11 lutego NATO-wskie Sojusznicze Dowództwo Operacji (Allied Command Operations) powołało misję „Arctic Sentry”, która ma na celu zwiększenie obecności Sojuszu w Arktyce i regionie Dalekiej Północy. Część komentatorów zwraca jednak uwagę, że ma ona w zasadzie jedynie wymiar polityczny i stanowi próbę wyjścia naprzeciw oczekiwaniom Donalda Trumpa, zwłaszcza w kontekście jego wcześniejszych wypowiedzi i zarzutów dotyczących Grenlandii.

W komunikacie opublikowanym przez Sojusz możemy przeczytać, że w odpowiedzi na rosnącą aktywność militarną Rosji i zwiększające się zaangażowanie Chin w Arktyce państwa sojusznicze uzgodniły nasilenie działań na rzecz bezpieczeństwa w tym strategicznie istotnym regionie. W ramach „Arctic Sentry” przeprowadzone zostaną wielodomenowe operacje pod kierownictwem Dowództwo Sił Połączonych w Norfolk (JFC-NF).

– „Arctic Sentry” podkreśla zaangażowanie Sojuszu w ochronę swoich członków i utrzymanie stabilności w jednym z najważniejszych strategicznie i najbardziej wymagających pod względem środowiskowym obszarów świata – powiedział generał Alexus Gregory Grynkewich, dowódca naczelny sił sojuszniczych w Europie (SACEUR). – Wykorzysta siłę NATO do ochrony naszego terytorium i zapewnienia bezpieczeństwa Arktyki i Dalekiej Północy.


Do inicjatywy przystąpiło już kilku sojuszników. Dania zadeklarowała oddelegowa­nie na Islandię czterech samolotów bojowych F-35A, które dołączą do sześciu szwedz­kich Gripenów nadzorujących już przestrzeń powietrzną tego państwa. Niemcy wyślą na Islandię cztery Eurofightery wspierane przez samolot transportowo-tankujący A400M. Wielka Brytania zapowiedziała z kolei organizację manewrów połączonych sił ekspedycyjnych (Joint Expeditionary Force – JEF) na północnej flance we wrześniu bieżącego roku i zwiększenie w ciągu trzech lat całorocznej rotacyjnej obecności w Norwegii z około tysiąca do 2 tysięcy żołnierzy, operujących z bazy Camp Viking w rejonie Tromsø, co potwierdził brytyjski sekretarz obrony John Healey.

„Arctic Sentry” ma przede wszystkim usprawnić koordynację dotychczasowych działań państw NATO w Arktyce. To bezpośrednim następstwo spotkania Donalda Trumpa z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte w ubiegłym miesiącu w Davos. Obaj zgodzili się, że Sojusz powinien wziąć na siebie większą odpowiedzial­ność za bezpieczeństwo regionu, biorąc pod uwagę narastającą aktywność Rosji i Chin.

Odkąd rozpoczęliśmy finansowanie Konfliktów przez Patronite i Buycoffee, serwis pozostał dzięki Waszej hojności wolny od reklam Google. Aby utrzymać ten stan rzeczy, potrzebujemy 2000 złotych miesięcznie.

Możecie nas wspierać przez Patronite.pl i przez Buycoffee.to.

Rozumiemy, że nie każdy może sobie pozwolić na to, by nas sponsorować, ale jeśli wspomożecie nas finansowo, obiecujemy, że Wasze pieniądze się nie zmarnują. Nasze comiesięczne podsumowania sytuacji finansowej możecie przeczytać tutaj.

KWIECIEŃ BEZ REKLAM GOOGLE 82%

Tak więc operacja w zasadzie ma udobruchać amerykańskiego prezydenta, który wcześniej zarzucał Europie bierność. Trump twierdził, że „Grenlandia jest wszędzie usiana rosyjskimi i chińskimi statkami”. Europejscy urzędnicy odpowiadają, że choć Rosja i Chiny faktycznie zwiększyły aktywność w Arktyce, koncentruje się ona głównie w innych częściach regionu i obecnie nie widać jej wyraźnego wzrostu w rejonie Grenlandii.

Stąd też „Arctic Sentry” czerpie w założeniu dużo z realizowanej na wodach Morza Bałtyckiego operacji „Baltic Sentry” mającej na celu ochronę podmorskiej infrastruktury krytycznej. Zaangażowane państwa stosunkowo małym nakładem zasobów i przy istniejącej infrastrukturze są w stanie stale monitorować sytuację na danym obszarze.

Serwis Politico w rozmowie w myśl reguły Chatham House z dyplomatami z 13 państw europejskich dowiedział się, iż operacja tak naprawdę ma jedynie wymiar polityczny, a nie wojskowy. Z militarnego punktu widzenia dotychczasowe zaangażowanie Sojuszu i państw regionu arktycznego było wystarczające, a decydenci w NATO nie widzieli potrzeby osobnej operacji. Wszystko zmieniło się w obliczu agresywnej polityki Trumpa w stosunku do Danii i Grenlandii.

Jeszcze w styczniu Trump prowadził agresywną kampanię wymierzoną w oba państwa, wielokrotnie zaznaczając, że jego celem jest przejęcie Grenlandii. Używając chociażby argumentów, że w regionie operują Chińczycy i Rosjanie, podkreślał, że wyspa jest kluczowa dla bezpieczeństwa USA i że chce ją odkupić, a nawet nie wyklucza użycia siły. Ostatecznie w temacie od miesiąca panuje cisza.

Do podobnej konkluzji doszedł również polski Ośrodek Studiów Wschodnich. „Arctic Sentry” ma być jedynie sygnałem dla amerykańskiej administracji, że Sojusz potrafi zaangażować się w działania w regionie Arktyki, która jest istotna dla Waszyngtonu. Efektem ma być zmniejszenie presji politycznej Amerykanów na Europę, a zwłaszcza Danię i Grenlandię.

Dyplomaci w rozmowie z Politico twierdzą, że operacja będzie wymagać zwiększenia patroli morskich na wodach Arktyki, a także oddelegowanie morskich samolotów patrolowych i rozpoznawczych w celu monitoringu rosyjskiej Floty Północnej, w której skład wchodzą między innymi okręty podwodne z międzykontynentalnymi pociskami balistycznymi.

Operacja musi być jedynie doraźna. Według Rose Gottemoeller, byłej zastępczyni sekretarza generalnego NATO i podsekretarz obrony Stanów Zjednoczonych, stacjonowanie większych oddziałów na Grenlandii byłoby marnotrawstwem – kosztownym i nieuzasadnionym w obecnych okolicznościach. Z drugiej strony operacja polegająca na oddelegowaniu raz na jakiś czas sił i środków w postaci okrętów lub samolotów może zapobiec degradacji Sojuszu i pokazać Trumpowi, że Europa jest w stanie zadbać o interesy Amerykanów.

POPhot Lee Blease / UK MOD © Crown copyright 2026