W pierwszym kwartale 1982 roku nic nie zapowiadało, że „narzucona wojna” – jak konflikt z Irakiem nazywali Irańczycy – szybko się zakończy. Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Saddam Husajn, utraciwszy przewagę konwencjonalną, chciał spowolnić irańską machinę wojenną, tymczasem ajatollahowie nie zamierzali wydać rozkazu o zawieszeniu broni, wręcz przeciwnie – chcieli eksportować rewolucję po trupie Saddama aż do samej Jerozolimy. Z jednej strony były to odważne zamysły, z drugiej – niemożliwe do zrealizowania pobożne życzenia. Konflikt zyskał nowy wymiar: wojny totalnej angażującej całe społeczeństwo, odciskającej trwałe piętno na ludziach, dla których polityka była dotąd odległym zjawiskiem.

Poprzednia część cyklu: Kontrofensywa ajatollahów

Dyplomacja utrwala konflikt

Pod koniec kwietnia 1982 roku – gdy pył największych walk w jednym miejscu opadał, by w drugim się podnieść – Organizacja Współpracy Islamskiej podjęła próbę mediacji między Iranem a Irakiem. Kierujący nią Tunezyjczyk Habib Asz-Szati stworzył czteropunktowy plan, który zakładał:

  • wycofanie się Iraku z terytorium okupowanego od września 1980 roku;
  • ustanowienie strefy buforowej i sił rozjemczych składających się z żołnierzy państw członkowskich OWI;
  • utworzenie międzynarodowej komisji do rozstrzygania sporu wokół Szatt al-Arab;
  • powołanie komisji, która miała zająć się oceną szkód poniesionych przez Iran.

Stosunek Chomeiniego do jakichkolwiek negocjacji znalazł odzwierciedlenie w żądaniach, które dla Iraku były nie do przyjęcia. Ajatollah domagał się, aby Saddam Husajn ustąpił, a Irak uznał odpowiedzialność za wybuch działań wojennych i zgodził się na repatriację szyitów wypędzonych wiosną 1980 roku. Wynik tej krótkiej dyplomatycznej rundy nie był trudny do przewidzenia. Pat trwał. Nastawienie irackiego dyktatora do dyplomacji najlepiej obrazują wydarzenia z 3 maja 1982 roku. Tego dnia na polecenie Saddama iracki MiG-25PD zestrzelił cywilnego Gulfstreama (rejestracja 7T‑VHB), na którego pokładzie znajdował się algierski minister spraw zagranicznych Muhammad as‑Saddik ibn Jahja lecący do Teheranu ze specjalną misją przekonania Irańczyków do zawieszenia broni po tym, gdy rząd Algierii – po zakulisowej grze – storpedował plan pokojowy OWI. Gulfstream został strącony, kiedy zbliżył się do trójstyku granic Turcji, Iranu i Iraku.



Nieprzejednane stanowisko i biegunowo odmienne żądania obu stron sprawiły, iż nie znaleziono nawet najmniejszej płaszczyzny porozumienia, która pozwoliłaby zasiąść przy stole. Porażkę poniosła też Organizacja Narodów Zjednoczonych. Światełko w tunelu pojawiło się, gdy konfliktem zaczęła się interesować premier Indii Indira Gandhi, która zdecydowała się nie wspierać żadnej ze stron i odmówiła sprzedaży nawet uzbrojenia defensywnego do Iranu. Nie przyniosło to jednak żadnego przełomu. Wydawać by się mogło, że świat nie jest zainteresowany przerwaniem konfliktu toczącego się gdzieś na uboczu. Japonia, Korea Południowa i Singapur wykazały całkowite désintéressement. Pakistan – deklarujący oficjalnie brak zaangażowania – potajemnie wspierał Iran, szkoląc między innymi irańskich pilotów myśliwców Shenyang F-6 i Chengdu F-7 dostarczonych przez Chiny i identycznych z używanymi przez pakistańskie lotnictwo. Wielu pakistańskich handlarzy bronią potajemnie dostarczało ajatollahom broń ręczną i części zamienne dla uzbrojenia chińskiej produkcji.

Konflikt iracko-irański zmienił również charakter kooperacji w ramach Rady Współpracy Państw Zatoki Perskiej. Pięciu z sześciu członków organizacji zawarło traktat o bezpieczeństwie zbiorowym. W myśl jego postanowień członkowie byli upoważnieni do interweniowania na terytorium któregokolwiek z sygnatariuszy, gdy doszłoby do agresji zewnętrznej. Porozumieniu towarzyszyły dwustronne traktaty obronne łączące Arabię Saudyjską z innymi członkami Rady Współpracy Zatoki Perskiej, co pozwoliło Rijadowi zacieśnić współpracę wojskową z sąsiadami. W 1983 seria zamachów bombowych w Kuwejcie i Arabii Saudyjskiej dała kolejny impuls do pogłębienia współpracy. Stworzono podstawy wspólnych sił zbrojnych poprzez sformowanie „Tarczy Półwyspu”, składającej się z batalionów dostarczonych przez pięć z sześciu państw członkowskich (z wyjątkiem Kuwejtu).

Zdjęcie propagandowe irańskich żołnierzy ruszających na front. Wielu Irańczyków rzeczywiście szło do walki ze zdjęciem Ruhollaha Chomeiniego na broni lub mundurze.

Największy wkład w przedłużenie konfliktu iracko-irańskiego miały Stany Zjednoczone. Nowy sekretarz stanu George Schultz nie miał oporów przed zawarciem potencjalnego sojuszu z Saddamem, nie oznaczało to jednak, iż Irak ma stać się przyjacielem Waszyngtonu. Działania Schultza obliczone były na konkretne efekty, a w szczególności na powstrzymanie Iranu. Zdaniem analityków Pentagonu irackie siły zbrojne mogły w każdej chwili się rozsypać i nie wytrzymać kolejnych ofensyw. Oceniano, że upadek i destabilizacja Iraku mogłyby skłonić Sowietów do interwencji wojskowej. Irańskie dywizje, być może wspierane nawet przez żołnierzy sowieckich, byłyby wówczas w stanie szybko i nieoczekiwanie zaatakować sąsiednie monarchie naftowe. Z inicjatywy amerykańskiego prezydenta Ronalda Reagana Centralna Agencja Wywiadowcza rozpoczęła więc operację potajemnego dostarczania sprzętu wojskowego do Iraku.

Było to kolejne w historii przedsięwzięcie organizowane pod fałszywą flagą, bowiem jednym z kryteriów amerykańskiej pomocy była konieczność dostaw uzbrojenia proweniencji sowieckiej. Na szarym rynku kupowano więc za dolary broń i amunicję „sdiełano w SSSR” i via Pakistan przerzucano do Iraku (podobną operację przeprowadzono, dozbrajając Talibów w Afganistanie). Kilka tygodni później Reagan przekonał Kongres do usunięcia Iraku z listy państw wspierających terroryzm. Umożliwiło to przywrócenie więzi handlowych, udzielanie kredytów bankowych i lokowanie amerykańskich inwestycji w Iraku. Utorowała również drogę do wznowienia stosunków dyplomatycznych.



Upadku Iraku nie chciał również Związek Sowiecki, który, pozbawiony złudzeń wobec natury teokratycznego reżimu w Teheranie, stanął przed dylematem bezpieczeństwa. Dla Moskwy jasne było, że skierowanie sympatii (a zatem i pomocy) w stronę Iraku z pewnością nie zakończy wrogości między dwoma muzułmańskimi państwami. Z drugiej strony Iran okazywał się coraz agresywniejszy wobec ZSRR i otwarcie uzbrajał mudżahedinów w Afganistanie. Politbiuro nie działało tak prężnie jak administracja Reagana. Kierownictwo ideologiczno-polityczne było za słabe, aby podjąć odpowiedzialne decyzje. Zmarł Michaił Susłow, a i Breżniewowi było bliżej niż dalej na tamten świat. Sprawy w swoje ręce wziął minister obrony, marszałek Dmitrij Ustinow, który przekonywał, że należy uchronić Irak od porażki. Gest dobrej woli wyszedł od samego Saddama, który podjął decyzję o uwolnieniu 280 komunistów z irackich więzień i wysłaniu ich bezpośrednio na front. Wkrótce irackie siły zbrojne zaczęła otrzymywać dostawy sowieckiego uzbrojenia, w tym czołgów T-72 i bojowych wozów piechoty BMP-1, przeciwpancernych pocisków kierowanych 9K111 Fagot, zestawów przeciwlotniczych 2K12 Kub, a także trzydzieści MiG-ów-21 i cztery kutry rakietowe projektu 205U.

