Niesiony na fali sukcesu operacji w Wenezueli prezydent Donald Trump zapowiedział zamiar zaangażowania się w walkę przeciwko kartelom w Meksyku. Można odnieść wrażenie, że byłaby to kolejna manifestacja polityczno-militarna przypominające bożonarodzeniowe bombardowania przeprowadzone w północnej Nigerii.

Stany Zjednoczone wkroczą w kolejny konflikt nawet nie na pół gwizdka. Pojedyncze operacje może i wyglądają imponująco w przekazach medialnych, ale pozbawione są strategicznej głębi. Sytuacja w Meksyku jest jednak skomplikowana, a obecna amerykańska administracja, jeśli już się zaangażuje, to będzie to prawdopodobnie przypominało granie w bierki młotkiem.

Większe zaangażowanie w sprawy Ameryki Środkowej i Południowej zostało zapowie­dziane w sposób charakterys­tyczny dla Trumpa. Ogłosił on powołanie Doktryny Donroe – uwspół­cześ­nio­nej wersji doktryny Monroe z XIX wieku. W oryginale odnosiła się ona do odrzuce­nia możliwości ekspansji kolonial­nej Europejczyków w Amerykach i uznania takich działań przez Waszyngton za wrogie. W nowej formule ma być przejawem potwierdzenia dominacji Stanów Zjednoczonych na półkuli zachodniej. Nazywanie nowej doktryny na swoją cześć przypomina wymyślanie samemu sobie przezwiska – jest to trochę zabawne i trochę żenujące.

Nowa doktryna, jakiekolwiek budziłaby odczucia, zapowiada większe zaangażowanie Waszyngtonu w sprawy obu Ameryk. Jako potencjalne cele wskazywane są Kolumbia, Kuba i Meksyk. Pod wieloma względami to Hawana powinna najbardziej martwić się powrotem Waszyngtonu do polityki bezpośredniego angażowania w zmiany władzy w regionie. Sekretarz stanu Marco Rubio (syn kubańskich imigrantów) wprost oświadczył, że USA chcą otaczać się przyjaznymi państwami co stanowi bezpośrednią groźbę wobec Kubańczyków.

Odkąd rozpoczęliśmy finansowanie Konfliktów przez Patronite i Buycoffee, serwis pozostał dzięki Waszej hojności wolny od reklam Google. Aby utrzymać ten stan rzeczy, potrzebujemy 2000 złotych miesięcznie.

Możecie nas wspierać przez Patronite.pl i przez Buycoffee.to.

Rozumiemy, że nie każdy może sobie pozwolić na to, by nas sponsorować, ale jeśli wspomożecie nas finansowo, obiecujemy, że Wasze pieniądze się nie zmarnują. Nasze comiesięczne podsumowania sytuacji finansowej możecie przeczytać tutaj.

LUTY BEZ REKLAM GOOGLE 85%

W przypadku tego kraju porwanie prezydenta czy premiera można by przeprowadzić w sposób bardzo przypominający działania w Caracas. Groźby dodatkowo wzmacnia sugestia, że w otoczeniu Nicolása Maduro znajdowało się wielu kubańskich doradców odgrywających szczególnie ważne role w służbach wywiadowczych. Na uwagę zasługuje również pomijanie kwestii Haiti. Eskalacja przemocy w Port-au-Prince i spowodowany nim kryzys humanitarny bezpośrednio wpłynął na sytuację w USA, jednak Waszyngton uporczywie nie zwraca uwagi na tamtejszą wojnę domową między rządem a grupami przestępczymi. Bardziej atrakcyjne medialnie są groźby przeprowadzenia kolejnych interwencji zbrojnych.

Na liście potencjalnych celów amerykańskiej agresji znalazła się również Kolumbia. W tym przypadku Trump w typowy dla siebie sposób określił prezydenta Gustava Petro jako „chorego człowieka produkującego i sprzedającego kokainę w USA” i pozytywnie odniósł się do perspek­tywy zbrojnej interwencji. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Jednak zamiast obrzucania się wzajemnie obelgami Bogota wezwała do… odrodzenia idei Wielkiej Kolumbii. W nowej formule miałaby to być koalicja państw latynoamerykańskich, Brazylii i Meksyku które będą mogły wspólnie przeciwstawić się amerykańs­kiemu imperia­liz­mowi. Na ironię zakrawa fakt, że Rosjanie rozbudzają zimno­wojenne i anty­kolo­nialne sentymenty dla swoich korzyści w tym samym czasie, gdy Waszyngton rozgrywa je przeciwko sobie.

