Z perspektywy globalnej gospodarki problem cieśniny Ormuz pozostaje najbardziej palącym wątkiem wojny w Iranie. Administracja Donalda Trumpa gorączkowo szuka sposobu na udrożnienie tego kluczowego szlaku i próbuje zaprząc do pracy inne kraje. Ba, sam Trump twierdzi, że wsparcie ze strony sojuszników niebawem będzie na miejscu. Szkoda tylko, że nikt nie powiedział tym państwom, iż się zgodziły.

– Wiele krajów powiedziało mi, że są już w drodze – oświadczył dziś Trump. – Niektóre są nastawione bardzo entuzjastycznie, inne nie. Niektóre kraje to te, którym pomagamy od wielu, wielu lat. Chroniliśmy je przed okropnymi zewnętrznymi źródłami, ale nie były nastawione aż tak entuzjastycznie. A poziom entuzjazmu się dla mnie liczy.

– Mamy kraje, w których mamy 45 tysięcy żołnierzy, wspaniałych żołnierzy, chronią je przed zagrożeniami i świetnie sobie z tym radzimy – kontynuował Trump. Ale kiedy chcemy się dowiedzieć: „macie jakieś trałowce?”. „No wie pan, wolelibyśmy się nie angażować”.

Rzuca się w oczy, że Trump nie wymienił żadnego z tych krajów. Żaden też nie zapowiedział wysłania sił na miejsce, a na przykład Niemcy wprost odmówiły. Dla kontekstu dodajmy, że na Starym Kontynencie najwięcej Amerykanów stacjonuje właśnie w Niemczech, ale jest to tylko 37 tysięcy. W Japonii jest to 55 tysięcy. Wcześniej Trump w typowym dla siebie stylu nowojorskiego mafioza zasugerował, że brak pozytywnej reakcji na jego apel może oznaczać bardzo nieprzyjemne konsekwencje dla NATO.

Niszczyciel USS Carney (DDG 64) próbuje udaremnić atak ze strony Hutich, październik 2023 roku.
(US Navy / Mass Communication Specialist 2nd Class Aaron Lau)

Trump zarzuca jednak sieci szeroko. Zaapelował do wszystkich państw dotkniętych wojną w Zatoce Perskiej, żeby wspólnie powołać misję, której celem będzie obrona żeglugi w tym regionie. Wprost wymienione zostały Chiny, Francja, Japonia, Korea Południowa i Wielka Brytania. Pomysł ten przypomina nieco operację „Prosperity Guardian” realizowaną w Jemenie od grudnia 2023 roku do maja 2025 roku. W tamtym wypadku jednak to Huti byli agresorem, robiącym to pod pretekstem walki z Izraelem. W tym przypadku trudno nie odebrać tej sytuacji jako apelu pod tytułem „pomóżcie posprzątać nasz bałagan”. Ponadto powołanie takiej misji byłoby sukcesem politycznym Białego Domu, który mógłby w ten sposób pokazać poparcie międzynarodowe dla swoich działań przeciwko Iranowi.

Odkąd rozpoczęliśmy finansowanie Konfliktów przez Patronite i Buycoffee, serwis pozostał dzięki Waszej hojności wolny od reklam Google. Aby utrzymać ten stan rzeczy, potrzebujemy 2000 złotych miesięcznie.

Możecie nas wspierać przez Patronite.pl i przez Buycoffee.to.

Rozumiemy, że nie każdy może sobie pozwolić na to, by nas sponsorować, ale jeśli wspomożecie nas finansowo, obiecujemy, że Wasze pieniądze się nie zmarnują. Nasze comiesięczne podsumowania sytuacji finansowej możecie przeczytać tutaj.

MAJ BEZ REKLAM GOOGLE 56%

Swoją drogą w tym samym wpisie Trump komunikuje, że Stany Zjednoczone i Izrael już teraz zniszczyły 100% zdolności wojskowych Iranu, ale reżimowi łatwo jest wysłać drona albo postawić minę „niezależnie od tego, jak bardzo są pokonani”. W takim razie Iran niemający zdolności wojskowych nadal ma zdolności rażenia celów w Zatoce Perskiej. Imponujące.