Iran w natarciu

10 czerwca Saddam zdecydował się na wspaniałomyślny krok. Postanowił ogłosić jednostronne zawieszenie broni i przyjął podstawowe warunki stawiane przez Teheran. Po pierwsze: wycofa się z podbitych terytoriów i wypłaci reparacje wojenne ufundowane z dobrowolnych składek państw arabskich wspierających Bagdad (król Arabii Saudyjskiej Fahd ibn Abd al-Aziz As-Su’ud zaproponował 50 miliardów dolarów, Teheranowi jednak było mało i żądał astronomicznych 150 miliardów). Po drugie: granica wyznaczona przez porozumienie w Algierze z 1975 roku zostanie uznana przez Irak. Saddam dorzucił też określenie „wojny narzuconej”, czym wziął na siebie odpowiedzialność za rozpoczęcie wojny, co strasznie mu nie pasowało. Ostatecznie udzielił wojskom irańskim prawa tranzytu, gdyby zapadła decyzja o zaangażowaniu się w trwający konflikt libański. Przywódca partii Baas kategorycznie odrzucił żądania w sprawie swojego ustąpienia i repatriacji stu tysięcy szyitów wypędzonych do Iranu przed rozpoczęciem działań wojennych.

Zniszczony iracki T-62.
(Hamed Saber, Creative Commons Attribution 2.0 Generic)

Propozycja Bagdadu oparta była jednak na wyrachowaniu. Saddam liczył, że jeśli Iran nie zaakceptuje zawieszenia broni, a potem rozejmu, sympatia krajów arabskich zdecydowanie przechyli się na stronę Iraku. Wojska irańskie, stojąc przy granicy, zakończyły właściwie jedyną usprawiedliwioną wojnę – wojnę obronną. Przełamanie umocnień granicznych i wejście do Iraku byłoby już niczym nieusprawiedliwione. Według irackiego sztabu generalnego najlepszym rozwiązaniem był powrót do status quo ante bellum i toczenie konfliktu o niskiej intensywności. Dominować miałyby pojedynki artyleryjskie i częste potyczki graniczne. Liczono na to, że Iran faktycznie jest wyczerpany wojną (zginęło już około 50 tysięcy osób) i nie będzie w stanie prowadzić zakrojonej na dużą skalę bitwy powietrzno-lądowej. Iracki sztab generalny wespół z Saddamem sporo ryzykowali. Wycofali żołnierzy na linię sprzed 22 września 1980 roku, otwierając tym samym możliwość szybkiego przemieszczania się irańskich dywizji po równinnym terenie. Stali na stanowisku, że Iran nie będzie eksportował zdobyczy rewolucji. Czas miał pokazać, jak bardzo się mylili.

Po trupie Saddama do Jerozolimy

Podczas gdy irackie formacje zajmowały pozycje na liniach sprzed wojny, w Teheranie trwała zażarta dyskusja. Ali Chamenei i Ruhollah Chomeini zgodnie twierdzili, że zamiast angażować się w konflikt zewnętrzny, trzeba skupić wszystkie siły na wrogach wewnątrz państwa. Iran był wówczas niestabilny, a powrót do czasów sprzed rewolucji – jeszcze możliwy. Ludowi Mudżahedini nadal organizowali ataki terrorystyczne w dużych miastach, mimo likwidacji przez siły rządowe ich głównego dowódcy terenowego Musy Chiabaniego. Działający półoficjalnie bojownicy komunistycznej Partii Mas Irańskich (partii Tude) wciąż mogli chwycić za broń. Nierozwiązane pozostawały kwestie Kurdystanu, a także dwóch niespokojnych ostanów: Azerbejdżan Zachodni oraz Sistan i Beludżystan. Co prawda sytuacja w obu ostanach się uspokoiła, ale nadal była to beczka prochu.

Wydawać by się mogło, że powyższe argumenty są zasadne. Wówczas swoje zdanie przedstawił prezydent Rafsandżani, który jako jedyny nalegał na kontynuowanie wojny. Z wykształcenia był psychologiem, a nadto mistrzem manipulacji, co miało mieć istotne znaczenie podczas dalszej debaty. Pozostawienie sprawy nierozwiązanej byłoby właściwie porażką. Przewodniczący irańskiego parlamentu powątpiewał w dobrowolne wycofanie wojsk przez Saddama. Faktycznie, przeciwnik zachował kontrolę nad kilkoma grzbietami na granicy, między Ghasr-e Szirin i Fakke. Decydującym argumentem była konieczność ukarania Saddama (a więc jego obalenia) za wywołanie wojny, która kosztowała życie tysięcy Irańczyków. Po zwycięstwie w Iraku miał być wprowadzony model irański. Innymi słowy popierani przez ajatollahów iraccy szyici mieli stworzyć kolejną republikę islamską. Analogiczny tok myślenia prezentował Saddam w przededniu inwazji na sąsiada.



Jakby tego było mało, z pomocą Rafsandżaniemu przyszedł szef propagandy, Mohammad Chatami, późniejszy prezydent. Zasypał najwyższego przywódcę statystykami i raportami, które wskazywały, że Iran ma do dyspozycji wystarczające zasoby finansowe i demograficzne, aby obalić iracki reżim. W dyskusji pojawiały się kolejne osoby, które skłaniały się ku kontynuacji wojny. Do rosnącego grona jej zwolenników dołączyli Mohsen Rezaji i Ali Szamchani, odpowiednio głównodowodzący Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej i jego zastępca. Za prowadzeniem dalszych działań był generał szef sztabu wojsk lądowych Ali Sajjad Szirazi, który w parlamencie 22 września powiedział: „Wojna będzie trwała do obalenia Saddama, abyśmy mogli modlić się w Nadżafie, Karbali i Jerozolimie”.

Ali Sajjad Szirazi i Mohsen Rezaji.
(sajed.ir)

Plan irańskiego dowództwa zakładał ofensywę w dwóch kierunkach: na Basrę i Kirkuk. Izolacja tych miast pomogłaby wykończyć Irak ekonomicznie, a także uderzyć z dwóch kierunków na Bagdad, zachęcając społeczności szyickie do powstania. Gdyby ten ostatni punkt się nie powiódł i Bagdad okazał się zbyt trudny do zdobycia, oddziały miałyby się wycofać do Basry, zająć tamtejsze pola naftowe i zyski z nich traktować jako spłatę reparacji wojennych. Wykonując założenia tego planu, generałowie Nedżad i Szirazi rozlokowali osiem dywizji na północ od Basry, cztery w rejonie Ghasr-e Szirin i Sumeru, zaś sześć pozostałych na całej długości frontu jako wsparcie. Generalnie mieli przewagę w sile żywej, ale odstawali od Iraku w sprzęcie. Wojska Saddama dysponowały osiemnastoma dywizjami, które miały 1000 czołgów i 900 dział.

Błogosławiony Ramadan i wzrost roli Pasdaranów

13 lipca 1982 roku Teheran rozpoczął operację pod kryptonimem „Błogosławiony Ramadan”. Naprzeciw 70 tysięcy Irakijczyków stanęło niemal 90 tysięcy żołnierzy. Na front poszli również synowie Chomeiniego, aby wziąć udział w niechybnym przemarszu przez święte miasto Karbala. Irańskie radio i telewizja trąbiły o nadchodzącej historycznej bitwie. Atak na Irak nastąpił mimo przyjętej przez ONZ rezolucji numer 514, wzywającej do natychmiastowego zaprzestania działań wojennych. W pierwszym dniu ataku na Basrę Irańczycy pokonali około 15 kilometrów, był to jednak kres ich możliwości. Kolumny pancerne powstrzymał iracki kontratak. Wspierane z powietrza czołgi Saddama zmusiły Irańczyków do wycofania się na pozycje wyjściowe i przesunięcie sił na północ. Przyczyną porażki było niewłaściwe rozpoznanie głębokości irackiej obrony. Duże znaczenie miały również dobrze zaprojektowane pozycje defensywne i realizowanie przez irackie wojsko operacji oddziaływania psychologicznego (PSYOPS), jak choćby rozpowszechnianie ulotek na terytorium kontrolowanym przez przeciwnika. W trakcie operacji w dniach 13–28 lipca małe zwycięstwo odniosło lotnictwo wojsk lądowych, które zniszczyło 32 czołgi, 64 inne pojazdy oraz umocnienia i wieżyczki obserwacyjne.

