Nowa Zelandia potwierdziła zainteresowanie zakupem japońskich fregat rakietowych typu Mogami w wersji nowej generacji FFM. Okręty zastąpiłyby wysłużone fregaty typu Anzac. Jeśli ostatecznie doszłoby do zawarcia umowy wykonawczej, Kraj Długiej Białej Chmury stanie się drugim – po Australii – zagranicznym użytkownikiem typu Mogami.

O sprawie dyskutowano podczas spotkania wiceadmirała Garina Goldinga, dowódcy nowozelandzkiej marynarki wojennej, z japońskim ministrem obrony Genem Nakatanim 20 października w siedzibie japońskiego resortu obrony. Według japońskich mediów zainteresowanie Wellington fregatami zostało pozytywnie przyjęte przez Nakataniego, który podkreślił, że Nowa Zelandia pozostanie ważnym partnerem Japonii, a także zapowiedział pogłębienie współpracy obronnej. Z kolei Golding wyraził zaniepokojenie ekspansją Chin na morzu i również odniósł się do konieczności pogłębiania współpracy.

O szczegółach potencjalnej transakcji nie wiemy zupełnie nic. Potwierdzono jedynie, że w grę wchodzi pozyskanie fregat Mogami FFM. Fregaty te opracowano w reakcji na dwa kluczowe wyzwania stojące przed Morskimi Siłami Samoobrony. Pierwszym jest konieczność odpowiedzi na rozbudowę chińskiej marynarki wojennej, drugim – starzenie się populacji a tym samym kurczenie się japońskich rezerw ludzkich. Potrzebne są więc okręty przewyższające chińskie odpowiedniki, a jednocześnie możliwe do budowy w dużej liczbie i obsadzone przez relatywnie małą załogę.

Japońska fregata Mogami.
(海上自衛隊)

Udoskonalony typ Mogami będzie większy. Wyporność standardowa wzrośnie z 3,9 tysiąca ton do 4,5 tysiąca albo nawet 4,9 tysiąca ton. Kadłub ma zostać wydłużony o mniej więcej 10 metrów. Japoński resort obrony dość ogólnikowo wypowiada się na temat przyszłych fregat. Wzmocnione mają zostać zdolności zwalczania okrętów podwodnych, na uzbrojenie mają trafić nowe pociski przeciw­lot­nicze średniego zasięgu, a także nowe pociski przeciw­okrę­towe dalekiego zasięgu, zapewne z możliwością atakowania celów lądowych.

Pod względem uzbrojenia główną różnicą będzie 32-komorowa wyrzutnia pionowa Mk 41. Bazowy typ Mogami (wbrew pierwotnemu projektowi) w ogóle nie dysponuje takim uzbro­je­niem. Dopiero w tym roku Kaijō Jieitai rozpoczęło proces integracji wyrzutni pionowych. Koncern MHI zainstalował 16-komorowy moduł na siódmym okręcie serii – Niyodo.

Odkąd rozpoczęliśmy finansowanie Konfliktów przez Patronite i Buycoffee, serwis pozostał dzięki Waszej hojności wolny od reklam Google. Aby utrzymać ten stan rzeczy, potrzebujemy 2000 złotych miesięcznie.

Możecie nas wspierać przez Patronite.pl i przez Buycoffee.to.

Rozumiemy, że nie każdy może sobie pozwolić na to, by nas sponsorować, ale jeśli wspomożecie nas finansowo, obiecujemy, że Wasze pieniądze się nie zmarnują. Nasze comiesięczne podsumowania sytuacji finansowej możecie przeczytać tutaj.

STYCZEŃ BEZ REKLAM GOOGLE 86%

Zmodernizowane okręty zachowają oczywiście charakterystyczną nadbudówkę z antenami ścianowymi (zmodernizowanej) stacji radio­loka­cyj­nej OPY-2 klasy AESA, ale nie wiadomo, czy w wersji eksportowej pozostanie na miejscu bodaj najbardziej wyróżniający się element konstrukcyjny: maszt zintegrowany NORA-50 UNIted COmbined Radio aNtenna (co zwija się w słowo Unicorn, czyli jednorożec). MHI prezentowało też koncepcje z bardziej klasycznymi masztami.

Budowa pierwszych okrętów serii ma rozpocząć się jeszcze w tym roku, chociaż bardziej prawdopodobny termin to przyszły rok. W praktyce oznaczałoby to, że pierwsze okręty mogłyby rozpocząć służbę w 2029 lub 2030 roku, co zbiegałoby się z planowanym rozpoczęciem pozyskiwania następcy Anzaców w nowozelandzkiej flocie. W maju Wellington ogłosiło plany modernizacyjne sił zbrojnych na najbliższe lata.

W ciągu najbliższych czterech lat wyremontowane i zmodernizowane mają zostać obie fregaty typu Anzac, które Nowa Zelandia pozyskała wspólnie z Australią w latach 90. Szacowany koszt ma wynieść 300–600 milionów dolarów. Prace pozwolą utrzymać obie fregaty w linii do początku przyszłej dekady, do wdrożenia fregat nowej generacji, co zaplanowano na lata 2029–2039. Wsparciem dla zmodernizowanych Anzaców będą bezzałogowe jednostki nawodne, których koszt pozyskania szacuje się maksymalnie na 100 milionów dolarów.

Niewykluczone, że Wellington zrezygnuje z modernizacji fregat kosztem przyśpieszenia wdrożenia japońskich okrętów. Nie wiadomo, ile konkretnie okrętów chce kupić Nowa Zelandia, jednak śmiało można stwierdzić, że nie będzie to duża liczba. Najpewniej Anzaki zostaną zastąpione w stosunku jeden do jednego. Niemniej nawet tak mała liczba nowoczesnych okrętów podniosłaby możliwości nowozelandzkiej floty i stanowiłoby wzmocnienie dla japońskiego przemysłu obronnego.

Ledwie dwa miesiące temu po ulepszone Mogami sięgnęła Australia – najbliższy sojusznik Nowej Zelandii. Canberra wskazała japońskie okręty jako zwycięską konstrukcję w postępowaniu na fregaty „poziomu drugiego” (SEA 3000), które uzupełnią w służbie niszczyciele typu Hobart i fregaty typu Hunter (budowane na podstawie projektu fregat typu 26). Australijczyków czekają bezpośrednie negocjacje z MHI i rządem Japonii w sprawie szczegółów kontraktu. Jego podpisanie spodziewane jest w roku 2026.

Pierwsze trzy fregaty powstaną w Japonii, pierwsza z nich zostanie przekazana Australii w roku 2029 i wejdzie do służby w roku 2030. W ramach uzgodnień osiem okrętów może powstać już w australijskich stoczniach. Kontrakt na fregaty dla Australii i potencjalna umowa z Nową Zelandią to dla Japonii przełom w eksporcie uzbrojenia. Tokio od dobrej dekady stara się promować japońskie uzbrojenie na rynkach zagranicznych, nie zanotowało jednak istotnych sukcesów. W obliczu kolejnych tryumfów połud­nio­wo­ko­re­ań­skiej zbrojeniówki rodzi to zrozumiałą frustrację.

Hiroshi miyaji, Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe