Według dokumentów pozyskanych przez grupę hakerską BlackMoon Rosja zgodziła się dostarczyć Chinom pewną liczbę bojowych wozów desantu BMD-4M i pojazdów na ich podwoziu. Oprócz tego, co wydaje się znacznie ważniejsze, uzgodniono też przysłanie instruktorów. Tym samym uzyskaliśmy pewien wgląd w rozwój chińskich wojsk powietrz­no­desan­to­wych, ich ewolucję od formacji lekkiej w kierunku ciężkich jednostek zmecha­ni­zo­wa­nych wzorowanych na rosyjskich WDW, a także w ich ewentualną rolę w inwazji na Tajwan.

Jak zwracają uwagę Ołeksandr Daniluk i Jack Watling z brytyjskiego think tanku Royal United Services Institute (RUSI), liczące około 800 stron kontrakty oraz powiązane z nimi dokumenty i korespondencja wykradzione przez BlackMoon wyglądają na autentyczne. Wiele szczegółów udało się zweryfikować na podstawie niezależnych źródeł. Niemniej istnieje ryzyko, że część informacji mogła zostać pominięta lub nawet zmieniona. Dodajmy jeszcze, że hakerzy poinformowali o swoim sukcesie już w lipcu tego roku. Sprawa została jednak nagłośniona dopiero, gdy RUSI udało się przeprowadzić poprawną weryfikację ujawnionych informacji.

Czego się dowiedzieliśmy? W roku 2020 rozpoczęły się przygotowania do projektu „Miecz 208”. Zakładał on opracowanie z rosyjską pomocą systemu dowodzenia dla chińskich jednostek powietrz­no­desan­to­wych. Koszt przedsięwzięcia wyniósł 5,1 miliona dolarów. W roku 2023 Rosja zgodziła się dostarczyć Chinom wystarczającą liczbę pojazdów dla wyposażenia batalionu powietrz­no­desan­to­wego, wraz z wyposażeniem potrzebnym do zrzutu pojazdów, ale także jednostek specjalnych na tyłach przeciwnika.

Z ciężkiej techniki kontrakt objął:

  • 37 bojowych wozów desantu BMD-4M Sadownica
  • jedenaście wozów wsparcia (niszczycieli czołgów) Sprut-SDM1
  • 11 transporterów opancerzonych BTR-MDM Rakuszka
  • kilka wozów dowodzenia i kierowania ogniem artylerii

Co więcej, wszystkie pojazdy planowano wyposażyć w chińskie systemy łączności, dowodzenia, a uzbrojenie – przystosować do chińskiej amunicji. Chińczycy mieli też uzyskać dostęp w „celach studyjnych” do systemów łączności radiowej i satelitarnej używanych przez WDW. Finalnie Rosjanie mają jeszcze dostarczyć pojedynczy desantowy wóz dowodzenia artylerii 1W119 Rheostat i niesprecyzowaną liczbę rozpoznawczych bezzałogowców Orłan-10. Sprzedaż najnowszych rosyjskich wozów opancerzonych dla wojsk powietrz­no­desan­to­wych, i to w postaci kompletnego wyposażenia dla batalionu, wraz z przyznaniem dostępu do systemów łączności trudno odczytywać inaczej jak wyraz wdzięczności za chińską pomoc w wojnie z Ukrainą.

BTR-MDM.
(Vitaly V. Kuzmin, Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0)

Za dostawami sprzętu idą szkolenia u producentów pojazdów i w ośrodkach szkoleniowych WDW. Umowy mają obejmować 152 godziny treningu dla 60 żołnierzy Korpusu Powietrz­no­desan­to­wego Sił Powietrznych Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, do tego 130 godzin zajęć grupowych i 150 godzin treningu praktycznego. Finałem mają być ćwiczenia zgrywające kompletny batalion, prowadzone już na chińskich poligonach. Rosjanie mają także ustanowić na terenie Chin centrum serwisowe i wsparcia technicznego dla wozów rodziny BMD-4M.

