Rozmowy między Stanami Zjednoczonymi i Iranem nadal trwają, jednak nie przynoszą konkretnych rezultatów. Tymczasem Amerykanie gromadzą coraz większe siły, które jeszcze w tym tygodniu mają być gotowe do przeprowadzenia kolejnej serii ataków. Według mediów ilość zgromadzonego lotnictwa w regionie Bliskiego Wschodu jest największa od czasów przygotowań do operacji „Iraqi Freedom” w 2003 roku.

Negocjacje bez rezultatu

Ostatnia runda rozmów dotyczących irańskiego programu nuklearnego rozegrała się w miniony poniedziałek w Genewie, w ambasadzie Omanu, który od początku występuje w roli pośrednika. Po raz kolejny rozmowy nie przyniosły przełomu, chociaż irański minister spraw zagranicznych Abbas Araghczi wyraził pewną dozę optymizmu.

– W porównaniu z poprzednim spotkaniem osiągnęliśmy znaczny postęp i teraz mamy przed sobą wyraźniejszą drogę – powiedział Araghczi rządowym mediom irańskim.

Kluczowym polem starcia ma nadal być kwestia uranu. Iran jest gotowy oddać część zapasów do kraju trzeciego i ograniczyć wzbogacanie. Na stole ma być również ponowne wpuszczenie pracowników Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej do ośrodków. W zamian Teheran oczekuje zniesienia sankcji. Iran nie zamierza jednak porzucić programu jądrowego w całości, nie zgadza się też na objęcie negocjacjami programu pocisków balistycznych i wspierania ugrupowań zbrojnych.

Na pokładzie lotniskowca USS Abraham Lincoln (CVN  72) gdzieś na Morzu Arabskim, 16 lutego.
(US Navy / Mass Communication Specialist Seaman Apprentice Cesar Zavala)

Stany Zjednoczone uważają te ustępstwa za niewystarczające, zwłaszcza w obliczu nieprzestrzegania poprzednich umów przez Iran. Z perspektywy Iranu porzucenie obu programów, jądrowego i rakietowego, oraz swoich regionalnych sojuszników de facto oznaczałoby kapitulację przed USA i Izraelem.

O „drobnych postępach” wspomniała również Karoline Leavitt, jednak zaznaczyła, że różnice między stronami nadal są duże.

– Oczekujemy, że Irańczycy powrócą do nas z bardziej szczegółowymi informacjami w ciągu najbliższych kilku tygodni, więc prezydent będzie nadal obserwował rozwój sytuacji – powiedziała.

Oczywiście nie zabrakło kilku gróźb. Leavitt wspomniała, że istnieje wiele powodów, aby zbombardować Iran, jednak Trump zawsze stawia dyplomację na pierwszym miejscu. Jednocześnie rzeczniczka podkreśliła, że czerwcowe ataki „całkowicie zniszczyły” irański program nuklearny, co jednak – jak wskazują dostępne informacje – jest ogromną przesadą.

Trwa gromadzenie sił

W ciągu ostatnich dni w serwisach śledzących ruchy samolotów można było zauważyć ruchy myśliwców ze Stanów Zjednoczonych do Europy, która zazwyczaj odgrywa rolę miejsca tranzytu podczas podróży na Bliski Wschód. Mowa o co najmniej 12 F-22A Raptorach z bazy Langley kierujących się w stronę Wielkiej Brytanii i 12 F-16 z bazy McEntire w Karolinie Południowej. Ze Starego Kontynentu w stronę Bliskiego Wschodu ruszyło kolejne 24 F-16 z baz Aviano we Włoszech i Spangdahlem w Niemczech. Z brytyjskiej RAF Lakenheath wyleciało 18 F-35 kierujących się do Jordanii.

Odkąd rozpoczęliśmy finansowanie Konfliktów przez Patronite i Buycoffee, serwis pozostał dzięki Waszej hojności wolny od reklam Google. Aby utrzymać ten stan rzeczy, potrzebujemy 2000 złotych miesięcznie.

Możecie nas wspierać przez Patronite.pl i przez Buycoffee.to.

