Pierwsi piloci tureckich sił powietrznych wyznaczeni do służby na samolotach bojowych Eurofighter Typhoon rozpoczną szkolenie już w przyszłym tygodniu. Ośmiomiesięczne szkolenie rozpocznie się 7 września. Po jego ukończeniu absolwenci przejdą też trzymiesięczne szkolenie instruktorskie. Liczby pilotów w pierwszej grupie nie ujawniono, ale wiadomo, że Wielka Brytania przeszkoli łącznie 10 tureckich pilotów (w kilku etapach) i 100 techników.
Docelowo w składzie Türk Hava Kuvvetleri mają się znaleźć 44 Typhoony, z czego 20 będzie fabrycznie nowych. Umowa ma wartość 8 miliardów funtów (około 40 miliardów złotych według dzisiejszego kursu), a pierwsze samoloty mają trafić do Turcji w 2030 roku. Produkcja pierwszych egzemplarzy w zakładach BAE Systems w Wartonie już ruszyła.
Turcja zaczęła interesować się pozyskaniem Eurofighterów w 2023 roku. Niewiele informacji na ten temat przedostało się do mediasfery, aczkolwiek plan ma się wiązać z oceną nowych potrzeb tureckich sił powietrznych. Można wskazać dwa główne powody, które wzajemnie się nie wykluczają. Pierwszym jest oczywiście F-35, a w zasadzie brak perspektyw na powrót do programu, po tym jak Stany Zjednoczone wyrzuciły zeń Turcję z powodu kupna rosyjskiego systemu przeciwlotniczego S-400.

Brytyjski Typhoonn FGR.4 w malowaniu odwzorowującym Hawkera Typhoona z 257. Eskadry z czasu lądowania w Normandii.
(Flt Lt Andy Donovan / UK MOD © Crown copyright 2024)
Druga przyczyna to rezultaty analizy doświadczeń z wojny rosyjsko-ukraińskiej. Dowództwo tureckiego lotnictwa mogło uznać, że potrzebuje myśliwców przewagi powietrznej. Relacje z Waszyngtonem ciągle są kiepskie, więc kupno F-15EX raczej nie wchodzi w grę. Pozyskanie rosyjskich lub chińskich samolotów byłoby niepotrzebnym przeciąganiem struny w relacjach z USA, na placu boju pozostał więc Typhoon.
Owszem, w sprawie „S-400 kontra F-35” coś drgnęło. W czasie zorganizowanego na początku lipca szczytu NATO w Ankarze odbyło się dwustronne spotkanie prezydentów Stanów Zjednoczonych i Turcji, a jednym z tematów był właśnie powrót Turcji do programu F-35.
Jeśli kiedykolwiek się zastanawialiście, czy nas wspierać czy nie – teraz nadszedł moment na decyzję.
Od blisko dwóch lat utrzymujemy się głównie z Waszej hojności i zrezygnowaliśmy z reklam Google. Od kilku miesięcy nasze dochody nie zbliżają się do założonego progu i nasza „poduszka”, z której finansujemy wszystko poza podstawowymi kosztami utrzymania serwera i domeny, się kurczy.
W tym roku byliśmy w Berlinie na ILA i w Kielcach na MSPO. Na przyszły rok też mamy ambitne plany. Tymczasem koszty utrzymania serwisu idą w górę. Zależy nam aby Konflikty dalej były wolne od reklam Google, dlatego prosimy Was o wsparcie.
Jeśli chcecie dorzucić swoją cegiełkę, możecie zrobić to przez Patronite.pl lub Buycoffee.to.
Turcja miała być dużym użytkownikiem F-35. Planowano zakup co najmniej 100 F-35A. Pierwszy egzemplarz przeznaczony dla Turcji zszedł z linii produkcyjnej w 2018 roku, ale cały czas pozostawał w Stanach Zjednoczonych. W lipcu 2019 roku Trump podjął decyzję o wykluczeniu Turcji z tego programu po zakupie przez ten kraj rosyjskich systemów przeciwlotniczych. Chodziło przy tym nie tyle o sam fakt robienia interesów z Rosją, ale obawę, że S-400 może potajemnie zbierać informacje o myśliwcu i przekazywać je do Rosji.

Podwieszanie bomby Paveway IV pod skrzydłem Typhoona. Żółty pas na korpusie bomby (a także widocznego w tle pocisku Meteor) oznacza amunicję z głowicą bojową z materiałem wybuchowym.
(Cpl Samantha Drummee / UK MOD © Crown copyright 2024)
Amerykańska ustawa o wydatkach obronnych z 2020 roku zabrania przekazania Turcji jakichkolwiek myśliwców F-35, dopóki nie pozbędzie się ona systemu S-400. Ankara aktywnie poszukuje kupca na ten system i wiele wskazuje na to, że w końcu go znalazła. Dwoma bateriami i 120 pociskami mają być zainteresowane Zjednoczone Emiraty Arabskie. Zgodę na taką transakcję musi również wyrazić Rosja. Trójstronne rozmowy w tej sprawie mają się toczyć od miesięcy i podobno wszystko zmierza do porozumienia. Gdyby opcja z Emiratami nie doszła do skutku, drugim potencjalnym nabywcą ma być Katar – także znajdujący się obecnie na celowniku Iranu (czyli, rzecz jasna, sojusznika Rosji).
