Kwestia udziału Japonii w obronie Tajwanu jest omawiana już od kilku miesięcy. Również w Konfliktach analizowaliśmy ją wielokrotnie i z różnych perspektyw. Sprawy nabrały jednak nowego wymiaru wraz z opublikowaną 13 lipca Białą Księgą zatytułowaną „Obrona Japonii”. Dokument jasno stwierdził, że bezpieczeństwo kraju jest bezpośrednio związane z bezpieczeństwem Tajwanu. Na odpowiedź Chin nie trzeba było długo czekać i chociaż była ona nieoficjalna, podniosła sprawy zamiatane pod dywan od czasu zakończenia zimnej wojny.

Sama japońska biała księga nie wyróżnia się treścią spośród dokumentów publikowanych na przestrzeni ostatniej dekady. Chińską Republikę Ludową wskazano jako największe wyzwanie i zagrożenie dla bezpieczeństwa Japonii, wyprzedzające Koreę Północną. Bezpośrednie odniesienie do Tajwanu i nadanie bezpieczeństwu wyspy wysokiej rangi jest nowością, ale nie zaskoczeniem. Już w marcu tego roku Tokio poinformowało, że minister obrony Nobuo Kishi i amerykański sekretarz obrony Lloyd Austin zgodzili się na ścisłą współpracę obu krajów w przypadku inwazji na Tajwan ze strony Chin.

Sprawy zaczęły wkrótce nabierać rozpędu. Pod koniec czerwca dziennik Financial Times poinformował, że siły zbrojne Stanów Zjednoczonych i japońskie Siły Samoobrony (Jieitai) po cichu szykują się do obrony Tajwanu. Według źródeł gazety współpraca zaczęła się w ostatnim roku prezydentury Donalda Trumpa, a pod administracją Joego Bidena zaczęła nabierać rozpędu. Przygotowania mają obejmować wspólne ćwiczenia i gry wojenne.



W tym samym czasie zaczęły napływać coraz mocniejsze sygnały ze strony japońskich polityków. Podczas wykładu w waszyngtońskim think tanku Hudson Institute 28 czerwca wiceminister obrony Yasuhide Nakayama stwierdził, że Japonia i Tajwan są jak rodzina, a jakiekolwiek zagrożenie dla wyspy będzie mieć bezpośredni wpływ na bezpieczeństwo prefektury Okinawa. Zdaniem Nakayamy Chiny pod rządami Xi Jinpinga mają „agresywne myśli i zamiary”, zaś amerykańsko-japoński sojusz powinien „obudzić się” i przygotować na prowokacje militarne wokół Tajwanu.

Zaledwie tydzień po Nakayamie głos zabrał Tarō Asō, wicepremier i minister finansów, co czyni go numerem dwa w japońskich strukturach władzy. Asō określił sytuację wokół Tajwanu jako „ekstremalnie intensywną” i ostrzegł, że Tokio może uznać chińską inwazję za „zagrożenie dla egzystencji Japonii”. Wówczas nie będzie innego wyjścia jak wspólnie z USA przystąpić do obrony wyspy.

Niejako w celu złagodzenia wypowiedzi polityków premier Yoshihide Suga mianował szefem Sekretariatu Bezpieczeństwa Narodowego Takeo Akibę. Ten doświadczony dyplomata był na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat współarchitektem kilku przełomowych momentów w relacjach z Koreą Północną i Chinami. W roku 2002 podczas wizyty premiera Junichirō Koizumiego doprowadził do przyznania się przez komunistyczny reżim do porywania japońskich obywateli w latach 70. i 80. W roku 2006 współorganizował wizytę premiera Shinzō Abe w Chinach, postrzeganą jako przełamywanie lodów po okresie fatalnych relacji za rządów Koizumiego.

Cóż zatem wyróżnia najnowszą białą księgę od poprzednich? Najbardziej w oczy rzuca się okładka, na której widać konnego samuraja. Ilustracja jest wzorowana na pomniku Kusunokiego Masashige, żyjącego w XIV wieku bohatera narodowego, symbolu niezłomnej lojalności wobec cesarza. Taki wybór można postrzegać jako odwołanie do japońskiego nacjonalizmu, jednak z punktu widzenia historii wojskowości ma dużo głębsze znaczenie. Masashige był, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, ekspertem od działań asymetrycznych i niekonwencjonalnych. Stosując podstępy, pułapki i partyzantkę, regularnie zwyciężał znacznie silniejszych przeciwników. Może więc to wskazywać na kierunek, jaki zamierzają obrać Siły Samoobrony w konfrontacji z Chińską Armią Ludowo-Wyzwoleńczą.



Sami twórcy białej księgi twierdzą, że umieszczenie samuraja na okładce miało na celu przyciągnięcie młodzieży i zainteresowanie jej sprawami bezpieczeństwa kraju. Co ciekawe, w składzie sześcioosobowego zespołu przygotowującego dokument miały znaleźć się cztery kobiety. Do tego większość grupy to osoby między 30. a 40. rokiem życia. Taka feminizacja i odmłodzenie zespołu to ewenement w japońskim ministerstwie obrony, gdzie – podobnie jak w innych dziedzinach – decydujący głos mają starsi mężczyźni.

Na chińską odpowiedź nie trzeba było długo czekać, a wszystko wskazuje, ze była ona przygotowywana od dłuższego czasu. 13 lipca, a więc w dzień publikacji japońskiej białej księgi, na kanale Liù jūn tāolüè (sześć strategii armii) na portalu Xigua, chińskim odpowiedniku Youtube’a, pojawił się film grożący, że w przypadku prób przeszkadzania w „wielkim dziele zjednoczenia Tajwanu z macierzą” Japonia po raz kolejny stanie się ofiarą ataków atomowych. W celu „ukarania” Tokio i pomszczenia historycznych krzywd Chiny mogą wejść w sojusz z Rosją i Koreą Północną, a po oczywistym zwycięstwie podzielić kraj na cztery mniejsze państwa odpowiadające głównym wyspom. Archipelag Riukiu, którego główną wyspą jest Okinawa, również ma stać się osobnym państwem – niezależnym lub wasalem Chin. Już następnego dnia film zdjęto.



Pojawia się tutaj kilka problemów. Historyczne krzywdy podsycane przez dziesięciolecia nacjonalistycznej propagandy sprawiły, że nie brakuje Chińczyków chętnych zamienić Japonię w atomową pustynię. Filmik nie był oficjalnym komentarzem władz, jednak kanał Liù jūn tāolüè uznawany jest za powiązany z wojskiem. Można więc przyjąć, że materiał przygotowano na zlecenie wysokich rangą wojskowych. Regułą jest, że groźby pod adresem USA, Tajwanu czy Japonii padają z ust oficerów średniego szczebla (zobacz też: Chiński oficer: „Taranujcie amerykańskie okręty!”). Jest to tradycyjny sposób wywierania presji, pozwalający ich zwierzchnikom występować w roli umiarkowanych i rozsądnych decydentów. Podobną taktykę do czasu pojawienia się „dyplomacji wilczych wojowników” stosowało też ministerstwo spraw zagranicznych.

Szybkie zdjęcie filmu z sieci sugeruje jednak, iż jego twórcy i ich bezpośredni zleceniodawcy poszli za daleko w hipernacjonalistycznym entuzjazmie. Przykładowo w ogóle nie wzięli pod uwagę, że w przeciwieństwie do Tajwanu Japonia jest objęta amerykańskim parasolem atomowym. Zatem w teorii próba „ukarania” Japonii może doprowadzić do amerykańskich uderzeń odwetowych. Co wówczas? Konflikt wokół Tajwanu niesie ryzyko przekształcenia się w wojnę atomową, perspektywę skrzętnie pomijaną w publicznej dyskusji od trzydziestu latu. Odsyła nas to do chińskiego arsenału jądrowego i doktryny użycia broni masowego rażenia.