Rozumiemy, że nie każdy może sobie pozwolić na to, by nas sponsorować, ale jeśli wspomożecie nas finansowo, obiecujemy, że Wasze pieniądze się nie zmarnują. Nasze comiesięczne podsumowania sytuacji finansowej możecie przeczytać tutaj.

MAJ BEZ REKLAM GOOGLE 54%

Przemieszczane są również latające cysterny oraz maszyny wczesnego ostrzegania i kontroli przestrzeni powietrznej. W ciągu ostatnich dwóch dni wewnątrz Europy odnotowano przeloty ponad 46 cystern. W przypadku AWACS-ów mowa o co najmniej dwóch E-3 Sentry lądujących w Wielkiej Brytanii. W Europie i na Bliskim Wschodzie ma być już sześć z ośmiu powietrznych stacji przekaźnikowych E-11A BACN (Battlefield Airborne Communications Node), służących do przesyłania informacji. Z Albionu w stronę Bliskiego Wschodu miał lecieć również samolot szpiegowski U-2 Dragon Lady, mogący realizować zadania rozpoznawcze, jak również pośredniczyć w komunikacji z F-22 i F-35.

Wszystkie te informacje pochodzą sprzed kilku dni, samoloty trafiły już do miejsc przeznaczenia. Jednym z głównych punktów zgrupowania ma być Jordania, która jednak poinformowała, że nie zamierza odgrywać roli platformy do ataków wobec Iranu. Również państwa Zatoki Perskiej nie wydają się skłonne do zaangażowania w konflikt. Nawet Wielka Brytania, według tamtejszego Timesa, odmówiła zgody na użycie baz Diego Garcia na Oceanie Indyjskim i RAF Fairford do operacji irańskiej.

W trakcie ataków latem 2025 roku większość maszyn startowała ze Stanów Zjednoczonych i lotniskowców. Tymczasem USS Gerald R. Ford (CVN 78) wraz ze swoją grupą uderzeniową powinien w sobotę lub niedzielę dotrzeć do wybrzeży Izraela, co mogłoby wiązać się z udziałem w obronie przed irańskim atakiem odwetowym. To również kolejne samoloty na potencjalnym teatrze działań. Temat ten opisywaliśmy w naszym poprzednim artykule.

Trump podczas konferencji poświęconej ukonstytuowaniu tak zwanej Rady Pokoju, mającej (oficjalnie) zadbać o odbudowę Strefy Gazy po niszczycielskiej kampanii Cahalu, poświęcił też trochę miejsca Iranowi. Oznajmił przy tej okazji, że Iran ma 10–15 dni na wypracowanie porozumienia, w przeciwnym razie spotkają go „bardzo złe rzeczy”. Nie zgodził się jednak na określenie wprost, jakie byłyby to rzeczy i jaki ostatecznie cel przyświecałby Waszyngtonowi.

Po drugiej stronie

Teheran również szykuje się do starcia. Fotografie satelitarne wskazują, że Irańczycy umacniają podziemne instalacje, co wiąże się z zasypywaniem wejść i budową betonowych konstrukcji ochronnych. Niewątpliwie potencjalny atak będzie obejmował wykorzystanie bombowców B-2A Spirit i bomb GBU-57 Massive Ordnance Penetrator. Te zostały użyte już w poprzedniej wymianie ciosów. Iranowi udało się jednak ocalić część instalacji, stąd potrzeba kolejnych rozmów i groźba kolejnego ataku. Oczywiście kolejny spór w regionie nie może obyć się bez filmów grożących Stanom Zjednoczonym.

Dzisiaj ruszyły ćwiczenia „Morski Pas Bezpieczeństwa 2026” prowadzone przez irańskie, chińskie i rosyjskie okręty. Format ten istnieje od 2019 roku. O ile obecność kilku jednostek Chin i Rosji nie stanowi znaczącego czynnika wpływającego na układ sił w regionie, o tyle jest to pewien gest polityczny, który zapewne zostanie wzięty pod uwagę w trakcie zatwierdzania planów. Spodziewanie się jednak, iż Chińczycy i Rosjanie planują umierać za Iran, jest daremne. Państwo Środka ma wspierać Teheran poprzez przekazywanie informacji o amerykańskich ruchach w regionie. Chińczycy mieli jednak ograniczyć swoje inwestycje w kraju, o czym niedawno wspominał prezydent Masud Pezeszkian.