Rosyjskie wzorce

Chińskie wojska powietrz­no­desan­towe powstały 17 września 1950 roku. Od tamtej pory korpus przechodził zmienne koleje losu, to rosnąc, to się kurcząc. Ostatnia dużą reorganizację rozpoczęto w roku 2017. Podległy lotnictwu 15. Korpus Powietrz­no­desan­towy przemianowano wówczas na Korpus Powietrz­no­desan­towy SPChALW. Wchodzące w jego skład trzy dywizje rozwiązano, a pułki podniesiono do rangi brygady. Według tajwańskiego ministerstwa obrony każda z sześciu brygad powietrz­no­desan­to­wych składa się z czterech mieszanych batalionów, batalionów artylerii, wsparcia, przeciwlotniczego i logistycznego.

Odkąd rozpoczęliśmy finansowanie Konfliktów przez Patronite i Buycoffee, serwis pozostał dzięki Waszej hojności wolny od reklam Google. Aby utrzymać ten stan rzeczy, potrzebujemy 2000 złotych miesięcznie.

Możecie nas wspierać przez Patronite.pl i przez Buycoffee.to.

Rozumiemy, że nie każdy może sobie pozwolić na to, by nas sponsorować, ale jeśli wspomożecie nas finansowo, obiecujemy, że Wasze pieniądze się nie zmarnują. Nasze comiesięczne podsumowania sytuacji finansowej możecie przeczytać tutaj.

STYCZEŃ BEZ REKLAM GOOGLE 87%

Dokładniejszy charakter tych związków pozostaje niejasny. Według źródeł tajwańskich brygady 127., 128. i 130. to jednostki powietrzno-szturmowe, a 131., 133. i 134. to typowe formacje powietrz­no­desan­towe. Natomiast według rocznika Military Balance 2025 wydawanego przez brytyjski Międzynarodowy Instytut Studiów Strategicznych w jednostkę powietrzno-szturmową zreorganizowano tylko jedną brygadę, a pozostałych pięć to nadal formacje powietrz­no­desan­towe. Ponadto w skład korpusu wchodzą jeszcze brygada sił specjalnych i brygada wsparcia, w której zgrupowano oddziały łączności, chemiczne i inżynieryjne.

Niewiele wiadomo na temat operacji z udziałem chińskich jednostek powietrz­no­desan­to­wych. Walczyły jako zwykła piechota w wojnie koreańskiej, w trakcie rewolucji kulturalnej zapro­wa­dzały porządek w Wuhanie, uczestniczyły w tłumieniu protestów na placu Tiananmen w roku 1989. Oficjalne źródła podają, że w trakcie przeszło 70 lat istnienia wojsk powietrz­no­desan­to­wych życie straciło 17 tysięcy ich żołnierzy.

Najbardziej nagłaśniane przez władze operacje z udziałem spadochroniarzy dotyczyły zwal­cza­nia skutków klęsk żywiołowych. W rejonach o słabej infrastrukturze formacje powietrz­no­desan­towe mogły najszybciej dotrzeć do potrzebujących, dowieźć niezbędne zaopatrzenie i przygotować lądowiska dla śmigłowców właściwych formacji ratowniczych. Tak było w trakcie wielkiej powodzi w roku 1998 i trzęsienia ziemi w Syczuanie w roku 2008. Ujawniły się też wówczas charakterystyczne dla wojsk powietrz­no­desan­to­wych problemy, takie jak rozproszenie lądujących spadochroniarzy i kłopoty z łącznością. W Syczuanie tylko 15 spadochroniarzy wylądowało w wyznaczonej strefie zrzutu.

Chińskie jednostki spadochronowe tworzono przy pomocy Rosjan i w oparciu o radzieckie wzorce. Nie dziwi więc, że po ociepleniu dwustronnych relacji w drugiej połowie lat 80. korpus powietrz­no­desan­towy ponownie spojrzał na północ, szukając inspiracji. Chodziło oczywiście o bojowe wozy desantu. Wprowadzenie do służby na początku lat 70. BMD-1 było rewolucją. Mimo licznych ograniczeń wóz ten dał WDW zupełnie nowe możliwości. Spadochroniarze zyskali znacznie na mobilności i sile ognia. Ochrona też wzrosła, chociaż niekoniecznie w sensie balistycznym.

