Negocjacje irańsko-amerykańskie po raz kolejny wiszą na włosku. Z powodu izraelskich działań w Libanie Teheran ogłosił zerwanie rozmów. Decyzja ta wywołała reakcję Amerykanów, którzy powstrzymali atak Cahalu na Bejrut. Tymczasem według Donalda Trumpa rozmowy nadal trwają.

Dwa dni temu opisywaliśmy negocjacje Iranu i USA, które pomimo licznych trudności wydawały posuwać się do przodu. Rozmowy zdołały wytrzymać regularną wymianę ciosów w obszarze Zatoki Perskiej. Dzisiaj Irańczycy mieli strącić amerykańskiego bezzałogowca MQ-1 Predator nad wodami międzynarodowymi. Samo w sobie byłoby to zaskakujące, ponieważ Predatory wycofano ze służby liniowej w 2018 roku. Być może pechowym dronem był tak naprawdę MQ-1C Gray Eagle US Army nadal ma je na stanie) albo też doszło do zupełnego pomieszania i chodziło o MQ-9 Reapera.

Według CENTCOM-u odpowiedzią na atak było zniszczenie irańskich stanowisk obrony przeciwlotniczej, ośrodka dowodzenia i dwóch dronów. Tego samego dnia Iran zaatakował Kuwejt, co skończyło się przechwyceniem pocisków.

Ale to nie starcia między głównymi uczestnikami wojny stały się powodem kryzysu w negocjacjach. Winne są izraelskie działania w Libanie. Izraelczycy po przekroczeniu rzeki Litani nadal parli na północ, ogłaszając przy tym konieczność ewakuacji południowych dzielnic Bejrutu. Irańczycy zrewanżowali się informacją, że po ataku na libańską stolicę również mieszkańcy północnego Izraela będą zmuszeni porzucić domy.

Najprawdopodobniej właśnie groźba ataku na Bejrut, argumentowana działaniami Hezbollahu, stała się deal breakerem. Reakcja Donalda Trumpa była chaotyczna. W pierwszym momencie, w wywiadzie telefonicznym, prezydent poinformował, że kompletnie się tym nie przejmuje. Słowa te szybko zostały zweryfikowane przez rzeczywistość. Dzisiaj wieczorem (czasu polskiego) Trump poinformował, że odbył bardzo produktywną rozmowę z Binjaminem Netanjahu. Izraelczycy mają nie wejść do stolicy, a wszystkie siły nacierające w tym kierunku zostały zawrócone.

Komunikat nic nie wspomina o ostrzale ani uderzeniach lotniczych, te jednak na ten moment nie nadeszły. Amerykański prezydent miał również skontaktować się z Hezbollahem, który zgodził się na wstrzymanie ataków na izraelskie pozycje.

O kulisach tej rozmowy pisze serwis Axios. Według ustaleń Baraka Rawida i Marca Caputo rozmowa Trumpa z Netanjahu miała gwałtowny przebieg, a prezydent krzyczał na premiera. Jeden z urzędników podsumował słowa Trumpa w następujący sposób:

– Jesteś pieprzonym wariatem. Siedziałbyś w więzieniu, gdyby nie ja. Ratuję ci tyłek. Wszyscy cię teraz nienawidzą. Wszyscy nienawidzą Izraela z tego powodu – sparafrazowało źródło.

Kłótnia Bibiego i Trumpa nie jest zaskoczeniem. Pomijając wybuchowy charakter prezydenta, nie pierwszy raz Biały Dom jest zawiedziony postawą swojego sojusznika. Do sporów między politykami dochodziło wielokrotnie, między innymi w trakcie izraelskich bombardowań w Syrii czy rozmów dotyczących Gazy. Trump ma również trzymać urazę do Bibiego z powodu braku poparcia po przegranych wyborach prezydenckich w 2020 roku. Niektórzy urzędnicy Białego Domu mówili nawet, że Netanjahu „zachowuje się jak szaleniec”.

Ktoś z administracji amerykańskiej rozmawiał z kolei z władzami libańskimi. Według anonimowego urzędnika z Kraju Cedrów Waszyngton obiecał, że doprowadzi do kolejnego rozejmu. To jednak nie zależy od rządu w Bejrucie, ale od woli Hezbollahu, nad którego siłami rząd premiera Nawafa Salama nie ma żadnej kontroli.

