Wraz z doniesieniami o skali zbrodni popełnianych w Sudanie coraz większa uwaga jest kierowana na zewnętrzne siły napędzające wojnę domową. Jedną z nich są Zjednoczone Emiraty Arabskie, które od lat budują sieć wpływów w Afryce, zręcznie wykorzystując napięcia wewnętrzne i instrumenty nacisku polityczno-gospodarczego. Emiratczycy pozostają niemal doskonale pragmatyczni, potrafią współpracować zarówno z separatystami, jak i z rządami walczącymi o utrzymanie jedności państwa.

Elastyczność i szeroki zakres działań sprawiają, że przez lata udało się Emiratom zbudować ciche imperium. Dążą one przede wszystkim do zabezpieczenia szlaków morskich na liniach Morze Czerwone–Morze Śródziemne oraz Morze Czerwone–Ocean Indyjski.

Znacznie tańsze, szczególnie wizerunkowo, niż bezpośrednia interwencja jest udzielanie wsparcia materialnego i szkoleniowego. Jest to widoczne szczególnie w układach dotyczących wschodniego wybrzeża Afryki i obszaru od Sahelu do Rogu Afryki. W tym drugim przypadku najistotniejsza jest walka z grupami terrorystycznymi. Sojusz między ekstremistami a piratami jest szczególnie niebezpieczny z perspektywy ZEA. Długofalowo najważniejsze pozostaje jednak bezpieczeństwo na morzach.

Somalia

Kluczowym elementem architektury emirackich wpływów w regionie jest Somalia. Już w 2015 roku otwarto Centrum Szkoleniowe Generała Gordona, kamień milowy dla budowy potencjału bojowego somalijskich sił zbrojnych. Szkolono tam nie tylko zwykłych żołnierzy i komando­sów, ale również regionalne siły Dżubalandu – autonomicznej republiki na południu kraju.

Chcąc nie chcąc, Mogadiszu musi współpracować z oddziałami poszczególnych prowincji. W realiach trwającego od dekad konfliktu z Asz-Szabab kooperacja, tak w 2015, jak i w 2025 roku, pozostaje niezbędna dla utrzymania kruchego status quo. Zmiana układu sił przyszła z nieoczekiwanej strony: ekstremiści pogrążyli się w konflikcie wewnętrznym.

Somalia była jednym z miejsc, w których doszło do krwawej wojny w łonie międzynarodowego ruchu dżihadystycznego. Al-Ka’ida walczyła z Da’isz o dominację, a Róg Afryki był kluczowym elementem układanki. Dodatkowo na wybrzeżu aktywni pozostawali piraci, mocno osłabieni dzięki międzynarodowym operacjom wojskowym, jednak nie zniszczeni. W desperacji mogli nawiązać bliską współpracę z terrorystami.

Odkąd rozpoczęliśmy finansowanie Konfliktów przez Patronite i Buycoffee, serwis pozostał dzięki Waszej hojności wolny od reklam Google. Aby utrzymać ten stan rzeczy, potrzebujemy 2000 złotych miesięcznie.

Możecie nas wspierać przez Patronite.pl i przez Buycoffee.to.

Rozumiemy, że nie każdy może sobie pozwolić na to, by nas sponsorować, ale jeśli wspomożecie nas finansowo, obiecujemy, że Wasze pieniądze się nie zmarnują. Nasze comiesięczne podsumowania sytuacji finansowej możecie przeczytać tutaj.

STYCZEŃ BEZ REKLAM GOOGLE 87%

ZEA zdecydowały się na opłacenie szkolenia i wyposażenia Policji Morskiej Puntlandu (sepa­ra­tys­tycz­nej republiki we wschodniej Somalii) z bazą w Eyl. Okolice przylądka Gwardafuy na samym czubku Rogu Afryki od lat pozostawały centrum aktywności piratów. Puntlandczycy okazali się zaskakująco kompetentni w zwalczaniu piratów wzdłuż wybrzeża nieuznawanej republiki. ZEA nie ograniczyły się do misji szkoleniowej i typowego zasypania problemu pieniędzmi, lecz wysłały również nieduży oddział komandosów do Bosaso w Puntlandzie, aby mieć region na oku.