W nocy z 16 na 17 lipca Irańczycy przypuścili kolejny atak, tym razem w kierunku na Al-Kurnę, wieś u zbiegu Tygrysu i Eufratu dającego początek Szatt al-Arab. Cel wybrano nieprzypadkowo, gdyż Al‑Kurna była dobrym przyczółkiem do dalszych działań zmierzających do odcięcia jedynych dwóch dróg między Basrą i Bagdadem. Jak się okazało, Irakijczycy zastawili pułapkę. Dwa tygodnie wcześniej zalali te tereny wodą z kanałów irygacyjnych Szatt al-Arab. Irańskie rozpoznanie i wywiad znów okazały się słabe. Irańczycy zaatakowali pod osłoną nocy, licząc na zaskoczenie, a w efekcie najbardziej zaskoczone były same załogi pojazdów grzęznących w błocie. Irańskie czołgi stały się idealnym celem dla irackich żołnierzy obsługujących wyrzutnie pocisków przeciwpancernych.

Pomimo strat Pasdarani nacierali dalej w kierunku Basry, wokół której wybudowano szereg umocnień nazywanych później „żelaznym pierścieniem”. Basra miała znaczenie strategiczne, gdyż przez nią wiodła droga do Karbali. Taktyka fanatycznych żywych tarcz i tym razem była głównym sposobem przełamywania irackiego oporu. Żołnierzy spowalniały pola minowe i wypełnione wodą okopy, byli rozrywani przez pociski artyleryjskie i okopane czołgi. Gdy miesiąc dobiegł końca, przełamania wciąż nie było. Irańskie dowództwo odłożyło ofensywę, aby uzupełnić amunicję i wodę pitną – w ciągu ostatnich dwóch tygodni oddziały zużyły znacznie więcej wody, niż zakładano. Straty były ogromne. Od początku operacji „Błogosławiony Ramadan” zginęło 12 tysięcy irańskich żołnierzy i utracono około 300 czołgów. Nic dziwnego: z jednej strony irańską ofensywę charakteryzował brak taktyki, a z drugiej – iraccy żołnierze walczyli w obronie swojej ziemi z wielką ofiarnością. Taktyka ludzkich tarcz okazała się chybiona, oddziały Pasdaranów – słabo wyszkolone, a morale żołnierzy regularnych sił zbrojnych – osłabione.

Północna część Zatoki Perskiej.
(NASA)

Zaskakujące były wnioski z nieudanych ataków: aby nadal wzmacniać Pasdaranów. Rafsandżani podjął decyzję o powołaniu ministerstwa, które miało zająć się zwiększaniem siły korpusu, a przede wszystkim – zakupem ciężkiego sprzętu, w tym czołgów i samolotów. Nie zmieniło się dowództwo, a nadto wzmocniono pion wywiadowczy i planowania operacji wojskowych. Służba w korpusie stała się atrakcyjniejsza. Odtąd Strażnicy Rewolucji otrzymali pierwszeństwo w przydziale sprzętowym. Parlament przyjął szereg środków oferujących szeroki wachlarz korzyści młodym poborowym, w tym wyższy żołd, dłuższy urlop, szybszy awans, bezpłatny dostęp do szkolnictwa wyższego i licznych usług publicznych. W przypadku śmierci lub kalectwa rekruta rodzinie zapewniano opiekę Fundacji Męczenników.



Rafsandżani utworzył ponadto naczelne dowództwo wojskowe odpowiedzialne za nadzorowanie operacji na froncie. W gremium znaleźli się przedstawiciele dowódców sił lądowych, marynarki wojennej, sił powietrznych, Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej i żandarmerii. Podstawową jego funkcją był nadzór nad czterema dowództwami regionalnymi odpowiadającymi za sektory frontu w Chuzestanie, Fakke, Ghasr-e Szirin i Kurdystanie.

Wojna ekonomiczna i wilcze stada

Wojnę powietrzno-lądową uzupełniały ograniczone działania na morzu. 12 sierpnia Saddam utworzył jednak w północnej części Zatoki Arabskiej morską strefę wyłączną, rozciągającą się na szerokość 35 mil morskich wokół wyspy Chark i obejmującą zasięgiem bazę marynarki wojennej w Buszehrze. Innymi słowy: obszar ten miał być strefą działań wojennych. Zamysł Saddama szedł dalej – należało pozbawić Iran pieniędzy z ropy naftowej i dostępu do benzyny, która po rafinacji płynęła do tego kraju na zbiornikowcach. Miało to zmusić Iran do przyjęcia propozycji zawieszenia broni. Bagdad liczył na to, że Teheran zamknie cieśninę Ormuz, a tym samym Zatokę Perską, co wywoła międzynarodowe retorsje. Iran na to się nie zdecydował, za to w odwecie utworzył własną strefę wyłączności rozciągającą się na 60 mil morskich od linii brzegowej. Każda jednostka, która ją przekroczyła bez pozwolenia, miała być posłana na dno.

Nad zatoką pojawiły się irackie samoloty i śmigłowce, które rozpoczęły polowanie niczym wilcze stada U-Bootów. Su-22 i MiG-i-23 z baz w Basrze i An-Nasirijji oraz śmigłowce Super Frelon z Umm Kasr panoszyły się nad akwenem, zatapiając i uszkadzając frachtowce i zbiornikowce. Podejmowano też ograniczone działania wymierzone we wrogie okręty, a później atakowano również irańskie instalacje naftowe. Od 15 sierpnia do 14 października 1982 roku irackie siły powietrzne siedem razy zbombardowały ogromny terminal na wyspie Chark. Kutry rakietowe projektu 205U i Super Frelony ostrzeliwały pociskami P-15 Tiermit i AM-39 Exocet gigantyczne zbiorniki ropy rozrzucone po całej wyspie. Na terminal naftowy spadła też salwa trzech pocisków balistycznych R-17. Straty mogłyby być większe, gdyby nie ochrona irańskich Tomcatów i systemów przeciwlotniczych MIM-23 Hawk. Gęsta obrona powietrzna uczyniła terminale nieatrakcyjnymi celami. Na wyspie stacjonowała też brygada piechoty morskiej, która skutecznie odstraszała przeciwnika od desantowania. Podjęte środki zaradcze przesunęły zainteresowanie irackich sił powietrznych i marynarki wojennej w kierunku terminali w wysuniętej najbardziej na północ części Zatoki.

1 października 1982 roku na odcinku 40 kilometrów między Ghasr-e Szirin a Sumerem podjęto kolejną ofensywę, która w istocie była odłożoną drugą fazą operacji „Błogosławiony Ramadan”. Głównym celem tego etapu było wypchnięcie przeciwnika z rejonów na zachód od Sumeru, odzyskanie kontroli nad wzgórzami na granicy i przeniknięcie w głąb irackiego terytorium w celu zdobycia nadgranicznego miasta Mandali. Operacja rozpoczęła się od przygotowania artyleryjskiego. Irańczycy szybko pokonali zasieki z drutu kolczastego i pola minowe, i zbliżyli się do pozycji irackich. Po początkowych sukcesach i zajęciu terytorium na głębokość dziesięciu kilometrów Irańczycy musieli się cofnąć pod naporem irackich czołgów, które uzyskały wsparcie MiG-ów-23BN. Możliwość porażenia czołgów wroga zmniejszyła się radykalnie wraz z wyczerpaniem zapasów pocisków TOW (wcześniej dużym wsparciem były transportery opancerzone z wyrzutniami BGM-71A). Teraz irańscy żołnierze dysponowali jedynie mniej zaawansowanymi pociskami sowieckimi. Ofensywę tę określa się jako jedną z najszybszych i najlepiej koordynowanych w całej wojnie. Mimo silnego wsparcia ze strony MiG-ów-23BN irackim żołnierzom nie udało się utrzymać pozycji. Zmuszeni byli uznać wyższość połączonego ataku wojsk lądowych i lotnictwa. Skutkiem było ostateczne odzyskanie 150 kilometrów kwadratowych terytorium, w tym zdobycie kilku posterunków granicznych i okupacja wzgórz Mandali.

