Konflikt w Zatoce Perskiej eskaluje. Waszyngton przeprowadził kolejne uderzenia – na jeszcze większą skalę. Teheran nie czuje się zmuszony do wznowienia rozmów i odwdzięcza się kolejnymi atakami na amerykańskie bazy w regionie, a do tego ponownie ogłosił całkowite zamknięcie cieśniny Ormuz.

W poprzednim artykule na temat wydarzeń na Bliskim Wschodzie mówiliśmy o licytacji irańsko-amerykańskiej dotyczącej deklarowanej liczby zaatakowanych celów. W trakcie pierwszej fali Amerykanie ogłosili porażenie 80 celów, w drugiej było już 90. Teraz liczba ta skoczyła do aż 140 celów, które miały zostać zniszczone ubiegłej nocy.

Wśród nich znalazły się wyrzutnie rakiet i dronów, jednostki pływające, magazyny amunicji, sieci komunikacyjne i stacje kontroli wybrzeża. Ataki realizowano za pomocą amunicji precyzyjnej użytej przez samoloty (załogowe i bezzałogowe) oraz okręty nawodne.

Powodem tej fali po raz kolejny był atak na jednostkę cywilną. Tym razem ofiarą padł 304-metrowy kontenerowiec M/V GFS Galaxy (IMO: 9401271) pod cypryjską banderą. Według komunikatu CENTCOM-u jednostka została unieruchomiona z powodu pożaru i uszkodzeń maszynowni. Co najmniej jeden członek załogi jest zaginiony, pozostałych 23 załogantów podjęły służby omańskie.

Iran nie zamierza stać bezczynnie i dokonuje własnych, również coraz silniejszych odwetów. Dzisiaj Irańczycy wystrzelili przynajmniej trzy fale dronów i pocisków balistycznych.

O dalszej eskalacji najlepiej świadczy lista zaatakowanych państw. W ciągu jednego dnia alarmy rozbrzmiały w Jordanii, Katarze, Kuwejcie, Bahrajnie i Omanie. Wczoraj irański marszałek parlamentu Mohamed Ghalibaf groził atakiem na Izrael, co na razie nie doszło do skutku. Z perspektywy Teheranu taki ruch nie miałby wiele sensu, aktywowałby kolejnego wroga bez wyraźnych korzyści. Jak pisaliśmy wcześniej, również Amerykanie na ten moment nie chcą widzieć Izraelczyków na szachownicy, choć ci podobno rwą się do walki.

Utrzymanie Konfliktów jako serwisu wolnego od reklam Google to dla nas priorytet. Dzięki Waszemu wsparciu z Patronite i BuyCoffee udało się to do tej pory i chcielibyśmy, aby tak zostało.

Żeby działać bez reklam Google, potrzebujemy 2000 złotych miesięcznie. To próg, który pozwala nam skupić się na pracy. Jeśli chcecie dorzucić swoją cegiełkę, możecie zrobić to przez Patronite.pl lub Buycoffee.to.

Nie spodziewamy się, że każdy będzie nas wspierał finansowo. Ale jeśli zdecydujecie się pomóc, zadbamy o to, by każda złotówka realnie pracowała na rozwój serwisu.

Nasze comiesięczne raporty finansowe możecie przeczytać tutaj.

WRZESIEŃ BEZ REKLAM GOOGLE 61%

Drugim typem irańskiej odpowiedzi jest ponowne zamknięcie cieśniny Ormuz. I ponownie trzeba się zastanowić, na ile Teheran jest w stanie zrealizować tę deklarację. Irańczycy mogą zablokować szlak wzdłuż północnych wybrzeży Zatoki Perskiej, Amerykanie jednak wskazują na alternatywne szlaki wytyczone bliżej wybrzeża omańskiego.

