Skutki wojny z Iranem wykraczają daleko poza region Zatoki Perskiej. Na zachodnim Pacyfiku nie ma obecnie żadnego amerykańskiego lotniskowca. Donald Trump ograniczył skalę ćwiczeń z Koreą Południową i szuka porozumienia z Pjongjangiem. W Waszyngtonie politycy i analitycy rwą włosy z głowy, a media pytają, co z piwotem.
Bazujący w Japonii lotniskowiec USS George Washington (CVN 73, na zdjęciu powyżej) został skierowany na Bliski Wschód, aby zająć miejsce USS Abraham Lincoln (CVN 72), który wyszedł w morze 21 listopada ubiegłego roku. Rejs trwa już 273 dni. Lincoln wprawdzie nie pobił jeszcze rekordu USS Gerald R. Ford (CVN 78), wynoszącego aż 326 dni, ale w odróżnieniu od Forda, który odwiedzał między innymi Grecję i Chorwację, Lincoln nie zawinął do portu ani razu od 253 dni. To rekord nieprzerwanego pobytu w morzu od czasów pandemii COVID-19.
Morale i kondycja załogi Lincolna są fatalne, nieoficjalnie wiadomo o próbach samobójstw. Nie wiadomo, jak długo George Washington będzie przebywać w regionie Zatoki Perskiej i czy powróci do Yokosuki. Pewne natomiast jest, że US Navy nie ma obecnie na Pacyfiku aktywnego lotniskowca. Nie jest to pierwszy raz. Po raz ostatni taka sytuacja zaistniała raptem dwa lata temu.
Kolejnym zaskoczeniem była decyzja prezydenta Donalda Trumpa o zmniejszeniu amerykańskiego zaangażowania w ćwiczenia „Ulchi Freedom Shield”. To coroczne manewry organizowane z Koreą Południową, zakrojone na dużą skalę, obejmujące ćwiczenia z użyciem ostrej amunicji i symulowanym udziałem broni masowego rażenia. Celem „Ulchi Freedom Shield” jest demonstracja siły pod adresem Pjongjangu.
Trump zaś szuka ponownie zbliżenia z Kim Dzong Unem, z którym, jak twierdzi, ma „bardzo dobre relacje”. Gospodarz Białego Domu otwarcie zasugerował, że gdyby mógł, w ogóle odwołałby ćwiczenia. Nie omieszkał też wytknąć prezydentowi Korei Południowej Lee Jae-myungowi odmowy udziału w „denuklearyzacji Iranu”.
Piwot, którego nie było
Działania te postawiły pod znakiem zapytania znaczenie Azji Wschodniej dla Stanów Zjednoczonych. Politykę zwrotu na Pacyfik zainicjowała już pierwsza administracja Baracka Obamy. W Waszyngtonie uznano Chiny za główne wyzwanie, a zaangażowanie na Bliskim Wschodzie – za obciążenie przynoszące więcej kosztów niż korzyści. Kolejne administracje podtrzymywały to stanowisko, zmieniając jedynie terminologię.
Utrzymanie Konfliktów jako serwisu wolnego od reklam Google to dla nas priorytet. Dzięki Waszemu wsparciu z Patronite i BuyCoffee udało się to do tej pory i chcielibyśmy, aby tak zostało.
Żeby działać bez reklam Google, potrzebujemy 2000 złotych miesięcznie. To próg, który pozwala nam skupić się na pracy. Jeśli chcecie dorzucić swoją cegiełkę, możecie zrobić to przez Patronite.pl lub Buycoffee.to.
Nie spodziewamy się, że każdy będzie nas wspierał finansowo. Ale jeśli zdecydujecie się pomóc, zadbamy o to, by każda złotówka realnie pracowała na rozwój serwisu.
Nasze comiesięczne raporty finansowe możecie przeczytać tutaj.
