Porwanie Nicolása Maduro to jedno z największych osiągnięć wojskowo-wywiadowczych Stanów Zjednoczonych w XXI wieku. Po kilku dniach od tej operacji i opadnięciu pierwszej fali emocji warto przyjrzeć się tym wydarzeniom bardziej chłodnym okiem – jak Amerykanom udało się dokonać tego dzieła i jakie są tego konsekwencje?
Operacja „Absolute Resolve”
Właśnie taką nazwę otrzymała operacja przeprowadzona przez Stany Zjednoczone 3 stycznia. O ile największe oklaski zdobyła Delta Force, która miała przyjemność ująć Maduro, o tyle sukces operacji in toto należy przypisać amerykańskiemu systemowi w całej jego okazałości. Według dostępnych informacji grunt pod operację budowano od miesięcy. Kluczowym elementem była oczywiście działalność wywiadowcza. Według przewodniczącego Połączonego Szefostwa Sztabów generała Dana Caine’a służby specjalne miesiącami badały sposób życia Maduro.
Według niesprecyzowanego źródła The Washington Post CIA miała posiadać osobowe źródło informacji w wenezuelskim rządzie, które dostarczało informacje na temat ruchów i miejsc pobytu dyktatora. W sierpniu agencja miała umieścić w kraju mały zespół zajmujący się obserwacją operacyjną Maduro. Szczegóły oczywiście nie są znane.
Przygotowania do operacji dotyczyły również elementów wojskowych. Żołnierze amerykańscy mieli ćwiczyć działania na makiecie dokładnie odwzorowującej miejsce przebywania Maduro. Nie wiadomo, kiedy dokładnie zaczęły się te przygotowania. Co zabawne, do dzisiaj nie wiemy nawet, gdzie przebywał Maduro w swoim szarym dresie. Jednym z kandydatów ma być Feuerte Tiuna (czyli Fort Tiuna) – położony w Caracas kompleks wojskowy stanowiący serce obronne kraju. Jest również wykorzystywany jako miejsce zamieszkania dla kluczowych kadr wojskowych, strzegących ich żołnierzy i niektórych kluczowych urzędników.
BREAKING: Strong explosions heard in Caracas, Venezuela. pic.twitter.com/zEalYr2dVp
— Clash Report (@clashreport) January 3, 2026
Ameryka Łacińska, pomimo bliskości Stanów Zjednoczonych, po końcu zimnej wojny spadła w hierarchii urzędników w Waszyngtonie zajętych czy to konfliktami na Bliskim Wschodzie, czy polityką na Pacyfiku. Nie obyło się więc bez pewnych rotacji. Jesienią dwa pododdziały Delta Force z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu miały zostać przeniesione do Ameryki Łacińskiej. Również CIA musiała ściągnąć odpowiednie narzędzia pozwalające zdobywać dane.
Operację w jej trakcie wspierał dron rozpoznawczy RQ-170 Sentinel. Biorąc pod uwagę charakterystykę misji, trudno wykrywalny Sentinel wydaje się najlepszym narzędziem tego typu, jakie USA ma w zanadrzu.
Drony działały jednak nad Wenezuelą dużo dłużej. Już 18 grudnia MQ-9 Reaper użył pocisku AGM-114 Hellfire lub AGM-179A JAGM przeciwko bliżej nieustalonemu celowi. Wiemy o tym z dwóch źródeł. Po pierwsze: sam Trump tydzień później przyznał, że USA zaatakowały jakiś cel w Wenezueli. Po drugie i ważniejsze: znaleziono szczątki pocisku. CNN swoimi źródłami ustaliła, że był to dron należący do CIA, a nie do US Air Force.
U.S. RQ-170 stealth drone returning to Puerto Rico this morning.
This is a quiete rare footage of the drone, spotted after supporting US strikes on Venezuela last night.
