Ruch Huti nie zwalnia tempa. W ciągu ostatnich dni aresztował kolejnych pracowników ONZ i łącznie przetrzymuje już ponad 60 osób powiązanych z organizacją. Pokaz siły wobec pracowników humanitarnych nie przysłania jednak fali dezercji i problemów ekonomicznych, z którymi mierzy się północ Jemenu.

Dzisiaj rebelianci pojmali kolejne trzy osoby, w tym dwie kobiety pracujące dla ONZ. Wcześniej w tym tygodniu aresztowanych zostało siedem osób. W poprzednią niedzielę do aresztu trafiło aż dwadzieścia osób. Pretekstem ponownie miało być rzekome szpiegostwo na rzecz Izraela. Służby Hutich miały między innymi zarekwirować sprzęt łączności wykorzystywany przez aresztowanych.

Jak wspominaliśmy w poprzednim artykule, w najgorszej sytuacji są Jemeńczycy pracujący dla ONZ, którzy w oczach Hutich są wierni rządowi w Sanie. Spośród piętnastu obcokrajowców aresztowanych w niedzielę dwunastu zostało wypuszczonych, a trzy pozostałe osoby zyskały możliwość swobodnego poruszania się po kompleksie ONZ w Sanie. ONZ na ten moment ograniczyła się do pisania oświadczeń potępiających nielegalne działania.

O ile prężenie muskułów wobec klasycznie pasywnej ONZ jest wygodnym sposobem na manifestowanie siły, o tyle poza aresztowaniami do mediów przedostało się kilka informacji wskazujących na słabości w obozie w Sanie. W ciągu ostatniego tygodnia doszło do dwóch istotnych dezercji w szeregach Ruchu Huti. Pierwszym dezerterem jest generał Salah as-Salahi, który dowodził 10. Brygadą „Samad”, działającą w okolicach Ta’izz. Uzasadnienie dezercji jest dość proste. Wojskowy miał oskarżyć Hutich o traktowanie Jemeńczyków jak mięsa armatniego, jak również „terrorystyczne i destrukcyjne działania, zabijanie kobiet i dzieci, sianie waśni, nienawiści i zemsty”.

Drugim przypadkiem, nieco niższego szczebla był Szajch Abdu Ahmed Abdu Awad, który oddał się do niewoli na zachodnim wybrzeżu Jemenu. Dezerter wskazał na pogarszającą się sytuację wewnątrz wojska Hutich, któremu ma brakować amunicji. Wskazał również, że bojownikami często zostają dzieci i niewykształceni ludzie, bardziej podatni na serwowaną im propagandę. Abdu Awad był dowódcą kompanii w 6. Brygadzie „Karrar”, działającej w zachodniej części kraju.

Oczywiście dezerterzy zawsze opowiadają o rozkładzie wojska i niskim morale, co niekoniecznie oznacza rychły upadek, zwłaszcza że legalne władze Jemenu mają własną listę problemów. Dezercja generała jest przede wszystkim symbolem, As-Salahi nie należał do kluczowych przedstawicieli sił zbrojnych ruchu. Warto jednak zaznaczyć, że nie pierwszy raz Huti tracą wysoko postawionych oficjeli.

W 2018 roku kilku ministrów w rządzie w Sanie zdecydowało się ustąpić z urzędu i publicznie skrytykować ruch. Mowa tutaj o ministrze informacji, wiceministrze edukacji czy powiązanym z Powszechnym Kongresem Ludowym ministrze edukacji technicznej. Byli to jednak technokraci, którzy zostali tylko namaszczeni przez bojowników. Podobnie jest w wypadku As‑Salahiego; mamy do czynienia przede wszystkim z osobą umocowaną plemiennie, a nie głębokim zwolennikiem Hutich. Najsłynniejszym dezerterem wywodzącym się z węższych kręgów ruchu jest Ali al‑Buchajti, który do 2015 roku pełnił funkcję rzecznika ugrupowania.

Odkąd rozpoczęliśmy finansowanie Konfliktów przez Patronite i Buycoffee, serwis pozostał dzięki Waszej hojności wolny od reklam Google. Aby utrzymać ten stan rzeczy, potrzebujemy 2000 złotych miesięcznie.

Możecie nas wspierać przez Patronite.pl i przez Buycoffee.to.

Rozumiemy, że nie każdy może sobie pozwolić na to, by nas sponsorować, ale jeśli wspomożecie nas finansowo, obiecujemy, że Wasze pieniądze się nie zmarnują. Nasze comiesięczne podsumowania sytuacji finansowej możecie przeczytać tutaj.

STYCZEŃ BEZ REKLAM GOOGLE 87%

O ile Ruch Huti zazwyczaj wymieniamy obok takich ugrupowań jak irackie Siły Mobilizacji Ludowej (PMF) czy Hezbollah, o tyle istnieje istotna różnica między nimi. PMF i Hezbollah to ugrupowania zbrojne (i nie tylko) w pewien sposób wczepione w tkankę państwową. W przypadku Hutich mamy do czynienia nie z państwem w państwie, ale z równoległym rządem, kontrolującym większość populacji kraju. Z jednej strony daje to o wiele większe możliwości, z drugiej powoduje, że Huti muszą również zarządzać podległą im populacją. Władanie państwem przez bojowników gotowych utopić własny naród we krwi w imię swoich idei oczywiście skutkuje niewyobrażalną w skali korupcją.

Doniesienia o nadużyciach i niekompetencji władz w Sanie są powszechne w jemeńskim internecie, chociaż zazwyczaj nie przebijają się szerzej. W ciągu ostatnich dni pojawiło się nagranie mające przedstawiać pretensje jemeńskich handlowców wobec Hutich. Przedsiębiorcy narzekali między innymi, że pomimo deficytu leków lokalne służby utrudniają ich import. Również zagraniczni inwestorzy (przede wszystkim diaspora) mieli znacząco się zawieść na próbie robienia biznesu na ziemiach Hutich. Całości mają dopełniać działania zbrojne i podwyżki podatków. Oprócz gospodarki Ruch Huti przyczynił się również do załamania sądownictwa, a popularnym sposobem rozwiązywania sporów są mediacje przez osoby o wysokiej pozycji społecznej.

Czy w takim razie Ruch Huti czeka niechybny upadek? Cóż, niekompetencja Hutich nie pojawiła się wczoraj, a mimo to ruch był w stanie prowadzić swoje wojenki z Izraelem i Zachodem. Problemem jest również brak silnej alternatywy. Obecny format power sharingu w formie Rady Prezydenckiej jest powszechnie uznawany za nieefektywny, a legalny rząd Jemenu ma problem z kontrolowaniem własnych terytoriów. O tym, że Huti nie zamierzają przechodzić do defensywy, świadczą najnowsze działania bojowników. Ruch ma gromadzić swoje siły na pograniczu z Arabią Saudyjską, co w obliczu nasilonej krytyki królestwa w propagandzie ruchu może budzić obawy w Rijadzie.

Według doniesień telewizji Bilgis należącej do jemeńskiej noblistki Tawwakkul Karman obecnie w Omanie trwają rozmowy Saudyjczyków i Hutich mające utrzymać względną ciszę na jemeńskich frontach. Możliwe, że Hutim zależy na wywarciu presji na Rijad, licząc na ustępstwa, przede wszystkim ekonomiczne. W wypadku odmowy prawdopodobną formą uderzenia na królestwo byłyby ataki na obiekty naftowe należące do koncernu Aramco lub ofensywa lądowa wymierzona w siły koalicji.

Imago / Alamy Stock Photo