Gdy 4 czerwca 1989 roku w Polsce otwierano lokale wyborcze, w Pekinie było już po wszystkim. Po blisko dwóch miesiącach protestów na placu Niebiańskiego Spokoju studenci doma­gający się demokratyzacji sys­temu zostali rozjechani przez czołgi. Chiny nie poszły drogą państw Bloku Wschodniego, a Komunistyczna Partia Chin uznała się za główną ofiarę wydarzeń, które oficjalnie pojawiły się niczym deus ex machina, bez żadnej wyraźnej przyczyny. W rzeczywistości protesty były zwień­cze­niem trwającego ponad dekadę procesu, a spowodowana przez nie trauma cały czas rzutuje na postawę chińskiego kierownictwa.

Pokłosie rewolucji kulturalnej

Paradoksalnie wszystko zaczęło się jeszcze podczas rewolucji kulturalnej. Niemało czerwono­gwardzistów (hun­wej­binów) wzięło do serca stare hasło: „cała władza w ręce rad!”. Gdy Mao polecił wojsku przywrócić porządek, wielu z nich uznało, że przewodniczący zdradził rewolucję. Niespodziewanym bohaterem byłych rewolucjonistów stał się prześla­do­wany przez władze Deng Xiaoping. Sam Deng miał rachunki do wyrównania z Mao i Bandą Czworga, chociaż był jak najdalszy od jakich­kolwiek wezwań do demokra­tyzacji. Niemniej postanowił wykorzys­tać dawnych hunwejbinów do swoich celów.

Zanim jednak do tego doszło, wezwania do demokratyzacji pojawiły się pierwszy raz w sferze publicznej. 3 kwiet­nia 1976, a więc jeszcze za życia Mao, święto zmarłych Qingming dało pretekst do masowej demonstra­cji upamiętniającej zmarłego w styczniu tamtego roku Zhou Enlaia. Na placu Tiananmen zebrało się 100 tysięcy mieszkańców Pekinu. Protest oczywiście brutalnie stłumiono.



Uczestnicy tych wydarzeń, czyli głównie dawni czerwonogwardziści, widzieli w sobie spadkobierców ruchu 4 maja 1919 roku, zainicjowanego przez studentów domagających się modernizacji kraju i demokracji. W roku 1976, mimo zdecydowanych działań władz, krótko po demonstracji długi na sto metrów mur w pobliżu dawnego pałacu cesarskiego prze­kształ­cił się w „mur demokracji”. Kto chciał, wywieszał tam „gazetki wielkich znaków”, ręcznie pisane plakaty z hasłami politycznymi i esejami. „Mur demokracji” stał się ważnym miejscem oddolnej, pozapar­tyjnej debaty politycznej.

W roku 1978 Deng w końcu wymanewrował swoich przeciwni­ków i objął przywództwo w KPCh, chociaż zadowolił się formalnie jedynie posadą wicepremiera. W tym samym roku ogłosił cztery moder­ni­zacje: gospodarki, rolnictwa, nauki i wojska. Zanim jeszcze do tego doszło, Ogólno­chińskie Zgroma­dzenie Przed­sta­wi­cieli Ludo­wych ogłosiło w lutym 1978 roku nową konstytucję. Gwa­ran­to­wała ona wolność wypowie­dzi i prasy oraz prawo do demon­stra­cji i strajków.

Deng osiągnął jednak swoje cele i poparcie ruchu prodemokratycznego nie było już mu potrzebne, tym bardziej że postulaty zaczynały iść coraz dalej. W grudniu 1978 roku jeden z przywódców ruchu, Wei Jingsheng, były hunwejbin, a podówczas elektryk w pekińskim zoo, wywiesił na „murze demokracji” apel o piątą modernizację – demokraty­zację. Wei argumentował, że bez tego cztery modernizacje Denga będą niewiele warte. Co gorsza, przed­stawiał demokrację jako prawo ludu do odwoływania swoich przed­sta­wi­cieli i przytaczał przykłady odsunięcia od władzy Richarda Nixona, Charles’a de Gaulle’a i premiera Japonii Kakueia Tanaki.