W kwietniu tego roku serwis Middle East Eye poinformował, że ZEA rozmieś­ciły stację radio­loka­cyjną przy porcie lotni­czym Bosaso. Lotnisko to jest stosunkowo intensyw­nie wykorzys­ty­wane przez ZEA do przeka­zy­wa­nia wsparcia wojsko­wego bojowni­kom Sił Szybkiego Wsparcia w Sudanie (o czym niżej). Izraelskiej produkcji radar AESA ELM-2084 pojawił się na zdjęciach satelitarnych wykonanych w marcu, ale niektóre źródła MEE twierdzą, że rozmieszczony został już pod koniec ubiegłego roku. Analitycy zgodnie sądzą, że chodzi o zabezpieczenie portu lotniczego przed atakiem ze strony Hutich. Tereny kontrolowane przez jemeńskich rebeliantów są odległe od Bosaso o zaledwie 600 kilometrów.

Etiopia

Emiratczycy doskonale zdają sobie sprawę, że wsparcie w sektorze bezpieczeństwa da dostęp do ogromnych korzyści ekonomicznych, bo nie brakuje państw, które gotowe są do oddania ogromnych bogactw naturalnych za obietnicę poprawy bezpieczeństwa. Tragedia jednego staje się okazją dla drugiego. Zgodnie z tą myślą łatwo zauważyć, że niewiele konfliktów uszło uwadze Abu Zabi.

Gdy w 2020 wybuchła wojna domowa w Etiopii, ZEA niemal natychmiast zadeklarowały gotowość do wsparcia Addis Abeby. Oprócz systemów przeciwlotniczych i broni osobistej dostarczono transportery opancerzone Calidus MCAV-20, które trafiły do kraju już po zakończeniu walk. Ale zaangażowanie w konflikt nie ograniczyło się do sprzedaży uzbrojenia i obsługi logistycznej transakcji.

Emirackie drony zostały wykorzystane do uderzeń na stanowiska artyleryjskie tigrajskich separatystów. Należy zaznaczyć, że w tamtym momencie były obsługiwane przez emirackich operatorów. Wsparcie nie było jednak tanie. W sierpniu 2023 po ostatecznym triumfie Addis Abeby do kraju przyjechał z wizytą prezydent ZEA Muhammad ibn Zajid An-Nahajjan. Etiopię opuszczał w doskonałym nastroju i z 17 podpisanymi porozumieniami gospodarczymi dającymi firmom z ZEA preferencyjny dostęp do lokalnego rynku. Wśród beneficjentów znalazły się firmy z branży logistycznej, naftowej, energetycznej i rolnej.

DRK, Angola, Libia

Podobny modus operandi zastosowano w Demokratycznej Republice Konga. Wraz z wybuchem konfliktu na wschodniej granicy z bojownikami M23 Emiratczycy poczuli okazję do zrobienia dobrego interesu. Szybko podpisano umowy dotyczące dostaw broni, śmigłowców i transporterów opancerzonych. Jednocześnie ZEA ufundowały akademię policyjną. Wiązano z nią duże nadzieje, jednak jak pokazały losy wojny przeciwko Rwandzie i M23, wszystkie formacje mundurowe zawiodły.

Strony zaangażowane w wydarzenia w DRK zainteresowane są przede wszystkim sektorem wydobywczym. Rząd w Kinszasie zdaje sobie z tego sprawę i przyznaje prawa do wydobycia tym, którzy obiecają więcej. Ostatecznie przedstawicielom ZEA udało się wynegocjować warty 1,9 miliarda dolarów kontrakt na budowę i eksploatację aż czterech kopalń w DRK. Mają być kontrolowane przez Primera Group i znajdować się na terenach objętych walkami przeciwko wspieranym przez Rwandę rebeliantom.

Dla skutecznego budowania wpływów konflikt zbrojny nie jest jednak konieczny. ZEA inwestują również w państwach stabilnych. Taki charakter miał układ z Angolą. ZEA mają wesprzeć angolską marynarkę wojenną, obiecując dostaw między innymi trzech korwet typu Bajnuna i sześciu śmigłowców. Jednocześnie DP World i AD Ports Group mają wziąć udział w rozbudowie dwóch terminali w porcie Luandy. W przyszłości mają również zaangażować się w inwestycje w Kabindzie. Sugeruje to, że kolejne umowy mogą dotyczyć wydobycia i obrotu ropą naftową.

Głośne było zaangażowanie ZEA w Libii. Można je uznać za wypadek przy pracy. Opłacanie rosyjskich najemników z Grupy Wagnera było ryzykowne, szczególnie pod względem wizerunkowym. Wsparcie dla generała Chalify Haftara okazało się chybionym pomysłem, jednak dało Emiratczykom ważne doświadczenie w strategicznym udzielaniu wsparcia finansowego walczącym stronom. Zaangażowanie w Libii kolejny raz pokazało sposób działania ZEA, które dostarczyły ogromne ilości broni, zapewniło szkolenie lokalnych sił i opłaciło zagranicznych bojowników. Okazało się to chybioną inwestycją, jednak podobny scenariusz został powtórzony w Sudanie.

Sudan

Wraz z obaleniem Umara al-Baszira Sudan pogrążył się w chaosie. Szybko wyłoniły się dwie frakcje, które rozpoczęły walkę o władzę. Nikt nie dbał o los cywilów. Za najokrutniejsze zbrodnie odpowiadali członkowie Sił Szybkiego Wsparcia, formacji wywodzącej się z niesławnych dżandżawidów terroryzujących w przeszłości Darfur. Niewielkie różnice w wyposażeniu i wyszkoleniu między nimi a sudańskim wojskiem oznaczały, że wojna będzie długa i krwawa.

Od początku konfliktu ZEA dostarczają ogromne ilości broni bojownikom SSW. Przykładem jest udowodnione przez panel ekspertów ONZ wysyłanie do Sudanu wyprodukowanych w Bułgarii moździerzy kalibru 81 milimetrów. Broń trafia do punktów przerzutowych w Czadzie, skąd wysyłana jest bezpośrednio do Sudanu. ZEA odrzucają oskarżenia lub odmawiają komentarza. Oprócz pomocy militarnej mają dostarczać między innymi wyszkolonych operatorów dla dronów made in China. Sytuacja ta pokazuje, jak pozbawione sensu są embarga, za którymi nie stoi siła mogąca wymusić ich przestrzeganie.

Symbolem tragedii Sudańczyków jest los stolicy Darfuru Północnego. Upadek Al-Faszir nastąpił po 500 dniach oblężenia. Ostatnim przełomem było wkroczenie rebeliantów do bazy 6. Dywizji Piechoty. W zdobytych koszarach osobiście pojawił się Abd ar-Rahim Dagalo, brat generała Mohameda Hamdana Dagalo „Hemedtiego” — jednego z głównych sprawców wybuchu wojny domowej. SSW ogłosiły zwycięstwo i rozpoczęły grabieże oraz prześladowanie cywilów, których jedyną winą było często to, że nie zdążyli uciec.

Zdjęcia z powietrza wskazują, że zwycięzcy urządzili prawdziwą rzeź. Przy niektórych domach można dostrzec stosy ciał. Działania bojowników stoją w skrajnej sprzeczności z deklaracjami „Hemedtiego”, który wezwał podwładnych do powstrzymania się od szabrowania i ataków na cywilów. Zapowiedział jednak, iż każda „szafszaf”, czyli zbrojna grupa samoobrony, próbująca mu się przeciwstawić zostanie unicestwiona.

Podobnie jak w Libii, również w Sudanie ZEA zapewniły dostawy zagranicznych bojowników. Tym razem nie byli to Rosjanie, ale Kolumbijczycy. Już w połowie 2025 roku w mediach społecznościowych pojawiły się nagrania, na których Sudańczycy pokazują dokumenty obywatela Kolumbii będącego rzekomo najemnikiem na usługach generała „Hemedtiego”. Dokumenty należały do kaprala Christiana Lombany Moncayo. Według dostępnych informacji został on zwerbowany przez kolumbijską firmę A4SI i wysłany na Bliski Wschód, gdzie jego zadanie miało polegać na zabezpieczaniu instalacji naftowych, ale zginął w Sudanie – podczas ostrzału konwoju SSW przez wojska rządowe.

