Książka liczy aż 668 stron. Wydrukowano ją na zwykłym kremowym papierze, dzięki czemu jest dość lekka jak na swoją objętość. Nie zaryzykuję określenia „poręczna”, ale z pewnością nie przeciąży Waszych regałów. Ilustracje umieszczono na wkładce z papieru kredowego. To dość konserwatywne, nieco staromodne rozwiązanie.
Tekst, zorganizowany w ścisłym porządku chronologicznym, dzieli się na trzy części, a te z kolei na rozdziały, których jest łącznie 24. Noszą one tytuły będące krótkimi cytatami ze źródeł, np. „Wygląda to źle”. To ciekawy zabieg, który uatrakcyjnia publikację, choć utrudnia późniejsze odnajdywanie interesujących zagadnień. Pochwalić mogę pomysł poprzedzenia tekstu słowniczkiem, który powoduje, że osoby mniej obeznane z tematyką wojskową łatwiej przyswoją sobie tę pracę. Cenny jest również spis osób, zamieszczony na końcu. Choć mówić należy nie tyle o spisie, ile o niewielkim rozdziale prezentującym kilkuzdaniowe biogramy najważniejszych postaci.
Muszę tu tradycyjnie – i z żalem – wspomnieć, że przypisy bibliograficzne znajdują się na końcu książki, a sama bibliografia jest zaledwie „wybraną bibliografią”. Nie jestem fanem żadnego z tych rozwiązań. Autor wykorzystał wiele źródeł archiwalnych, ale ślad tego pozostał zakopany głęboko w przypisach; czytelnik pozbawiony jest możliwości szybkiego zorientowania się w podstawie źródłowej pracy, by zobaczyć, na ile jest ona oryginalna. Prace historyczne nieoparte na źródłach archiwalnych częściej mają charakter syntetyczny lub po prostu kompilacyjny i – jeśli mocno siedzimy w jakimś temacie – po prostu szkoda na nie czasu i pieniędzy.
Nick Lloyd nie jest pierwszym, ani też z pewnością ostatnim autorem, który uczynił front zachodni pierwszej wojny światowej przedmiotem swoich badań. Jeśli chodzi o szczegółowość wywodu, to mamy do czynienia z ujęciem na poziomie operacyjnym. Opracowanie bardziej szczegółowe musiałoby mieć bowiem wiele tomów. Lloyd nie napisał czysto wojskowej historii frontu zachodniego: na kartach książki omawiane są też działania dyplomatyczne i polityczne.
Trzeba jednak przyznać, że tekst czyta się wartko. Autor sięga po zabiegi typowo beletrystyczne, takie jak wplatane w narrację dialogi. Pojawiające się na kartach postaci Lloyd krótko charakteryzuje, zupełnie jakby byli bohaterami powieści. Dzięki temu łatwiej je zapamiętać i dostrzec różnego rodzaju szczegóły, które czasem więcej zdradzają o człowieku niż przebieg jego służby wojskowej. Zwraca też uwagę wciągający sposób rozpoczynania i kończenia rozdziałów, co sprawia, że książkę trudno po prostu odłożyć na bok.

Nick Lloyd – Zachodni front. Historia pierwszej wojny światowej. Przekład: Wojciech Gadowski. Znak, 2026. Stron: 672. ISBN: 9788384275429.
Język przekładu jest poprawny i bogaty, a terminologia wojskowa używana jest precyzyjnie1. Dużym plusem polskiego wydania są fachowe przypisy pochodzące od tłumacza. Wyjaśniono w nich kwestie z zakresu umundurowania i wyposażenia oraz taktyki walczących armii, których autor nie rozwijał. Czytelnik anglosaski raczej wie, czym był ANZAC, ale polskiemu rzeczywiście warto to wyjaśnić.