To nie odradzająca się idea Gran Colombia, lecz działania w Meksyku mogą okazać się dla Waszyngtonu najtrudniejszym wyzwaniem. Potencjalna zakrojona na dużą skalę interwencja przeciwko kartelom musi zostać przeprowadzona w porozumieniu z władzami, trudno ją sobie wyobrazić w przeciwnym wypadku. Relacje dwustronne w tym przypadku to trudne partnerstwo, którego nie ułatwia chaotyczna i antydyplomatyczna postawa Trumpa, podchodzącego do polityki międzynarodowej podchodzi podobnie jak negocjowania deali w Nowym Jorku.

Claudia Sheinbaum, prezydentka Meksyku, podobnie jak wszyscy jej poprzednicy, niechętnie odnosi się do bezpośredniego zaangażowania amerykańskich żołnierzy na terytorium Meksyku. W wojnie przeciwko kartelom nie ma łatwego rozwiązania, z gatunku tych, jakie preferuje Trump. Nie ma jednego ojca chrzestnego, którego wystarczy uprowadzić i osądzić. Kartele stanowią mozaikę wzajemnie przenikających się wpływów i powiązań, którym sprzyja powszechna kultura korupcji przesiąkająca meksykańską administrację państwową na wielu szczeblach.

Taktyka dekapitacji grupy poprzez wyeliminowanie jej najważniejszych dowódców już wielokrotnie okazywała się zgubna. Starych przestępców zastępowało pokolenie młodych wilków – gangsterów znacznie brutalniejszych, żądnych krwi i gotowych przesuwać granice tego, na co są gotowi. Historia przestępczości zorganizowanej w Meksyku pokazuje, że próba siłowego rozwiązania problemu powoduje silną reakcję karteli które stają się nie tylko okrutniejsze, ale też bardziej profesjonalne.

Walka przeciwko nim to nie czysta operacja przeprowadzona w porozumieniu z elitami, które dokonują przetasowania na szczycie władzy. Potencjalne wkroczenie do Meksyku to potencjalnie brudna i okrutna wojna, która będzie kosztowała nie tylko miliony dolarów, ale również życia Amerykanów, a to cena którą trudno zapłacić Waszyngtonowi niezależnie od tego, kto zasiada w Gabinecie Owalnym.

Od przemytników-kowbojów do żołnierzy

Potęga meksykańskich karteli nie narodziła się z dnia na dzień. To dekady umacniania wpływów, a przełomem było powstanie Los Zetas. W latach 80. Meksykanie z Kartelu znad Zatoki nawiązali współpracę z kolumbijskim Kartelem z Cali i wynegocjowali korzystny układ, zgodnie z którym 50% opłaty za przemyt rozliczano w narkotykach, a nie, jak do tej pory, w dolarach amerykańskich. Dzięki temu meksykański kartel stał się nie tylko pośrednikiem, ale również dostawcą dla dilerów w Stanach Zjednoczonych.

Włączenie kokainy do przemycanej kontrabandy (wcześniej były to głównie marihuana i alkohol) sprawiło, że pieniądze płynęły jeszcze szerszym strumieniem. Szacuje się, że rocznie Kartel znad Zatoki zarabiał około 10 miliardów dolarów. Możliwość szybkiego zarobienia ogromnych pieniędzy przyciągała ambitnych i bezwzględnych przestępców, którzy ulegli pokusie szybkiego bogactwa i luksusowego stylu życia, jakimi epatowali najwięksi przemytnicy tamtych czasów. Kolejna dekada przyniosła zmiany na jakie nikt nie był gotowy.

Tu na scenę wkracza Arturo Guzmán Decena (1976–2002), porucznik wojsk specjalnych. Gdy w 1997 roku skontaktowali się z nim przedstawiciele Kartelu znad Zatoki, podobnie jak wielu innych oficerów przyjmował drobne łapówki za ignorowanie konwojów przewożących hurtowe ilości narkotyków. Widząc potencjalne korzyści z bliższej współpracy, porzucił karierę w siłach specjalnych i stał się sicario – zabójcą i specjalistą od brudnej roboty gotowym wykonać każde zadanie za odpowiednią cenę.