Irańczycy z wyrzutnią ppk BGM-71 TOW zamontowaną na Toyocie Lancruiser.
(sajed.ir)

W październiku irańskie dowództwo nadal nie rezygnowało ze stosowania taktyki żywych tarcz. Nie ulega wątpliwości, że była to głupia taktyka przynosząca jedynie bezsensowną śmierć bezmyślnie posyłanych w bój żołnierzy. Była też jedną z przyczyn, dla których Saddam rozpoczął gromadzenie na froncie broni chemicznej. Na tym etapie pojawia się również szersza dyskusja o uruchomieniu irańskiego programu nuklearnego. Pozyskanie broni atomowej miało zlikwidować przewagę konwencjonalną wroga. Ówcześnie nie brano pod uwagę opanowania całego skomplikowanego cyklu prowadzącego do uzyskania głowic nuklearnych i przystosowania pocisków balistycznych do ich przenoszenia, ale podjęcie decyzji o starcie programu atomowego ma skutki o charakterze międzynarodowym do dzisiaj.



Wojna na wyczerpanie

W listopadzie irańskie wojsko rozpoczęło ograniczone ataki w kierunku al-Amary. 1 listopada rozpoczęto operację „Moharram”, ale irańscy żołnierze zdobyli tylko dwa pola naftowe: Abu Szirib i Bajat. Brak istotnych ruchów frontu stworzył groźbę przerodzenia się konfliktu w wojnę totalną. Niemożność przerwania impasu zwiększała ryzyko użycia broni niekonwencjonalnej i atakowania celów niezwiązanych bezpośrednio z działaniami na froncie. Zamysł był bardzo prosty: wywrzeć presję na cywilów, aby prowadzenie wojny stało się trudniejsze. Zwiastunem było odpalenie trzech pocisków R-17 w kierunku celów cywilnych w irańskim Dezfulu. Dla Irakijczyków liczyło się spowodowanie katastrofy humanitarnej, która osłabi morale i doprowadzi do rozruchów, podkopując zaufanie do teokracji. Nic takiego się jednak nie stało ani teraz, ani później.

Pod koniec 1982 i na początku 1983 roku linia frontu się ustabilizowała. Obie strony stać było już tylko na krótkie i nietrwałe przełamania. Do listopada 1982 roku Teheran odzyskał ponad trzy czwarte terytorium zagarniętego przez Irak na początku wojny. Więcej uwagi przywiązywano do rozbudowywania pozycji defensywnych. W tym aspekcie przodowały irackie wojska inżynieryjne, którzy budowali gęsto rozmieszczone umocnienia ziemne, sieci rozgałęzionych okopów i schrony wyposażone w karabiny maszynowe, moździerze i działa bezodrzutowe. Przed umocnieniami znajdowały się rowy przeciwczołgowe, rozległe pola minowe oraz elektroniczny system monitorujący z kamerami i czujnikami termicznymi, który miał pomóc w wykrywaniu rajdów. Wybudowano też szereg tuneli, aby ułatwić transport posiłków, zaopatrzenia i amunicji. Czytelnikom zaznajomionym z historią walk na froncie zachodnim w czasie pierwszej wojny światowej powyższy akapit ukazał nader znajomy obraz, może z wyjątkiem kamer i reszty wyposażenia elektronicznego. Istotnie, zwłaszcza po stronie irackiej linia frontu przypominała tę, która blisko siedemdziesiąt lat wcześniej przecięła Europę Zachodnią, i zdawała się podobnie niemożliwa do przełamania.

Irański Phantom nad Zatoką Perską.

Saddam nadal jednak zabiegał o wstrzymanie ognia na froncie, gdyż irackie siły zbrojne były słabsze niż kiedykolwiek. Na uzupełnienie dużych strat sprzętowych potrzeba było proporcjonalnie dużo czasu. Rozpoczęto pozyskiwanie nowych czołgów T-55, T-62 i T-72, bojowych wozów piechoty BMP-1 oraz haubic holowanych D-30. Dostawy były efektem podpisania na początku 1983 roku kolejnej umowy o wartości 230 milionów dolarów po tym, jak przez dłuższy czas Moskwa odmawiała sprzedaży uzbrojenia Bagdadowi. Inaczej było po drugiej stronie frontu, gdyż Iran nie mógł liczyć na tak obfite dostawy ciężkiego sprzętu. W 1983 roku trzy razy w tygodniu na trasie między Pjongjangiem a Teheranem latał Boeing 747 – po drodze zaliczając międzylądowania w Chinach i Pakistanie – transportujący broń lekką i części zamienne. Ajatollahowie mogli liczyć na sprzęt z przyjaźnie nastawionej Syrii, którą z Iranem łączył wspólny wróg. Irak tradycyjnie podkopywał panowanie Asadów, między innymi wspierając Bractwo Muzułmańskie, które wywołało powstanie w Hamie i zamieniło miasto w twierdzę (jej opór złamano w lutym 1982 roku). Rozciągnięte linie zaopatrzeniowe wojsk irańskich nie pozwalały na prowadzenie skoordynowanych działań, dodatkowo cały czas dawały o sobie znać tarcia między regularnymi siłami a Pasdaranami. Wojna zastopowała, ale zaczęła coraz wyraźniej przenosić się na inne obszary niż bezpośrednie działania na froncie.

Zbyt młodzi męczennicy

Przedłużające się działania wojenne przekształciły konflikt w wojnę totalną, która nie oszczędziła cywilów ani dzieci, w szczególności chłopców w wieku poniżej osiemnastu lat. Od listopada 1982 roku ajatollah Chomeini nie zastanawiał się już nad poświęceniem dziesiątek tysięcy dzieci-żołnierzy w samobójczych ofensywach mających przełamać linie przeciwnika, zwłaszcza w bitwach na terenach podmokłych i zaminowanych, a następnie w bitwie o Basrę. Było to pierwsze w historii współczesnej użycie dzieci-żołnierzy w regionie Bliskiego Wschodu.

Dzieci nie pytano o zgodę, obiecywano im tylko szybkie dostanie się do raju, zakładano czerwone opaski na głowę i posyłano do boju. Młodych chłopców w wieku od 12 do 17 lat rekrutowało miejscowe duchowieństwo lub po prostu urządzano bezpardonowe łapanki w irańskich wsiach i ładowano dzieci na ciężarówki. Irańskie prawo szariatu oparte na przekazie koranicznym zabraniało rekrutacji do sił zbrojnych dzieci poniżej szesnastego roku życia, jednak kilka lat po rozpoczęciu walk słabnący reżim postanowił zignorować własne prawa. W 1984 roku prezydent Ali Akbar Rafsandżani oświadczył, że „wszyscy Irańczycy w wieku od 12 do 72 lat powinni zgłosić się na ochotnika do Świętej Wojny”. Tym samym dzieci trafiały na szkolenie, na którym poddawano je intensywnej indoktrynacji na temat szyickiej tradycji męczeństwa. Potem następowało najgorsze: dzieci bez jakiegokolwiek uzbrojenia lub lekko uzbrojone – w jeden lub dwa granaty albo pistolet z jednym magazynkiem – wysyłano do walki przeciwko irackim czołgom.



Posuwano się nawet do związywania dzieci linami, tak aby tworzyć dwudziestoosobowe grupy, które zapobiegną dezercji „żołnierzy” o słabych nerwach. O ile jakiekolwiek wykorzystywanie dzieci w konflikcie zbrojnym zasługuje tylko na potępienie, o tyle irański sposób rzucania młodych chłopaków do walki był pozbawiony choćby okruszka sensu. Pod miażdżącym ogniem z karabinów maszynowych maszerowali oni na irackie pola minowe, aby oczyścić drogę irańskim czołgom. Ubrani byli w koszule, które na plecach miały wymalowane słowa: „Mam specjalne pozwolenie imama na wejście do nieba”, a na szyi nosili klucze, mające symbolizować, że są już blisko raju. Z górnolotnym przesłaniem kontrastowało tandetne wykonanie: były to plastikowe klucze importowane z Tajwanu. Irańskie przywództwo religijne uważało, że taktyka ludzkich tarcz – nieważne, czy dorosłych – skutecznie zastąpi czołgi, których irańskie wojsko posiadało za mało.