Wei Jingsheng przemawia w Waszyngtonie podczas obchodów 20. rocznicy masakry na placu Tiananmen.
(Prince Roy, Creative Commons Attribution 2.0 Generic)

Tego było już za wiele. Deng odpowiedział „czterema zasadami kardynalnymi”. Były to kolejno: socjalizm, dyktatura proletariatu, przewodnia rola partii komunistycz­nej i marksizm-leninizm wraz z myślą Mao Zedonga. Zaraz potem nastąpiła fala aresztowań przywódców ruchu prodemokratycz­nego. Weia skazano na piętnaście lat więzienia i ciężkich robót. Stłumienie tego pierwszego zrywu poszło bardzo łatwo. Zwo­len­nikom demokra­ty­zacji zabrakło szer­szego poparcia. Po doświad­cze­niach rewolucji kulturalnej dawni czer­wo­no­gwar­dziści nie mogli liczyć na wsparcie inte­lek­tu­ali­stów i studentów. Obie te grupy Deng zjednał sobie obietnicami podniesienia statusu społecznego i większymi nakładami na naukę. Wydawało się, że sytuacja została opanowana. Było to jednak mylne przekonanie.



Cisza przed burzą

Jedną z konsekwencji rewolucji kulturalnej był upadek wiary w komunizm. Partia musiała znaleźć nowy sposób, aby zjednać sobie społeczeństwo. Deng wystąpił z propozycją nowej umowy społecznej: władza zostaje w rękach KPCh, natomiast ludzie mogą się bogacić. Bardzo ostrożne reformy gospodar­cze, często wprowadzane oddolnie, umożliwiły wielu ludziom, zwłaszcza na wsi, poprawienie swojego statusu materialnego, Deng cieszył się więc popularnością i poparciem. Potrzebna była jednak podpora ideologiczna. Deng zachęcał więc intelektualistów do „szukania prawdy w faktach”, co miało wspomóc modernizację.

Wraz z otwarciem na świat do Chin zaczęły przenikać zachodnie idee i styl życia. Najbardziej widoczne było to w sztuce, gdzie popularność zdobywały awangardowe kierunki literatury, muzyki i sztuk plas­tycz­nych. Jedno­cześ­nie zapano­wała nie­spo­ty­kana wcześniej w ChRL swoboda intelektualna. „Gazetki wielkich znaków” i „mur demokracji” miały się doskonale. W Pekinie ukazywało się wówczas 55 podziemnych gazet, w całym kraju – ponad sto. Ludzie coraz śmielej głosili swoje przekonania.

Deng Xiaoping i Jimmy Carter, 1979 rok.
(via National Archives and Records Administration)

Ten ferment wywołał zaniepokojenie chińskiego przywództwa. Dla Denga demokracja równała się chaosowi, który w jego opinii oznaczał nieuchronny upadek kraju. W roku 1981 ruszyła pierwsza kampania walki z „przejawami nadmiernego liberalizmu”, „burżuazyjnej libera­li­zacji”, „złych tendencji artystycz­nych”, „duchowego zatrucia” i materia­lizmem. Kampanię ponawiano w latach 1983 i 1986 – z marnym skutkiem. Sygnałem dokręcania śruby było usunięcie z konstytucji prze­pi­sów dotyczących wolności wypowiedzi i prasy oraz prawa do demonstracji i strajków w roku 1982.

Ale nawet w kierownictwie KPCh brakowało jedności. Sekretarz gene­ralny Partii Hu Yaobang sprzyjał liberalizacji politycznej, podobnie Xi Zhongxun, ojciec Xi Jinpinga. Dengowi udało się usunąć Hu ze stanowiska dopiero w roku 1987. Wówczas sytuacja w kraju była już bardzo napięta.