Trzeba podkreślić, że kwestia zaminowania Ormuzu pozostaje lekko tajemnicza. Kilka dni temu pojawiły się wiarygodne doniesienia, iż Iran rozpoczął stawianie min w cieśninie. Później Amerykanie zaczęli zapewniać, iż żadnych min nie postawiono. Faktycznie, żaden statek na razie nie wszedł na żadną minę, ale samo pojawienie się tej broni w dyskursie w charakterze aktywnego zagrożenia zmusi armatorów i ubezpieczycieli do wzmożonej ostrożności. Według ministra spraw zagranicznych Iranu Abbasa Araghcziego cieśnina pozostaje zamknięta jedynie dla statków amerykańskich i izraelskich. Ale tu również sprawa jest bardziej skomplikowana, bo nie można wykluczyć omyłkowego ataku na błędnie rozpoznany cel.

Jak już pisaliśmy, według Lloyd’s List Intelligence w okresie 1–11 marca jedynie 77 zbiornikowców opuściło ten akwen od początku marca. Co gorsza, większość z nich należy do floty cieni. W tym samym okresie 2025 roku cieśninę przekroczyło 1229 zbiornikowców. Oczywiście te dane mogą być zniekształcone, chociażby przez wyłączanie transponderów. Nie zmienia to faktu, że mówimy o poważnym kryzysie.

Trzeba odnotować jeszcze to, co pokazuje poniższe nagranie. Zbiornikowiec Karachi, wiozący ropę z Abu Zabi, przeszedł Ormuz z włączonym transponderem. Sugeruje to, że Emiraty zawarły jakieś, przynajmniej doraźne, porozumienie z Iranem. Ale zwraca też uwagę trasa statku – okrężna, bardzo blisko irańskiego stałego lądu, na północ od wyspy Larak. Czyżby zbiornikowiec starał się czegoś uniknąć? Czyżby zapory minowej? A może chodzi właśnie o stworzenie wrażenia, iż miny są tam, gdzie ich nie ma? Później podobną trasą wyszły z Zatoki Perskiej jeszcze dwa statki z włączonym AIS.

Lekcja strategii

Zagadka: jeśli planujemy wojnę z państwem, które za jedno ze swych głównych oręży uznaje miny morskie, co powinniśmy zrobić z naszymi niszczycielami min i trałowcami? Odpowiedź à la Waszyngton: wysłać je na drugą stronę kontynentu.

Oczywiście nie mówimy tego na poważnie, ale Waszyngton najwyraźniej nie podszedł poważnie do tej wojny. Dwa okręty walki przybrzeżnej typu Independence – USS Tulsa (LCS 16) i USS Santa Barbara (LCS 32) – pojawiły się w Penangu w Malezji.

Jak już zwracaliśmy uwagę, pod koniec ubiegłego roku US Navy wycofała ze służby ostatnie niszczyciele min typu Avenger z flotylli, która przez lata odpowiadała za ochronę przeciwminową i bezpieczeństwo żeglugi na wodach Bliskiego Wschodu. Samo istnienie tej flotylli dowodziło, że US Navy traktuje zagrożenie ze strony irańskich min w miarę poważnie. Rolę Avengerów przejęły właśnie LCS-y typu Independence wyposażone w moduł przeciwminowy.

Owszem, system nie został jeszcze w pełni sprawdzony w realnych warunkach, co rodzi obawy, czy LCS-y na pewno sprostają nowym zadaniom, do których swoją drogą pierwotnie były projektowane. Ale niczego innego nie ma. W związku z tym LCS-y powinny albo pracować, albo być w gotowości do rozpoczęcia pracy. Ich obecność w Malezji musi co najmniej budzić zdziwienie.

Pokój (z kuchnią)

Pomimo niewielkich szans państwa arabskie starają się doprowadzić do jak najszybszego zakończenia działań zbrojnych. Według The Times of Israel zarówno Waszyngton, jak i Teheran odrzuciły propozycję rozpoczęcia negocjacji. Irańczycy postawili warunek, że zasiądą do stołu pod warunkiem przerwania ataków. O odpowiedzi Amerykanów niewiele wiadomo, najprawdopodobniej była to bezwarunkowa odmowa.

