Rządzący Nigrem generał Abdouraha­mane Tchiani wprost określił prezydenta Emmanuela Macrona jako sponsora światowego terroryzmu działającego przeciwko suwerennym państwom afrykańskim. Szef sztabu generalnego Nigru generał Amadou Ibro poszedł o krok dalej, wzywając ludność do przygotowania się do nadchodzącej wojny przeciwko Francji.

– Ta mobilizacja została ogłoszona, została zarządzona, abyśmy mogli przygotować się do wojny z Francją – oświadczył generał Ibro. – Wiedzcie, że idziemy na wojnę z Francją. Wcześniej nie byliśmy na wojnie, ale teraz idziemy na wojnę z Francją.

Wszystko to jest pokłosiem styczniowego ataku ze strony tak zwanego Państwa Islamskiego na stołeczne lotnisko, który wywołał wstrząs polityczny w Nigrze. Członkowie junty pozujący na silnych oficerów prowadzących kraj do niezależności i dobrobytu nie byli w stanie ochronić Niamey przed terrorystami. Dokonali tego nie „doskonale wyszkoleni” nigerscy wojskowi, lecz stacjonujący w mieście rosyjscy najemnicy. Takie upokorzenie wymagało odpowiedniego wyjaśnienia.

Junta nie mogła przyznać, że została pokonana przez bojowników. Niemal od razu całą winę zrzuciła na Francję, która, sterując wydarzeniami z tylnego siedzenia, miała rzekomo posłużyć się siłami Beninu i Wybrzeża Kości Słoniowej. Na nic zdały się oficjalne oświadczenia w agencji Amaq, oficjalnym organie prasowym Państwa Islamskiego, czy fakt, że sposób działania napastników był typowy dla lokalnych ekstremistów. To Paryż miał być winny.

Sahelskie junty wszystkie swoje niepowodzenia tłumaczą złowieszczymi knowaniami Francuzów. Znalezienie kozła ofiarnego w postaci dawnego imperium kolonialnego jest wygodne, ponieważ kieruje wzrok społeczeństwa daleko na północ, odsuwając pytania o kompetencje współczesnych caudillos. Sahelscy wojskowi dobrze się prezentują, pozując w mundurach, jednak ich kompetencje na polu walki pozostają wątpliwe. Najważniejsze to nie cofać się i w propagandowej wojnie stale być w ofensywie. Paryż zdecydowanie odrzuca oskarżenia i podkreśla, że deklaracje Niamey są elementem trwającej wojny informacyjnej.

Odkąd rozpoczęliśmy finansowanie Konfliktów przez Patronite i Buycoffee, serwis pozostał dzięki Waszej hojności wolny od reklam Google. Aby utrzymać ten stan rzeczy, potrzebujemy 2000 złotych miesięcznie.

Możecie nas wspierać przez Patronite.pl i przez Buycoffee.to.

Rozumiemy, że nie każdy może sobie pozwolić na to, by nas sponsorować, ale jeśli wspomożecie nas finansowo, obiecujemy, że Wasze pieniądze się nie zmarnują. Nasze comiesięczne podsumowania sytuacji finansowej możecie przeczytać tutaj.

KWIECIEŃ BEZ REKLAM GOOGLE 82%

Atak na lotnisko w Niamey

W nocy z 28 na 29 stycznia niezidentyfikowani mężczyźni zaatakowali lotnisko w Niamey. Operacja dobrze wpisywała się w modus operandi sahelskich bojowników stawiających przede wszystkim na mobilność i zaskoczenie. Napastnicy przyjechali na motocyklach, a całość wspierana była przez zmodyfikowane cywilne drony. Według danych udostępnionych przez nigerskie ministerstwo obrony w wymianie ognia zginęło czterech żołnierzy i dwudziestu terrorystów. Podczas operacji służby aresztowały jedenaście osób, wśród których miał znajdować się obywatel Francji.

