Po pięciu dniach walk Kambodża i Tajlandia zgodziły się na „bezwarunkowe zawieszenie broni”. Nie oznacza to oczywiście rozwiązania konfliktu miedzy obydwoma państwami ani nawet początku drogi do polubownego uregulowania spornej granicy. Niemniej można mówić o sukcesie. Sam przebieg walk i straty poniesione przez obie strony cały czas nie są jasne, chociaż z techniczno-wojskowego punktu widzenia doszło do kilku interesujących zajść.

Jako się rzekło, przyczyną sporu jest długa na 812 kilometrów granica, wytyczona w drugiej połowie XIX wieku przez Francję, sprawującą kolonialne rządy nad Kambodżą. Tajlandia, wówczas jeszcze Syjam, nigdy nie zaakceptowała arbitralnych decyzji przedstawicieli Paryża. Pierwsza dogodna okazja do ich podważenia pojawiła się w roku 1940 wraz z klęską Francji. Doszło do wojny między Syjamem a Indochinami Francuskimi podległymi rządowi w Vichy. W roli rozjemcy wystąpiła wówczas Japonia, która poparła Bangkok. Jednak wraz z klęską i kapitulacją Japonii granica wróciła do przedwojennego przebiegu.

Po wyjściu Francuzów z Indochin sprawa wróciła na wokandę, i to dosłownie. Obie strony odwołały się do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie przynależności ważnej z historycznego i kulturowego punktu widzenia hinduistycznej świątyni Preah Vihear (na zdjęciu tytułowym). Trybunał przyznał świątynię Kambodży. Decyzję potwierdzono w roku 2013 po ponownym rozpatrzeniu sprawy. Tajlandia nie uznała werdyktu. Wzdłuż spornej granicy regularnie dochodzi do incydentów. Po raz ostatni walki w rejonie Preah Vihear toczono w roku 2008 i 2011.

Nowa odsłona kryzysu rozpoczęła się w lutym tego roku, a jej jądrem była kolejna hinduis­tyczna świątynia Ta Moan Thom, położna po kambodżańskiej stronie granicy. W lutym grupa kambodżańskich turystów zwiedzających świątynię odśpiewała tam hymn narodowy. W Bangkoku uznano to za prowokację. Sytuacja eskalowała 28 maja, gdy w strzelaninie w „szmaragdowym trójkącie”, gdzie zbiegają się granice Kambodży, Tajlandii i Laosu, zginął kambodżański żołnierz. Wkrótce potem w Tajlandii zaobserwowano wzrost ataków hakerskich. Odpowiedzialność za 73 z nich, przeprowadzonych do połowy czerwca, wzięła na siebie kambodżańska grupa haktywistów AnonSecKh.

13 czerwca władze w Phnom Pen odcięły połączenia internetowe z Tajlandią oraz wstrzymały import tajlandzkich owoców i telenoweli. Prawdziwa bomba wybuchła jednak 18 czerwca. Wyciekło wówczas nagranie rozmowy premierki Tajlandii Paetongtarn Shinawatry z przewodniczącym senatu Kambodży i byłym premierem Hun Senem. W rozmowie Paetongtarn odpowiedzialnością za eskalację obarczyła wojskowych, którzy chcą „wyglądać na twardych”. Jakby tego było mało zwracała się do Huna „wujku”, oferując szybkie załatwienie sprawy.

Odkąd rozpoczęliśmy finansowanie Konfliktów przez Patronite i Buycoffee, serwis pozostał dzięki Waszej hojności wolny od reklam Google. Aby utrzymać ten stan rzeczy, potrzebujemy 2000 złotych miesięcznie.

Możecie nas wspierać przez Patronite.pl i przez Buycoffee.to.

Rozumiemy, że nie każdy może sobie pozwolić na to, by nas sponsorować, ale jeśli wspomożecie nas finansowo, obiecujemy, że Wasze pieniądze się nie zmarnują. Nasze comiesięczne podsumowania sytuacji finansowej możecie przeczytać tutaj.

STYCZEŃ BEZ REKLAM GOOGLE 87%

Skąd taka zażyłość? Hun prowadził interesy z ojcem Paetongtarn, Thaksinem Shinawatrą, byłym premierem obalonym w roku 2006 przez wojsko (notabene młodsza siostra Thaksina, Yingluck Shinawatra, także była premierką Tajlandii). Thaksin był później doradcą ekonomicznym Huna, ciągnęły się za nim zarzuty prania brudnych pieniędzy, a do kraju wrócił dopiero wiosną tego roku.

W Tajlandii zawrzało. W masowych protestach ludzie domagali się ustąpienia szefowej rządu, a jej koalicja rządząca zaczęła się rozpadać. Ostatecznie Paetongtarn została zawieszona przez trybunał konstytucyjny 1 lipca. Powołano rząd przejściowy pod kierownictwem Phumthama Wechayachaia. Ten nie miał innego wyjścia jak „wyglądać na twardego” w relacjach z Kambodżą.

Okazja nadarzyła się 23 lipca. Pięciu tajlandzkich żołnierzy zostało rannych w wybuchu miny, jeden z nich stracił nogę. Bangkok oskarżył Phnom Penh o niedawne zaminowanie spornego obszaru. Oskarżenie zostało odrzucone. Obie strony zaczęły ściągać nad granicę dodatkowe siły. Siły zbrojne Tajlandii miały uruchomić plan operacyjny „Chakrabongse Phuwanat”, sformułowany na wypadek zagrożenia granic kraju. Patronem planu jest żyjący w XIX stuleciu książę Chakrabongse Phuwanat, twórca nowoczesnego tajlandzkiego wojska.

Machina została wprawiona w ruch. Zmobilizowano nie tylko wojska lądowe i siły powietrzne, ale także marynarkę wojenną. Jej ruchy są najmniej znane, można jednak założyć, że miały dmuchać na zimne i obserwować ruchy rachitycznej kambodżańskiej floty. Główne działania prowadzono oczywiście na lądzie. Już 25 lipca Bangkok informował o 15 zabitych i 46 rannych. Phnom Penh było bardziej wstrzemięźliwe. Przyznało się do jednego zabitego i piątki rannych. Po obu stronach granicy ludność cywilna była ewakuowana lub szukała schronienia na własną rękę.

Skąd tak duża dysproporcja w stratach po pierwszym dniu walk? Tajlandzkie wojsko obarcza winą zastosowanie przez przeciwnika artylerii rakietowej. W mediach wskazywano na zestawy BM-21 Grad. Sęk w tym, że oryginalnych Gradów na uzbrojeniu Królewskich Wojsk Lądowych Kambodży jest według Military Balance 2025 tylko osiem. Znacznie więcej, bo ponad 20, jest PHL-81, czyli chińskich klonów BM-21. Zdjęcia mające dokumentować walki sugerują wykorzystanie obu systemów.

W odwecie za ostrzał rakietowy sześć tajlandzkich F-16 zbombar­do­wało kambodżańskie pozycje w rejonie świątyni Ta Muen Thom. Krótko potem państwowe i lokalne media w Kambodży zaczęły informować o zestrzeleniu jednego F-16. Kiedy doniesienia te zostały obalone, Phnom Penh zmieniło melodię. W tym samym czasie tajlandzkie F-16 zbombar­do­wały cele w rejonie Preah Vihear. Kambodżańskie ministerstwo kultury oskarżyło Tajlandię o atak na miejsce będące częścią Światowego Dziedzictwa UNESCO, co zdaniem resortu mogło stanowić zbrodnię wojenną. Najwyraźniej w Phnom Penh zawiodła komunikacja międzyresortowa, bowiem ministerstwo obrony już wcześniej potwierdziło zrzucenie przez F-16 dwóch bomb na drogę w pobliżu świątyni.

Ciekawiej zrobiło się 26 lipca. Wówczas para tajlandzkich F-16 i para Gripenów zbombardowały cele w rejonie Phu Makuea i Ta Muen Thom. Udział Gripenów w nalocie mają potwierdzać nagrania. To zaś oznacza debiut bojowy szwedzkiego myśliwca.

Jeszcze większy chaos informacyjny panuje na lądzie. W początkowych komunikatach pojawiały się o skierowaniu przez Tajlandię w rejon walk najnowocześniejszych czołgów, ukraińskich T-84 Opłotów i chińskich VT-4. W okolicy Ta Thav miało dojść do starcia T-84 i M-60 z kambodżańskimi czołgami typu 59 i T-55.

Jednak większość dostępnych materiałów przedstawia w akcji starsze wozy, głównie M-48A5. Pojawiły się także starsze czołgi lekkie, konkretnie Scorpiony i Stingraye. Tajlandia jest jedynym użytkownikiem tych ostatnich.

Tajlandzkie wojska lądowe używają eklektycznej mieszanki sprzętu produkcji amerykańskiej, chińskiej i ukraińskiej. W rejonie walk zaobserwowano leciwe już transportery opancerzone typu 85, kupione w Chinach jeszcze w latach 80., a także ukraińskie kołowe bojowe wozy piechoty BTR-3.