Oman, tradycyjny mediator regionu, starał się otworzyć przynajmniej kanały komunikacji, co jednak spotkało się z odmową Waszyngtonu. Sił próbował również Egipt, jednak też bez powodzenia. Jedynym osiągnięciem Kairu może być dopilnowanie, że państwa ostrzelane przez Iran nie będą szukać zbrojnego odwetu, co zresztą jest w ich interesie.

Żołnierze US Army obsługujący amerykańską wyrzutnię systemu THAAD broniącą bazy Al-Amir Sultan w Arabii Saudyjskiej, zdjęcie z 2020 roku.
(US Air Force / Master Sgt Benjamin Wiseman)

Nietrudno się dziwić, że państwa arabskie chcą zakończyć konflikt godzący w ich gospodarki. Obecne nastroje w Teheranie, Jerozolimie i Waszyngtonie sugerują jednak, iż próżno spodziewać się sukcesu. Biały Dom codziennie przypomina, że wojna idzie zgodnie z (jakimś) planem. Retoryka Izraela jest podobna, w dodatku opór wobec wojny jest tam znikomy. Teheran również deklaruje, że nie szuka rozejmu, lecz zamierza pokaźnie ukarać wrogów.

Pewnym zaskoczeniem może być postawa saudyjskiego premiera i księcia koronnego Muhammada ibn Salmana. Według The New York Times realny władca Arabii Saudyjskiej wielokrotnie rozmawiał z Trumpem i sugerował mu, żeby kontynuować zdecydowane naloty na Iran. Rywalizacja saudyjsko-irańska trwa od czasów rewolucji islamskiej. Konflikt częściowo udało się załagodzić w 2023, kiedy pod patronatem Chin zawarto ugodę, obejmująca między innymi otwarcie ambasad. Pomimo to Rijad nadal postrzega Teheran jako zagrożenie, między innymi z powodu wspierania Hutich czy walk o wpływy w Bahrajnie.

Sam Muhammad ibn Salman dał się poznać jako jastrzębi polityk, stając się twarzą interwencji w Jemenie czy wywołując kryzys katarski w 2017 roku. Jednym z powodów tego drugiego były relacje Ad-Dauhy z Iranem. Osłabienie Iranu oczywiście byłoby na rękę Saudom, pośrednio osłabiłoby również inne formacje Osi Oporu. W dodatku wojna ta może posłużyć jako bodziec do jeszcze ściślejszej integracji Rady Współpracy Zatoki Perskiej.

Pomimo że wojna toczy się cudzymi rękami, plan wydaje się mocno ryzykowny. Władze w Iranie mogą stać się mniej przewidywalne. Ponadto, obecny konflikt jest ciosem w gospodarkę królestwa, a swoje obawy na ten temat przedstawiał między innymi prezes Aramco. Ale w odróżnieniu od innych państw Zatoki Saudyjczycy dysponują rurociągiem mogącym transportować część produkcji na wybrzeże Morza Czerwonego, w dodatku zwiększone ceny ropy mogą posłużyć jako kompensacja. Również saudyjski sektor lotniczy ma więcej alternatyw w porównaniu z ZEA, a zwłaszcza niewielkiego Kataru. Najwidoczniej w kalkulacji królewskiego syna krótkotrwałe straty gospodarcze są akceptowalne względem potencjalnych korzyści.

Istnieje jeszcze jeden poziom, na którym można analizować tę decyzję. Muhammad ibn Salman już podczas pierwszej kadencji Trumpa dał się poznać jako osoba rozumiejąca, jak on działa. Z tego powodu głaskanie ego Trumpa może wpłynąć na wymiernie korzyści. Rijad aktywnie stara się pozyskać samoloty bojowe F-35, a nawet bez tego sympatia Trumpa może być przydatna w ciągu najbliższych lat. Jednocześnie zatrzymanie tej wojny nie jest możliwe bez zmiany zdania prezydenta Stanów Zjednoczonych, którego nie jest łatwo przekonać. Samo poparcie czy nawet dalsze zachęcanie nie wiąże się za to z żadnymi zobowiązaniami. W praktyce decyzja jest zapewne wypadkową wszystkich przedstawionych czynników.