Buzujący imbryk

W połowie lat 80. reformy gospodarcze utknęły w miejscu. Pojawiła się inflacja, a następnie recesja. Pleniła się korupcja, rosły nierówności majątkowe. Głównymi beneficjentami otwarcia okazali się „książęta i księżniczki”, dzieci przywódców, które zarabiały krocie na obsłudze zagranicznych firm. Firmy państwowe nie przynosiły zysków, musiały być dotowane przez państwo, aby przetrwać, a ich majątek był rozkradany. Po kraju zaczynały krążyć grupy zubożałych chłopów. W historii Chin zawsze była to zapowiedź kłopotów prowa­dzą­cych do upadku dynastii. Widmo chaosu, którego tak obawiał się Deng było coraz bardziej realne.

Jakby tego było mało, chińscy intelek­tu­aliści z uwagą obserwowali rozwój Solidar­ności w Polsce i zainicjowane przez Michaiła Gorbaczowa reformy polityczne w Związku Radzieckim. Coraz częściej pojawiały się pytania, czy podobne zmiany można wpro­wa­dzić w Chinach. Zwłaszcza na uczel­niach rósł ferment. Kraj przypominał buzujący imbryk, a demokratyzacja stała się jednym z częściej omawianych tematów.

Ferment narastał od wiosny 1986 roku. W trakcie niekończących się debat na łamach podziemnej prasy i „gazetek wielkich znaków” ścierali się przedstawiciele różnych nurtów, z „socjalizmem z chińską charakte­rys­tyką” i nieortodoksyj­nymi interpreta­cjami marksizmu włącznie. Wspól­nym mianownikiem było uznanie demokracji za niezbędny warunek rozpoczęcia nowej ery rozkwitu gospodarczego.

Protesty studenckie zaczęły się 5 grud­nia 1986 roku. 3 tysiące studentów elitarnego uniwersytetu naukowo-technicznego w Hefei protestowało tego dnia przeciwko nie­de­mo­kra­tycz­nej ordynacji do nieodległych wyborów przed­sta­wi­cieli studenckich. Demon­stranci domagali się swobodnego wyboru własnych kandydatów. Pojawiły się też hasła „nie ma modernizacji bez demokracji”. W następnych tygod­niach protesty rozlały się na inne uczelnie, łącznie 159, w tym te w Pekinie i Szanghaju. W tym ostatnim ośrodku 20 grudnia demonstrowało 30 tysięcy studentów, domagających się demokracji, władzy ludu (a nie ludowej), praw człowieka, a nawet obalenia KPCh.

Studenci mieli wsparcie wicerektora uniwersytetu w Hefei. Profesor astro­fizyki Fang Lizhi już miesiąc wcześ­niej w trakcie wystąpienia na szanghajskim uniwersytecie Tongji otwarcie mówił o związkach demo­kracji i modernizacji oraz koniecz­ności całkowitej westernizacji. Feng publicznie głosił, że dekady rządów KPCh nie zmieniły zacofanych Chin. Posunął się nawet do stwierdzenia, że „socjalistyczna era była pomyłką”, a sam marksizm jest już przestarzały.



Początkowo Partia ustępowała. Jesień 1986 roku była szczytem politycznej liberalizacji w ChRL. Na początku następnego roku Deng wraz z frakcją twardogłowych uznali jednak, iż sprawy poszły za daleko. Wydano pozwolenie na siłowe tłumienie studenckich protestów. Fang Lizhi został pozbawiony stanowiska i wykluczony z KPCh. Protesty dały pretekst do usunięcia Hu Yaobanga, zaś reformatorski premier Zhao Ziyang został zastąpiony przez wiernego Dengowi twardogłowego Li Penga. Nie oznaczało to całkowitego stłamszenia reformatorów, Zhao został bowiem sekretarzem gene­ral­nym KPCh. Niemniej sytuację udało się uspokoić, ale nie rozwiązano żadnego z problemów skłaniających do protestów. Zaproponowana przez Denga umowa społeczna nadal się chwiała.