Irańskie dziecko wysłane na front. Cały ten arsenał, którym obwieszono chłopca, jest tylko na pokaz. Kiedy poszedł do walki, miał szczęście, jeśli dano mu chociaż pistolet.
(sajed.ir)

Wojna irańsko-iracka nie ograniczała się do obszarów na froncie, ale rozszerzała się na odległe miasta. Powtarzały się ataki rakietowe i bombardowanie z powietrza osiedli mieszkaniowych, bazarów i obiektów kulturalnych. Toczyła się tak zwana wojna miast. Naturalną konsekwencją rozszerzenia pola bitwy była zwiększona liczba ofiar wśród cywilów. Tylko w ciągu pierwszych sześciu miesięcy wojny przeprowadzono 413 ataków na irańskie miasta, do 1984 roku zginęło 4600 cywilów (w tym wiele dzieci), a ponad 2200 zostało rannych. Ofensywie irackiej i zdobywaniu terytorium towarzyszyły gwałty i wykorzystywanie seksualne. Zeznania świadków sugerują, że zbrodnie o charakterze seksualnym stanowiły część „strategii wojennej” Iraku. Ofiarami były nie tylko dorosłe kobiety, ale też dziewczynki, na przykład w Susangerdzie, gdzie jeśli okazywały opór, były zabijane i ćwiartowane.

Łatwo sobie wyobrazić, że trzydzieści–czterdzieści lat nie wystarczy, żeby zatrzeć wspomnienia o wojnie w pamięci tych, którzy jej doświadczyli. Traumatyczne skutki w psychice ludności, zwłaszcza ówczesnych dzieci, wciąż są dobrze widoczne. Dotyczy to przede wszystkim świadków ataków i śmierci innych dzieci oraz tych, którzy zostali ranni lub wzięci do niewoli. W najlepszym wypadku te doświadczenia pozbawiły ich radości z dzieciństwa, w najgorszym – nieodwracalnie uniemożliwiły godne i spokojne życia. Do tej grupy zaliczają się także osoby z innymi urazami psychicznymi lub fizycznymi, zwłaszcza po zatruciu chemicznym.

Zło niewidziane na początku tej wojny, ale dobrze znane z frontów pierwszej wojny światowej, miało już niebawem z pełnym okrucieństwem wrócić na pole walki. Rozsierdzony Saddam zgromadził na froncie broń, która miała zdziesiątkować Irańczyków i zmusić ich co najmniej do zawarcia rozejmu albo otworzyć drogę – po trupach żołnierzy i cywilów – na terytorium Iranu. Bronią tą miały być gaz musztardowy, sarin i tabun – gazy bojowe, które uczyniły z konfliktu iracko-irańskiego jedną z najpotworniejszych wojen w historii najnowszej.

Kolejne ofensywy i bezsilna demokracja

Wiosna 1983 roku przyniosła kolejne ofensywy wojsk irańskich. 10 kwietnia rozpoczęła się operacja Al-Fadżr 1 („Świt 1”) w rejonie miasta Fakke, mająca za cel odzyskanie kontroli nad tym strategicznie ważnym obszarem, co udało się ostatnie zrealizować tydzień później, ale okupiono to stratą 6 tysięcy zabitych. Rafsandżani określił tę operację jako manewr, który doprowadzi do końca wojny i zadecyduje o przyszłości regionu. Nic bardziej mylnego. Brak znaczących postępów – w szczególności porażka w przecięciu drogi z Basry do Bagdadu – znów pozwolił Irakijczykom złożyć „wspaniałomyślne” propozycje. Tarik Aziz zaproponował Iranowi negocjacje w ramach ONZ, które miały dotyczyć zaprzestania bombardowań ludności cywilnej. Nie przyniosło to żadnego efektu, ale Saddam, powodowany chęcią jak najlepszego pokazania się arabskim sojusznikom (którzy finansowali jego machinę wojenną), znów zaoferował miesięczny rozejm z okazji rozpoczynającego się ramadanu. Mógł więc pokazać, że szanuje nakazy islamu, ale nijak go nie obchodziło, czy Teheran ten wspaniałomyślny gest zaakceptuje. Tymczasem operacja „Świt-1” odniosła wręcz odwrotny od zamierzonego skutek: ponawiane ataki windowały jedynie straty ludzkie, a nawet gdy skromne siły irańskie dokonywały nieznacznych wyrw w szykach nieprzyjaciela, nie otrzymywały żadnej pomocy spieszonych Pasdaranów, co w konsekwencji zmuszało pancerniaków do odwrotu.



Na przekór rzeczywistości podjęto kolejne próby skruszenia irackiej obrony. Większość działań skoncentrowano w Kurdystanie, w nadziei na wywołanie ogólnego buntu przeciwko partii Baas. Nie było to zadanie łatwe, gdyż Irańczycy mieli problem z Kurdami, którzy okopali się w trójkącie pomiędzy miastami Sardaszt i Bukan w ostanie Azerbejdżan Zachodni oraz Bane w Kurdystanie. Generał Szirazi dysponujący oddziałami w sile 120 tysięcy ludzi wspieranych przez 400 czołgów i 300 dział przeprowadził ofensywę, której celem było wyparcie peszmergów. Ostatecznie Abdul Rahman Ghasemlu musiał uznać wyższość przeciwnika, opuścić wioski i doliny, i przenieść się w góry. Pasdarani przeszukiwali wioski i zabijali Kurdów, a liczba ofiar tych metodycznych czystek sięgnęła 5 tysięcy. Cel operacyjny, który postawiono Sziraziemu, zrealizowano niemal w całości: cała irańska część obszarów zamieszkanych przez Kurdów znalazła się pod kontrolą wojsk ajatollahów. Opór sił podległych Ghasemlu był iluzoryczny i skupiał się w kilku odciętych punktach. Powodzenie tych działań stało się przepustką do operacji „Al-Fadżr-2” w dolinie Rawanduz, realizowanej wraz z oddziałem 800 peszmergów podlegających klanowi Barzanich. Z obecnością Kurdów wiązano ściśle określone plany, liczono bowiem, że trafią oni do serc i umysłów lokalnej ludności i zapewnią bezpieczeństwo Irańczykom, którzy będą mogli ruszyć na roponośne obszary Mosulu. Po opanowaniu przesmyku Piranszahr i zabezpieczeniu tyłów Irańczycy podążyli dalej, w dość krótkim czasie pokonując piętnaście kilometrów.

Wymogło to na Saddamie i ministrze obrony Adnanie Chajr Allahu osobistą interwencję na froncie. Chajr Allah wziął sprawy w swoje ręce i zlecił przeprowadzenie kontrataku z potężnym wsparciem lotnictwa. Niedawno dostarczone przez Związek Radziecki śmigłowce szturmowe Mi-24 polowały na piechotę rozproszoną na suchych zboczach okolicznych gór. Irańczycy wezwali na pomoc Cobry. Jedna z nich dokonała niezwykłego wyczynu: za pomocą działka pokładowego M197 zestrzelił MiG‑a‑21 przelatującego nad polem bitwy na małej wysokości. Iracki kontratak spełnił pokładane nadzieje, gdyż ustabilizował front również w Kurdystanie, przynajmniej na razie. Powstawać zaczęły okopy znane z innych części linii styku wojsk. Nie zniechęciło to Iranu do kolejnych rajdów na pozycje nieprzyjaciela. 30 lipca wystartowała ofensywa „Al-Fadżr-3”, której za zadanie stawiano przełamanie stukilometrowego odcinka frontu od Dehloranu do Mehranu i zabezpieczenie drogi granicznej łączącej oba miasta poprzez zajęcie strzegących jej irackich żołnierzy w okopach. Miało to być przepustką do przejścia dalej i odcięcia drogi Bagdad–Basra biegnącej wzdłuż Tygrysu w odległości mniejszej niż trzydzieści kilometrów od granicy.

