Bitwa na Morzu Koralowym była pierwszym w historii starciem lotniskowców. Jej znaczenie było doniosłe. W przypadku sukcesu operacji „MO” Japończycy mogli pokusić się o dojście do Australii. Nawet bez tego, zadanie większych start Ameryka­nom i zatopienie im obu lotniskowców w dłuższym czasie mogło przesądzić także o japońskiej wygranej pod Midway. Mimo to bitwa pozostaje w Polsce stosunkowo mało znana. Sytuację tę postanowił zmienić Michał Piegzik ze swoją pracą Bitwa na Morzu Koralowym.

Niniejsza recenzja powstała w ramach współpracy reklamowej Konfliktów z wydawnictwem. Książka została opublikowana pod naszym patronatem medialnym. Opinie zawarte w recenzji pochodzą wyłącznie od jej autora.

Książka podzielona jest na cztery części, które z kolei dzielą się wewnętrznie na mniejsze rozdziały. Całość ma układ chronologiczny. Część pierwsza obejmuje okres od września 1941 do 6 maja 1942 roku. Zaprezentowano w niej tło wojny i plan Japończyków na zwycięstwo oraz zarys i pierwsze etapy operacji „MO”. Kolejne dwie części to szczegółowo opisane wydarzenia z 7 i 8 maja, a ostatnia część to opis rezultatu bitwy i jej następstwa aż do września 1942 roku.

Całość liczy 445 stron, z których 380 stanowi właściwy tekst, a pozostałe obejmują przypisy, biblio­grafię, indeks nazwisk i sześć załączników: Organizacja sił japońskich, Organizacja sił amerykań­skich, Skład grup lotniczych Zuikaku i Shokaku, Skład grupy lotniczej Shoho, Japońska terminologia związana z bitwą na Morzu Koralo­wym oraz Lista japońskich samolotów. W bibliografii w oczy rzuca się przede wszystkim szerokie wykorzy­sta­nie archiwów japońskich. Autor zna język japoński, może więc swobodnie korzystać z zasobów będących poza zasięgiem wielu nawet bardzo znanych badaczy wojny na Pacyfiku.

Książka jest pisana z perspektywy japońskiej. Oczywiście, Amerykanie są w niej obecni, jednak tylko w takim zakresie, w którym jest to niezbędne do pełnego przedstawienia wydarzeń. Szczegółowe analizy ich planowania i działania można przeczytać w dziesiątkach innych opracowań. Tu autor oddaje pole Japończykom, stronie nie tyle mniej znanej, ile często przedstawianej w sposób uproszony i pełen stereotypów. W tej książce są oni przedstawieni w pełnej krasie, że wszystkimi niuansami. A jest o czym pisać, od podziału kompetencji i rywalizacji między marynarką wojenną a wojskami lądowymi, przez wielokrotne zmiany planów i brak zdecydowania japońskiego dowództwa, przecenianie sił własnych i niedocenianie przeciwnika, po znaczenie, jakie dla przebiegu każdej operacji ma charakter poszczególnych dowódców.

Rzecz jasna, najwięcej miejsca poświęcono samej bitwie stoczonej 7 i 8 maja 1942 roku, ale nawet tam nie zabrakło aspektu ludzkiego, który dla autora, jak on sam podkreśla, jest bardzo ważny. Dlatego znamy z imienia i nazwiska załogi niemal wszystkich samolotów biorących udział w bitwie. Jeśli nie zostały wymienione w tekście, to są w załącznikach. Dowiadujemy się, którzy z nich byli świetni, a którzy byli zwykłymi rzemieślnikami w swoim fachu, jak ich wyszkolenie i osobowość bezpośrednio wpływały na los bitwy. Wysłanie tej, a nie innej załogi na zwiad miało wpływ na błędne rozpoznanie sił amerykańskich, osobista postawa najbardziej doświadczonych pilotów miała wpływ na decyzję o nieudanym wieczornym ataku Japończyków z 7 maja.

Michał A. Piegzik – Bitwa na Morzu Koralowym. Japońska ofensywa i pierwsza w dziejach bitwa lotnis­kow­ców. Przekład: Michał A. Piegzik. Znak, 2026. Stron: 448. ISBN: 9788384275436.