Fang Lizhi w 2010 roku, w wieku 74 lat.
(Melirius Creative Commons Attri­bution-Share Alike 2.0 Generic)

Pekińska wiosna 1989 roku

Rok 1989 zwiastował problemy. Przypadały wówczas 70. rocznica ruchu 4 maja i 40. rocznica pro­kla­mo­wania ChRL. Już w styczniu niestrudzony Fang Lizhi napisał do Denga list otwarty, w którym wzywał, aby z okazji jubileuszy ogłosić powszechną amnestię. Szczególny nacisk kładł na więźniów poli­tycz­nych, w tym Wei Jingshena. W lutym podobny list wystosowała grupa wybitnych intelektualistów, a w marcu petycję w tej sprawie wystosowali naukowcy z powszechnie szanowanej Chińskiej Akademii Nauk.

Iskrą, która doprowadziła do wybuchu była śmierć Hu Yaobanga 15 kwietnia 1989 roku. Przyczyną zgonu był rozległy zawał, doznany podczas partyjnej narady. 17 kwietnia na placu Tiananmen zaczęli gromadzić się studenci chcący upamiętnić popular­nego przywódcę. Uczestnicy demon­stracji postrzegali się jako spadko­biercy ruchu 4 maja. Zaczęła się „pekińska wiosna 1989 roku”. Już pierwszego dnia protestujący sfor­mu­ło­wali siedem postulatów. Od władz domagano się:

  1. uznania za właściwe poglądów Hu na burżuazyjną liberalizację;
  2. uznania za błąd kampanii walki z „przejawami nadmiernego libe­ra­lizmu” itd.;
  3. zniesienia cenzury i zgody na publikację prywatnych czasopism;
  4. podniesienia wydatków na naukę;
  5. zniesienia ograniczeń demon­stro­wania na terenie Pekinu;
  6. zagwarantowania uczciwego relacjonowania wydarzeń na Placu;
  7. ujawnienia dochodów partyjnych przywódców i ich rodzin.

Wszystkie postulaty były szokiem, zwłaszcza dla twardogłowych. Z drugiej strony ruch studencki był spontaniczny i niezorganizowany. Poza siedmioma postulatami nie wypracowano żadnego spójnego programu, nie było też jednolitego przywództwa. Co istotniejsze, nikt nie mówił o rewolucji i obaleniu KPCh. Studenci chcieli reform oraz zajęcia się przez władze palącymi kwestiami społecznymi i gospodarczymi, zwłasz­cza korupcją. Mimo wezwań do modernizacji protestujący postępo­wali zgodnie z chińską tradycją. Oburzeni niewłaściwym ich zdaniem postępowaniem władz, złożyli petycję i postanowili czekać na placu Tiananmen, dopóki nie otrzymają odpowiedzi. Liczba protestujących początkowo wynosiła zaledwie około tysiąca.



Sam plac Niebiańskiego Spokoju to szczególne miejsce w Pekinie. To centrum miasta i kraju. To tam ogłaszano cesarskie edykty, tam protestowali w roku 1919 studenci, wreszcie to tam Mao Zedong ogłosił powstanie Chińskiej Republiki Ludowej. Do dzisiaj zresztą na Bramie Niebiańskiego Spokoju wisi jego olbrzymi portret.

Brama Niebiańskiego Spokoju z portretem Mao Zedonga.
(Charlie fong, via Wikimedia Commons)

Jak ujawniły tajne dokumenty z posiedzeń politbiura, wywiezione w roku 2001 przez Andrew J. Nathana, kierownictwo KPCh było spara­li­żo­wane. Zhao Ziyang chciał rozmawiać z protestującymi, Li Peng zalecał twarde stanowisko, a Deng nie mógł podjąć decyzji. Twardogłowi widzieli w studentach śmiertelne zagrożenie dla władzy Partii. Sam Deng obawiał się powtórki z pierwszego okresu rewolucji kulturalnej i zaczął skłaniać się ku twardogłowym. 26 kwietnia opublikował w Dzienniku Ludowym artykuł, w którym potępił protest jako „rewoltę”.