Stanowisko obrony przeciwlotniczej Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej z działkiem ZU-23-2.
(sajed.ir)

Ciężkie walki na linii Mehranu i Dehloranu nie dawały oczekiwanych rezultatów, toteż Irańczycy zaczęli umacniać się wokół tego pierwszego miasta. Walki o Mehran zakończyły się 10 sierpnia mizernym rezultatem okupionym dużymi stratami. Od początku operacji „Świt-3” mogło zginąć 7 tysięcy żołnierzy irańskich, zaś 15 tysięcy zostało rannych. Niemniej jednak udało się opanować skromne połacie terenu i wzgórza górujące nad drogą z Mehranu do Dehloranu. Coraz bardziej problematyczna stała się kwestia tak zwanej wojny miast, gdyż obie strony nie zamierzały respektować ograniczeń w prowadzeniu wojny dotyczących cywilów i dokonywały wzajemnych odwetowych ataków rakietowych na miasta. Z tym związana była sprawa przyjęcia rezolucji numer 540 przez Radę Bezpieczeństwa ONZ, zakazującej wszelkich operacji militarnych wymierzonych w cywilów.

Tymczasem 19 października 1983 roku wystartowała operacja „Świt-4”, wymierzona w siły kurdyjskie, które razem ze swoim przywódcą uszły z pola walki i ukryły się w górskiej dolinie Pendżwin. Stała się ona kolejnym celem także dlatego, że była kanałem przemytu uzbrojenia dla irańskich Kurdów. Pierwsze do boju ruszyło kilka batalionów Pasdaranów, które zostały później wsparte przez większe siły, w szczególności 29. i 64. Dywizję Piechoty, dwie dywizje zmechanizowane i brygadę czołgów. Irańskie wojsko otaczało dolinę, zajmując powoli okoliczne wzgórza. Spotkało się jednak ze zdecydowanym oporem 4. Dywizji Piechoty i innych irackich jednostek podlegających 1. Korpusowi z generałem Ma’ahirem Abd ar-Raszidem na czele. Jego śmiałe manewry, stopniowe okrążanie wojsk i zepchnięcie ich z powrotem do przełęczy Raszah dały później ar-Raszidowi przydomek „Iracki Rommel”.

6 listopada 1983 roku irańscy żołnierze po raz kolejny zaatakowali linie Irakijczyków, wykorzystując złą pogodę, która uziemiła irackie lotnictwo. Siły podległe Saddamowi wycofały się w nieładzie, pozwalając na przejęcie kontroli nad Bandżwinem i górzystym wybrzeżem jeziora Zrebar wbijającym się w terytorium Iraku między Mariwanem a Bane. Generał Raszid osobiście skontaktował się z prezydentem i otrzymał natychmiastową pomoc dwóch batalionów Gwardii Republikańskiej. Żołnierze zdesantowani ze śmigłowców znaleźli się przed irańską awangardą. Irakijczycy dysponowali pociskami moździerzowymi z gazem musztardowym. Iperyt wdzierający się w drogi oddechowe Pasdaranów wywołał panikę w szeregach i zmusił ich do bezładnego odwrotu i okopania się w rejonie Bandżwinu. Było to pierwsze użycie broni chemicznej przez Irak od początku działań wojennych. W tym miejscu należy przypomnieć, że w mocy pozostawał Protokół genewski z 1925 roku o zakazie używania broni chemicznej i bakteriologicznej.



Dla Husajna iracki Kurdystan był linią, której przekroczenie doprowadzi do eskalacji konfliktu. Użycie gazu nie było podyktowane jedynie przesłankami taktycznymi. Bagdad nie mógł pozwolić, aby irańskie wojsko zagroziło cennym zasobom ropy naftowej, głównemu źródłu dochodów Iraku. Nie do przyjęcia była również zgoda na wywołanie powszechnego powstania w Kurdystanie.

W drugiej połowie listopada pierwsze opady śniegu położyły kres operacji „Świt-4”. Postępy wojsk irańskich były nieznaczne, mimo że opanowano strategiczną przełęcz Raszah. Przerwę w działaniach wykorzystali żołnierze Saddama, umacniając Halabdżę i Az-Sulajmanijję i tworząc z nich twierdze. Irańska ofensywa w Kurdystanie ujawniła niemal całe spektrum problemów, z którymi borykało się irańskie wojsko. Kulało zaopatrzenie rozciągniętymi liniami służby logistycznej. Brakowało właściwego ekwipunku, wojsko nie miało zakładanej mobilności z powodu braków sprzętowych, ataków nie poprzedzano przygotowaniem artyleryjskim z uwagi na brak artylerii. Ofensywa była jednak na tyle składna, że zmusiła Saddama do zlikwidowania konwencjonalnej przewagi poprzez użycie broni chemicznej.

Nóż na gardle. Ratunek: użycie gazu

W styczniu 1984 roku Irakijczycy znajdowali się w całkowitej defensywie, okopani wzdłuż 1200 kilometrów frontu. Z początkowych zdobyczy terytorialnych pozostały ochłapy: kilkadziesiąt kilometrów kwadratowych, głównie wokół Ghasr-i-Szirin. Irańscy stratedzy zachodzili w głowę, gdzie mogliby dokonać wyłomu. W planach sztabowych pojawiły się cztery opcje. Pierwszą było uderzenie w irackim Kurdystanie i przejęcie pól naftowych, odcięcie rurociągu Kirkuk–Dörtyol (w Turcji), co miało stanowić istotny cios w gospodarkę żywiącą wysiłek wojenny. Na przeszkodzie stanęło ukształtowanie terenu. Ani Pasdarani, ani regularne siły zbrojne nie dysponowały potencjałem do walki w górach. Drugim istotnym elementem było przekonanie, że jakiekolwiek zagrożenie dla rurociągu iracko-tureckiego Ankara zinterpretuje jako casus belli. Iran i Turcję łączyła ścisła więź gospodarcza i nie można było pozwolić sobie na nagłe zaprzestanie obrotu handlowego, gdyż mogłoby to grozić destabilizacją ekonomiczną państwa.

Drugim proponowanym kierunkiem ataku był Bagdad, ale szybko go odrzucono ze względów sprzętowych. Kierunek bagdadzki był silnie chroniony i należało się spodziewać, że obrona będzie wręcz fanatyczna. Saddam z pewnością użyłby wszelkich dostępnych sił i środków. Trzecią opcję stanowiło zdobycie Basry. Była ona jednak ówcześnie twierdzą, a choć nie można powiedzieć, że nie do zdobycia, dla wojsk ajatollahów była zupełnie poza zasięgiem. Mogło to się udać jedynie dzięki przekroczeniu Szatt al-Arab i szturmowi na miasto od tyłu, ale do tego irańskie oddziały musiałyby dysponować właściwym zapleczem inżynieryjnym do przeprowadzenia wystarczającej liczby żołnierzy przez rzekę.

W gruncie rzeczy pozostało jedno rozwiązanie: zdobyć miejsce, które będzie z jednej strony jest stosunkowo słabo bronione, a z drugiej będzie cennym zyskiem terytorialnym, aby usprawiedliwić kontynuowanie wojny i zmusić Irak do negocjacji. Koniec końców uderzenie skierowano na pola naftowe rozproszone na północ od Basry. Do tych działań skierowano 400 tysięcy żołnierzy w pięciu dywizjach, co oznaczało osłabienie wszystkich innych odcinków frontu. Uruchomiono operację dezinformacyjną, aby wprowadzić Saddama w błąd co do planowanego ataku. Na przekór pogodzie (intensywne opady śniegu) 12 lutego 1984 roku w irackim Kurdystanie ruszyła operacja „Tahrir al‑Ghods” (Wyzwolić Jerozolimę). Oddziały górskie zaczęły nękać Irakijczyków rejonie przełęczy Nosud, aby zmusić dowództwo do wysłania posiłków na północ. Niebezpiecznie zbliżyły się do Halabdży i tamy w miejscowości Darbandichan w muhafazie As-Sulajmanijja. Zapora stanowiła istotny element zaopatrzenia w wodę dla obszaru Bagdadu. Saddam nie dał się jednak zwieść co do prawdziwego miejsca ataku (było to efektem przechwytywania irańskiej korespondencji wojskowej, ale o tym szerzej w kolejnej części).



W połowie lutego irańskie dowództwo zorganizowało jeszcze dwa ataki dywersyjne, tym razem w centralnym sektorze frontu. 16 lutego trzy dywizje piechoty szturmowały w kierunku miasta Kut, ale Irakijczycy, dobrze chronieni w okopach, odpierali kolejne fale ataków. Podobnie było w rejonie Ali al‑Gharbi nad Tygrysem. Znów irańska piechota zatrzymała się przed okopami, a żołnierze padali martwi pod ostrzałem karabinów maszynowych, moździerzy i czołgów. Irańscy najwyżsi dowódcy byli jednak zadowoleni – przekonani, że ofiara nie idzie na marne, zaś Saddam łyknął przynętę i brnie w pułapkę, śląc posiłki nękanym oddziałom. Czas miał pokazać jak bardzo się mylili.

Bitwa na mokradłach, po której front zamarł

22 lutego 1984 roku irańskie naczelne dowództwo rozpoczęło przygotowywaną z takim wysiłkiem operację „Chejbar”, której nazwa wzięła się od arabskiej fortecy zdobytej przez proroka Mahometa rok przed wjazdem do Mekki. Głównym celem było przejęcie kontroli nad polem naftowym Mażnun i sztucznymi wyspami na mokradłach będącymi „fundamentem” infrastruktury naftowej w tym rejonie. Gra toczyła się także o odcięcie drogi Bagdad–Basra między Amarą i Al-Kurną. Dowódcą wojsk mianowano generała Alego Dżalalego, który podzielił swoje siły na trzy grupy manewrowe po dwie dywizje. Każdy ze związków taktycznych miał przypisany rejon odpowiedzialności: północny, południowy i centralny. Dżalali wydał polecenie ataku w nocy z 22 na 23 lutego, gdy panowały dla atakujących względnie sprzyjające warunki. Gęsta mgła sprawiała, że trudniej było dostrzec sylwetki zbliżających się żołnierzy, a ulewny deszcz trzymał większość Irakijczyków w okopach i schronach.

Grupa północna przekroczyła granicę na zachód od miasta Huwajze i zatrzymała się około dwóch kilometrów od Tygrysu, umacniając przyczółek. Zbyt skromne i słabo uzbrojone siły nie mogły wykonać rozkazu zajęcia drogi Bagdad–Basra, nie wystawiając się przy tym na kontratak irackich czołgów. W południowej części dwie dywizje piechoty poruszały się w kierunku Szatt al-Arab i pola Mażnun, przemykając pod osłoną mgły. Obszaru strzegły dwie irackie dywizje piechoty ukryte w okopach, przed którymi znajdowały się rowy przeciwpancerne. Dotarłszy do nich, Irańczycy bili głową w mur, wykonując falami koleje ataki. Najłatwiej miała grupa centralna. Pasdarani – na łodziach – zdobyli wyspy Mażnun bez nawet jednego wystrzału. Trudno się jednak dziwić: obszar ten był słabo przygotowany do obrony i obsadzony jedynie przez nieliczny garnizon, gdyż już wcześniej, po zniszczeniu infrastruktury, utracił swoją rolę jako ośrodek wydobycia ropy naftowej.

Bitwa na mokradłach dopiero się rozpalała. Z Basry – na polecenie generała Fawziego Hamida al-Alego, szefa sztabu III Korpusu, wyszła brygada czołgów T-62 eskortowana przez dwa bataliony zmechanizowane. Późnym popołudniem czołgi napotkały irańską awangardę i zaczęły ostrzeliwać panikujących Pasdaranów okopanych w naprędce wykopanych dziurach w piasku. Około trzydziestu czołgów w końcu ugrzęzło w bagnach, co dało Irańczykom przynajmniej chwilę na wycofanie się. Niemal natychmiast za nimi ruszyły spieszone załogi czołgów. Pasdarani po raz kolejny zostali zepchnięci do obrony. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. Z Basry nadciągnęły posiłki – bojowe wozy piechoty BMP-1 i kolejne czołgi T-62 – a nad polem walki pojawiły się Mi-24.

Iracki żołnierz wzięty do niewoli, a następnie zamordowany przez Irańczyków na polu Mażnun.
(ministerstwo kultury Iraku)

Na przełomie lutego i marca – gdy wciąż toczyły się zażarte walki na polu Mażnun – iracki minister obrony podjął trzy bardzo ważne decyzje. Po pierwsze: lojalna wobec prezydenta Gwardia Republikańska miała udać się na front, aby motywować żołnierzy regularnych sił zbrojnych. Niecnym planem było przecięcie linii wysokiego napięcia (200 kilowoltów) i wprowadzenie przewodów do mokradeł, aby porazić przedzierających się żołnierzy. Po południu 29 lutego loty na niskiej wysokości nad mokradłami rozpoczęły świeżo dostarczone ze Szwajcarii samoloty Pilatus PC-7 – w cywilnym malowaniu, co miało jeszcze bardziej zmylić przeciwnika – rozpylając tabun, paralityczno-drgawkowy gaz bojowy wynaleziony w Niemczech jeszcze przed drugą wojną światową.

Nieświadomi niczego Pasdarani i bojownicy Związku Mobilizacji Uciemiężonych (Basidż) wdychali opary gazu szybko opadającego i zalegającego w glebie. Niemal natychmiast w drgawkach osuwali się na ziemię i, nie mogąc otrzymać żadnej odtrutki, czekali na nieuniknioną śmieć. Wielu – porażonych prądem – konało w bagnach. Gazy bojowe okazały się jednak bronią bardzo skuteczną, a wieść o ich stosowaniu szybko docierała na inne odcinki frontu pozwalając niektórym zgrupowaniom wycofywać się w przypadku dostrzeżenia zagrożenia.



Szacuje się, że jedynie wskutek tego konkretnego ataku gazowego zginęło 2500 Irańczyków. Wcześniej wojska Saddama wykorzystywały gazy bojowe na polach bitew Piranszahru i Hadż‑Omaranu w 1983 roku, jednak były to ataki sporadyczne z wykorzystaniem małej ilości środka trującego.

W efekcie „bitwy o bagna” Iran poniósł dotkliwe straty w ludziach: około 20 tysięcy zabitych, 30 tysięcy rannych i tysiąc wziętych do niewoli. Straty przeciwnika to „jedynie” 3 tysiące zabitych i 9 tysięcy rannych. W ciągu jedynie dziesięciu dni wojska Saddama odzyskały większość utraconego terytorium. W rękach Irańczyków pozostały jedynie same wyspy Manżun, gdzie zdążyli się umocnić, a śmigłowce CH-47C dostarczały posiłki i zabierały rannych. Większość lotów odbywała się pod osłoną nocy, aby obecności śmigłowców nie wychwyciły irackie oddziały zwiadowcze, mimo że piloci nie mieli urządzeń noktowizyjnych, musieli więc lądować po omacku. Most powietrzny dostarczył na bagna 19 400 żołnierzy i 170 ton zapasów oraz zabrał 2691 rannych. W powietrzu piloci spędzili łącznie 1291 godzin. Tym razem to Irakijczycy – niedysponujący właściwym sprzętem desantowym – nie potrafili przełamać oporu wroga. 20 marca naczelne dowództwo zdało sobie sprawę, że nie będzie w stanie odbić wysp Mażnun, zaś reżim irański za być albo nie być uznał utrzymanie tego przyczółku. Po bitwie o mokradła front zamarł, a żadna ze stron nie była w stanie przeprowadzić ofensywy na dużą skalę. Ograniczano się do ostrzału artyleryjskiego i sporadycznych potyczek, które nie mogły przełamać linii okopów.

Początek wojny tankowców i dalszy etap wojny miast

Bitwa o mokradła była momentem, który istotnie wpłynął na rozpoczęcie starć na dwóch innych, asymetrycznych, frontach, w Iranie zaś zapoczątkował krótkotrwałą dyskusję na temat sensu kontynuowania wojny (jak się okazało, jej przeciwnicy byli w znacznej mniejszości). Starcia opodal Basry wyczerpały obie strony do tego stopnia, że nie były zdolne podjąć ofensywy na dużą skalę. Wyjściem miała być tak zwana wojna miast, którą rozpoczął (de facto jeszcze w 1983 roku) Bagdad, bardziej zdeterminowany, aby wyprzeć nieprzyjaciela zbliżającego się do największych miast Iraku. W tym celu Dyrektoriat Ogólnego Wywiadu Wojskowego wyznaczył cele wrażliwe dla systemu gospodarczego wroga. Zaliczył do nich rafinerię w Tebrizie, hutę żelaza i ośrodek produkcji gazu w Ahwazie, a także kompleks petrochemiczny Bandar Imam Chomeini i port w Buszehrze.

