Niewiele postaci polskiej historii budzi dziś tyle emocji, co Tadeusz Rozwadowski. Jedni widzą w nim kluczowego autora zwycięstwa w 1920 roku, inni wypowiadają się znacznie ostrożniej, wskazując, że jego rola bywała po latach wyolbrzymiana. Po 1926 roku jego postać została w Polsce w znacznym stopniu zmarginalizowana. Reakcją na to jest z kolei eksponowanie Rozwadowskiego i przypisywanie mu rozmaitych zasług. Nic więc dziwnego, że narosło wokół niego wiele legend.
Okres służby Rozwadowskiego w armii austro-węgierskiej, a szczególnie maj 1915 roku, kiedy miał dokonać rzeczy niezwykłych, zasługuje na szczególną uwagę. W licznych publikacjach można przeczytać, że Rozwadowski był dowódcą artylerii „krakowskiej” 12. Dywizji Piechoty, jednym z głównych architektów przełamania pod Gorlicami, twórcą wału ogniowego i bohaterem późniejszych walk pod Jarosławiem. Opowieść jest efektowna, krzepiąca, atrakcyjna. Jednak jeśli skonfrontować ją z archiwalnymi dokumentami, uzyskujemy inny obraz.
Bitwa pod Gorlicami
Na początek jednak dwa słowa o samej bitwie. Wiosną 1915 front rosyjsko–austro-węgierski w Galicji przypominał rozchyloną literę „L”. Jej podstawa oparta była o grzbiet Karpat, a pionowa linia przecinała Galicję od Gorlic przez Tarnów po Wisłę. Przełamanie frontu tuż powyżej „zawiasu” było kuszącą perspektywą. Pod koniec kwietnia 1915 roku na front pod Gorlicami Niemcy przerzucili znaczne siły, które miały przy współpracy z austro-węgierskim sojusznikiem przerwać front i wyjść na tyły carskich wojsk w Karpatach. Planowano odrzucić przeciwnika na linię Sanu i Dniestru, a więc wyzwolić środkową część Galicji. Niemiecka 11. Armia pod wodzą generała Augusta von Mackensena obejmowała cztery niemieckie korpusy armijne oraz austro-węgierski VI Korpus. W tym ostatnim znalazła się „krakowska” 12. Dywizja Piechoty.
Plan się powiódł. Front rosyjski pękł, a pokonane wojska rozpoczęły odwrót. Nieco ponad miesiąc później ofensywa znad Sanu zepchnęła Rosjan jeszcze dalej, pozbawiając ich zdobyczy ubiegłego roku oraz Królestwa Polskiego z Warszawą. Ofensywa nie tylko zlikwidowała zagrożenie dla Węgier, ale też błyskawicznie odwróciła losy wojny. Dlatego też jej znaczenie jest trudne do przecenienia. Któż nie chciałby móc po latach opowiadać, że przyłożył do tego wszystkiego rękę?
Pierwsza niepopularna prawda: Rozwadowski nie dowodził swoją brygadą
W zdecydowanej większości popularnych opracowań narrację prowadzi się tak, by czytelnik odniósł wrażenie, że w maju 1915 roku Rozwadowski nieprzerwanie dowodził XII Brygadą Artylerii Polowej. Tymczasem rozstał się z nią już we wrześniu 1914 roku. W międzyczasie był szefem artylerii I Korpusu, czasowym dowódcą innych jednostek i wreszcie znów szefem artylerii, ale w IX Korpusie, do którego przydzielono jego macierzystą 12. Dywizję Piechoty.
Gdy zbliżała się ofensywa gorlicka, znalazł się w sztabie tejże dywizji jako oficer nadliczbowy, de facto bez stanowiska. Dlaczego? Dywizja powędrowała do innego (VI) korpusu, który miał szefa artylerii. Planowano, że Rozwadowski zastąpi tymczasowo dowódcę brygady piechoty w 10. Dywizji Piechoty, który wybierał się na urlop. Jednak urlopy przed ofensywą wstrzymano, a Rozwadowski został bez przydziału.
Jeśli kiedykolwiek się zastanawialiście, czy nas wspierać czy nie – teraz nadszedł moment na decyzję.
Od blisko dwóch lat utrzymujemy się głównie z Waszej hojności i zrezygnowaliśmy z reklam Google. Od kilku miesięcy nasze dochody nie zbliżają się do założonego progu i nasza „poduszka”, z której finansujemy wszystko poza podstawowymi kosztami utrzymania serwera i domeny, się kurczy.
W tym roku byliśmy w Berlinie na ILA i w Kielcach na MSPO. Na przyszły rok też mamy ambitne plany. Tymczasem koszty utrzymania serwisu idą w górę. Zależy nam aby Konflikty dalej były wolne od reklam Google, dlatego prosimy Was o wsparcie.