Był to fatalny błąd. Już następnego dnia na plac pomaszerowało 80 tysięcy osób. Do studentów zaczęli dołączać zwykli ludzie. Demonstranci odrzucali partyjną terminologię i mówili o sobie jako o obywatelach, a nie „masach”. 4 maja, w rocznicę studenckich protestów z roku 1919, na placu zebrało się 300 tysięcy osób. Zhao nie odważył się rozmawiać z demonstrantami, ale w swoim okolicznościowym wystąpieniu nazwał ich postulaty „rozsądnymi”. Sytuacja stała się patowa. Władze ciągle nie były w stanie podjąć decyzji. By wywrzeć nacisk, pięciuset studentów, znowu zgodnie z chińską tradycją, rozpoczęło strajk głodowy. Hymnem protestujących stał się utwór Yīwúsuǒyǒu (idiom, który można przetłumaczyć jako: nie posia­dam niczego) rockowego muzyka Cui Jiana. Nie dość, że wywrotowy rock z Zachodu, to jeszcze tytuł brzmiał jak wyzwanie rzucone władzom.



W Zhongnanhai rosła panika. 15 maja do Pekinu miał przybyć Gorbaczow. Po raz pierwszy od wizyty Chrusz­czowa w roku 1960 Chiny miał odwiedzić przywódca Związku Radziec­kiego. Wydarzenie zaiste przełomowe, po tym jak oba bratnie kraje socjalistyczne w ciągu minionych dwudziestu lat dwukrotnie stanęły na krawędzi wojny. Do Pekinu tłumnie zjeżdżali więc zagraniczni dziennikarze, aby na miejscu znaleźć coś jeszcze ciekawszego. Oczy całego świata były zwrócone na plac Niebiańskiego Spokoju. Władze wydały polecenie opuszczenia Placu, które studenci zignorowali. Radziecki przywódca był dla nich bohaterem, wprowadzającym demokratyczne reformy. Gorbaczow wyjechał, dzien­ni­karze zostali, by relacjonować wydarzenia. Kierownictwo KPCh uważało, że traci twarz.

Dalej było jeszcze gorzej. 17 maja na plac Tiananmen pomaszerowało milion osób. Do studentów z Pekinu dołączali już nie tylko studenci z innych ośrodków, ale także robotnicy, kadeci Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, a nawet funkcjo­nariusze bezpieki. Sami studenci, których podówczas było w Chinach około 4 milio­nów, nie stanowili zagrożenia. Gdy jednak zaczęli do nich dołączać robotnicy i wojskowi, fundamenty władzy ludowej zaczęły się trząść i chociaż nikt nie chciał obalać systemu, partyjna wierchuszka popadła w histerię.

Nadjeżdżają czołgi

Deng zdecydował się przejść na stronę twardogłowych. Spośród partyjnych weteranów zebrał gabinet cieni i z jego pomocą wymusił na politbiurze wprowadzenie stanu wyjątko­wego i stłumienie „rebelii” siłą. Li Peng ogłosił wprowadzenie stanu wyjątko­wego 20 maja. Nic to jednak nie dało. Studenci i mieszkańcy Pekinu nie dali się zastraszyć i na ulicach prowadzących na plac zaczęli wznosić barykady. Stanu wyjątko­wego nato­miast nie miał kto wyegzek­wować. Żołnierze stołecznego garnizonu nie chcieli strzelać do cywilów, a nawet bratali się z protestującymi.

Wydawało się, że w takiej sytuacji Deng będzie chciał porozumieć się z „masami”. Stary komunista parł już jednak do rozwiązania siłowego. Ze swojego rodzinnego Syczuanu ściąg­nął lojalną sobie i zaprawioną w walkach z Wietnamczykami 27. Grupę Armijną. Na przegrupowanie jednos­tek z drugiego końca kraju potrzeba było dwóch tygodni.



