Departament Stanu USA zatwierdził potencjalną sprzedaż do Arabii Saudyjskiej wielozadaniowych samolotów bojowych F-35A Lightning II. To przełom w amerykańskim podejściu do uzbrajania państw Bliskiego Wschodu. Rijad może pozyskać 48 maszyn za szacunkową kwotę 24,3 miliarda dolarów. Sprzedaż uzbrojenia oczywiście nigdy nie jest zwyczajną transakcją handlową. Ale w tym konkretnym wypadku nabiera szczególnego znaczenia w kontekście wojny w Jemenie i lobbyingu Izraela, chcącego zachować przewagę jakościową nad państwami regionu.
Na sprzedaż F-35 Królestwu Saudów zanosiło się już od dłuższego czasu. Pisaliśmy o tym niemal rok temu. Książę koronny Muhammad ibn Salman rozmawiał o pozyskaniu tych samolotów w trakcie wizyty w USA. I już wtedy Reuters informował, że sprawie nadano oficjalny bieg w Departamencie Obrony.
Arabia Saudyjska, podobnie zresztą jak Zjednoczone Emiraty Arabskie, od lat ma wielki apetyt na najnowocześniejsze amerykańskie myśliwce. Jednak amerykańskie prawo stanowi, że aby utrzymywać równowagę sił – a tym samym pokój – na Bliskim Wschodzie, sprzedaż uzbrojenia do państw regionu musi pozwalać Izraelowi na zachowanie przewagi jakościowej dla zbilansowania przewagi liczebnej państw arabskich. Doktrynę tę przyjęto po wojnie Jom Kipur w 1973 roku.
Oczywiście „pokój na Bliskim Wschodzie” w roku 2026 to tylko piękna idea. Ale dlatego też Izrael tym bardziej nie chce, aby państwa arabskie zwiększały swój potencjał bojowy. Kiedy w październiku 2023 roku rozpętała się wojna w Strefie Gazy, sprzedawanie nowoczesnego uzbrojenia państwom arabskim stało się drażliwym tematem. Niemniej, jak pisaliśmy w ubiegłym roku, wojna w Gazie nie przerwała współpracy Izraela z państwami arabskimi, w tym także z państwem Saudów.
Jeśli kiedykolwiek się zastanawialiście, czy nas wspierać czy nie – teraz nadszedł moment na decyzję.
Od blisko dwóch lat utrzymujemy się głównie z Waszej hojności i zrezygnowaliśmy z reklam Google. Od kilku miesięcy nasze dochody nie zbliżają się do założonego progu i nasza „poduszka”, z której finansujemy wszystko poza podstawowymi kosztami utrzymania serwera i domeny, się kurczy.
W tym roku byliśmy w Berlinie na ILA i w Kielcach na MSPO. Na przyszły rok też mamy ambitne plany. Tymczasem koszty utrzymania serwisu idą w górę. Zależy nam aby Konflikty dalej były wolne od reklam Google, dlatego prosimy Was o wsparcie.
Jeśli chcecie dorzucić swoją cegiełkę, możecie zrobić to przez Patronite.pl lub Buycoffee.to.
Państwo Żydowskie i monarchia Saudów mają też wspólnego wroga – Iran. Ale wbrew popularnemu powiedzeniu wspólny wróg wcale nie musi prowadzić do przyjaźni ani nawet do pełnego zaufania. Z Rijadu już płyną sygnały, że w najbliższym czasie nie ma co liczyć na normalizację. Mimo że Saudowie pilnie potrzebują wzmocnienia obrony powietrznej w obliczu rozpędzającej się wojny z Hutimi, nawet gdyby Izrael udzielił takowej, uznanie Państwa Żydowskiego nie wchodzi w grę.