Plany obu stron na wypadek przerodzenia się zimnej wojny w trzecią wojnę światową zakła­dały szerokie wykorzystanie taktycznej broni jądrowej. Na atomowym polu walki jednostki powietrz­no­desan­towe i powietrzno-szturmowe mogły pokonać strefę skażona znacznie szybciej niż oddziały pancerne i zmecha­ni­zo­wane. Tym samym były mniej narażone na promieniowanie. Umieszczenie spadochroniarzy „pod pancerzem” dodatkowo zwiększało ich przeżywalność w strefie napromieniowanej. Trzeba przy tym pamiętać, że zadania stawiane przed WDW obejmowały nie tylko opanowywanie mostów, kluczowych węzłów komuni­ka­cyj­nych, atakowanie stanowisk dowodzenia i odwodów przeciwnika. Radzieccy spadochroniarze mieli również polować na środki przenoszenia taktycznej broni jądrowej NATO.

Idea wyposażenia własnych oddziałów powietrznodesantowych w wozy bojowe zakorzeniła się w dowództwie ChALW najpóźniej na przełomie lat 80. i 90. Chińczycy mieli w latach 90. interesować się BMD-3, najnowszym wówczas wozem bojowym WDW. Według niepo­twier­dzo­nych źródeł pozyskano nawet kilka egzemplarzy, jeśli jednak do tego doszło, pojazd najwyraźniej nie spełnił oczekiwań. Zamiast tego w roku 2002 do służby wszedł ZBD-03, pierwszy chiński bojowy wóz desantu. Pojazd najprawdopodobniej powstał przy wydatnej pomocy Wołgogradzkiej Fabryki Traktorów, głównego dostawcy wozów rodziny BMD. W okresie „jelcynowskiej smuty” zlecenia z Chin były często jedynym kołem ratunkowym dla poradzieckich zakładów. Chińczycy zatrudniali też rosyjskich specjalistów z rozwiązywanych biur konstrukcyjnych.

Nic dziwnego, że ZBD-03 pod wieloma względami wykazuje znaczne podobieństwo do BMD-3. Pojazd dał też początek licznej rodzinie pojazdów dla wojsk powietrz­no­desan­to­wych. W roku 2018 pojawił się odpowiednik BMD-4, uzbrojony w niskociśnieniową armatę kalibru 100 milimetrów sprzężoną z działkiem automatycznym kalibru 30 milimetrów. W roku 2021 na salonie lotniczym w Zhuhai pokazano wersję z nowym systemem łączności i elektrooptyką. Na podwoziu ZBD-03 opracowano też wóz dowodzenia, transporter opancerzony, niszczyciel czołgów uzbrojony w pociski przeciwpancerne HJ-8 i samobieżny moździerz kalibru 120 milimetrów, odpowiednik moździerza 2S9 Nona.

Nie wiadomo, ile wyprodukowano ZBD-3. Według Military Balance 2025 Korpus Powietrz­no­desan­towy SPChALW posiada obecnie około 180 bojowych wozów desantu, bez rozróżnienia na wersje. Liczba wozów dowodzenia szacowana jest na cztery, a pozostałe wersje w ogóle nie figurują w spisie. Nie wiadomo, ile pojazdów specjalistycznych wyprodukowano i czy wprowadzono je do służby.

Czy ZBD-03 nie spełnił oczekiwań? Możliwe. Jest jednak jeszcze inne możliwe wyjaśnienie. W obliczu braku odpowiedniej liczby ciężkich samolotów transportowych szersze wdrażanie bojowych wozów desantu było zwyczajnie pozbawione sensu. Przez lata jedynym samolotami tej klasy do dyspozycji chińskiego lotnictwa były Iły-76MD/TD. Ich liczba szacowana jest na 20–26. Dopiero w ostatnich latach na szeroką skalę do służby zaczął wchodzić rodzimy Y-20. W sytuacji, gdy liczba maszyn przekroczyła już 50, można było zacząć myśleć o mechanizacji oddziałów powietrz­no­desan­to­wych. Korelacja z zamówieniem w Rosji wyposażenia dla pełnego batalionu nie jest więc przypadkowa.