Iran bez wątpienia nie jest w stanie zatopić każdej jednostki łamiącej narzucane ograniczenia, jednak sama groźba uszkodzenia jest wystarczająca, by wiele przedsiębiorstw zrezygnowało z żeglugi na niebezpiecznym akwenie. Jak pokazały doświadczenia operacji „Prosperity Guardian” i EUNAVFOR „Aspides”, zapewnienie całkowitego bezpieczeństwa jest trudne. Ponadto mówimy o silniejszym przeciwniku niż Ruch Huti, dysponującym dłuższą linią brzegową. Obecnie ruch w cieśninie Ormuz utrzymuje trend wzrostowy, ale jest ledwie cieniem czasów pokoju. W czerwcu cieśninę przekroczyło 576 jednostek, co jest istotnym wzrostem względem 233 w maju. W czerwcu 2025 roku wynik ten wynosił jednak 3131.

Spór o żeglugę jest głównym tłem obecnej eskalacji i może stanowić klucz do jego rozwiązania. Jednym z żądań Donalda Trumpa wobec Iranu jest publiczna obietnica zaprzestania ataków na cywilne jednostki i rezygnacja z jakichkolwiek planów pobierania opłat za przekraczanie Ormuzu. Innym, najbardziej podstawowym warunkiem, jest pozbycie się zapasów wzbogaconego uranu i zarzucenie dążeń do wytworzenia broni jądrowej.

Waszyngton liczy, że obecna eskalacja możliwie szybko zmusi Teheran do dalszych rozmów. Na ten moment nie widzimy żadnych ruchów świadczących o takim zamiarze. Upadek memorandum zapewne jedynie umocnił irańskie przekonanie, że z Trumpem nie da się rozmawiać, które kiełkowało od czasów wyjścia z JCPOA. Sama treść umowy również świadczyła o tym, że to Waszyngton pierwszy powiedział „pas”. Teheran najprawdopodobniej zakłada, że drugie rozdanie może skończyć się tak samo.

Amerykańskie wpadki

Wojna irańska spowodowała już niejedną, niekiedy bolesną, wpadkę amerykańskich sił zbrojnych. Wcześniej opisywaliśmy między innymi przypadek pożaru na lotniskowcu USS Gerald R. Ford czy udanego ataku irańskiego F-5 na Camp Buehring – kuwejcką baze US Army.

W miniony czwartek za zabitego uznano komandora porucznika Gabriela Edwardsa, pilota MH-60S Seahawka, który 1 lipca musiał awaryjnie lądować na Morzu Arabskim. Edwards był dowódcą eskadry HSC-5 „Nightdippers”. Przyczyny wypadku do dzisiaj są badane. Jakkolwiek brutalnie to brzmi, wypadki na wojnie się zdarzają, a środowisko morskie nie jest łaskawe dla nieszczęśników. W 2024 roku dwóch operatorów Navy SEALs utonęło podczas abordażu jednostki przemytniczej u wybrzeży Somalii.

O wiele bardziej poważne są oskarżenia kierowane wobec generała brygady Clinta Barnesa i jego zwierzchnika, generała dywizji Johna Hinsona, w kontekście wydarzeń w porcie Szoajba. Cywilny port na południe od miasta Kuwejt jest amerykańskim węzłem logistycznym, na który 1 marca spadł pojedynczy samolot pocisk rodziny Szahed. W wyniku tego śmierć poniosło sześciu żołnierzy. Jak donosi The Washington Post w tle całego zdarzenia możemy znaleźć szereg nieprawidłowości.

Szoajba to mała placówka, położona około 30 minut jazdy samochodem od Camp Arifjan – bazy US Army na południu Kuwejtu. Według żołnierzy rozmawiających z dziennikarzami placówka nie miała zapewnionej obrony przeciwlotniczej. Żołnierze prosili o przysłanie zestawów przeciwdronowych EAGLS (Electronic Advanced Ground Launcher System). Na prośbach się skończyło, dowództwo nie miało niezagospodarowanych zestawów, które mogłyby trafić do Szoajby.

Zestaw EAGLS na podwoziu HMMWV podczas prób w Kuwejcie. System wyko­rzys­tuje stację radio­loka­cyjną Leonardo RPS-40 sparo­waną z wyrzut­nią kiero­wa­nych pocisków rakieto­wych APKWS.
(US Army / Joseph Kumzak)

Ponadto cała placówka była łatwa do obserwacji z powietrza, a kilka dni przed atakiem żołnierze widzieli niewielkiego drona latającego w pobliżu. Pomimo niebezpiecznego otoczenia część żołnierzy nie zabrało ze sobą nawet broni palnej. Przebazowano ich w takim pośpiechu, że karabinki zostały w Camp Arifjan.