Scenariusz, zgodnie z którym Kolumbijczycy trafiają na front w Sudanie, jest zazwyczaj bardzo podobny. Kandydaci na najemników są przekonani, że będą pracować w ZEA. Dopiero na miejscu okazuje się, że Dubaj to pierwszy przystanek na długiej drodze. Według relacji samych Kolumbijczyków wielu z nich byłoby gotowych podjąć pracę w Libii, jednak wieść o służbie w Sudanie mrozi krew w żyłach. Przestraszeni mężczyźni zostają przewiezieni do hoteli w Bengazi, gdzie czekają na konwój dowodzony przez przedstawicieli SSW.

Nie pierwszy raz emiracka firma zajmuje się pozyskiwaniem najemników do walki na Bliskim Wschodzie. W 2020 roku Black Shield Security Services miała organizować przyjazd kilkuset Sudańczyków do Jemenu. Tym razem to Global Security Services Group ma stać za dostarczaniem personelu, który ostatecznie kierowany jest do Sudanu. La Silla Vacía, której dziennikarze jako pierwsi przekazali informację o losie najemników, ustaliła, że około czterdziestu Kolumbijczyków wyraziło chęć powrotu do kraju, ale uniemożliwiono im opuszczenie hotelu.

W ogłoszeniach rekrutacyjnych firma ma oferować zarobki rzędu 2600 dolarów miesięcznie dla żołnierza i 3400 dolarów dla oficera za pracę przy zabezpieczaniu pól naftowych w Libii. Po przybyciu okazuje się jednak, iż Kolumbijczycy trafiają w sam środek krwawej wojny domowej. Trudno dokładnie określić, ilu obywateli Kolumbii walczy obecnie w Sudanie. Wprawdzie sami żołnierze mówią o 300, ale można się natknąć na pogłoski sugerujące, że jest ich niemal 2 tysiące.

Za napływ rekrutów ma odpowiadać mieszkający na stałe w Dubaju były kolumbijski pułkownik Álvaro Quijano. Jest to postać doskonale znana w środowisku prywatnych firm wojskowych w Ameryce Południowej. Został wydalony z wojska w 2007 roku w związku z oskarżeniami o kontakty z szefami zorganizowanych grup przestępczych. Miał pozostawać w bliskich relacjach z szefem kartelu z Norte del Valle, również byłym wojskowym, Juanem Carlosem Rodríguezem, pseudonim „Zeus”. Sam Quijano działa w sposób przemyślany, a dzięki kontaktom zarówno w siłach zbrojnych, jak i w kolumbijskim półświatku ma dostęp do ogromnych zasobów osób gotowych na podjęcie ryzykownych kontraktów.

Działania ZEA w Afryce obliczone są na zbudowanie sieci wpływów przy zachowaniu maksymalnie dobrych relacji z najważniejszymi graczami. Emiraty z jednej strony opłacały rosyjskich najemników w Libii, a z drugiej nadal postrzegane były jako kluczowy sojusznik Zachodu w walce z islamistami. Do wojny domowej w Sudanie Emiratczykom udawało się zręcznie lawirować między konfliktami na kontynencie i zawsze wychodzili przy tym na swoje. Jednocześnie przez lata udawało im się działać w sposób nieściągający nadmiernej uwagi.

Przez lata sprzedaż sprzętu wojskowego i misje szkoleniowe zapewniały wpływy bez kosztów wizerunkowych. Warto podkreślić, że ZEA nie sprzedają naj­nowo­cześ­niej­szych czołgów czy samolotów. Zamiast tego dostarczają broń osobistą, transportery opancerzone i inny sprzęt mniej widowiskowy, ale niezbędny na wojnie i przynoszący oczekiwane zyski. Dodatkowo duża część sprzętu to starsze typy pochodzące jeszcze ze Związku Radzieckiego, de facto jedynie transferowane do grup takich jak Siły Szybkiego Wsparcia (choć na przykład MCAV-20 to rodzimy produkt emiracki). Ciche imperium powstało przede wszystkim dlatego, że globalna opinia publiczna nie wykazywała dużego zainteresowania afrykańskimi wojnami. Były to warunki idealne do robienia interesów.

US Marine Corps / LCpl. Isabelle Hutmacher