W toku starcia uszkodzono trzy samoloty, jeden należący do iworyjskiej linii Air Côte d’Ivoire i dwóch maszyn togijskiej linii Asky. Pracownicy obu firm podczas ataku przebywali w hotelach. Wymiana ognia trwała około 30 minut i nie wpłynęła na życie mieszkańców pozostałych części stolicy. Ale władze były w głębokim szoku. Oskarżenia wysunięte w kierunku Francji mogły być oczekiwane, ale mało kto spodziewał się wezwania do powszechnej mobilizacji.

Zmierzch Zachodu

Coraz więcej „normalnych” rządów i junt przyjmuje, często przy propagandowo-finansowym wsparciu Pekinu i Moskwy, antyzachodnią postawę, negując sens współpracy na dotych­cza­so­wych zasadach. Utrata wpływów w Czadzie była dla Paryża bolesnym ciosem nie tylko politycznym. Po wycofaniu się z Mali to właśnie Czad zyskał pozycję kluczowego partnera w walce z grupami terrorystycznymi i kryminalnymi działającymi w regionie.

Już w 2017 roku prezydent Macron zapowiadał zmianę w polityce wobec afrykańskich partnerów. Oczekiwano wówczas nowej formy współpracy, a nie całkowitego załamania się dotychczasowego systemu polityczno-wojskowego. Oficjalnie celem było ograniczenie stałej obecności wojskowej na rzecz działania w konkretnych przypadkach na wyraźny wniosek zainteresowanego państwa. Takie były założenia. W praktyce kolejne kraje wyrzucają francuskich żołnierzy, zastępując ich najemnikami.

Obecnie Francja nadal utrzymuje na przykład po 350 żołnierzy w Senegalu i Gabonie oraz 1500 w Dżibuti. Zgodnie z nowymi założeniami na kontynencie ma pozostać po 100 osób w Gabonie i Sene­galu. Nie są to jednak najpoważniejsze redukcje. Na Wybrzeżu Kości Słoniowej ma stacjo­no­wać 100 żołnierzy zamiast obecnych 600, a w Czadzie – 300 zamiast tysiąca. Warto w tym momencie przypomnieć, że jeszcze dwa lata temu w Afryce Zachodniej i Gabonie znajdo­wało się 1600 francuskich żołnierzy, a 5 tysięcy brało udział w operacji „Barkhane” w Sahelu.

W wielu państwach będących do tej pory bliskimi sojusznikami Francji odżyły nastroje antykolonialne. Nie odbyło się to bez aktywnego wsparcia Moskwy, jednak nie można przeceniać wpływów Rosjan. Oni nie wytworzyli antyzachodnich nastrojów we Françafrique, tylko zręcznie je podsycali. Francuzi od dawna postrzegani byli jako dawne imperium chcące zachować kontrolę nad byłymi koloniami. A Paryż zdawał się nie dostrzegać zmian w nastrojach społecznych w Afryce i kontynuował starą politykę. Powołał nawet wzorowane na amerykańskim AFRICOM‑ie własne Dowództwo Afrykańskie, na którego czele stanął generał Pascal Ianni. Nie odpowiadało to jednak prawdziwym potrzebom.

Najbardziej widoczny w państwach kontynentu jest sentyment antyfrancuski, chociaż do niedawna wiele z nich było całkowicie zależnych od Paryża. Doprowadzało to do paradoksów, w których Francuzi oskarżani byli jednocześnie o politykę neoimperialną i niedostateczne angażowanie się w ochronę cywilów atakowanych przez bojowników.

Ale mimo że formalnie nowe państwa są niepodległe i niezależne, i intensywnie walczyły o uznanie swojej pełnej podmiotowości na arenie międzynarodowej, wiele z nich bez wsparcia z zewnątrz nie jest w stanie spełniać swoich podstawowych funkcji. Burkina Faso, Mali, Niger i wiele innych krajów w regionie nie ma siły (ani wojskowej, ani policyjnej), aby zapewnić bezpieczeństwo ludności. Dlatego wiele z nich nie mogło pozwolić sobie na faktyczne zerwanie zależności od dawnych metropolii.

US Army / Sgt. Kacie Benak