Tyle teorii. Praktyka wyglądała znacznie gorzej. W książce pod wymownym tytułem „Lost Decade: The U.S. Pivot to Asia and the Rise of Chinese Power” (Stracona dekada. Zwrot USA w kierunku Azji i wzrost potęgi Chin) Robert Blackwill i Richard Fontaine przedstawiają długą listę zaniechań kolejnych waszyngtońskich administracji. Wniosek, do jakiego dochodzą, jest prosty: USA zmarnowały całą dekadę i żeby nadrobić zaległości, musiałby nadać Azji najwyższy priorytet. Tak się jednak nie dzieje. Opublikowana na początku grudnia Narodowa Strategia Bezpieczeństwa (link do pliku PDF) priorytet przyznaje zachodniej półkuli, Azja znalazła się na drugim miejscu. Z kolei Bliski Wschód znalazł się na czwartym miejscu, za Europą.
Wojna z Iranem pokazała, że region ten cały czas ma większe znaczenie niż przyznaje mu strategia. Osobną kwestią jest, na ile odpowiadają za to pragmatyczne kalkulacje, a na ile skuteczny lobbing Izraela i państw arabskich. Na pewno Amerykanom trudno będzie się wyplątać z bliskowschodniego galimatiasu bez pacyfikacji Iranu albo dojścia z nim do jakiegoś stabilnego porozumienia. A wyplątać się Waszyngton zdecydowanie chce.
friend sends
— Sky Marchini (@sky.skymarchini.net) August 17, 2026 at 3:04 AM
Jak pisze The Washington Post, Pentagon prowadzi ocenę zaangażowania militarnego na Bliskim Wschodzie. Jedną z rozważanych opcji ma być rezygnacja z odbudowy baz i obiektów uszkodzonych przez irańskie pociski i drony. Za tym miałoby pójść zmniejszenie liczby baz oraz koncentracja sił nie w Kuwejcie, Bahrajnie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich, jak do tej pory, lecz w Jordanii i Arabii Saudyjskiej. Innymi słowy, dalej od Iranu.
Obecna sytuacja opisywana jest jako szansa trafiająca się „raz na pokolenie”, aby zredukować obecność wojskową na Bliskim Wschodzie i ograniczyć zobowiązania wobec państw regionu. To oczywiście nie podoba się ani Izraelowi, ani państwom arabskim. Mimo miliardów wydawanych na obronę monarchie Zatoki Perskiej są zbyt słabe, aby samodzielnie przeciwstawić się Iranowi. Również Państwo Żydowskie, dla którego USA są głównym gwarantem bezpieczeństwa, nie jest zadowolone. W tym kontekście układy takie jak sojusz obronny między Turcją, Arabią Saudyjską i Pakistanem staje się raczej przygotowaniem na radzenie sobie bez Ameryki, a nie próbą ograniczenia roli Waszyngtonu w regionie.
Ocena Pentagonu ma być gotowa dopiero pod koniec roku, ale intensywne ruchy już trwają. Proizraelska grupa Żydowski Instytut Bezpieczeństwa Narodowego Ameryki jeszcze w marcu tego roku proponowała w swoim raporcie (link do pliku PDF), by część amerykańskich sił przenieść do Izraela. Pomysł ma cieszyć się poparciem wśród części jastrzębi. Trend zmierza jednak w stronę jeśli nie poważnej redukcji, to poważnej reorganizacji obecności wojskowej USA za granicą.
Priorytetami mają być zachodnia półkula i Azja. Stąd miłe uchu Trumpa pomysły redukcji wojsk w Niemczech, ale także Korei Południowej. Nie są to nowe pomysły. W Waszyngtonie nie brakuje osób uważających, że Korea Południowa jest na tyle silna, by samodzielnie poradzić sobie z zagrożeniem z Północy, zaś pomysły, aby zredukować liczbę oddziałów na Półwyspie Koreańskim i przenieść je gdzie indziej w Azji, pojawiają się od lat.
Widziane z Azji
Lotniskowce są widomym znakiem potęgi Stanów Zjednoczonych, stąd też ich brak wywołuje dyskomfort. Wydaje się jednak, iż dyskomfort jest większy w Waszyngtonie niż w Tokio czy Seulu. Brakowi lotniskowców poświęcono w Azji stosunkowo niewiele uwagi. Nie ma też sygnałów ustępowania przed Chinami, czym straszą amerykańskie think tanki. Zasadnicze pytanie brzmi: jak długo nie będzie amerykańskich lotniskowców? Zaś to, że Chiny będą testować USA i ich sojuszników, uchodzi za pewnik. Nikt jednak nie uważa, że osłabienie sił US Navy w regionie oznaczać będzie od razu inwazję na Tajwan.