Zwerbowany przez Kartel znad Zatoki Guzmán Decena (późniejszy Z-1) szybko zaczął organizować nową siłę mającą w przyszłości wstrząsnąć meksykańskim półświatkiem. Charyzmatyczny były komandos szybko przyciągnął znajomych z czasów służby. Nazwali się Los Zetas, czyli Zetki. Wywodziło się to od kodu używanego przez Policję Federalną, której szefowie odpowiedzialni za bezpieczeństwo na terenie danego miasta wywoływani byli przez radio właśnie jako „zet”.

Kartel znad Zatoki zyskał ogromną przewagę nad rywalami. Jego sicarios byli siłą, której nie mogli przeciwstawić się nawet najbardziej zatwardziali gangsterzy. Rozwijając swoją działalność, Los Zetas coraz bardziej oddalali się od tego, czym dotąd były kartele. Grupa od początku specjalizowała się w działaniach siłowych, a nie przemycie. Tworząc wyspecjalizowane komórki, obejmowała „patronatem” szeroki wachlarz działalności przestępczej, od zabezpieczania szlaków i placów aż po wymuszenia haraczy i porwania dla okupu. W czasach największej potęgi Los Zetas krążyły pogłoski, że w kontrolowanych przez nich miastach można zostawić na ulicy portfel i wrócić po niego tydzień później.

Gangsterzy znani byli z rządów opartych na terrorze. Eliminowali mniejsze grupy i niezależnych przestępców, tak że w dużej mierze wyeliminowali przestępczość pospolitą. W meksykańskim półświatku równowaga sił nigdy nie utrzymywała się długo. Ambitni i brutalni bandyci chętnie sięgali po władzę doprowadzając do implozji organizacji. Tak też upadła potęga Los Zetas. Poszczególni dowódcy pogrążyli się w konfliktach wewnętrznych.

Żadna z grup wywodzących swoje korzenie w Los Zetas nie może jednak nazywać się prawdziwym kontynuatorem niesławnego kartelu. Jak na ironię na tytuł ten najbardziej zasługuje organizacja, która początkowo powstała w opozycji do Los Zetas i działała pod wymowną nazwą Zabójcy Zetas (Mata Zetas).

W 2009 roku w Cancún znaleziono ciężarówkę z trzema ciałami i wiadomością — w kraju zaczęła działać nowa grupa samoobrony biorąca na cel członków karteli prześladujących ludność. Samozwańczy obrońcy Meksyku od początku byli aktywni w internecie. Publikowali dziesiątki nagrań z przesłuchań i torturowania zabijanych sicarios. Grupa przekształciła się w Nową Generację Kartelu z Jalisco (Cártel de Jalisco Nueva Generación) i przyjęła wiele metod Los Zetas, wzbogacając arsenał terroru między innymi o dobrze udokumentowany kanibalizm.

CJNG dysponuje zaawansowanym wyposażeniem, nieustępującym regularnym siłom zbrojnym. Jego sicarios znani są z brutalności i efektywności. Mimo to nie sprawują absolutnej kontroli nad Meksykiem. Nawet taka siła musi liczyć się z konkurentami, dlatego większe terytoria podzielono na mniejsze jednostki, którymi łatwiej zarządzać. Sprawia to jednak, iż powiększa się liczba lokalnych watażków, których ambicje również muszą być monitorowane przez postawionych wyżej bandytów. System sprzyja mikrozarządzaniu, lecz umożliwia też transfery terytorium na mniejszą skalę, a to może prowadzić do wojen o jeszcze mniejsze fragmenty szlaków przemytu.

Wojny w łonie karteli

Postrzeganie sytuacji w Meksyku jako wojny między potężnymi kartelami rodem z serialu Narcos a rządem jest niepełna i przez to fałszywa. Nawet w ramach jednej organizacji dochodzi do napięć i walk o wpływy, które często przeradzają się w otwarte konflikty zbrojne. Taka sytuacja trwa w stanie Sinaloa, gdzie dwie frakcje ścierają się o kontrolę nad dostawami fentanylu do USA. Organizacja założona przez Joaquina Guzmána Loerę, pseudonim El Chapo, i Ismaela Zambadę Garcię, pseudonim El Mayo, przeżywa niezwykle głęboki kryzys wewnętrzny.