Przygotowania do odbicia Placu zakończono 3 czerwca. Przez mega­fony zażądano rozejścia się protes­tu­ją­cych, opuszczenia placu Tiananmen i niewycho­dze­nia na ulice. W odpowiedzi mieszkańcy stolicy obsadzili barykady. Żeby było jeszcze ciekawiej, w poprzednich dniach protesty zaczęły słabnąć. Już 30 maja pekińscy studenci zdecydowali o opuszczeniu placu. Na pożegnanie studenci Akademii Sztuki naprze­ciwko portretu Mao wystawili dziewięciometrowy posąg „Bogini Demokracji”, wzorowany na Statui Wolności.

Jak wynika z dokumentów Nathana, Deng i twardogłowi mieli problemy ze zrozumieniem sytuacji. Wojsko mogło użyć broni jedynie w obronie własnej i absolutnej ostateczności. Na pytanie, co robić, gdy protestujący odmówią opuszczenia placu, Deng odpo­wie­dział, że żołnierze mają ich wynieść na własnych plecach. Takie rozkazy wydane pododdziałom zupełnie nieprzeszkolonym w pacyfikacji tłumów – i niemających sprzętu do tego – doprowadziło do tragedii.

Stojącym pod barykadami żołnierzom 27. Grupy Armijnej szybko puściły nerwy. Otworzyli ogień. Jako że wielu zwykłych ludzi jeszcze za czasów Mao przeszło przeszkolenie na wypadek agresji „kapitalistycznych imperia­lis­tów” lub „socjalistycznych rewizjo­nis­tów”, wybuchły regularne walki. Zgodnie z instrukcjami sprzed dwudziestu lat w rury wydechowe czołgów i transporterów opance­rzo­nych wkładano nasączone benzyną koce i je podpalano. Wielu żołnierzy zostało spalonych lub po prostu zatłuczonych na śmierć. Ulice Pekinu spływały krwią. Liczba ofiar po obu stronach do dzisiaj pozostaje tajemnicą państwową. Brytyjski ambasador w Pekinie sir Alan Donald w notce sporządzonej dzień po masakrze szacował liczbę zabitych na co najmniej dziesięć tysięcy. Przy okazji określił żołnierzy 27. Grupy Armijnej jako „analfabetów” i „prymitywów”.

Gdy wojsko dotarło do placu, przez megafony wezwano pozostałych studentów do rozejścia się. W odpowiedzi protestujący zaczęli grać Międzynarodówkę, kolejny afront wobec władz. Najwięksi radykałowie gotowi byli zginąć, pisano listy pożegnalne i testamenty. Katastrofy udało się uniknąć dzięki jednemu z bardów protestów, tajwańskiemu rockmanowi Hou Dejianowi. To on przekonał studentów, że dalszy opór nie ma sensu, a u dowódców oddziałów otaczających plac Niebiań­skiego Spokoju wynegocjował swo­bodne odejście protestujących. 4 czerwca o godzinie 5.00 rano było już po wszystkim, plac Tiananmen był pusty.



Pokłosie

Krwawe stłumienie protestów było dla KPCh wizerunkową katastrofą. Gdy z Europy Środkowej i Związku Radzieckiego nadchodziły wieści o liberalizacji i demokratyzacji, z Chin poszły w świat zdjęcia ludzi stojących naprzeciwko czołgów (kilka najsłyn­niej­szych, z których jedno wieńczy niniejszy artykuł, wykonał Jeff Widener już 5 czerwca, gdy czołgi opuszczały plac). Chociaż na samym placu Tiananmen naj­praw­do­po­dob­niej nikt nie zginął – do masakry doszło właściwie przy moście i stacji metra Muxidi – a większość ofiar stanowili mieszkańcy Pekinu, protesty stały się nierozer­walnie związane ze studentami. Po „pekińskiej wiośnie” nadeszła „epoka lodowcowa”.