Trzeba pamiętać, że Trump za jeden ze swoich największych sukcesów uznaje (słusznie) Porozumienia Abrahamowe, na których mocy niektóre państwa arabskie uznały istnienie Izraela. Arabia Saudyjska do nich nie przystąpiła, ale od dawna sygnalizowała, że jest gotowa rozważyć normalizację stosunków z Państwem Żydowskim. Sprzedaż F-35 w oczach wielu analityków mogła być elementem transakcji wiązanej, której rdzeniem byłoby właśnie nawiązanie stosunków dyplomatycznych przez oba kraje. Mocno powiązany z królestwem Bahrajn był częścią porozumień abrahamowych.
Arabia Saudyjska jest obecnie największym nabywcą amerykańskiego uzbrojenia. W maju ubiegłego roku oba kraje uzgodniły rekordową transakcję zbrojeniową wartą 142 miliardy dolarów. Szczegółów nie ujawniono, ale nieoficjalnie wiadomo, że zakupy obejmą systemy przeciwlotnicze, systemy łączności, szeroko rozumianą modernizację wojsk lądowych i ochronę granic. Ponoć już wtedy Saudowie naciskali, aby pozwolono im zamówić także F-35, ale sytuacja jeszcze do tego nie dojrzała.
Izrael tymczasem oczywiście wciąż wolałby pozostać jedynym bliskowschodnim użytkownikiem F-35. Ale przedstawiciele Chejl ha-Awir zapewniają, że jeśli będzie trzeba, będą gotowi stawić czoła temu wyzwaniu (bo w sumie co innego mogą powiedzieć?). Trzeba też wziąć pod uwagę, że Izrael otrzymał wyjątkowe pozwolenie na wprowadzanie własnych modyfikacji do swoich samolotów, które z tego względu otrzymały osobne oznaczenie – F-35I.
Izrael zamówił pierwszych 19 F-35I w 2010 roku. Kolejną transzę 14 maszyn zamówiono w 2015 roku, a ostatnią – licząca 17 myśliwców – w 2016. Razem dało to 50 samolotów do wyposażenia dwóch eskadr liniowych. Dostawy F-35I rozpoczęły się w grudniu 2016 roku. Pierwsze kilkanaście egzemplarzy reprezentowało „pospolity” standard F-35A, lecz w Izraelu wszystkie klasyfikowano jako F-35I i stopniowo poddano je stosownym modyfikacjom. W styczniu 2024 roku Jerozolimie udało się wreszcie uzyskać zgodę na zakup kolejnych 25 egzemplarzy, a w maju tego roku – znów 25, co razem da okrągłe 100.
Według ustaleń izraelskich mediów Państwo Żydowskie będzie się domagało zadośćuczynienia od Stanów Zjednoczonych w postaci zgody na sprzedaż systemów uzbrojenia, których dotąd Amerykanie nie sprzedawali. Tym sposobem Izrael będzie chciał zachować swoją przyrzeczoną przewagę jakościową. Izraelczycy będą także domagali się udziału w produkcji najnowocześniejszego amerykańskiego uzbrojenia.
Chiny
W 2020 roku, podczas poprzedniej kadencji Trumpa, Departament Stanu opowiedział się za sprzedażą F-35A do ZEA. Nad Zatokę Perską miało trafić do 50 maszyn za kwotę szacowaną na 10,4 miliarda dolarów. Wkrótce potem Joe Biden zajął miejsce Trumpa i ogłoszono audyt wszystkich transakcji zbrojeniowych, na które zgodę wydała poprzednia administracja.
Ostatecznie sprzedaży nie zablokowano, ale sprawa i tak umarła śmiercią naturalną, przynajmniej na razie. Według informacji gazety Wall Street Journal z grudnia 2021 roku władze ZEA miały poważne zastrzeżenia co do narzucanych przez Amerykanów zasad ochrony informacji tajnych – zasad, które mają w założeniu ochronić Lightninga II przed działalnością szpiegowską Chińskiej Republiki Ludowej.