Co nie powinno zaskakiwać, bitwa jest opisana bardzo szczegółowo, wszak stanowi ona sens powstania całej książki. Autor przedstawia kolejne ataki, prezentuje taktykę, analizuje trafienia poszczególnych bomb i torped. Pojawiają się nawet odpowiednie rysunki i zdjęcia. Tam, gdzie to uznał za stosowne, autor podejmuje również dyskusję z faktami, które uchodzą za pewnik we wcześniejszych publi­ka­cjach, zwłaszcza zachodnich, a które nie znajdują potwierdzenia w doku­men­tach japońskich. Jest to praca wykonana bardzo solidnie i szczegółowo, dająca pełen obraz bitwy. I o ile dla pasjonatów tematu z pewnością znajdzie się w niej wiele smaczków, o tyle dla szerszego grona odbiorców będzie to po prostu szczegółowy opis bitwy, która i tak jest mniej więcej podobnie opisana w innych książkach.

Dla mnie najbardziej interesujące były te fragmenty, w których autor opisywał, jak małą świado­mość sytuacyjną mieli wszyscy uczestnicy bitwy, od pojedynczych pilotów po najwyższych dowód­ców. Załogi samolotów rozpoznawczych regularnie przesyłały błędne lub niekompletne meldunki. Mylono klasy okrętów, i nie chodziło o pomylenie krążownika z okrętem liniowym, ale zbiorni­kowca z lotniskowcem. Nie potrafiono określić składu wykrytego ugrupowania okrętów, nie przesy­łano informacji o kursie i prędkości. W pewnym momencie obie floty były o kilkadziesiąt mil od siebie i o tym nie wiedziały.

W innym wypadku japońscy piloci chcieli lądować na amerykańskich lotniskowcach, które wzięli za swoje. Obie strony regularnie wyolbrzymiały własne sukcesy, dono­sząc o liczbie zestrzelonych samolotów czy trafień bombami i torpedami. A gdzieś tam daleko dowódcy na podstawie tak marnych, niepełnych, przekłamanych i otrzymy­wa­nych z opóźnieniem informacji musieli podejmo­wać decyzje mające wpływ na powodzenie lub porażkę całej operacji. Jakże wielka jest to różnica w porównaniu z czasami współczesnymi, gdy dowódca, a nawet prezydent państwa, może śledzić na żywo nie tylko położenie własnych formacji, ale nawet pojedynczych żołnierzy.

Nie zamierzam, bo nie mam ku temu kompetencji, zagłębiać się w szczegółową merytoryczną ocenę książki jeśli chodzi o jej clou. Znając renomę autora i źródła, z których korzystał, należy zakładać, że jest ona na najwyższym możliwym poziomie, zwłaszcza że polskie wydanie zostało uzupełnione względem angielskiego oryginału o kilka informacji, które autorowi udało się uzyskać już po wydaniu wersji angielskiej. Swoją drogą, to bardzo rzadkie, że polski autor najpierw publikował książkę po angielsku w renomowanym wydawnictwie, jakim jest Naval Institute Press, a dopiero później była ona przekładana na język polski – również osobiście przez autora.

Mogę się za to przyczepić do dwóch drobiazgów z dziedziny, na której się trochę znam – lotnictwa. Na stronie 315 mowa jest o „linie arestera” na lotniskowcu. Prawidłowa polska nazwa pokładowego urządzenia hamującego lądujące samoloty to aerofiniszer. Z kolei w innym miejscu mowa jest o katapultowaniu się z myśliwca Zero, który, jak powszechnie wiadomo, nie miał fotela wyrzucanego. Pilot musiał opuścić samolot otwierając osłonę kabiny i wyskakując samodzielnie. Trzecim dostrzeżonym błędem jest określenie Australii jako wyspy, choć jest to kontynent.

Takie drobnostki nie mogą wpłynąć na ogólną bardzo pozytywną ocenę Bitwy na Morzu Koralowym. Z pewnością jest to najlepsza praca na ten temat dostępna w języku polskim, a patrząc na recenzje amerykańskich specjalistów od wojny na Pacyfiku, jest także jedną z najlepszych na świecie. Chociaż niektóre jej fragmenty z pewnością są skierowane bardziej do czytelników, którzy mają już pewne pojęcie o tym konflikcie, a inne szczegóły mogą być nużące (na przykład tabele z imiennymi zestawieniami poszczególnych formacji), zawsze można je ominąć bez szkody dla ogólnej narracji. Czytana w takiej formie książka powinna zainteresować szerokie grono odbiorców – zasługuje na to.