Oczywiście Chińczycy nie zamierzają całkowicie polegać na Rosjanach. Rosyjskie rozwiązania techniczne są warte podpatrywania, a WDW są ważnym źródłem doświadczenia. Wszystko to jest jednak potrzebne do opracowania własnych rozwiązań. Podczas defilady z okazji 80. rocznicy zwycięstwa nad Japonią zaprezentowano nową rodzinę wozów bojowych dla spadochroniarzy. Pierwsze informacje o nowym aeromobilnym transporterze opancerzonym wyposażonym w aktywny system obrony pojawiły się już rok temu. Podczas przygotowań do parady okazało się, że powstała cała rodzina pojazdów. Zaobserwowano bojowy wóz desantu, uzbrojony w działko małokalibrowe, transporter opancerzony i samobieżny haubico­moź­dzierz kalibru 120 milimetrów, prawdopodobnie odpowiednik 2S42 Łotos.

Ocena rosyjskich doświadczeń z Hostomla

Doświadczenia wojny rosyjsko-ukraińskiej mają zdaniem niektórych dowodzić zmierzchu śmigłowców i formacji powietrz­no­desan­to­wych. Na polu walki nasyconym systemami bezzałogowymi i przeciwlotniczymi mają one być pozbawione szans. Chińscy eksperci mieli jednak dojść do biegunowo odmiennych wniosków. Uznano, że poziom strat ponoszonych przez maszyny obu stron jest umiarkowany jak na warunki pełno­ska­lo­wego konfliktu o wysokiej inten­syw­ności. Pojawiły się nawet sugestie, że w przypadku inwazji na Tajwan ChALW liczy się ze znacznie większymi stratami wśród swoich wiropłatów.

Jako przyczynę wielu strat poniesionych przez Rosjan wska­zy­wane są słabe wyszkolenie załóg, nie­dosta­teczna dbałość o stan techniczny maszyn, niewłaściwa taktyka i brak nowo­czesnego uzbrojenia pozwalają­cego razić przeciw­nika spoza zasięgu obrony przeciw­lot­niczej.

Zakupy w Rosji i rozwój własnych pojazdów nowej generacji dla wojsk aeromobilnych jasno pokazuje, że chińscy dowódcy również dużych operacji powietrz­no­desan­to­wych nie uważają za przebrzmiałe. Jak argumentuje Bazaar of War, atak rosyjskich spadochroniarzy na lotnisko w Hostomlu 24 lutego 2022 roku był na dobrą sprawę sukcesem. Lotnictwo, artyleria, w tym taktyczne pociski balistyczne, i wreszcie systemy walki radioelektronicznej utworzyły korytarz, przez który bezpiecznie przeleciały śmigłowce z desantem na pokładzie. W samym ataku na lotnisko od ognia przenośnych zestawów przeciwlotniczych utracono co najmniej trzy śmigłowce, kolejne cztery zostały utracone podczas trwających dwie godziny walk o obiekt.

Pobojowisko na lotnisku w Hostomlu.
(Kyivcity.gov.ua)

Pierwszy etap operacji zakończył się więc sukcesem. Sytuacja desantu znacznie pogorszyła się, gdy około 17.30 ruszył ukraiński kontratak. Zamknęło się wówczas trwające około sześciu godzin okno, w którym oddziały powietrz­no­desan­towe mają największe szanse powodzenia. Do wieczora rosyjscy spadochroniarze z 76. Dywizji Powietrzno-Szturmowej Gwardii zostali wyparci z Hostomla. Jak wynika z dokumentów zdobytych przez Ukraińców, sam desant się udał, ale wszystko inne poszło Rosjanom nie tak, jak planowano.

WDW miały opanować lotnisko i utrzymać je do nadejścia 5. Samodzielnej Brygady Pancernej Gwardii. Następnie, po dotarciu na lotnisko przerzuconych drogą powietrzną posiłków z wozami pancernymi, spadochroniarze mieli ruszyć jako straż przednia i uchwycić mosty na Irpieni. Z tych przyczółków miał później wyjść atak na Kijów. Modelowy przykład operacji połączonej wojsk powietrz­no­desan­to­wych i pancernych, jaki planowano w trakcie zimnej wojny. Niestety dla Rosjan wszystko poszło źle.