Twórcy filmu zapędzili się także z tego powodu, że Chiny wyznają zasadę nieużywania broni jądrowej jako pierwszy uczestnik konfliktu (no first use, NFU). Niemniej analityk Michael Mazza postanowił przyjrzeć się bliżej możliwej ewolucji chińskiego podejścia do użycia broni jądrowej.



Mazza wskazał na trzy możliwe scenariusze, które z punktu widzenia Pekinu mogą mieć zalety i wady. Pierwszy scenariusz zakłada utrzymanie NFU. Ograniczone ryzyko eskalacji w stronę konfliktu jądrowego może zachęcić chińskich decydentów do podjęcia działań militarnych przeciw Tajwanowi. Z drugiej jednak strony znacząco zmniejsza to możliwość odstraszenia USA od włączenia się w konflikt, co grozi klęską całego projektu „zjednoczenia wyspy z macierzą”.

Drugi scenariusz to podążenie śladem Rosji i wprowadzenie luźniejszego podejścia do NFU, czyli możliwości użycia broni jądrowej w przypadku zagrożenia egzystencji państwa. Te trzy słowa to wbrew pozorom pojemny termin, zwłaszcza w przypadku Chin, gdzie przez rządzących jest interpretowany jako utrzymanie się Komunistycznej Partii Chin u władzy. W przypadku takiego scenariusza Pekin zyskuje więcej opcji i większą szansę na odstraszenie Waszyngtonu. Każda akcja jednak powoduje reakcję. W przypadku takiego obrotu spraw Pentagon może zacząć rozważać uderzenia na chińskie siły strategiczne. Mazza zauważ, że swobodniejsze podejście do NFU zwiększa ryzyko destabilizacji.

Ostatni scenariusz to całkowite odejście od NFU. Może to oznaczać włączenie użycia broni jądrowej w plany kampanii od samego początku. Pozwoliłoby to szybkie wyeliminowanie amerykańskich zasobów wojskowych na zachodnim Pacyfiku. Pytanie tylko, czy przyniosłoby to zakładane rezultaty. Wielu chińskich wojskowych i decydentów wychodzi z założenia, że Amerykanie najbardziej obawiają się strat w ludziach i że zabicie odpowiedniej liczby żołnierzy wystarczy, aby Stany Zjednoczone wycofały się konfliktu. Podobne kalkulacje czynione przez Japończyków w roku 1941 okazały się całkowicie błędne i przyniosły katastrofalne konsekwencje. Postawienie Waszyngtonu pod ścianą, a przede wszystkim rozwścieczenie amerykańskiego społeczeństwa znacząco zwiększa ryzyko eskalacji.

Na marginesie warto dodać, że wpływ na chińską doktrynę nuklearną może mieć nie tylko perspektywa wojny o Tajwan. Dużą rolę mogą odegrać także Indie. Aktualna indyjska doktryna jądrowa skoncentrowana jest na Pakistanie, jednak wraz ze wzrostem napięcia i kolejnymi konfliktami wzdłuż spornej granicy himalajskiej w Indiach podnoszą się głosy, aby odejść od NFU i wziąć pod uwagę nawet taktyczne wyprzedzające uderzenia jądrowe.



Dochodzimy tutaj do dwóch istotnych i rzadko omawianych kwestii, czyli chińskiego arsenału jądrowego i podejścia do odstraszania. Od chwili pierwszej próby jądrowej w roku 1964 Chiny mówią o budowaniu „wiarygodnego potencjału odstraszania”. Mimo lat wysiłków i wydatków osiągnięte rezultaty są raczej skromne. Według ocen amerykańskiego departamentu obrony, SIPRI i IISS liczba chińskich głowic jądrowych wynosi od 200 do 260, natomiast liczba pocisków balistycznych zdolnych do ich przenoszenia to około setki. Dla porównania: Stany Zjednoczone posiadają mniej więcej 3800 głowic atomowych, aczkolwiek amerykańska triada jądrowa wymaga odnowienia.