Jeśli chodzi o zamieszczone mapy, na ogół stanowią dobre uzupełnienie tekstu. Ale gdy wielokrotnie wracałem kilka–kilkanaście stron, by odszukać jakąś rzekę czy miejscowość, zatęskniłem do tych wydań (np. międzywojennych niemieckich), gdzie drukowane na oddzielnych arkuszach mapy można było wygodnie położyć obok książki. Śledzenie ruchów wojsk nie wymagało mozolnego kartkowania… Zastanawiam się też, czy dobrą decyzją było ograniczenie map do oznaczenia jedynie armii. Bo na przykład mapa przedstawiająca ofensywę we Flandrii w 1917 roku zajmuje dwie strony, a jednostek zaznaczono na niej ledwie pięć. Czytelnik bardziej dociekliwy chętnie zobaczyłby tu dywizje i granice między nimi2. A na dodatek na mapach w tej publikacji nie używa się strzałek, tak potrzebnych do oceny kierunku i siły natarcia. Oznaczenia tego typu pozwalają też łatwo zorientować się w tym, który odcinek frontu był dla strony ofensywnej najważniejszy (patrz: niemiecki Schwerpunkt!).
Są w tej książce rzeczy, które ograniczają jej przydatność. Wspomniałem już o oryginalnych nazwach rozdziałów. Dodam do tego, że pięciuset pięćdziesięciu stronom zasadniczego tekstu towarzyszy jedynie prosty indeks osobowy. Tymczasem wydanie amerykańskie (które posiadam) zawiera rozległy indeks obejmujący zarówno osoby, nazwy miejscowe, nazwy sprzętu, pojęcia taktyczne oraz bitwy i jednostki wojskowe3. Wykaz tego typu pozwala błyskawicznie zorientować się, gdzie znajdziemy poszukiwane informacje. Polski czytelnik tego nie dostał – wielka szkoda. Recenzowana edycja sprawia wrażenie książki przeznaczonej raczej do jednorazowej lektury niż do późniejszego wykorzystywania jako kompendium.
Żeby dokładniej pokazać, co mam na myśli, podam konkretny przykład. Gdy pierwszy raz przekartkowałem to dzieło i zobaczyłem w słowniku terminów „wał ogniowy” (s. 13), nie wiedziałem, gdzie go szukać – nie ma indeksu rzeczowego, nie ma rozdziału zatytułowanego np. „Innowacje taktyczne”… Tymczasem termin ten pojawia się w książce prawie 30 razy. Nie pozostaje chyba nic innego, jak robić notatki w trakcie lektury.
Warte podkreślenia jest to, że angielski autor oddaje sprawiedliwość armii francuskiej i belgijskiej. Ma to szczególne znaczenie, ponieważ wiele popularnych opracowań anglosaskich przedstawia wojnę na froncie zachodnim niemal wyłącznie przez pryzmat doświadczeń brytyjskich.
Czy warto kupić tę książkę? Tak, ale warto zrobić to ze świadomością, że to dość ogólna synteza i pozycja przeznaczona do czytania ciągłego, a nie coś, co Anglosasi nazywają reference work – publikacja, do której wrócimy w poszukiwaniu jakichś szczegółów.
Kończąc, przyznam, że czekam z lekką obawą na polskie wydanie drugiej części historii Wielkiej Wojny autorstwa Nicka Lloyda. Dlaczego z obawą? Kolejny tom omawia łącznie front rosyjski i włoski oraz działania na Bałkanach. Byłbym gotów połączyć front rosyjski z rumuńskim, ale – na wszystko, co święte – co tam robią Włochy? Ale może tym razem wydawnictwo Znak przygotuje wyczerpujący indeks…
Przypisy
1. Zauważyłem jednak pewną niekonsekwencję: „marszałek polny” staje się po około 100 stronach „feldmarszałkiem”.
2. À propos tej mapy: tu uwadze polskiego wydawcy umknęły nazwy lasów na wschód od Verdun – pozostały one w wersji angielskiej: Sanctuary Wood, Dumbarton Wood itd.
3. N. Lloyd, The Western Front. A history of the First World War 1914–1918, New York 2021.