Z nieznanych przyczyn 5. Samodzielna Brygada Pancerna Gwardii ruszyła do ataku nie o godzinie 2.00, jak zakła­dał plan, lecz dwie godziny później. Czołowe oddziały brygady miały według harmonogramu dotrzeć na lotnisko między godziną 12.00 a 13.00. Ze względu na trudny teren i silny opór przeciwnika znalazły się pod Hostomlem dopiero następnego dnia. Nie wiadomo, czy opóźnienie pancerniaków spowodowało przesunięcie operacji powietrz­no­desan­to­wej. Rosyjskie śmigłowce przekroczyły granicę białorusko-ukraińską około godziny 9.30, a do celu dotarły około godziny 11.00. Iły-76 z posiłkami startowały z Pskowa dopiero około godziny 17.30, czyli wtedy, gdy rozpoczynał się ukraiński kontratak. Samoloty miały dotrzeć na lotnisko najpóźniej o godzinie 19.00. Jednak w obliczu sukcesów Ukraińców zostały zawrócone.

Spadochroniarze na ziemi musieli stawić czoła jeszcze jednemu wyzwaniu. Po opanowaniu lotniska śmigłowce odleciały. Wsparcie powietrzne desantu w krytycznych godzinach było ograniczone do kilku samolotów. Zabrakło też środków rażenia dalekiego zasięgu. WDW miały na dobrą sprawę do dyspozycji jedynie broń lekką. W rezultacie utrzymanie lotniska było niemożliwe.

Desant powietrzny a Tajwan

W Chinach śmigłowce uznano za bardzo przydatny środek w przypadku inwazji na Tajwan. Wyspa leży stosunkowo blisko kontynentu, jednak charakter jej wybrzeża nie ułatwia desantu morskiego. W takich warunkach desant śmigłowcowy w celu opanowania lotnisk i portów wydaje się idealnym rozwiązaniem. Po wstępnym przygotowaniu w postaci ataków rakie­to­wych i lotniczych kawaleria powietrzna „przeskakuje” nad obroną wybrzeża i toruje drogę dla transportu lotniczego i morskiego głównych sił inwa­zyj­nych. Śmigłowce trans­por­towe i prze­wo­żone przez nie pod­od­działy potrze­bują osłony i wsparcia, które najlepiej mogą zapewnić śmigłowce bojowe. Stąd duże inwestycje w nowe śmigłowce bojowe i rozwój bardziej niekonwencjonalnych maszyn, jak tiltrotory i śmigłowce w układzie hybrydowym.

Śmigłowce nie rozwiązują jednak wszystkich problemów. ChALW nie ma maszyn klasy Mi-26. Wprawdzie w roku 2019 poinformowaniu o rozpoczęciu wspólnie z Rosją prac nad nowym ciężkim śmigłowcem transportowym, ale do tej pory brak wiadomości o efektach tego projektu. Chińska kawaleria powietrzna pozostaje więc formacją lekką, a tym samym narażoną na duże straty. Analogie z Hostomlem nasuwają się same.

Tutaj na scenę wchodzą spadochroniarze z bojowymi wozami desantu. Scenariusz jest prosty. Desant śmigłowcowy opanowuje lotnisko, na którym następnie lądują ciężkie samoloty transportowe z pojazdami pancernymi na pokładzie. Tak wzmocnione oddziały ruszają opanowywać kolejne wyznaczone punkty albo przebijają się do centrum Tajpej, gdzie jednostki specjalne likwidują tajwańskie przywództwo. Powodzenie daje szanse szybkiego zakończenia operacji i postawienia świata przed faktem dokonanym, zanim Stany Zjednoczone i ich sojusznicy zdążą zorganizować odsiecz dla wyspy.

Bazaar of War bierze pod uwagę jeszcze inny scenariusz wykorzystania chińskich oddziałów powietrz­no­desan­to­wych na Tajwanie. Jak wiadomo od czasu bitwy o Grozny, wysyłanie lekko opancerzonych wozów bojowych do walki w mieście to ryzykowny pomysł. Ale co, jeśli oprócz opanowania kluczowych lotnisk i portów desant powietrzny może wykonywać bardziej niekonwencjonalne zadania? Spadochroniarze mogą być zrzucani w głębi wyspy, gdzie będą zakładać bazy do operacji na tyłach obrońców, dezorganizując działanie zaopatrzenia. Mogą też zakładać bazy ogniowe, skąd przerzucona drogą powietrzną artyleria i bezzałogowce raziłaby istotne cele, ułatwiając oddziałom desantowym wykonanie zadania.