Tajlandia jest jednym z głównych nabywców chińskiej broni w Azji, jednak to Phnom Penh jest politycznie znacznie bliżej związane z Pekinem. Doprowadziło to do ciekawej sytuacji. Bangkok oskarżył Chiny o dostarczanie Kambodży w trakcie konfliktu sprzętu i amunicji. Byłyby to działanie podobne do wsparcia, jakiego Stany Zjednoczone udzieliły Izraelowi podczas wojny Jom Kipur, a Związek Radziecki Wietnamowi w trakcie wojny z Chinami. Pekin stanowczo zaprotestował, stwierdził, że chińska broń w Kambodży w całości pochodzi z wcześniejszych kontraktów, i zażądał od Bangkoku sprostowania.

Sukces ma wielu ojców

Walki tajlandzko-kambodżańskie wywołały duże zaniepokojenie w regionie i poza nim. Wyjątkowo aktywnie zadziałało ASEAN. Sprawująca rotacyjne przywództwo w organizacji zrzeszającej państwa Azji Południowo-Wschodniej Malezja zaoferowała mediację. Premierzy Phumtham Wechayachai i Hun Manet udali się do Kuala Lumpur, gdzie Anwarowi Ibrahimowi, premierowi Malezji, udało się doprowadzić do „bezwarunkowego zawieszenia broni” ogłoszonego 28 lipca. Rozmowom patronowały USA i Chiny. Następnego dnia na ziemi niczyjej w strefie granicznej doszło do spotkania delegacji wojskowych obu stron. Ustalono wstrzymanie ognia i koniec wzmacniania sił w rejonie walk. Zapowiedziano też powołanie zespołu koordynacyjnego do spraw rozwiązania kwestii konfliktowych.

Jednak jeszcze rankiem 29 lipca tajlandzkie wojsko zarzucało Kambodży pogwałcenie zawieszenia broni. Rząd w Bangkoku złożył protest skierowany do władz w Kuala Lumpur, Waszyngtonie i Pekinie. Phnom Penh odrzuciło zarzuty i podkreśliło ścisłe przestrzeganie zawieszenia broni. Goszczący w Dżakarcie premier Anwar przyznał, ze doszło do potyczek, jednak lokalnym dowódcom udało się opanować sytuację. Łączny bilans pięciodniowych walk to 43 zabitych, kilkudziesięciu rannych i 270 tysięcy uchodźców. Bangkok przyznał się do 30 zabitych, z czego połowę stanowić mają cywile. Phonm Penh obliczyło swoje straty na 13 zabitych. Tajlandzkie ministerstwo finansów wstępnie oszacowało szkody na 10 miliardów bahtów (1,14 miliarda złotych).

Zasługę za wynegocjowanie zawieszenia broni przypisał sobie prezydent Donald Trump. Zagroził on obu stronom, że kontynuacja walk będzie oznaczać zawieszenie rozmów handlowych z USA. Pomijając typową dla Trumpa przesadę, może być w tym sporo prawdy. Tajlandii i Kambodży grożą cła w wysokości 36% plus bazowa stawka 10%. To solidny argument.

Zaskakująca jest duża aktywność ASEAN, mającego zwykle olbrzymie problemy w regulo­wa­niu spraw między państwami członkowskimi. Wyjaśnieniem może być sytuacja wewnętrzną Malezji, gdzie trwają największe od lat protesty antyrządowe. Premier Anwar Ibrahim może teraz pochwalić się sukcesem politycznym i poprawić swoją sytuację.

W Tajlandii premier Phumtham Wechayachai i generałowie pokazali, że „wyglądają na twardych”. Co natomiast z Kambodżą. Biorąc pod uwagę ataki hakerskie w Tajlandii warto się zastanowić w jakim stopniu Phnom Penh również eskalowało. Wytrzymanie pięciu dni walk z silniejszym przeciwnikiem można przedstawić jako sukces. Cześć komentatorów w regionie zarzuca rządowi Kambodży rozdmuchanie konfliktu. Premier Hun Manet, jest synem Hun Sena i nie ma co ukrywać, cieszy się mniejszą popularnością i szacunkiem. Kryzys, kierowany po kambodżańskiej stronie zza kulis przez ojca, miał wzmocnić pozycję syna. Rozwiązanie natomiast pozostaje tak samo odległe jak zawsze.

PsamatheM, Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe