania go w ramach działań prewencyjnych. Obaj autorzy dowodzą, że koncepcja rozpoczęcia „wojny w celu uniknięcia wojny” jest dobrze ugruntowana w chińskim współczesnym piśmiennictwie wojskowym. Oznacza to duże ryzyko podjęcia przez Chiny działań wojennych przeciwko USA, Australii czy Japonii w celu odstraszenia ich od obrony Tajwanu.
Wielu chińskich wojskowych i decydentów wychodzi z założenia, że Amerykanie i ich sojusznicy najbardziej obawiają się strat w ludziach i że zabicie odpowiedniej liczby żołnierzy wystarczy, aby Stany Zjednoczone wycofały się konfliktu. Podobne kalkulacje czynione przez Japończyków w roku 1941 okazały się całkowicie błędne i przyniosły katastrofalne konsekwencje. Postawienie Waszyngtonu pod ścianą, a przede wszystkim rozwścieczenie amerykańskiego społeczeństwa, znacząco zwiększa ryzyko eskalacji.
Marcrum i Mulvaney podkreślają, że w tym momencie zaczyna się spirala wzajemnego niezrozumienia odnośnie do sposobów rozumowania, podejmowania decyzji i mechanizmów działania, co drastycznie podnosi ryzyko eskalacji. Ryzyko jest tym większe, że Chiny bardzo opornie reagują na propozycje tworzenia sposobów komunikacji w sytuacjach kryzysowych, takich jak amerykańsko-radziecki czerwony telefon z czasów zimnej wojny. Podczas kryzysów Pekin automatycznie zamyka wszelkie kanały komunikacji, uważając, że trzymanie przeciwnika w niepewności co do własnych intencji i procedur daje przewagę.
Z kolei Rintaro Inoue z japońskiego Instytutu Geoekonomii zwraca uwagę na paradoksalne skutki chińskich działań napędzanych niepewnością i poczuciem słabości. Przede wszystkim tysiąca głowic jądrowych nie da się określić jako niezbędnego minimum „wiarygodnego potencjału odstraszania atomowego”. Zwłaszcza w sytuacji, gdy pod względem konwencjonalnych środków rażenia Chiny systematycznie zdobywają przewagę. Do tego strategiczna broń jądrowa ma niezwykle wysoki próg użycia.
Żeby było jeszcze gorzej, z punktu widzenia Pekinu, wszystkie działania mające zniechęcić USA i sojuszników do ustępstw przyniosły odwrotny efekt. Amerykanie rozbudowują siły wzdłuż pierwszego łańcucha wysp. Japonia dokonała radykalnej zmiany kursu, zdecydowała się pozyskać pociski umożliwiające atak na terytorium przeciwnika i rozmieszcza je w pobliżu Chin. Rozbudowywany arsenał jądrowy, strefy antydostępowe okazują się niewystarczające, tym bardziej że Japonia, Korea Południowa i Tajwan budują własne bańki antydostępowe wewnątrz chińskich stref A2/AD, poza którymi Siły Powietrzne ChALW nie są w stanie wywalczyć panowania w powietrzu. Innymi słowy, możliwość powstrzymania lotnictwa USA i sojuszników przed wykonywaniem uderzeń spoza zasięgu obrony przeciwlotniczej są ograniczone.
Zdaniem Inoue stąd właśnie pojawił się pomysł międzykontynentalnego pocisku balistycznego uzbrojonego w głowice konwencjonalne. Takie pociski mogłyby dać Chinom zdolność do przeprowadzenia uderzeń na Hawaje, Alaskę i kontynentalną część USA. Na liście potencjalnych celów znajdują się bazy marynarki wojennej i bombowców strategicznych, stocznie, znane składy uzbrojenia i paliw. Tym samym porażone zostałoby zaplecze do długotrwałej walki o Tajwan. Pozostaje oczywiście pytanie, jak odróżnić pocisk konwencjonalny od jądrowego i nie sprowokować USA do wyprowadzenia odwetowego uderzenia nuklearnego. Nawet jeżeli do tego by nie doszło, wojna z Chinami przestałaby być toczona tylko w obronie sojuszników, a stałaby się wojną w obronie własnego kraju. To zaś dałoby Waszyngtonowi znacznie solidniejszy mandat do kontynuacji walki.
Niemniej, jak zwraca uwagę Inoue, konwencjonalne ICBM-y wymuszają na Amerykanach rewizję części założeń. Kontynentalne Stany Zjednoczone, a przynajmniej ich zachodnia część i Hawaje, przestają być bezpiecznym schronieniem a zostają włączone do „strefy teatru działań”. Pamiętajmy jednak, iż ten sam efekt za to niższym kosztem i bez ryzyka atomowej eskalacji, dają bezzałogowce i amunicja krążąca odpalane z kontenerowych wyrzutni przewożonych przez zwykłe statki handlowe. Wątpliwe, by w obliczu zagrożenia pociskami balistycznymi z głowicami konwencjonalnymi Waszyngton się ugiął. Bardziej prawdopodobne jest dalsze zacieśnienie współpracy z Japonią i rozbudowa obrony przeciwrakietowej, w obecnym wcieleniu znanej jako Złota Kopuła. Tokio również zyskuje bodziec do rozbudowy obrony przeciwrakietowej i potencjału ofensywnego. To zaś zostanie dobrze przyjęte w Waszyngtonie, niezależnie od tego, kto będzie zasiadać w Białym Domu, i stanie się podstawą do dalszego i mocniejszego zaangażowania w regionie.