Jeśli chcecie dorzucić swoją cegiełkę, możecie zrobić to przez Patronite.pl lub Buycoffee.to.
Niezwykle wymowna jest korespondencja między sztabem VI Korpusu a Naczelnym Dowództwem Armii. To ostatnie chciało wprawdzie przywrócić Rozwadowskiemu dawną brygadę, ale spotkało się to z oporem dowództwa VI Korpusu. Dlaczego? Brygada miała już dowódcę, pułkownika Franza Dobnera, który znał plan operacji. O Rozwadowskim napisano natomiast wprost, że nie jest wtajemniczony w zadania, które czekają dywizję. I tu dochodzimy do sedna. Nie da się bowiem twierdzić, że ktoś, kto nie miał prawa wydawać rozkazów, odegrał znaczącą rolę w bitwie.
Druga niewygodna prawda: wału ogniowego pod Gorlicami nie było
Biografowie przypisali Rozwadowskiemu wynalezienie i zastosowanie wału ogniowego, czyli metody bezpośredniego wsparcia piechoty za pomocą przesuwającego się przed nią ognia artyleryjskiego. Później tę opowieść powtarzano w książkach, artykułach, internecie, a nawet na wystawach muzealnych.
Kłopot w tym, że zachowały się liczne rozkazy dotyczące bitwy. I nic podobnego z nich nie wynika. Po pierwsze, próżno szukać podpisu Rozwadowskiego pod jakimkolwiek rozkazem z tych dni.

Fotomontaż przedstawiający Rozwadowskiego i Wojciecha Kossaka przy austro-węgierskiej haubicy 30,5 cm M.11.
(A. Jordan Rozwadowski, Generał Rozwadowski, Kraków 1929)
Po drugie, artyleria VI Korpusu otrzymała zadanie prowadzenia czterogodzinnego przygotowania, a następnie przeniesienia ognia na dalsze cele. To w gruncie rzeczy dość typowy model działania artylerii początku wojny. Nie ma ani śladu planów charakterystycznych dla wału ogniowego: skomplikowanych planów ogniowych, szkiców wskazujących poszczególne rubieże w głębi nieprzyjacielskich umocnień czy tabel nastaw. Wał ogniowy w realiach Wielkiej Wojny przesuwał się skokami według zegarka. Był szczegółowo zaprogramowany. Po takim programowaniu powinien pozostać ślad.
Co więcej, relacje uczestników bitwy pokazują, że gdy piechurzy szturmowali wzgórze Pustki w Łużnej, w kluczowym momencie zostali praktycznie pozbawieni wsparcia artyleryjskiego, ponieważ artyleria strzelała już dalej, na stanowiska rezerw. Dopiero po jakimś czasie lekkie baterie towarzyszące wsparły piechurów.
Nie mniej wymowne jest milczenie zagranicznej historiografii. W niemieckich, austriackich i anglosaskich pracach dotyczących rozwoju artylerii nazwisko Rozwadowskiego nie pojawia się. Skoro Rozwadowski rzeczywiście miałby być jednym z głównych twórców przełomowej metody artyleryjskiej, to oczekiwalibyśmy jakichś śladów jego działalności również w późniejszej literaturze fachowej.
Dominują tam inne nazwiska, przede wszystkim pułkownik Georg Bruchmüller – autor wieloaspektowych planów działania artylerii w wielu bitwach frontu wschodniego i zachodniego. Jak na ironię, wspierał go człowiek o polskim nazwisku. Erich Pulkowski był niemieckim oficerem, który opracował metodę obliczania poprawek balistycznych i meteorologicznych dla artylerii. Pozwalało to niejednokrotnie zrezygnować ze wstrzeliwania się, które mogło zdradzić zamiary ofensywne.

Kaplica na cmentarzu wojennym nr 123 – wzgórze Pustki w Łużnej, które szturmowała 12. Dywizja Piechoty.
(Sławomir Kułacz)
Żeby było jeszcze ciekawiej, armia, w której służył Rozwadowski, pierwszy raz użyła wału ogniowego dopiero trzy lata po Gorlicach. Stało się to w bitwie nad Piawą w czerwcu 1918 roku. Efekty były mizerne. Austriacy stwierdzili, że wał ogniowy nie nadaje się do walk w górach i wsparcia przy forsowaniu rzeki. Naczelne dowództwo było tym rodzajem ognia rozczarowane na tyle, że kazało wykreślić termin Feuerwalze z regulaminów i instrukcji.
Gorlice bez Rozwadowskiego?