[ Nando Curbelo Rodriguez]pic.twitter.com/dYVHcfGvbQ
— Massimo (@Rainmaker1973) January 3, 2026
Istnieją również poszlaki wskazujące na wykorzystanie przez Amerykanów „dronów samobójczych”. Od niedawna Waszyngton dysponuje tego typu maszynami funkcjonującymi pod nazwą LUCAS (Low-Cost Unscrewed Attack System), które są mocno inspirowane irańskimi Szahedami. W odróżnieniu od swoich irańskich odpowiedników są one również zdolne do funkcjonowania w usieciowionych rojach. Na filmach z Caracas słychać charakterystyczne buczenie zakończone wybuchem, co wskazuje na wykorzystanie tego typu urządzeń. Podobne odgłosy można usłyszeć w Ukrainie w przypadku Szahedów.
WATCH: Multiple videos show drones being used during the U.S. operation in Venezuela. pic.twitter.com/Ef4BLtaKIb
— Faytuks Network (@FaytuksNetwork) January 5, 2026
Wielki finał nastąpił 3 stycznia. Swoje działania rozpoczęło amerykańskie lotnictwo. Łącznie mowa o ponad 150 maszynach startujących z 20 różnych miejsc. Do tej grupy należały myśliwce, śmigłowce, jak również samoloty walki elektronicznej czy drony rozpoznawcze. W operacji udział miały również wziąć bombowce Rockwell B-1B Lancer. Chaos został dopełniony przez amerykańskie działania w cyberprzestrzeni, które miały wyłączyć oświetlenie miejskie. Według Cane’a o godzinie 2.01 czasu lokalnego (7.01 czasu polskiego) śmigłowce dotarły do kompleksu Maduro, gdzie rozpoczęły wymianę ognia z przeciwnikiem.
– Od momentu wybuchu pierwszych bomb do momentu, gdy ktoś wyważył drzwi, minęły trzy minuty – powiedziało źródło WaPo.
Cała akcja miała zamknąć się w niespełna trzech godzinach, a o 4.29 czasu wenezuelskiego śmigłowiec z Maduro przekroczył brzeg kraju, kierując się ku desantowcowi USS Iwo Jima (LHD 7). Według Amerykanów operacja nie przyniosła zabitych po stronie amerykańskiej, chociaż nieokreślona liczba żołnierzy odniosła niezagrażające życiu obrażenia. Jednym z nich ma być członek załogi śmigłowca, który został trafiony ogniem broni małokalibrowej.
Odkąd rozpoczęliśmy finansowanie Konfliktów przez Patronite i Buycoffee, serwis pozostał dzięki Waszej hojności wolny od reklam Google. Aby utrzymać ten stan rzeczy, potrzebujemy 2000 złotych miesięcznie.
Możecie nas wspierać przez Patronite.pl i przez Buycoffee.to.
Rozumiemy, że nie każdy może sobie pozwolić na to, by nas sponsorować, ale jeśli wspomożecie nas finansowo, obiecujemy, że Wasze pieniądze się nie zmarnują. Nasze comiesięczne podsumowania sytuacji finansowej możecie przeczytać tutaj.
Co możemy wywnioskować z całej historii? Przede wszystkim: jak bardzo można nie lubić Trumpa i jego nowych porządków w Departamencie Obrony vel Wojny, tak nawet pomimo dziwnych ludzi w amerykańskim przywództwie system wojskowy i wywiadowczy Waszyngtonu nadal stanowi absolutną elitę. Służby specjalne były w stanie głęboko zinfiltrować wenezuelskie państwo i pozyskać dokładne dane. Te natomiast zostały przekazane pionowi wojskowemu, który był w stanie obezwładnić wrogą obronę i wykonać cios w samo serce kraju. Działania te w dodatku były wsparte przez działania w cyberprzestrzeni. Nie było potrzeby przeprowadzania zakrojonej na dużą skalę operacji wojskowej jak podczas operacji „Just Cause” w Panamie.
Świadczy to zarówno o bardzo dobrej jakości wszystkich elementów amerykańskiego systemu, jak również o dobrej koordynacji między nimi. Takich rzeczy nie należy uznawać za oczywistość. Operacja „Absolute Resolve” w swoich założeniach przypomina operację „Eagle Claw” z 1980 roku, która również miała na celu wydostanie grupy osób ze stolicy wrogiego państwa. W tamtym przypadku chodziło o amerykańskich zakładników w Teheranie. Operacja zakończyła się spektakularnym fiaskiem, jednak Waszyngton wyciągnął z niej odpowiednie wnioski. Jeszcze w tym samym roku Amerykanie stworzyli Połączone Dowództwo Operacji Specjalnych (JSOC). Rok później powstał 160. Lotniczy Pułk Operacji Specjalnych „Night Stalkers”, który wziął udział w operacji porwania Maduro.
