Czy religia – jej instytucje i kapłani – może legitymizować okrucieństwo aparatu państwowego i wojska? Dzieje ludzkości dostarczają nam pęczki przykładów, które potwierdzają, że odpowiedź na to pytanie jest oczywista. Nie inaczej było w Trzeciej Rzeszy, której ideologię co do zasady kojarzymy raczej jako wrogą religii jako takiej. Natomiast nie przeszkadzało to Kościołom i wiernym – z różnych przyczyn – głęboko uwikłać się w zbrodniczy system, a specyficznym potwierdzeniem tego faktu może być postawa kapelanów wojskowych Wehrmachtu wobec zaangażowania niemieckiej armii w orgię przemocy zwłaszcza na terenach Europy Środkowej i Wschodniej.
Dotąd niezgłębionemu szerzej tematowi bliżej przyjrzała się Doris L. Bergen, profesorka Uniwersytetu w Toronto, która na co dzień w pracy naukowej zajmuje się badaniami nad Holokaustem – zagadnieniami religii, płci kulturowej i etniczności w dobie Zagłady i drugiej wojny światowej. Bergen gościła z wykładami także w naszym kraju, gdzie kilkanaście lat temu wydano inną jej książkę (Wojna i ludobójstwo. Krótka historia Holokaustu). Z kolei w 2024 roku książka Między Bogiem a Hitlerem otrzymała nagrodę The Yad Vashem International Book Prize for Holocaust Research.
Nie licząc kilku artykułów opublikowanych na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku, publikacja Bergen jest bezsprzecznie przełomową. Dotąd historycy nie zajmowali się tematem uwikłania księży katolickich i pastorów protestanckich w niemieckie ludobójstwo na Żydach, Polakach, Rosjanach i innych narodach z podbitych krajów. Bergen korzysta z materiałów źródłowych w postaci prywatnej korespondencji, dokumentów wojskowych, archiwalnych zdjęć i relacji osób, które ocalały z wojennych masakr. Publikacja przygotowana przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego podzielona jest na siedem chronologicznie ułożonych rozdziałów. Zaczyna się jeszcze w 1933 roku, a więc dwa lata przed założeniem Wehrmachtu, ale nie kończy się na roku 1945, ponieważ wraz z Autorką przyglądamy się temu, jak byli kapelani Wehrmachtu radzili sobie w nowej, powojennej rzeczywistości. Wydawca przygotował także zdjęcia, mapy i tabele. Autorką udanego tłumaczenia jest Aleksandra Czwojdrak.
Nie można mieć innej opinii o posłudze kapelanów Wehrmachtu – dla porządku dodajmy, że w SS i Luftwaffe kapelanów wojskowych nie było – jak ta, że mamy do czynienia z ich moralną porażką. Duchowni stanęli po stronie sprawców zbrodni, zamiast pozostać strażnikami chrześcijańskich wartości. Autorce nie udało się udokumentować przypadku, w którym kapłan był bezpośrednim sprawcą zbrodni, ale obojętność – jak kilka lat temu głośno mówił Marian Turski – też jest grzechem. Kapelani byli częścią – jak nazywa to Autorka – „kultury ludobójstwa”. Zanurzyli się w systemie i strukturach, których cechą było niszczenie „podludzi”, a jednocześnie zaprzeczali mu i wymazywali jego ofiary.
Choć w ciągu dekady istnienia Wehrmachtu przez jego szeregi przewinęło się około tysiąca kapelanów, to wspomnień pozostawili bardzo niewiele, skrzętnie omijając wątek okupacyjnej i przyfrontowej orgii przemocy, której byli naocznymi świadkami. Stanowiło to dodatkowy problem w pracy badawczej kanadyjskiej historyczki. W nielicznych opublikowanych wspomnieniach wizerunek kapelanów jest kontrolowany. Występują w nich jako osoby nieskażone narodowym socjalizmem i pozostające ponad konfliktami wewnątrzkościelnymi. Nacisk kładziony jest na bezsilność i powinność z pobrzmiewającym w tle echem braku wyboru – jaki był udziałem działających na rozkaz zwykłych żołnierzy – oraz związaniem swoim powołaniem. Stąd jest już o krok do kreowania się w roli ofiar okrutnego konfliktu. W rzeczywistości z reżimem Hitlera kapelani pozostali związani do końca i dopiero ostatnią fazę wojny wykorzystali do odcięcia się od nazizmu.