W licznych monografiach bitwy pod Gorlicami jego nazwiska nie ma wcale albo pojawia się marginalnie. Nie wspominają o nim główne austriackie i niemieckie opracowania z okresu międzywojennego. Nie ma go też w późniejszych publikacjach autorów polskich i anglosaskich.
Do bitwy „dopisują” go niektórzy historycy i publicyści polscy, skuszeni atrakcyjną opowieścią odnalezioną w biografiach Rozwadowskiego. Czasami aż trudno uwierzyć, jak łatwo udaje im się łączyć źródła, w których prezentowany jest jako kluczowa postać, z tymi, w których w ogóle nie występuje.
Odznaczenie i cesarska pochwała?
Niektórzy zwolennicy tezy o ponadprzeciętnej roli Rozwadowskiego pod Gorlicami twierdzą, że za bitwę tę otrzymał krzyż kawalerski Wojskowego Orderu Marii Teresy – najwyższe austriackie odznaczenie. Nic bardziej mylnego. Tym odznaczeniem nagrodzono jego inicjatywę w bitwie pod Borowem w 1914 roku.
Równie problematyczna jest przywoływana czasami „cesarska pochwała” dla Rozwadowskiego. Ukazała się ona w galicyjskiej prasie w drugiej dekadzie maja 1915 roku, przez co zaczęto wiązać ją z bitwą pod Gorlicami. Tymczasem cesarz Franciszek Józef podjął decyzję o udzieleniu tego wyróżniania kilku oficerom już 3 maja, gdy walki jeszcze trwały. Co więcej, gdy wczytamy się w źródło (a nie skrótowe relacje prasowe), przeczytamy, że wyróżnienie przyznano Rozwadowskiemu jako tymczasowemu dowódcy 46. Dywizji Piechoty Landwehry, którą dowodził w lutym 1915 roku, a nie jako artylerzyście spod Gorlic…
A może Jarosław?
Jeżeli gdzieś można mówić o realnym wpływie Rozwadowskiego na działania bojowe, to właśnie podczas walk nad Sanem. Po 5 maja 1915 roku coraz częściej pojawia się on w dokumentach dotyczących artylerii ciężkiej. Wskazuje cele, koordynuje rozmieszczenie niemieckich moździerzy, opiniuje działania baterii i utrzymuje łączność pomiędzy sztabami. Źródła pozwalają stwierdzić, że pełnił istotną funkcję, którą moglibyśmy porównać z niemieckim doradcą artyleryjskim na szczeblu korpusu.
W walkach pościgowych Rozwadowski rozporządza ograniczonymi siłami, zwykle kilkoma bateriami ciężkich dział. Jeszcze bardziej wymowne jest to, że jego własna „Grupa Artylerii Rozwadowski” pojawia się formalnie dopiero 21 maja, gdy bitwa pod Jarosławiem była już zakończona. Co więcej, dwa dni później generał odszedł na stanowisko dowódcy 43. Dywizji Piechoty Landwery i nie zdążył nawet poprowadzić tej grupy do walki w kolejnej bitwie (pod Radymnem).
Rozwadowski zmienia zamiary cesarza
Najbardziej bodaj widowiskowy fragment legendy dotyczy wizyty Wilhelma II pod Jarosławiem. Według późniejszej narracji cesarz obserwował mistrzowski pokaz artyleryjski Rozwadowskiego, zachwycić się jego umiejętnościami i pod wpływem tego widowiska poprzeć dalszą ofensywę na wschodzie.
Relacje osób towarzyszących cesarzowi nie przypisują Rozwadowskiemu (istotnie tam obecnemu) szczególnej roli. Co więcej, rosyjski kontratak, który według wspomnień generała miał zostać rozbity na oczach kajzera, nastąpił… dzień po wizycie cesarza.

Cesarz Wilhelm II na artyleryjskim stanowisku obserwacyjnym koło Jarosławia. W środku oficerowie austro-węgierscy.
(B. Krieger, Der Kaiser im Felde, Berlin [ok. 1917])
Jeszcze bardziej problematyczne jest twierdzenie o wpływie na decyzje strategiczne. Nie ma natomiast podstaw, by przypisywać decyzje dotyczące dalszego kierunku operacji wschodnich osobistemu zachwytowi cesarza nad walką artyleryjską. W niemieckim systemie dowodzenia zasadniczą rolę w kształtowaniu kierunku działań operacyjnych odgrywało Naczelne Dowództwo z Erichem von Falkenhaynem na czele, a nie cesarz.