PICTURED: SATELLITE IMAGES SHOW DEVASTATION AT VENEZUELA’S MILITARY HQ
New satellite imagery reveals extensive destruction at Fort Tiuna, the headquarters of Venezuela’s armed forces, following U.S. airstrikes.
Major structural damage across the complex
Core… pic.twitter.com/srTQ3ubMbS— British Intel (@TheBritishIntel) January 4, 2026
Warto również zadać pytanie, na ile Stany Zjednoczone są silne słabością swoich wrogów. Nie od dzisiaj wiadomo, że drewno, z którego zbudowane jest wenezuelskie państwo jest zdecydowanie bliżej taniej dykty niż solidnej bukowej deski. Wenezuelczycy musieli się spodziewać, że Amerykanie mogą podjąć próbę zaatakowania prezydenta. Obrona Caracas nie tylko nie była w stanie ochronić swojego dyktatora, ale nie zadała praktycznie żadnych strat agresorowi.
Według strony wenezuelskiej w ataku zginęło co najmniej 40 osób, w tym żołnierzy i cywilów. Co ciekawe, władze Kuby poinformowały o śmierci 32 swoich obywateli należących do sił zbrojnych i służb specjalnych. Nie jest więc wykluczone, że to właśnie wyspiarze odpowiadali za ochronę prezydenta. Według kubańskiego komunikatu mieli oni polec w „bezpośredniej walce z wrogiem”. Wielkim przegranym jest również Servicio Bolivariano de Inteligencia Nacional (SEBIN), pełniąca funkcję wenezuelskiego wywiadu i kontrwywiadu, która najwidoczniej była zbyt zajęta walką z wewnętrzną opozycją.
Dyplomacja kanonierek
Państwo wenezuelskie zostało upokorzone i straciło przywódcę, ale ścięcie głowy w tym wypadku nie oznacza śmierci organizmu. Reżim, na którego czele stał Maduro, nie bez powodu wytrzymał lata niepokojów społecznych i kryzysu ekonomicznego. W Wenezueli istnieje urząd wiceprezydenta, który na mocy konstytucji przejmuje urząd w wypadku tymczasowej i permanentnej nieobecności prezydenta. Tą osobą jest Delcy Rodríguez, będąca jednocześnie ministerką paliwa i ministerką finansów.
Następczyni dyktatora w oficjalnych przemówieniach nie wyraziła woli do pójścia na ustępstwa i oznajmiła gotowość obrony reżimu przed Stanami Zjednoczonymi. Donald Trump zagroził, że jeśli Rodríguez nie będzie współpracowała z Amerykanami, „zapłaci bardzo dużą karę”. Co ciekawe, Trump powiedział również, że Rodríguez jest gotowa współpracować z USA, czego na ten moment nie widać w publicznych wystąpieniach.

Śmigłowiec MH-60M służący w 160. Lotniczym Pułku Operacji Specjalnych „Night Stalkers”. Na zdjęciu dobrze widać część wyposażenia specjalistycznego. 1: teleskopowy odbierak paliwa do tankowania w powietrzu; 2: czujnik systemu DVEPS (Degraded Visual Environment Pilotage System), ułatwiającego lot w pyle, śniegu, mgle i tym podobnych warunkach ograniczonej widoczności; 3: głowica obserwacji i podświetlania celów AN/ZSQ-2; 4: radar śledzenia rzeźby terenu AN/APQ-174; 5: czujniki systemu ostrzegania o pociskach rakietowych AN/AAR-47; 6: system zakłócający AN/ALQ-136; 7: system ostrzegania o opromieniowaniu przez radar AN/APR-39A.
(US Air Force / Senior Airman Johnny Diaz)
Przed reżimem w Wenezueli zdecydowanie trudny wybór. Militarna konfrontacja ze Stanami Zjednoczonymi w najlepszym wypadku skończy się walką partyzancką w dżungli. Z drugiej strony współpraca z Amerykanami oznacza tak naprawdę kapitulację. Biorąc pod uwagę wątpliwe „zasługi” reżimu Maduro, nie powinniśmy mieć dużego współczucia dla jego przedstawicieli.