Z całej sytuacji najmniej jest zadowolony Izrael. Jeszcze dzisiaj rano Jerusalem Post cytował amerykańskiego urzędnika, który deklarował, że USA nie wymagają, by Izrael w ciszy przyjmował kolejne ataki Hezbollahu. Waszyngton miał nawet dać zielone światło na eskalację w Libanie. Trudno zakładać, że Amerykanie nie spodziewali się reakcji Iranu w takiej sytuacji. Jeśli te doniesienia są prawdą, możliwe, że była to słynna „eskalacja w celu deeskalacji”. Innym wytłumaczeniem jest zwyczajny błąd popełniony na jakimś szczeblu administracji USA.

Oficjalne stanowisko Izraela, wyrażone przez Bibiego dziś późnym wieczorem, jest jednoznaczne: „jeśli Hezbollah nie przestanie ostrzeliwać naszych miast i naszych obywateli, zaatakujemy cele terrorystyczne w Bejrucie”.

Jednym z najważniejszych żądań Iranu w negocjacjach jest rozszerzenie porozumień na cały bliskowschodni konflikt. Wynika to z odmiennej percepcji obecnych wydarzeń na Bliskim Wschodzie. Amerykanie widzą tam oddzielne, chociaż powiązane ze sobą konflikty. Dla Teheranu działania Izraela w Libanie są elementem tej samej wojny. Trudno nie zarzucić Iranowi wybiórczości w interpretacji. Teheran chętnie utożsamia się z obecnymi działaniami Hezbollahu, jednak w trakcie serii konfliktów na Morzu Czerwonym umywał ręce, wskazując, że to domena wyłącznie Hutich.

Dla Iranu Hezbollah jest jednym z najważniejszych środków nacisku na Izrael i nie ma zamiaru stać bezczynnie, kiedy jego kluczowy sojusznik ponosi straty. Obecne władze Izraela przyjęły natomiast paradygmat wojny ostatecznej, chcąc pozbyć się jednocześnie Hamasu, Hezbollahu i zagrożenia irańskiego. Dla władz w Jerozolimie jakikolwiek rozejm będzie porażką, która mocno utrudni zrealizowanie tych zamiarów. Z tego powodu Netanjahu bywa podejrzewany o sabotowanie negocjacji.

Dla uczciwości trzeba przyznać, że niechęć Izraela do wszelkiego typu umów jest częściowo uzasadniona. Wycofanie się Izraela z Libanu w 2024 roku nie doprowadziło do spadku zagrożenia ze strony Hezbollahu, a jedynie dało mu czas na zebranie kolejnych sił. W przypadku Gazy po zawarciu porozumienia Trumpa walki nie wróciły do dawnej intensywności, ale Hamas nie planuje składać broni. Z perspektywy Hamasu i Hezbollahu demilitaryzacja oznacza danie wolnej ręki Izraelowi, którego władze nie kryją się z zamiarem dalszej ekspansji.

Według źródeł Baraka Rawida Hezbollah jest gotów na rozejm, ale nie na demilitaryzację. Marszałek libańskiego parlamentu, szyita Nabih Berri, miał przekazać taką informację ambasadorowi Stanów Zjednoczonych. Partia Boga zrezygnowała nawet z żądania, aby Cahal natychmiast wycofał się z terytorium Libanu.

Przed atakiem na Iran sytuacja na Bliskim Wschodzie wykazywała pewien potencjał do stabilizacji. Siły Hezbollahu i Iranu lizały rany po walkach i operacjach Mosadu, i najpewniej zaangażowałyby się w kolejny konflikt jedynie w razie upadku porozumienia w Gazie. To zapewne wyglądałoby tak jak obecnie, trwając w zawieszeniu, z którego nie widać wyjścia. Taki stan nie byłby rozwiązaniem jakichkolwiek problemów, ale gwarantował większy spokój niż kolejna wojna, która na ten moment jedynie pogorszyła sytuację w regionie.

White House / Joyce N. Boghosian