Pomysł wcale nie jest nowy. W trakcie wojny wietnamskiej Amerykanie używali śmigłowców do przerzucania artylerii w głąb terytorium kontrolowanego przez Wietkong. Takie misje trwały od kilku godzin do kilku dni. Amerykańska artyleria uzyskała tym sposobem większą elastyczność i możliwość szybkiego znalezienia się tam gdzie była potrzebna.

Merkury, a nie Overlord?

Na ewentualną inwazję na Tajwan najczęściej patrzy się przez pryzmat lądowania w Normandii lub na Okinawie. Potężny desant morski. A jeśli wzory należy czerpać nie z operacji „Overlord”, lecz z operacji „Merkur”, niemieckiego desantu na Krecie? Mimo ciężkich strat niemieckim spadochroniarzom udało się opanować wyspę i pokonać liczniejszych obrońców, panujących na dodatek na morzu.

Iskander Rehman z American Foreign Policy Council zwraca uwagę w War on the Rocks, że operacja „Merkur” może mieć dużo większą wartość niż desanty morskie dla tych, co chcą opanować Tajwan lub go obronić. W teorii Kreta była bezpieczna, Royal Navy niepodzielnie panowała we wschodniej części Morza Śródziemnego. Spowodowało to pewność siebie, która okazała się zgubna. Niemcy wykorzystali swoje panowanie w powietrzu, a dopomogły im słabo funkcjonujące alianckie systemy łączności i dowodzenia oraz nieprzygotowanie do szybkiego przerzutu sił powietrznych i lądowych na Kretę.

Dzięki przewadze liczebnej i własnym systemom przeciwlotniczym dalekiego zasięgu Chiny mogą szybko wywalczyć panowanie w powietrzu nad Tajwanem. Do tego mają pod dostatkiem czegoś, o czym Niemcy w roku 1941 dopiero myśleli – taktycznych pocisków balistycznych i artylerii rakietowej dalekiego zasięgu. Możliwość zapewnienia w ten sposób silnego i ciągłego wsparcia ogniowego może okazać się kluczowa dla powodzenia desantu. Biorąc pod uwagę, jak duża waga jest przykładana w chińskim piśmiennictwie wojskowym ostatnich lat do operacji powietrz­no­desan­to­wych i artylerii rakietowej dalekiego zasięgu oraz stopień wdrażania tych koncepcji, scenariusz à la „Merkur” trzeba brać na poważnie. Po stronie Republiki Chińskiej widać zresztą rosnący nacisk na rozwój obrony przeciwlotniczej.

Oczywiście zawsze należy zachowywać daleko posuniętą ostrożność. Doświadczenia drugiej wojny światowej pokazały, że operacje powietrz­no­desan­towe to bardzo skomplikowane przedsięwzięcia, gdzie wiele rzeczy może pójść nie tak. Chińczycy na pewno wyciągnęli wiele wniosków z porażki Rosjan pod Hostomlem i mogli dojść do wniosku, że sami poradzą sobie dużo lepiej z przeprowadzeniem operacji na większa skalę. Coś jak generał Patton, który stwierdził, że operacja „Market Garden” zakończyłaby się powodzeniem, gdyby pod Arnhem lądowała amerykańska dywizja spadochronowa, a na czele sił idących połączyć się z desantem szła amerykańska dywizja pancerna.

PHL-03 – chińska wieloprowadnicowa wyrzutnia pocisków rakietowych kalibru 300 mm wzorowana oczywiście na rosyjskim systemie BM-30 Smiercz.
(Tyg728, Creative Commons Attribution-Share Alike 4.0 International)

O tym, ile rzeczy może pójść źle, sama ChALW miała przekonać się w roku 2018 w trakcie ćwiczeń „Hóng jiàn” (czerwony miecz), podczas których symulowano desant spadochronowy na pustynnym poligonie w zachodnich Chinach. Z powodu silnych wiatrów doszło do rozproszenia desantu. Żeby było jeszcze gorzej, w trakcie lądowania wyeliminowany został dowódca batalionu. Łańcuch dowodzenia zaczął się rozpadać, a oficerowie polityczni jedynie pogorszyli sytuację. W rezultacie, spadochroniarze zostali szybko rozbici przez siły przeciwnika i ponieśli ciężkie straty.