Inną kwestią, bardziej budzącą niepokój niż los wenezuelskich kacyków, jest plan Trumpa wobec Wenezueli, która wydaje się solidną lekcją amerykańskiego imperializmu, dość dobrze znanego w tej części świata. Według pomysłu Białego Domu Stany Zjednoczone miałyby pośrednio zarządzać krajem do czasu przeprowadzenia demokratycznych wyborów i zmiany władzy. W wypowiedzi nie pojawiły się jakiekolwiek daty czy przedziały czasowe. Największym zainteresowaniem prezydenta nie była jednak reforma systemu politycznego Wenezueli, ale raczej jej sektora wydobywczego:
– Wydobędziemy z ziemi ogromne bogactwo, które trafi do mieszkańców Wenezueli i osób spoza Wenezueli, które kiedyś tu mieszkały, a także do Stanów Zjednoczonych Ameryki w formie rekompensaty za szkody wyrządzone przez ten kraj – powiedział Trump.
W Wenezueli w działalność miałyby rozpocząć amerykańskie spółki naftowe. Projekty mające na celu przywrócenie dawnej skali wydobycia byłyby opłacone także przez spółki naftowe, tym razem zapewne wenezuelskie, chociaż trudno to wyciągnąć z kontekstu wypowiedzi.
Trump zdystansował się jednak od liderki opozycji i ubiegłorocznej noblistki Maríi Coriny Machado, która w przeszłości ciepło wypowiadała się o prezydencie Stanów Zjednoczonych. Polityczka jeszcze kilka miesięcy temu mówiła, że eskalacja ze strony USA to jedyna droga do pozbycia się Maduro. Trump nie widzi jej jednak na czele Wenezueli. Trump ponoć ma jej za złe, że przyjęła Nagrodę Nobla, zamiast domagać się, aby przyznano ją Trumpowi.
– Myślę, że byłoby jej bardzo trudno zostać liderką – powiedział. – Nie ma w kraju ani poparcia, ani szacunku. To bardzo miła kobieta, ale brakuje jej szacunku.
Trump on María Corina Machado: "I think it'd be very tough for her to be the leader. She doesn't have the support or the respect within the country. She's a very nice woman but she doesn't have the respect." pic.twitter.com/jps4NBKLfp
— Aaron Rupar (@atrupar) January 3, 2026
Sam sposób zarządzania Wenezuelą miałby polegać na zmuszeniu do współpracy obecnego rządu lub jego pozostałości. Jednocześnie administracja będzie współpracować z sektorem wydobywczym w celu pobudzenia wydobycia. Wojska amerykańskie pozostaną gotowe, by przeprowadzić kolejne, tym razem silniejsze uderzenie na państwo. Trump nie wykluczył „boots on the ground” czyli obecności amerykańskiego wojska na wenezuelskiej ziemi.
Plan zdecydowanie jest kontrowersyjny i dobrze oddaje mentalność Trumpa, zorientowanego na siłową politykę, opartą przede wszystkim na interesie niż ideach. Ten jednak wymaga ugięcia się wenezuelskiej władzy. Co jednak, jeśli ani ten, ani następny atak nie spowodują odpowiednich ustępstw? Biorąc pod uwagę bliskowschodnią politykę Trumpa, widać, że preferuje on krótkie konflikty oparte na amerykańskiej przewadze powietrznej. Pełnoskalowa inwazja na Wenezuelę zapewne szybko zniszczyłaby dawny system, jednak jej konsekwencje są nieprzewidywalne. Pamiętajmy, że poprzedni republikański prezydent również obalił w sporej mierze znienawidzonego dyktatora Iraku, co jednak skończyło się otworzeniem puszki Pandory.
Co ciekawe, Trump już zasygnalizował, że władze na Kubie również mogą upaść. Zagroził także władzom Kolumbii, która od 2022 roku ma status głównego sojusznika spoza NATO (major non-NATO ally):
– Kolumbia też jest bardzo chora, rządzona przez chorego człowieka, który lubi produkować kokainę i wysyłać ją do Stanów Zjednoczonych, i nie będzie tego robić zbyt długo – powiedział amerykański prezydent.