Natomiast w przypadku polityki wobec Korei Północnej Trump spotkał się z deklaracjami pełnego poparcia. Seul wyraził nadzieję, że dobre relacje między przywódcami USA i Korei Północnej doprowadzą do dialogu, który przyczyni się do pokoju i stabilności na Półwyspie. Zainteresowanie dialogiem zadeklarowała również Japonia. Trump zabiegał o spotkanie z Kimem już w ubiegłym roku, nie doszło jednak nawet do rozmów wstępnych.
Jak zwracają uwagę japońscy dziennikarze Junnosuke Kobara i Erika Kobayashi, Korea Północna ma dzisiaj znacznie mocniejszą pozycję niż za pierwszej prezydentury Trumpa. Pjongjang skutecznie wykorzystał dla swojej korzyści pomoc udzielaną Rosji. Zintensyfikował także relacje z Chinami, które, widząc zbliżenie na linii Moskwa–Pjongjang, wolą trzymać rękę na pulsie. Zaszły też zmiany w kierunkach polityki i „linii przewodniej partii”. Północ porzuciła ideę zjednoczenia Półwyspu pod władzą Kimów i zaczęła traktować Południe jako osobne, wrogie państwo.
Pjongjang stawia warunki wstępne rozmów, jakie za pierwszej kadencji Trumpa byłyby nie do pomyślenia. Waszyngton, jeśli chce negocjować, musi uznać status Korei Północnej jako mocarstwa nuklearnego, natomiast Tokio ma porzucić myśl o rozwiązaniu sprawy japońskich obywateli porywanych do lat 90. w celu szkolenia północnokoreańskich służb specjalnych z języka i niuansów życia na wyspach. Odpowiedzią na deklaracje chęci rozmów były testy rakietowe. Czy Trump ustąpi? Dla amerykańskiego prezydenta Korea Północna to niedokończona sprawa z pierwszej kadencji, a w obecnej sytuacji deal z Pjongjangiem pozwoliłby odwrócić uwagę od Iranu.
Słuchać uważnie, co mówią
Skąd biorą się bardzo stonowane reakcje azjatyckich sojuszników na wybryki administracji Trumpa? W przeciwieństwie do Europy nie stanowią oni mniej lub bardziej wspólnego bloku mogącego postawić się Waszyngtonowi i chociaż częściowo zrekompensować luki powstałe w wyniku redukcji amerykańskiego zaangażowania. Pomińmy tutaj skuteczność działań podejmowanych przez Brukselę i poszczególne europejskie państwa. Przede wszystkim jednak w azjatyckich stolicach uznano, że Trump się nie zmieni i „trzeba grać kartami, jakie się ma”. Wynika to także z uważnej obserwacji zapowiedzi napływających z Waszyngtonu w ostatnich latach.

E-2D Advanced Hawkeye na pokładzie USS Abraham Lincoln (CVN 72), 2019 rok.
(US Navy / Mass Communication Specialist 3rd Class Amber Smalley)
Administracja Trumpa często działa w chaotyczny i nieprzemyślany sposób, jednak niezależnie od tego, kto zasiada w Białym Domu, realizowany jest kurs obrany za prezydentury Obamy, zmieniają się tylko metody. Kurs jest zaś prosty: sojusznicy mają wziąć większą odpowiedzialność za swoje bezpieczeństwo. USA nie są w stanie spełnić wszystkich swoich zobowiązań, nie zawsze też im się to będzie we własnej ocenie opłacać. Krótko mówiąc, sojusznicy muszą być użyteczni i oferować realne wsparcie. Zagadnienie to jest omawiane w USA od lat, w Europie dopiero się przebija, czego przykładem jest niedawna niemiecka strategia militarna.