I tu dochodzimy do kolejnego problemu związanego ze sprzedażą F-35 Arabii Saudyjskiej. Nie tylko ZEA utrzymują bliskie więzi z Pekinem. Ba, Rijad utrzymuje nawet bliższe. W arsenale Saudów znajdują się chińskie pociski balistyczne i chce rozpocząć produkcję na własną rękę, krążą również niepotwierdzone doniesienia o zamówieniu (w ramach pilnej potrzeby operacyjnej) chińskich systemów przeciwlotniczych krótkiego zasięgu, z którymi Saudyjczycy mogli się zapoznać, gdy Pakistan wysłał tam kontyngent do wsparcia obrony sojusznika. W 2024 roku Arabia Saudyjska wyeksportowała do Chin ropę o wartości 47,9 miliarda dolarów. W tym samym okresie do USA wysłano jedynie równowartość 8,4 miliarda dolarów. W przybliżeniu 16,5% chińskiego importu ropy pochodzi z Arabii Saudyjskiej. W USA to tylko 5%.
Today @vantortech released hi-res imagery of damage to the Saudi East-West pipeline pumping station at al Mesba'ah (23.9565, 40.0538).
The station looks largely destroyed. Saudi officials said the attack came from Iraq and there were injuries. pic.twitter.com/XgoRYr9Qax
— Geoff Brumfiel (@gbrumfiel) September 13, 2026
Bliska jest też współpraca służb wywiadowczych obu krajów. A to już sprawia, że osoby odpowiedzialne za ochronę kontrwywiadowczą F-35 zaczynają strzyc uszami. Dość przypomnieć casus Turcji, wyrzuconej z programu F-35 za pozyskanie rosyjskich systemów przeciwlotniczych S-400. Albo casus Izraela, gdzie pod presją Waszyngtonu wojska lotnicze wprowadziły zasadę, iż na F-35I nie mogą latać piloci mający podwójne obywatelstwo.
Jak informował dwa dni temu New York Times, wewnętrzny raport Agencji Wywiadu Departamentu Obrony wyraża obawy związane z tą transakcją dotyczące właśnie uzyskania dostępu do rozwiązań technicznych F-35 przez Chiny za pośrednictwem Arabii Saudyjskiej. W raporcie stwierdzono, że dostęp do miejsc, w których znajdować się będą informacje wrażliwe na temat F-35, powinni mieć wyłącznie saudyjscy i amerykańscy żołnierze oraz wykonawcy kontraktów. Analitycy stawiają nawet pytanie, czy Arabia Saudyjska zgodziłaby się na ograniczenie kontaktów z chińskim personelem wojskowym i wywiadowczym oraz powiązanymi z nimi podmiotami. Dokument pyta też, czy Rijad zgodziłby się na usunięcie sprzętu chińskich firm Huawei i ZTE z infrastruktury telekomunikacyjnej i sieciowej oraz z instalacji wojskowych.
Małżeństwo z rozsądku
Za okres założycielski bliskich relacji Rijadu i Waszyngtonu można uznać lata 30., kiedy Amerykanie kładli fundamenty pod saudyjską petrochemię. Nazwa Aramco pochodzi właśnie od Arabian American Oil Company. Postawienie na odległy kraj bez tradycji ekspansji w regionie okazało się rozsądnym wyborem. W ciągu następnych dekad firma stawała się coraz bardziej saudyjska, a coraz mniej amerykańska. Irańczycy mieli o wiele trudniejszą przeprawę z British-Persian Oil Company, znaną obecnie jako BP.

Para amerykańskich i para saudyjskich F-15C oraz saudyjska latająca cysterna KE-3A.
(Royal Saudi Air Force via US Air Force)
Zimna wojna była zresztą momentem, kiedy relacje zaczęły dojrzewać. Konserwatywna wahhabicka monarchia w sporej mierze miała zbieżne interesy z Waszyngtonem. Obie strony z nieufnością patrzyły na arabskich socjalistów, komunistów z Jemenu Południowego czy chomeinistów. Punktem tarć była oczywiście kwestia palestyńska, czego największym objawem był kryzys naftowy. Ten jednak relatywnie szybko został zażegnany.