Władze przystąpiły do zemsty. Frakcja liberalna wewnątrz Partii została zmiażdżona, Zhao Ziyanga usunięto ze stanowiska sekretarza general­nego. Resztę życia spędził w areszcie domowym. Uczestnicy protestów, a zwłaszcza ich przywódcy, byli prześladowani. Deng jednak po raz kolejny wpadł we własne sidła. Twardogłowi, z którymi się sprzy­mie­rzył, nie byli chętni reformom gospodarczym. Oznaczały one dla nich podkopywanie fundamentów władzy „ludowej”. Potrzeba było kilku kolejnych lat wewnątrzpartyjnych rozgrywek, aby modernizacja ponownie ruszyła.

Kierownictwo KPCh kompletnie źle odczytało sytuację i nie potrafiło zrozumieć przyczyn wybuchu. W myśl oficjalnej, obowiązującej do dziś wersji błędy popełnione podczas modernizacji nie miały nic do rzeczy, linia Partii była słuszna. Protesty miały być dziełem wrażych zewnętrz­nych sił, dążących do obalenia systemu. Zachodni agenci mieli omamić grupę studentów, którzy następnie zwiedli młodzież. Fakt, że większość demonstrantów i ofiar pacyfikacji stanowili robotnicy, urzęd­nicy, sklepikarze, skrzętnie pomijano.

Upadek systemu komunistycznego w Europie jedynie pogłębił paranoję chińskiego przywództwa. Kierow­nictwo KPCh uznało, że znalazło się w kapitalistycznym oblężeniu, i przeko­nanie to utrzymuje się do dziś. Za wyłącznego sprawcę rozpadu Związku Radzieckiego w Pekinie uznano Gorbaczowa. Wniosek był prosty – nie wolno dopuścić do politycznej liberalizacji. Szczególny szok wywołało rozstrzelanie Nicolae Ceaușescu i jego żony w Boże Narodzenie 1989 roku. Oglądając nagranie z egzekucji, Deng miał powiedzieć, że za wszelką cenę muszą uniknąć podobnego losu. Inna wypowiedź przywódcy mówiła o konieczność utrzymania władzy, by groby chińskich komunistów były otoczone opieką.

Skoro o grobach mowa. Hu Yaobang został skazany na potępienie, nie pochowano go na pekińskim cmen­tarzu Babaoshan, gdzie spoczywają partyjni przywódcy. Spoczął w swoim rodzinnym Gongqingcheng. Ale nawet tam stanowi problem dla władz, nawet obecnych. Ponad trzydzieści lat po śmierci Hu nadal cieszy się popularnością i szacunkiem ludzi. Zakaz składania kwiatów i palenia kadzidełek na grobie postawiłby partię w niezręcznej sytuacji. Grób Hu jest pilnowany przez służby, które baczą, żeby czczenie pamięci byłego sekretarza generalnego nie przero­dziło się w wystąpienia przeciwko władzom.



Pamięć o „pekińskiej wiośnie”, protestach i ich brutalnej pacyfikacji była skrzętnie wymazywana. Wszel­kie skojarzenia z wydarzeniami na placu Tiananmen do dzisiaj są z całą stanowczością rugowane. Gdy popu­larny influencer Li Jiaqi w swoim programie wyemitowanym 4 czerwca 2022 roku pokazał lody w kształcie czołgu, natychmiast został zdjęty z anteny. Głównym miejscem obchodów rocznicy stał się Park Victorii w Hongkongu. Wraz z likwidacją autonomii byłej brytyjskiej kolonii park stał się jednym z najpilniej strzeżonych miejsc w mieście.

Literatura

Frank Dikötter, China After Mao, Londyn 2023
Frank Dikötter, Rewolucja Kulturalna, Warszawa 2016
M. Taylor Fravel, Active Defense. China’s Military Strategy since 1949, Princeton 2019.
Julian Gewirtz, Never Turn Back: China and the Forbidden History of the 1980s, Harvard University Press 2022
Bogdan Góralczyk, Wielki Renesans, Chińska transformacja i jej konsek­wencje, Warszawa 2018
Andrew J. Nathan, The Tiananmen Papers, Foreign Affairs January/February 2001
Konrad Seitz, Chiny, Powrót Olbrzyma, Warszawa 2008

ASSOCIATED PRESS Photo / Jeff Widener, File