Deklaracje sojuszników to jedno, praktyczna realizacja to drugie. Także azjatyccy sojusznicy muszą nadrobić dekady zaniedbań, lepiej jednak wiedzą, jak przypochlebić się Trumpowi. Do tego amerykańskie kalkulacje zakładają, że w obliczu koncentracji zasobów europejscy sojusznicy powinni być w stanie samodzielnie poradzić sobie w konwencjonalnej konfrontacji z Rosją. Chiny to już zupełnie inna skala wyzwania, wymagająca większego zaangażowania USA.
Dlatego Narodowa Strategia Bezpieczeństwa umieszcza Azję na drugim miejscu na liście priorytetów. W regionie USA wspólnie z sojusznikami mają przeciwdziałać jakimkolwiek próbom „dominacji jednego rywalizującego kraju” w regionie, co jest jasnym sygnałem w stronę Pekinu. Pod kątem „powstrzymania agresji w dowolnym miejscu Pierwszego Łańcucha Wysp” mają być też rozwijane siły zbrojne USA.
Narodowa Strategia Bezpieczeństwa ma defensywny charakter, podobnie jak będąca jej uzupełnieniem Narodowa Strategia Obrony (link do pliku PDF) opublikowana w styczniu. Zakłada ona ograniczenie amerykańskiej obecności na Półwyspie Koreańskim, zaś Seul jest zachęcany do wzięcia większej odpowiedzialności za swoją obronę. W takim kontekście zaloty Trumpa do Kima stają się częścią większej całości.
W szerszym kontekście ćwiczenia „Ulchi Freedom Shield” zostały ograniczone, natomiast inne ćwiczenia – jak „Pacific Dragon” – już nie. Te ostatnie to manewry morskie, w tym roku z udziałem Australii, Chile, Hiszpanii, Japonii, Korei Południowej i Włoch. Wziął w nich udział niszczyciel USS Jack H. Lucas (DDG 125), pierwsza jednostka typu Arleigh Burke serii Flight III.
Multinational ships sail in formation during Pacific Dragon 2026
Hosted by U.S. 3rd Fleet, #PacificDragon improves participating forces' ability to detect, track, and report on integrated air and missile defense targets. pic.twitter.com/IhuwFehdzx
— U.S. Forces Japan (@USForcesJapan) August 20, 2026
Warto tutaj wspomnieć o wystąpieniu podsekretarza wojny (obrony) do spraw polityki Elbridge’a Colby’ego podczas wizyty w Manili na początku sierpnia.
– [Sojusze] są najbardziej trwałe, gdy opierają się na wspólnej odpowiedzialności […], a nie na trwałej zależności. Szukamy partnerów, a nie protektoratów – mówił Colby. Podkreślił także, że Waszyngton zachęca sojuszników do współpracy i budowania swoich przemysłów obronnych, ale wysiłki te powinny być zgrane z krokami podejmowanymi przez USA.
Colby jasno zaznaczył, że sojusznicy nie mogą brać zaangażowania USA za pewnik, szczególnie jeśli związki nie są „w wyraźnie w praktycznych interesach Amerykanów”. Jednocześnie ostrzegł przed uleganiem popularnym ostatnio złudzeniom o możliwości tworzenia przez średnie potęgi sojuszy wykluczających USA. Patrząc z czysto praktycznego punktu zależności sojuszników od amerykańskich zdolności C5ISTAR i parasola nuklearnego, takie plany są nierealne, przynajmniej w perspektywie krótko- i średnioterminowej. Inne braki takich sojuszy opisaliśmy szerzej w tekście poświęconym porozumieniu między Arabią Saudyjską, Pakistanem i Turcją.
W swoim wystąpieniu Colby dotknął istotnego i bolesnego dla sojuszników USA problemu. Waszyngtonowi nie opłaca się podtrzymywanie systemu, który wyewoluował po zakończeniu zimnej wojny. Koszty w wielu przypadkach zaczęły przeważać nad korzyściami. Natomiast mgliste koncepcje zmian w ładzie międzynarodowym lansowane przez Chiny i Rosję nie oferują amerykańskim sojusznikom żadnych korzyści. Tymczasem Stany Zjednoczone miotają się między Bliskim a Dalekim Wschodem.