Jednym z kluczowym momentów w historii relacji obu państw była operacja „Pustynna Tarcza”, która pozwoliła na rozmieszczenie amerykańskich wojsk na terenie Królestwa. Pokonanie zagrażającego Saudom irackiego dyktatora miało pewien ukryty koszt. Stacjonowanie obcych wojsk w kolebce islamu rozpoczęło działalność terrorystyczną Al-Kaidy przeciwko USA, która częściowo toczyła się na terytorium saudyjskim.
Po 11 września 2001 roku doszło do dużego kryzysu zaufania. Z 19 zamachowców aż 15 było obywatelami Królestwa. Saudyjczykiem, co prawda urodzonym z Jemeńczyka i Syryjki, był również sam Usama ibn Ladin. Rijad nie poparł ponownej inwazji na Irak, a w 2003 roku wojska amerykańskie opuściły kraj. Nie oznacza to, że współpraca się załamała. Oba państwa aktywnie współpracowały na polu walki z terroryzmem, a kryzys zaufania z początku dekady nie przerwał zakupów amerykańskiej broni.

Żołnierze US Army obsługujący amerykańską wyrzutnię systemu THAAD broniącą bazy Al-Amir Sultan w Arabii Saudyjskiej, zdjęcie z 2020 roku.
(US Air Force / Master Sgt Benjamin Wiseman)
Arabska Wiosna stała się kolejnym powodem napięć. Rijad chciał od Baracka Obamy większej presji na władze Baszszara al-Asada, ale mniejszej na Husniego Mubaraka w Egipcie. Oba państwa grały wszakże do jednej bramki w Jemenie, gdzie akceptowano możliwość upadku Saleha, ale chciano zachować stabilność kraju. Rozdźwięk pojawił się w 2015 roku, kiedy Waszyngton nie był zadowolony z liczby ofiar cywilnych saudyjskiej interwencji u południowego sąsiada. Jeszcze jednym problemem w relacjach były negocjacje nuklearne z Iranem zakończone podpisaniem JCPOA, czego Rijad również się obawiał.
Po problematycznym Obamie nadeszła pierwsza kadencja Trumpa. JCPOA poszło w niebyt, tak samo jak kręcenie nosem w sprawie interwencji w Jemenie. Jedną z podstaw tej relacji były kontrakty zbrojeniowe, którymi Trump uwielbiał się chwalić przed mediami. Co prawda wielomiliardowe kwoty często były sztucznie pompowane, jednak bez wątpienia amerykańska zbrojeniówka, a nawet inne sektory, nie czuły się stratne. Rozochocona Arabia Saudyjska po udanym szczycie rijadzkim (który stworzył między innymi słynne zdjęcie z kulą) rozpoczęła nawet kryzys katarski, który trwał do końca kadencji Trumpa.
Nowojorski bogacz przymknął również oko na morderstwo Dżamala Chaszukżiego, znanego dziennikarza krytykującego rodzinę królewską. Ta sprawa odżyła w sporej mierze za Joe Bidena, ale pomimo ogólnego ochłodzenia stosunków w tym okresie oba państwa nie wchodziły na kurs kolizyjny.
President Trump touched an orb in Saudi Arabia and the internet lit up https://t.co/gFLklBmXkS pic.twitter.com/c3gDYvyqHO
— CNN (@CNN) May 22, 2017
Druga kadencja Trumpa to powrót do poprzedniej polityki. Kolejny raz pojawiły się hasła o wielkich kontraktach. Tym razem jednak polityka Waszyngtonu okazała się zbyt intensywna dla Rijadu, a Królestwo oficjalnie nie poparło wojen w 2025 i w 2026 roku. Co ciekawe, pojawiły się doniesienia jakoby Muhammad ibn Salman tak naprawdę zachęcał Trumpa do uderzenia w Iran, ale strona saudyjska je dementowała. Jeszcze przed wybuchem wojny w 2026 roku Arabia Saudyjska zyskała status Głównego Sojusznika spoza NATO. Królestwo stara się również rozwijać swój program nuklearny. Ostatnie rozmowy z Trumpem okazały się w tym zakresie całkiem produktywne.