Obaj generałowie wcześniej otrzymali informację, że w wypadku ataku na przywództwo irańskie każda amerykańska baza może stać się celem odwetu. Według żołnierzy istniały nawet konkretne informacje, że Szoajba jest na liście ataków. Pomimo to generałowie podjęli decyzję o wysłaniu tam kontyngentu żołnierzy.

Kolejnym zarzutem jest zachowanie Barnesa bezpośrednio po uderzeniu Szaheda w bazę. Autorzy artykułu w WaPo opisują to następująco:

Barnes pobiegł do wyjścia ewakuacyjnego i pobliskiego schronu, mimo że dziesiątki mężczyzn i kobiet pod jego dowództwem pozostały na miejscu – jak powiedział żołnierz, któremu generał rozkazał uciekać razem z nim.
„Nie powinniśmy byli wybiegać z tego cholernego budynku” – dodał żołnierz drżącym głosem, opowiadając, jak po ponownym otwarciu stalowych drzwi schronu próbował wrócić do budynku, żeby udzielić pomocy, ale Barnes kazał mu zostać. Wspominał, że myślał wówczas: „Nie mogę po prostu patrzeć, jak to się dzieje”.
Żołnierz powiedział, że, przekonany przez innego oficera, który biegł w stronę pożaru, wrócił do centrum operacyjnego i zaczął wołać w dym, mając nadzieję, że znajdzie ocalałych.
Generał, jak opowiadał żołnierz, tego nie uczynił.
Decyzja Barnesa podjęta po ataku drona to jeden z kilku incydentów, które wywołały rozgoryczenie w stosunku do dowództwa wśród żołnierzy wysłanych do Szoajby.

Do dzisiaj nie wiadomo, czy poprawnie wydano komunikat o opuszczeniu schronów. Camp Arifjan nie odnotował tej komendy, to jednak mogło wynikać z dużej ilości komunikatów, jakie otrzymywali łącznościowcy.

Ponadto nieprawidłowości miały być widoczne w trakcie ataku. Hinson faktycznie został poważnie ranny w rękę i doznał urazu mózgu. Obok zakrwawionego generała dywizji miał siedzieć Barnes, który w takiej sytuacji powinien zajmować się dowodzeniem. Po ataku Hinson wyznaczył do przeanalizowania sytuacji swojego bezpośredniego podwładnego. Niezależnego oficera wyznaczono dopiero, kiedy wokół sprawy zaczęło się robić głośno. Obecnie śledztwo US Army nadal się toczy, jednak nie zakłada na ten moment ukarania obu generałów.

Jeśli ustalenia dziennikarzy rozmawiających z żołnierzami okażą się prawdą, możliwe, że będzie to największy blamaż militarny Stanów Zjednoczonych podczas tej wojny. Ten obejmowałby nie tylko szereg błędów, ale również być może tchórzostwo i próbę zamiecenia sprawy pod dywan.

Aktualizacja (23.30): Służba prasowa CENTCOM-u poinformowała, że o godzinie 23.00 czasu polskiego rozpoczęto kolejną fazę uderzeń na cele na terytorium Iranu.

Aktualizacja (13 lipca, 5.05): Pół godziny temu CENTCOM poinformował o zakończeniu kolejnej fali uderzeń. Liczby celów nie podano, ale w komunikacie znalazła się inna ciekawostka: oprócz bardziej klasycznych środków rażenia użyto także samolotów pocisków (zapewne LUCAS-ów, czyli de facto amerykańskich Szahedów) i morskiej amunicji krążącej. Te pierwsze zaliczyły chrzest bojowy w grudniu ubiegłego roku, ale US Navy nigdy dotąd nie używała (a przynajmniej się tym nie chwaliła) pływających „dronów kamikaze”. O amerykańskich pracach w tym kierunku pisaliśmy dwa lata temu tutaj.

US Navy