Jest to konflikt doskonale obrazujący, do czego może doprowadzić strategia usuwania starych szefów. Po aresztowaniu El Chapo do pierwszego szeregu wkroczyli jego synowie: Ivan Guzmán Salazar i Jesus Alfredo Guzmán Salazar. Określani jako Los Chapitos, rzucili wyzwanie stronnictwu El Mayo, które od pseudonimu przywódcy nazwało się Los Mayos. Kryzys grozi rozpadem kartelu. Na taki obrót wydarzeń czekają rywale. Co jakiś czas pojawiają się plotki o kontaktach między przedstawicielami Los Chapitos i CJNG. Może to wskazywać, że wojna domowa w Sinaloa przyjmie nieoczekiwany obrót. Równie niestabilnie prezentuje się sytuacja w stanie Tamaulipas, gdzie trwa kruche zawieszenie broni między Los Metros i Grupo Escorpión – frakcjami Kartelu znad Zatoki. Strony skupiły się na lizaniu ran i odbudowie sił po wieloletnim wyniszczającym konflikcie.

CJNG, pod wodzą Nemesio Oseguery Cervantesa, prowadzi agresywną ekspansję, aby zgarnąć jak największą część przerzutu fentanylu do USA. Czujna obserwacja frontu w Sinaloa nie sprawia, że grupa jest mniej aktywna w innych stanach. W Michoacán zwalcza jednocześnie członków karteli La Familia Michoacána i La Resistencia (Cárteles Unidos). CJNG jako duchowi spadkobiercy Los Zetas wyrastają na najważniejszą siłę w meksykańskim półświatku.

Outsourcing przemocy

Już od ponad dwóch dekad wiadomo o połud­niowo­ame­ry­kań­skich najemnikach zatrudnia­nych przez kartele. W 2005 roku meksykań­ski sekretarz obrony Clemente Vega potwierdził, że Los Zetas sprowadzili przynajmniej trzydziestu kaibiles – członków gwatemal­skich sił specjalnych specjalizujących się w walce w dżungli i operacjach kontr­ter­ro­rys­tycznych.

Obecnie popularnym kierunkiem pozyskiwania najemników jest… Kolumbia. Jedni stawiają na byłych komandosów i na jakość, inni zaś, stosując model rosyjski, zadowalają się jakimikolwiek rekrutami, co często oznacza możliwość konkurowania niską ceną. Niektórzy jednak wybierają trzecią opcję. Oferując fałszywe kontrakty, zwabiają zdesperowanych żołnierzy, a następnie pod przymusem kierują ich w szczególnie niebezpieczne obszary działań. Taki los miał spotkać kilkuset Kolumbijczyków, którzy pod groźbą śmierci zostali wysłani do Sudanu. Nie wszyscy najemnicy są zmuszani do walki. Ci, którzy wybrali kontrakty w Meksyku czy Ukrainie, wiedzieli, w jakim konflikcie zamierzają brać udział.

Wielu uznawanych jest za zbyt cennych, żeby trafiać wprost na front. W Jalisco ich doświadczenie wykorzystywane jest do szkolenia młodych sicarios. Za rekrutację kolumbijskich specjalistów odpowiada dwóch gangsterów: Juan José Farías Álvarez, pseudonim El Abuelo, który działa z kryjówki w stanie Michoacán, i Carlos Andrés Rivera Varela, pseudonim La Firma, operujący bezpośrednio w Cali. W przeciwieństwie do Sudanu, Jemenu, Ukrainy czy Haiti Meksyk wydaje się bezpieczniejszą opcją dla kolumbijskich żołnierzy szukających kontraktów.

Czynnikiem, który odróżnia ich od wielu innych narodowości, jest połączenie wysokiego poziomu szkolenia z dyskrecją. Ich działania stosunkowo rzadko wychodzą na światło dzienne, ponieważ żołnierze nie chwalą się tym, co robią, wykonują rozkazy i pozostają znacznie tańszą opcją niż Amerykanie, Brytyjczycy czy byli żołnierze z RPA. Napływowi Kolumbijczyków sprzyjały również ogromne stawki oferowane na początku wieku dla najemników walczących w Iraku i Afganistanie. Tam też zaczęła rodzić się marka made in Colombia.

Należy pamiętać, że kolumbijscy żołnierze stosunkowo wcześnie przechodzą w stan spoczynku. Wielu w wieku czterdziestu lat staje się emerytami, którymi państwo się nie interesuje. Kolumbia nie ma holistycznej polityki wobec byłych żołnierzy. Tymczasem kolumbijskie prawo nie zakazuje obywatelom pracy w charakterze najemników, co daje im wolną rękę w zakresie poszukiwania pracy. A dzięki aktywnemu uczestnictwu w ćwiczeniach międzynarodowych żołnierze mają kontakty z kolegami po fachu z całego świata, co ułatwiało włączenie się do międzynarodowego rynku usług wojskowych.

Amerykańska broń i ukraińskie szkolenie

Przemyt na granicy Meksyk–USA nie odbywa się tylko w jedną stronę. Szeroki strumień narkotyków zalewających amerykańskie ulice w ogromnej większości przerzucane są właśnie przez południową granicę, ale w drugą stronę, równie imponującym nurtem, płynie broń. Szacuje się, że 200–500 tysięcy sztuk co roku przemycane jest na południe. Wiele z nich trafia w ręce sicarios, którzy chętnie pozują z nią do zdjęć umieszczanych w mediach społecznościowych.

Wśród przemycanego uzbrojenia znajduje się nie tylko broń ręczna czy karabiny automatyczne, ale nawet wielkokalibrowe karabiny wyborowe M82 przeznaczone do rażenia lekko opancerzonych celów. Połączenie dobrego wyszkolenia z dostępem do doskonałej jakości broni sprawia, że meksykańskie kartele nie są przeciwnikiem, którego można lekceważyć. Gangsterzy oprócz dostępu do zagranicznych szkoleniowców zyskali również możliwość wysyłania swoich członków na pola bitew na całym świecie. Wojna w Ukrainie okazała się doskonałym miejscem, w którym doświadczenie zyskiwali operatorzy dronów.

Najbardziej znany był przypadek obywatela Meksyku określanego jako Águila-7 (Orzeł-7). Podczas szkolenia w zakresie pilotowania drona zwrócił uwagę instruktorów. Ponad­prze­ciętne umiejęt­ności sugerowały, że nie był zwykłym ochotnikiem, ale kimś mającym szerokie doświad­cze­nie wojskowe. Po weryfikacji prze­pro­wa­dzo­nej przez ukraiński wywiad okazało się, że to weteran meksykańskich sił specjalnych i członek jednego z karteli.

Nie był to jedyny taki przypadek. Grupy przestępcze wysyłały do Ukrainy swoich członków, zapewniając im fałszywe dokumenty tożsamości, zazwyczaj wenezuelskie lub panamskie. Po wyszkoleniu mieli oni wrócić do Meksyku, gdzie stanowili techniczną elitę sił kartelu. Wykorzystywanie dronów jest tanim i niezwykle efektywnym sposobem walki, co udowodniły poważne straty zadawane Rosjanom i ich sojusznikom w Ukrainie i Sudanie.

Bezzałogowce nie są niczym nowym w arsenale karteli. Do tej pory wykorzystywane były przede wszystkim do transportu kontrabandy. Przedstawiciele Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego Stanów Zjednoczonych w drugiej połowie 2024 roku odnotowali 24 tysiące dronów latających w odległości poniżej 500 metrów od granicy.

Drony coraz częściej wykorzystywane są w operacjach bojowych. W latach 2020-2023 przeprowadzono 605 takich uderzeń. Gangsterzy chętnie korzystają z tanich i łatwo dostępnych chińskich dronów. Jednak tam, gdzie pojawia się miecz, pojawi się i tarcza. Szeroki dostęp do bezzałogowców wymusił na kartelach inwestycje w systemy antydronowe. Wiadomo, że Los Mayitos powszechnie korzystają z rozwiązań chińskiej firmy Skyfend.

Meksykańscy przestępcy dysponują dobrze wyszkolonymi sicarios, dostępem do nowoczesnej broni, latami doświadczenia bojowego i rezerwami kadrowymi w postaci południowoamerykańskich najemników, a wszystko to w rozdrobnionej strukturze. Potencjalne zbrojne zaangażowanie się Amerykanów nie będzie w niczym przypominało operacji w Wenezueli.

Tomas Castelazo, www.tomascastelazo.com / Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0