Bohater rzeczywisty i bohater wyobrażony
Rozwadowski był świetnie wykształconym artylerzystą. Miał doświadczenie bojowe, zdobywał odznaczenia za rzeczywiste osiągnięcia, później odegrał ważną rolę w Wojsku Polskim. Z zachowanych dokumentów wyłania się jednak obraz Rozwadowskiego znacznie mniej efektowny niż ten, który utrwalił się w późniejszej tradycji. Przez pewien czas pozostawał bez formalnego przydziału, a w maju 1915 roku stopniowo wracał do służby jako specjalista od artylerii ciężkiej. Jego udział w działaniach bojowych rzeczywiście z czasem wzrastał, ale nie w sposób, który pozwalałby przypisać mu rolę dowódcy czy autora rozwiązań zastosowanych pod Gorlicami.
Można przypuszczać, że sam Rozwadowski miał powody, by czuć się pominięty i uważać, że odebrano mu możliwość wykazania się podczas jednej z najważniejszych ofensyw Wielkiej Wojny. Nie zmienia to jednak wymowy źródeł. Późniejsze wspomnienia i oparta na nich tradycja znacznie rozszerzyły jego rolę w wydarzeniach maja 1915 roku, przypisując mu wpływ, którego zachowane dokumenty nie potwierdzają.
Parę słów o źródłach
Skąd pomysł na zbadanie tego zagadnienia? Bitwą pod Gorlicami zainteresowałem się już bardzo, bardzo dawno temu. Napisałem nawet to i owo na temat walk 12. Dywizji Piechoty w tej bitwie. A im lepsze źródła odnajdowałem, tym więcej pytań zacząłem sobie zadawać. Jak to możliwe, że nikt (poza późniejszym generałem Franciszkiem Latinikiem) Rozwadowskiego nie wspomina, nikt go nie eksponuje? Jak udało się Niemcom napisać monografię tej bitwy bez wzmianki o tym wodzu? Jak polski wojskowy był w stanie opisać działalność artylerii VI Korpusu, nie wspominając o swoim starszym koledze? Rozziew między tym, co mówią źródła i literatura historycznowojskowa z jednej strony i biografowie Rozwadowskiego z drugiej, był ogromny.
Żeby ustalić, co faktycznie robił w maju 1915 roku, zacząłem więc badania archiwalne. Najpierw kilka dzienników bojowych. Potem akta operacyjne. Tu wzmianka o tym, że AOK chce oddania Rozwadowskiemu brygady, gdy walki już trwają. Ale ślady działalności Rozwadowskiego to tylko okruchy.
Więc badam kolejne okresy i zbiory dokumentacji aż wreszcie dotarłem do korespondencji przełożonych Rozwadowskiego z Naczelnym Dowództwem i dowiedziałem się rzeczy, które wyjaśniają prawie wszystko. Łącznie przekopałem się przez kilkanaście kartonów rozkazów, akt operacyjnych, dzienników i raportów bojowych. Powyżej streściłem swoje ustalenia. Więcej szczegółów znajdziecie w artykułach naukowych; jeden ukazał się w 2022 roku, pozostałe powinny ujrzeć światło dziennie niedługo.
Ci, którzy nie wierzą w moje ustalenia, chcieliby pewnie, bym pokazał im dokument, w którym napisano, że Rozwadowski pod Gorlicami nie dowodził. Ale to tak nie działa. Ludzie pozbawieni przydziału są po prostu pomijani. Sami też nie wytwarzają dokumentacji. Natomiast ci, którzy coś planują i czymś dowodzą, pozostawiają po sobie trwały ślad.
Drodzy Nieprzekonani, w przypisach moich artykułów znajdziecie sygnatury archiwalne. Zajrzyjcie do tych pudeł i pokażcie mi dowód na to, że dowodził. W Wiedniu są dokumenty, które pokazują, że nie został dopuszczony do dowodzenia niczym więcej niż grupą artylerii ciężkiej, ale działo się to w przerwie operacyjnej po zajęciu Jarosławia. I proszę o odrobinę powagi: przeciwstawianie archiwaliom relacji samego Rozwadowskiego i biografii napisanej w okresie żałoby przez jego kuzyna (zainteresowanego w pierwszym rzędzie uczczeniem zmarłego) to nie jest dobra metoda badań historycznych.
Przeczytaj koniecznie:
P. Szlanta, Gorlice–Tarnów 1915, Warszawa 2025.
Sławomir Kułacz, „Generał Tadeusz Rozwadowski pod Gorlicami – prawda i mit”. Klio – Czasopismo Poświęcone Dziejom Polski i Powszechnym, t. 62, nr 2, lipiec 2022, s. 105–121, doi:10.12775/KLIO.2022.017.
W najbliższych miesiącach ukażą się ponadto następujące artykuły:
Sławomir Kułacz, „Rola generała Rozwadowskiego w bitwie pod Jarosławiem”,
Sławomir Kułacz, „Między faktem a mitem. Maj 1915 r. w biografii generała Tadeusza Rozwadowskiego”.