Kolejną głową państwa, której zagroził Trump jest prezydentka Meksyku, która pomimo „bycia dobrą kobietą” boi się karteli i wielokrotnie odmówiła amerykańskiej interwencji przeciwko przestępczości w tym kraju. Według Trumpa „coś musi być zrobione z Meksykiem”. Szerzej przyjrzymy się tej kwestii w osobnym artykule.
Nie pierwszy raz Stany Zjednoczone rozpychają się w Ameryce Łacińskiej. Doktryna Monroe powstała jeszcze w 1823 roku. Na początku XX wieku region stał się ofiarą wojen bananowych i polityki „wielkiego kija” Theodore’a Roosevelta. Następnie nastały czasy zimnej wojny i ingerencji CIA w wewnętrzne sprawy wielu państw latynoskich. Trump wydaje się godnym następcą tej dość ponurej tradycji.
Podzielone głosy świata
Atak wywołał falę głosów mówiących o nieefektywności prawa międzynarodowego, czego na pewno nie wiedzieliśmy od ostatnich 20 lat. Same reakcje międzynarodowe są podzielone, chociaż przeważają głosy negatywne. Duży niepokój widać w szczególności w państwach ościennych. Kolumbia zmobilizowała siły zbrojne i potępiła amerykańskie działania. W przeszłości stanowisko Bogoty wobec Maduro było wyraźnie negatywne, jednak obecny lewicowy rząd unormalizował relację z Wenezuelą, co pomogło zwalczać przestępczość przy granicach kraju. Kolumbia przyjęła najwięcej uchodźców z Wenezueli i w przypadku konfliktu zbrojnego zapewne będzie najpopularniejszym celem uchodźców z kraju.
Negatywny stosunek do amerykańskich działań wyraził również prezydent Brazylii Luiz Inácio Lula da Silva:
– Bombardowania na terytorium Wenezueli i pojmanie jej prezydenta przekraczają granice, których nie można zaakceptować – powiedział Lula. – Akty te stanowią najpoważniejszą zniewagę dla suwerenności Wenezueli i kolejny niezwykle niebezpieczny precedens dla całej społeczności międzynarodowej. Ataki na państwa, z rażącym naruszeniem prawa międzynarodowego, to pierwszy krok w kierunku świata przemocy, chaosu i niestabilności, w którym prawo silniejszego góruje nad multilateralizmem.
Położona na wschód od Wenezueli Gujana otwarcie nie potępiła ataku, jednak dokonała mobilizacji. Kraj ma napięte stosunki z Wenezuelą w związku ze sporami terytorialnymi o region Essequibo, który stanowi większą część niewielkiego państwa i obejmuje 15% jego populacji. Wojna przy granicy jednak nadal stanowi zagrożenie.
Rosja i Chiny oczywiście potępiły działania amerykańskie, ale nie przyniosło to za sobą konkretnych działań. Unia Europejska również pozostała bierna, przede wszystkim skupiając się na zapewnianiu bezpieczeństwa swoim obywatelom. Władze Polski przyjęły ostrożnie przychylny stosunek do ataków na Wenezuelę. Minister Radosław Sikorski na początku opublikował lakoniczny anglojęzyczny komentarz o treści: „nie mogło to się przydarzyć lepszej osobie”. Szef polskiej dyplomacji udostępnił również swój wpis z sierpnia 2024:
Przed represjami i biedą z Wenezueli uciekło już 1/4 ludności. Polska i cała Unia Europejska domaga się zaprzestania prześladowań opozycji i uznania wyniku wyborów prezydenckich. Życzymy Wenezueli powrotu do wspólnoty demokracji. https://t.co/2PHKBao6Ak
— Radosław Sikorski (@sikorskiradek) August 28, 2024
Swego rodzaju poparcie, chociaż podszyte dawką ironii, wyraził również Wołodymyr Zełenski:
– Cóż mogę powiedzieć? Skoro z dyktatorami można sobie tak radzić, to Stany Zjednoczone wiedzą, co powinny zrobić dalej – stwierdził.