Zaczęło się od bombardowania irańskich miast, co miało być istotnym elementem wojny psychologicznej, która w efekcie miała obniżyć morale Irańczyków i zmusić Teheran do rozejmu. 1 lutego 1984 roku Irak wziął na cel jedenaście ośrodków miejskich wroga. 12 lutego pociski systemu 9K72 Elbrus (Scud) spadły na Dezful. Iran odpowiedział ostrzałem artyleryjskim Basry i nalotem Phantomów na cele w Bagdadzie. Później bomby spadły cele w Teheranie, Isfahanie i świętym mieście Kom, ale strata trzech bombowców Tu-22 sprawiła, że Irak tymczasowo przerwał ataki lotnicze na terytorium Iranu. Teheran miał z kolei ograniczone możliwości w ostrzeliwaniu irackich metropolii. Według irackiego wywiadu wojskowego z posiadanych na początku wojny 196 Phantomów II zostało 80, zaś ze 141 Tigerów II – jedynie 46. Tylko Tomcaty nie poniosły dotkliwych strat (78 na początku i 72 w połowie lutego 1984 roku).

W tym momencie warto jeszcze zatrzymać się przy wpływie dotychczasowych działań wojennych na cywilów. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy wojny przeprowadzono 413 ataków na irańskie miasta. Do 1984 roku zginęło 4600 cywilów, ponad 2200 odniosło ranny, w tym wiele dzieci. Takie ataki zdarzały się pomimo wyraźnych zakazów ustanowionych przez międzynarodowe prawo humanitarne i islamską koncepcję prawa humanitarnego otaczającego między innymi dzieci specjalną ochroną. Dzieci narażone były nie tylko na wyłapywanie i wcielanie do oddziałów, ale również na inne okropności wojny: śmierć pod gruzami, w oparach gazu czy wskutek tortur i gwałtów.

Długoterminowe problemy strukturalne były przedmiotem programów naprawczych rządu w celu odbudowy Iranu, jednak problemów dotyczących zdrowia i bezpieczeństwa dzieci na poziomie indywidualnym nie można było rozwiązać z dnia na dzień. Wiele dzieci odniosło obrażenia fizyczne, które skutkowały kalectwem do końca życia. Wiele miało problemy z oddychaniem wskutek urazów układu oddechowego spowodowanych niszczycielskim wpływem gazów bojowych. Równie straszne były ślady w psychice tych młodych ludzi, którzy mieli przed sobą jeszcze szmat czasu, aby wejść w dorosłe życie. Tymczasem utracili dzieciństwo, zabrano im możliwość kształcenia się, co miało niebagatelne skutki w dorosłym życiu. Użycie broni chemicznej miało również długofalowe skutki dla ciężarnych matek, których dzieci rodziły się z anomaliami. Najgorsze miało jednak przyjść: przemilczenie.



Chwilowe niepowodzenia „wojny miast” pchnęły Saddama do wojny tankowców, która miała podkopać irańską gospodarkę, bazującą – podobnie jak iracka – na eksporcie ropy naftowej. Nietrudno było przewidzieć, że celem będą irańskie zbiornikowce i instalacje naftowe. Ostatecznie miała to być droga do pozbawienia wroga środków na kontynuowanie wojny. Narzędziem stało się pięć samolotów uderzeniowych Dassault Super Étendard wydzierżawionych z Francji w październiku 1983 roku i uzbrojonych w najnowsze pociski przeciwokrętowe Exocet. Gotowość operacyjną uzyskały dopiero po niemal półrocznym szkoleniu pilotów, a 27 marca 1984 roku irackie Super Étendardy przeprowadziły pierwszy atak na jednostki handlowe zawijające do portów irańskich. Do końca 1984 roku samoloty irackie dokonały uderzeń na 45 zagranicznych statków, z których 14 zostało zatopionych lub uszkodzonych bez możliwości odbudowy. Exocety okazały się więc bronią skuteczną w ograniczonym zakresie, nie zadawały ciosu, który posłałby zbiornikowce na dno, ale Bagdad osiągnął cel, zmuszając armatorów do kupowania coraz droższych ubezpieczeń. Doprowadziło to do ograniczenia eksportu irańskiej ropy i obniżenia jej ceny, co z kolei oznaczało straty finansowe dla Teheranu, ale nie zablokowało eksportu i pozwoliło dalej finansować wojnę. Iran przeniósł punkt przeładunkowy ropy naftowej z wyspy Chark na oddaloną 450 kilometrów na południowy-zachód wyspę Sirri, która pozostawała poza zasięgiem irackiego lotnictwa.

Ani Saddam, ani Chomeini nie osiągnęli swoich celów. Przez dalszą część 1984 roku na froncie podejmowano jedynie sporadyczne działania. Zwycięstwo twardogłowych w wyborach w tym roku umocniło przekonanie o konieczności kontynuowania działań zbrojnych. Większą ofensywę podjęto w dniach 18-22 października w rejonie Mehranu, jednak plany irańskich sztabowców były doskonale znane irackiemu wywiadowi sygnałowemu, co ułatwiło szybkie rozprawienie się z atakującymi. Czas niskiej aktywności na froncie obie strony wykorzystały na leczenie ran, zbieranie sił, przeorganizowanie oddziałów wojskowych i dowództwa.

Generałowi Szirazi i Dżalali zreorganizowali irańskie wojska frontowe. Dywizje piechoty umieszczono jako pierwsze wzdłuż frontu, dywizje zmechanizowane – za nimi, ale gotowe do natychmiastowego ataku. Artylerię przesunięto dziesięć kilometrów za okopy, aby zachować zdolność do ewentualnego przygotowania artyleryjskiego. Jednostki pancerne rozmieszczono trzydzieści kilometrów od frontu, gotowe do kontrataku. Dodatkowe środki przydzielono Pasdaranom na wyspach Mażnun, gdzie wykopano drugą groblę łączącą dwie wyspy z terytorium Iranu. Utworzono też nowe regionalne dowództwo do zarządzania tym sektorem. W tym samym czasie reorganizacji dokonali Irakijczycy. Obie strony czekały więc na – jak się później miało okazać – drugą połowę wyniszczającej wojny.

Bibliografia

Lukman Faily, Reflecting on the Iran-Iraq War, Thirty Years Later, atlanticcouncil.org, dostęp 9.10.2020.
Dilip Hiro, The longest war: The Iran-Iraq military conflict. Routledge, Chapman & Hall, 1991.
E.R Hooton, Tom Cooper & Farzin Nadimi, The Iran-Iraq War, Volume 4: The Forgotten Fronts;
Efraim Karsh, The Iran-Iraq war 1980-1988, Oxford, 2002.
Douglas A. Kuppersmith, The Failure of Third World Air Power. Iraq and the war with Iran, Air University Press, czerwiec 1993.
Nasrin Mosaffa, Impact of Iran-Iraq War on Iranian Children, 2018.
Wiliamson Murrary, Kevin M. Woods, The Iran-Iraq War. A Military and Strategic History, Cambridge University Press, 2014.
Pierre Razoux, The Iran–Iraq War. The Belknap Press of Harvard University Press, 2015, ISBN 978-0-674-08863-4.
Philip A.G. Sabin, Efraim Karsh, Escalation in the Iran‐Iraq War, Survival, 31:3, 1989.
Rachel Schmidt, Global Arms Exports to Iraq 1960-1990, RAND, 1991.
P.W. Singer, Child Soldiers, The new faces of war, dostęp 1.02.2021.
Babak Taghvaee, Desert Warriots. Iranian Army Aviation at War, Helion & Company, 2016
Sepehr Zabir, The Iranian Military in Revolution and War, Routledge, 1998.
Iran: Five years of fanaticism, The New York Times, 12 lutego 1984, dostęp 1.02.2021.

Mohammad Hossein Heydari