Nie tylko Tajwan

Wśród dokumentów ujawnionych przez BlackMoon warto jeszcze przyjrzeć się wzmiance o dostarczeniu przez Rosję sprzętu do zrzutów jednostek specjalnych na tyłach przeciwnika. W radzieckiej doktrynie zawsze obecne było zrzucanie dywersantów za liniami wroga. Z biegiem zimnej wojny zadania stawiane przed jednostkami specjalnymi ewoluowały i oprócz dywersji objęły też dalekie rozpoznanie. Dystans, na jakim miały odbywać się zrzuty, także rósł, a pamiętajmy że dywizje spadochronowe miały być desantowane nawet 300 kilometrów w głąb ugrupowania przeciwnika. Oczywiście, skryte przerzucenie drogą powietrzną komandosów na Tajwan jest jak najbardziej realne, ale biorąc pod uwagę radzieckie i rosyjskie podejście do sprawy, w grę wchodzą jeszcze inne opcje.

Jeden z wariantów początkowej fazy wojny o Tajwan zakłada zmasowany atak pociskami balistycznymi i manewrującymi na amerykańskie bazy w regionie, a także na japońskie instalacje wojskowe. Z rosyjską pomocą w grę zaczyna wchodzić inny, mniej eskalacyjny scenariusz: atak jednostek specjalnych na bazy na przykład na Okinawie. Tym sposobem można ograniczyć straty uboczne, spowodowane trafieniami pocisków w cele cywilne. Taki ograniczony atak mógłby posłużyć także jako ostrzeżenie pod adresem Tokio. Oczywiście, jeśli wszystko poszłoby zgodnie z planem.

Innym potencjalnym kandydatem są Filipiny, a celem – obiekty wojskowe na Luzonie. Nie chodzi tutaj tylko o siły amerykańskie. Manila, a zwłaszcza filipińskie dowództwo wojskowe, wykazują duży pesymizm względem sytuacji w regionie. Według generała Romea Brawnera Juniora, szefa sztabu filipińskich sił zbrojnych, w przypadku chińskiej inwazji na Tajwan rozlanie się wojny na cały region jest nieuniknione. Filipiny szykują się więc na czarny scenariusz. Tutaj pojawia się kolejny ewentualny cel ataku chińskich jednostek specjalnych, bezludna wyspa Mahatao. W sierpniu bieżącego roku filipińska piechota morska założyła tam wysuniętą bazę operacyjną.

Mahatao to część archipelagu Batanes, najdalej na północ wysuniętej prowincji Filipin. Najdalej na północ, czyli najbliżej Tajwanu. Wyspy leżą pośrodku cieśniny Luzon, 162 kilometry od wyspy Luzon i 190 kilometrów na południe od Tajwanu. Generał Brawner w kwietniu tego roku otwarcie mówił jednostkom rozlokowanym na północy kraju, że mają szykować się na wypadek wojny o Tajwan. Obrona archipelagu przed „zagrożeniem zewnętrznym” była elementem amerykańsko-australijskich gier wojennych prowadzonych w ostatnich latach.

Na wyspach Batanes przeprowadzono część kilku ostatnich edycji amerykańsko-filipińskich ćwiczeń „Balikatan”. Rozlokowali się tam wówczas żołnierze Korpusu Piechoty Morskiej USA z systemem przeciwokrętowym NMESIS i rakietowym HIMARS. Wpisuje się to doskonale w doktrynę działań przybrzeżnych w środowiskach przeciwdziałania (Littoral Operations in Contested Environments, LOCE) i działań ekspedycyjnych w bazach wysuniętych (Expeditionary Advanced Base Operations, EABO). Z takiej pozycji marines mogliby flankować od południa wszelkie działania w rejonie Tajwanu.

Filipińskie dowództwo regionu północnego Luzonu otwarcie przyznaje, że wysunięta baza na Mahatao ma służyć jako „platforma do obrony terytorialnej, monitorowania obszarów morskich oraz operacji pomocy humanitarnej i reagowania na katastrofy. Jej lokalizacja podkreśla strategiczne znaczenie Batanes jako najbardziej wysuniętej na północ granicy kraju”.

Albiert Awagin, mil.ru