Chiński podwodny nosiciel pocisków balistycznych typu 094.
(US Navy)

W tej sytuacji nie dziwi brak zainteresowania Pekinu udziałem w rozmowach na temat rozbrojenia atomowego. Kolejny problem to ciągle niezadowalająca sprawność i niezawodność chińskich atomowych podwodnych nosicieli pocisków balistycznych, znacznie ograniczająca możliwość wykonania drugiego uderzenia. Nawet sygnalizowane przez amerykańskie źródła wywiadowcze plany podwojenia liczby posiadanych głowic nie zmieniają w znaczący sposób istniejących dysproporcji, aczkolwiek liczniejszy arsenał jądrowy otwiera przed Pekinem nowe możliwości.

Możliwości te budzą uzasadniony dodatkowy niepokój spowodowany tym, że chińska koncepcja odstraszania (weishe) rożni się od zachodniego rozumienia tego słowa. Weishe nie czyni rozróżnienia między odstraszaniem (deterrence) a zmuszaniem innych państw do konkretnego zachowania (coercion). Krótko mówiąc, weishe to całokształt aktywnych i pasywnych działań podejmowanych przez jedno państwo, aby nagiąć inne państwo do swojej woli. Jak zauważają Kyle Marcrum i Brendan S. Mulvaney z australijskiego think tanku ASPI, niesie to bardzo poważne konsekwencje.

Zdaniem Marcruma i Mulvaneya przez takie, a nie inne rozumienie odstraszania Chiny są podatniejsze niż inne państwa na pokusę wykonania uderzenia deeskalacyjnego, a co więcej – wykonania go w ramach działań prewencyjnych. Obaj autorzy dowodzą, że koncepcja rozpoczęcia „wojny w celu uniknięcia wojny” jest dobrze ugruntowana w chińskim współczesnym piśmiennictwie wojskowym. Oznacza to duże ryzyko podjęcia przez Chiny działań wojennych przeciwko USA, Australii czy Japonii w celu odstraszenia ich od obrony Tajwanu.



Podstawy takiego rozumowania przedstawiono wyżej – chińscy wojskowi zakładają, że USA i ich sojusznicy zrobią wszystko, aby uniknąć strat w ludziach. Marcrum i Mulvaney podkreślają, że w tym momencie zaczyna się spirala wzajemnego niezrozumienia odnośnie do sposobów rozumowania, podejmowania decyzji i mechanizmów działania, co drastycznie podnosi ryzyko eskalacji. Ryzyko jest tym większe, że Chiny bardzo opornie reagują na propozycje tworzenia sposobów komunikacji w sytuacjach kryzysowych, takich jak amerykańsko-radziecki czerwony telefon z czasów zimnej wojny.

Warto w tym miejscu przypomnieć wypowiedź generała dywizji Richarda Coffmana, dyrektora Next-Generation Combat Vehicle Cross-Functional Team, działającej pod egidą Dowództwa Przyszłościowego amerykańskich wojsk lądowych. W marcu tego roku ostrzegł on, że na przestrzeni dziejów wszelkie próby prowadzenia ograniczonych konfliktów kończyły się fiaskiem, w związku z czym należy się przygotować na prowadzenie działań w trakcie ewentualnej wojny z Chinami także na lądzie.

W podobnym duchu wypowiada się Christopher Pyne, były australijski minister obrony. Jego zdaniem Xi Jinping dąży do zdobycia dominacji w regionie Indo-Pacyfiku, zaś najbardziej prawdopodobnym punktem zapalnym jest Tajwan. Według Pyne’a nadchodzi globalna katastrofa – wojna z Chinami może wybuchnąć w ciągu najbliższych dziesięciu lat, a Australia najprawdopodobniej zostanie w nią wciągnięta.

Przeczytaj też: Blitzkrieg Saddama. Jak zaczęła się wojna iracko‑irańska

Tyg728, Creative Commons Attribution-Share Alike 4.0 International