Jednocześnie w tym tygodniu Iran przeprowadził samodzielne ćwiczenia w cieśninie Ormuz, której potencjalne zamknięcie stanowi jeden ze straszaków kierowanych w stronę wrogów. Decyzja ta uderzyłaby również państwa trzecie, w tym Chiny.

Czy czas już nadszedł?

Obecne wydarzenia mają być największym zgrupowaniem amerykańskiego lotnictwa od 2003 roku. Według doniesień medialnych USA będą gotowe zaatakować w sobotę, co wynika przede wszystkim z rejsu Forda. Trzeba jednak pamiętać, że USS Abraham Lincoln (CVN 72) wraz ze swoją grupą uderzeniową przebywa w regionie od końca stycznia. Jednocześnie nie wiemy, jakie jest podejście Trumpa do negocjacji. Biały Dom może traktować je już tylko jako zasłonę dymną lub nadal wierzyć w ich sukces. Marco Rubio zapowiedział wizytę w Izraelu w dniu 28 lutego w celu konsultacji w sprawie rozmów z Iranem, co może, ale nie musi, być zmyłką.

Jednocześnie dzisiaj rozpoczął się wspomniany pierwszy szczyt Rady Pokoju i chociażby z tego powodu Trump może wstrzymać się na jakiś czas, aby nie psuć wizerunku swojego projektu. Biorąc jednak pod uwagę, jak dużym wysiłkiem logistycznym jest przeprowadzenie ruchów wojsk o tej skali, decyzja o ataku mogła już zostać podjęta.

B-2A kołujący w bazie Whiteman.
(US Air Force / Airman 1st Class Bryson Britt)

Jeśli przyjmiemy założenie o wczesnym ataku, dobrym momentem może być noc z piątku na sobotę. O godzinie 00:30 czasu irańskiego zamyka się nowojorska giełda, która nie pracuje w weekend. To oznaczałoby, że wybuch wojny nie spowodowałby impulsywnych decyzji inwestorów. Nawet jeśli Ford nie byłby na pozycji, scenariusz ten jest prawdopodobny. Trump, mimo swojej śmiałej (mówiąc lekko) polityki, nadal liczy się z amerykańskim biznesem, a reakcja giełdy miała być jednym z powodów zakończenia sporu o Grenlandię.

Kolejnym pytaniem jest, jak prawdopodobny konflikt miałby wyglądać. USA i Izrael nie planują inwazji i obecności swoich żołnierzy na irańskiej ziemi. Jaki byłby główny cel? Jedną z opcji jest kolejna próba zniszczenia irańskiego programu jądrowego, co na pewno będzie jednym z zadań. Czy jednak Trump nie zdecyduje się pójść dalej i zaatakować Islamską Republikę jako system? Amerykański prezydent wypowiadał się na rzecz zmiany władzy w Iranie, co byłoby wielkim sukcesem Izraela i USA.

Wydarzenia z czerwca, jak również porwanie Nicolása Maduro, wskazują, że Waszyng­ton ma możliwość zabicia przywódców Iranu. Pytaniem pozostaje, czy warto. Konsekwencje byłyby nieprzewidywalne. Następcy Chameneiego mogliby być jeszcze bardziej radykalni. Ewentualny całkowity upadek reżimu (co nie byłoby łatwe) może za to doprowadzić do destabilizacji 90‑milionowego państwa położo­nego obok jednego z najważniejszych akwenów na świecie. Bardziej rozsądną opcją wydaje się zmuszenie Teheranu do ustępstw, co jednak może być trudniejsze niż w Wenezueli. Władza w Iranie nie jest typową autokracją złożoną z oportunis­tycz­nych kacyków, przynajmniej część z nich to ludzie szczerze wierzący w islamską rewolucję i oś oporu.

US Air Force / Garrett N. Cole