Kapelani byli przy żołnierzach wszędzie tam, gdzie niemiecka armia otwierała kolejne fronty II wojny światowej, towarzysząc im aż do odwrotu do coraz bardziej kurczącego się Vaterlandu oraz w obozach jenieckich. Tak jak kapelani z wszystkich innych armii tego konfliktu, udzielali walczącym sakramentów, pocieszali chorych i rannych, uczestniczyli w pogrzebach poległych. Nikogo do tej funkcji nie zmuszano. Liczba chętnych zawsze przewyższała liczbę mianowanych, mimo iż kapelani musieli się liczyć z wrogim nastawieniem narodowosocjalistycznych ideologów, traktujących zasady wiary jako przeżytek niepotrzebnie nadwątlający moralne siły żołnierzy. Może stąd wynika demonstracyjna lojalność kapłanów w mundurach, przejawiająca się w szczególnych modlitwach i nabożeństwach na przykład z okazji urodzin Adolfa Hitlera. Kościół jako struktura był w Trzeciej Rzeszy szykanowany, ale nikt nie burzył świątyń i nie prześladował chrześcijan za sam fakt wiary w Boga. Przywódcy kościelni robili wiele, aby dowieść przydatności chrześcijan dla walczącego narodu. Jakże odmiennie kształtowała się sytuacja Kościoła na przykład na ziemiach polskich, wcielonych bądź okupowanych przez nazistowskiego sąsiada… Możemy tylko domyślać się, że podczas kampanii wrześniowej i pierwszych miesięcy okupacji kapelani musieli przeżyć szok na widok przemocy wobec polskich księży i zakonników. Autorka przyznaje jednak, że nie natknęła się na ani jedną wzmiankę na ten temat, nie znalazła też żadnej relacji kapelanów katolickich Wehrmachtu odnośnie kampanii w Polsce.
„Autorytet moralny kapelanów Wehrmachtu czynił z nich klucz do kreowania uspokajających wersji wydarzeń dla żołnierzy i ich rodzin, dla których pełnili posługę, a także dla nich samych” – wskazuje Bergen. Narracja, którą wykorzystywali, pozwalała sprytnie przejść do porządku dziennego nad zbrodniami bądź przesłonić je… cierpieniem Niemców. Wstyd, który odczuwali z powodu zbrodni popełnianych nie tylko przez formacje SS, o których pewnie słyszeli, ale także przez samych żołnierzy Wehrmachtu, których byli naocznymi świadkami, maskowali obwinianiem ofiar. Ułatwiała to nazistowska propaganda, według której Żydzi byli śmiertelnym zagrożeniem dla Niemiec, a kolejne podbijane narody stanowiły zagrożenie militarne i rasowe, które trzeba było wyeliminować. Skoro kapelani „byli jak jeden mąż z ludźmi, dla których pełnili posługę, to znaczy, że musieli widzieć i słyszeć to, co ludzie ci robili, i wiedzieć o tym. Jeśli zaś nie wiedzieli, to znaczy, że byli naprawdę oderwani od rzeczywistości” – podkreśla autorka. Ta umiejętność dostosowania się do każdej sytuacji potwierdziła się już po wojnie, w latach 50., kiedy kapelani Wehrmachtu znaleźli sobie miejsce w nowym wojsku Niemiec Zachodnich, w Bundeswehrze. Zimna wojna stała się dla nich czymś na kształt wybawienia, umożliwiając kreowanie się na twarze niezmiennie chrześcijańskiego człowieczeństwa Niemiec. Pomocne w tym procesie było z pewnością zwolnienie ostatnich niemieckich jeńców wojennych przez Związek Radziecki.
Praca badawcza, wykonana przez autorkę w sytuacji skąpej liczby źródeł, w tym zwłaszcza wspomnień „bohaterów” książki, zasługuje na uznanie. Lektura prowokuje do zadawania pytań na pograniczu wiary, ideologii i okrutnej codzienności w czasach ekstremalnych, która często weryfikuje nasz moralny kręgosłup. O niewielu książkach historycznych można tak powiedzieć, co z pewnością tę publikację dodatkowo wyróżnia.