Obecnie widzimy jednak, iż przyjaźń na pewne limity. Stany Zjednoczone po walkach z Hutimi w 2025 roku nie mają zamiaru wracać w najbliższym czasie do Jemenu i de facto dały rebeliantom przyzwoleniem na atakowanie sojusznika. W Waszyngtonie jest również wiele osób, które nie patrzą przychylnie na perspektywę saudyjskich F-35 czy rozwoju saudyjskich technologii nuklearnych.
Program nuklearny
Pierwsze przebąkiwania o saudyjskim programie nuklearnym sięgają 2015 roku i zintensyfikowały się w 2018 roku. W lipcu bieżącego roku Rijadowi udało się podpisać porozumienie ze Stanami Zjednoczonymi pozwalające na rozpoczęcie cywilnego projektu i import technologii zza oceanu.
Członkowie Izby Reprezentantów należący do Partii Demokratycznej ogłosili wczoraj, że wnieśli projekt rezolucji mający zablokować wejście w życie umowy Trumpa. Główną osią krytyki jest fakt, że porozumienie nie zabrania Arabii Saudyjskiej wzbogacania uranu i przetwarzania odpadów radioaktywnych. Obie z tych dróg mogą stanowić zalążek, by obok cywilnego programu pojawił się wojskowy. Co istotne, podobna umowa zawarta z ZEA w 2009 roku zawiera zapisy uniemożliwiające tego typu działania. Według administracji prezydenckiej umowa ma odpowiednie klauzule dotyczące nieproliferacji broni masowego rażenia, co jednak bywa kwestionowane przez media.
Według wcześniejszych deklaracji wejście w życie porozumienia na również być zależne do wejścia Rijadu do Porozumień Abrahamowych, tyle że w treści porozumienia najwyraźniej nie ma wzmianki na ten temat. Niemniej już nazajutrz prezydent ogłosił w swoim serwisie Truth Social, że Arabia Saudyjska będzie musiała znormalizować stosunki z Izraelem, aby otrzymać amerykańską technologię nuklearną. I tak z dnia na dzień porozumienie stanęło pod znakiem zapytania.
Rzeczniczka prasowa Białego Domu Karoline Leavitt dodała kilka godzin później, że jeśli Saudyjczycy „nie przystąpią do Porozumień Abrahamowych, umowa straci ważność”. Zapytana przez dziennikarzy, dlaczego warunku tego nie ogłoszono dzień wcześniej, Leavitt odpowiedziała, że Trump „zawsze jest tym, który ustala ostateczny deal”.
Wpis Trumpa pojawił się po tym, jak sojusznicy Izraela w amerykańskim światku politycznym — a według nieoficjalnych doniesień także politycy izraelscy — wyrazili zaniepokojenie decyzją administracji o przystąpieniu do umowy z Rijadem. Netanjahu podobno omówił tę kwestię podczas rozmowy telefonicznej z sekretarzem stanu USA. Marco Rubio rzekomo zapewnił Netanjahu, że porozumienie nuklearne zostanie osiągnięte wyłącznie w połączeniu z normalizacją.
Kongres może zablokować umowę, jednak to wymagałoby ponadpartyjnego porozumienia. W przypadku demokratów zebranie głosów nie powinno stanowić problemu. W przypadku Partii Republikańskiej też istnieje pewien potencjał. Nie każdy członek partii należy do ruchu MAGA, a w dodatku Izrael i powiązany z nim fundusz lobbingowy AIPAC zapewne podejmuje wyraźne wysiłki, aby zablokować umowę. Według prawa amerykańskiego porozumienia dotyczące pokojowej współpracy nuklearnej wchodzą w życie po 90 dniach od podpisania dokumentu, jeśli Kongres nie przegłosował rezolucji blokującej. To daje opozycji czas do połowy października.