Wszystkie te nowinki pojawiły się jednak, gdy kwestia Typhoonów była już dogadana, chociaż trzeba przyznać, że owo dogrywanie zajęło sporo czasu. Plan sprzedaży 40 myśliwców blokował Berlin, poróżniony z Ankarą na tle wojny Hamasu z Izraelem. Jednak na przełomie września i października 2024 roku ówczesny rząd „koalicji świateł drogowych” (SPD, Zielonych i liberałów z FDP) miał zgodzić się na umowy zbrojeniowe z Turcją o wartości ponad 330 milionów euro. Ówczesny kanclerz Olaf Scholz spotkał się z prezydentem Turcji Recepem Tayyipem Erdoğanem i na wspólnej konferencji prasowej powiedział, że negocjacje w sprawie sprzedaży Turcji Eurofighterów są na wczesnym etapie i odpowiada za nie Wielka Brytania.
W listopadzie tamtego roku turecki minister obrony Yasar Güler w trakcie telewizyjnego wywiadu na żywo zapowiedział kupno myśliwców. Nakłonić Niemców do zmiany zdania miały naciski ze strony Wielkiej Brytanii, Włoch i Hiszpanii, czyli pozostałych członków konsorcjum Eurofighter. Wreszcie w marcu tego roku pojawiły się informacje, że Londyn przedstawił oficjalną ofertę sprzedaży 40 Typhoonów dla dwóch eskadr.
Ostatecznie zdecydowano o pozyskaniu tylko jednej nowej eskadry. Wprawdzie ówczesny brytyjski premier sir Keir Starmer dodał, że umowa przewiduje możliwość sprzedaży większej liczby samolotów w przyszłości, jednak Ankara najwyraźniej nie zamierza korzystać z tej opcji.
Niemniej umowa podpisana przez Starmera i Erdoğana nie spotkała się z dużym entuzjazmem tureckich ekspertów. Ci twierdzą, że Ankara kupuje myśliwce po bardzo wysokiej cenie, gdyż według prostej matematyki koszt pojedynczego egzemplarza to 400 milionów funtów. Ich zdaniem to cena zbliżona do zakupu jednej fregaty rakietowej w lokalnych stoczniach. Z drugiej strony nie wiemy nic o szczegółach transakcji – pakiecie wyposażenia i uzbrojenia, a także pakiecie szkoleniowym i wsparcia eksploatacji. Cała ta niezbędna otoczka znacząco podbija koszty.
Dodatkowo Turcja planuje odkupić 24 Typhoony z zasobów sił powietrznych Kataru i Omanu – po dwanaście od jednego i drugiego kraju. Na początku roku wydawało się, że sprawa jest już niemal przesądzona i Ankara przejmie maszyny w ciągu najbliższych tygodni. Ale na przeszkodzie stanęła wojna z Iranem. W obliczu gwałtownego załamania poziomu bezpieczeństwa nad Zatoką Perską oba kraje postanowiły nie rozstawać się ze swoimi Typhoonami. Teoretycznie transakcja wciąż jest na stole, ale minie sporo czasu, zanim (o ile w ogóle) zostanie zrealizowana.
Katar zamówił w grudniu 2017 roku dwadzieścia cztery Typhoony, w tym cztery dwumiejscowe, a wraz z nimi także dziewięć szkolno-treningowych Hawków Mk 167. Wojska lotnicze Omanu zamówiły dwanaście Typhoonów i osiem samolotów szkolenia zaawansowanego Hawk Mk 166, z których pierwsze dostarczono w czerwcu 2017 roku.
Pozyskanie używanych samolotów pozwoli wprowadzić Typhoony do służby szybciej i taniej, niż gdyby pełne 40 maszyn zamówiono u producenta. Ale to rozwiązanie ma też pewne wady. Nie chodzi tylko o to, że z „szybciej” może się zrobić „później”, zależnie od tego, jak przebiegnie wojna z Iranem i jak będzie się potem zmieniała sytuacja bezpieczeństwa. Samoloty mają już nadgryziony resurs (choć te katarskie latały stosunkowo mało). Problemem jest też to, że samoloty należące do Kataru i Omanu reprezentują różne konfiguracje, odpowiednio P3Eb (Phase 3 Enhancement B) i P2E (Phase 2 Enhancement).
Różnice są niewidoczne na pierwszy rzut oka, ale znaczące. Na przykład tylko P3Eb jest zintegrowana z pokładową stacją radiolokacyjną klasy AESA European Common Radar System (wersja rozwojowa Captora-M), podczas gdy omańskie maszyny wykorzystują radar Captor-M o skanowaniu mechanicznym (chociaż wersja P2E dysponuje oprzyrządowaniem pozwalającym na stosowanie radaru klasy AESA).
Jakby tego było mało, fabrycznie nowe Typhoony dla Turcji będą reprezentowały najprawdopodobniej konfigurację P4E, w której jedną z najważniejszych modyfikacji jest system automatycznego zarządzania danymi pozyskiwanymi ze wszystkich czujników, co pośrednio zwiększa możliwości radaru pokładowego i zmniejsza obciążenie pilota pracą. Maszyny w konfiguracji P4E dysponują też systemem lokalizacji emiterów promieniowania radarowego (Emitter Location System) oraz są zintegrowane z pociskami AARGM i HARM. Wszystkie te różnice skomplikują zarówno logistykę, jak i proces szkolenia pilotów i techników.