Izrael na wojnie

Według rzecznika Efiego Defrina planiści Cahalu dysponują tysiącami celów, które powinny zapewnić pracę izraelskim pilotom na co najmniej kolejne trzy tygodnie walk. Jednocześnie Defrin zaznaczył, że głównym celem Cahalu nie jest wypełnianie statystyk, ale realizacja zamierzeń operacyjnych i strategicznych. Te podobnie jak w przypadku Waszyngtonu nie są do końca sprecyzowane. Dla Netanjahu samo doprowadzenie do wojny USA z Iranem już jest sukcesem, które trzeba jak najbardziej wykorzystać, by osłabić wrogie Izraelowi państwo.

Jednocześnie, podobnie jak w trakcie wojny z czerwca 2025 roku, pojawia się kwestia zasobów izraelskiej obrony przeciwlotniczej. Według serwisu Semafor Jerozolima poinformowała Amerykanów, że jej zapasy pocisków przeciwlotniczych są na wyczerpaniu. Minister spraw zagranicznych Izraela Gideon Sa’ar zaprzeczył tym doniesieniom. Jednocześnie według zarówno Semafora, jak i Białego Domu takiego problemu nie mają Amerykanie. Z tego powodu nie należy spodziewać się, że Tel Awiw stanie w najbliższym czasie w płomieniach.

Potencjalne wyczerpanie się pocisków w Izraelu mogłoby prowadzić do nieprzewidywalnych konsekwencji. Według doradcy prezydenta USA Davida Sacksa przyciśnięty Izrael może zdecydować się na użycie broni nuklearnej. Oczywiście mówimy tutaj o czysto teoretycznym scenariuszu, jednak biorąc pod uwagę kulturę strategiczną Izraela – nie jest on nierealny. Warto pamiętać, że Sacks nie jest ekspertem w sprawach obronności czy dyplomacji. W Białym Domu pełni funkcję doradcy do spraw sztucznej inteligencji i kryptowalut.

Co ciekawe, to właśnie on jest pierwszą osobą z otoczenia prezydenta, która publicznie wypowiedziała się przeciwko kontynuacji wojny. Według Sacksa dalsza eskalacja niesie za sobą więcej zagrożeń niż korzyści. Nie chodzi tutaj jedynie o Izrael, ale również o dobrostan państw Zatoki Perskiej, których gospodarki już teraz ponoszą zauważalne straty. Według Sacksa Waszyngton powinien poszukać opcji wyjścia z konfliktu, odtrąbić sukces i zadowolić się obecnymi sukcesami.

– Znacznie osłabiliśmy potencjał Iranu – powiedział Sacks – To dobry moment, żeby ogłosić zwycięstwo i się wycofać.

Chiny i Rosja wspierają Teheran

Odnośnie do zdolności irańskiego reżimu warto wspomnieć o dyskusji dotyczącej rosyjskiego i chińskiego wsparcia dla Teheranu. Kilka dni temu Trump wspomniał, że Rosjanie mogą „odrobinę” wspierać Irańczyków. Pojawiały się między innymi doniesienia na temat wymiany informacji wywiadowczych. W przypadku Chin podejrzenia nie były tak duże, ale wskazywano między innymi na znaczenie chińskiej technologii w budowie irańskich zdolności SIGINT.

Araghczi w niedawnej wypowiedzi (tej samej, w której mówił o Ormuzie) zasygnalizował, że współpraca z Rosją i Chinami była bardzo udana i trwa nadal. Nie dotyczy to jedynie sfery politycznej i gospodarczej, ale również wojskowej. Polityk nie przedstawił jednak szczegółów.

Wypowiedź ta tak naprawdę niewiele wnosi. To, że Iran jest partnerem Chin i Rosji, wiemy od dawna. Jednocześnie Moskwa jest beneficjentem wojny w Iranie, korzysta ze zmian na rynku węglowodorów (a teraz także zawieszenia sankcji), jak również strat wizerunkowych Stanów Zjednoczonych. W lipcu 2024 roku wspominaliśmy nawet o potencjalnej współpracy Rosji z Ruchem Huti. Nie zapominajmy również o irańskich dronach w Ukrainie. Z tego powodu jakaś forma współpracy na linii Teheran-Moskwa nie powinna stanowić zaskoczenia. Pekin również nie pogardzi możliwością utrudnienia życia Amerykanom, chociaż w tym wypadku zakłócenia w pracy tankowców są utrudnieniem dla gospodarki.

Iran Force One

Izraelskie siły powietrzne pochwaliły się zniszczeniem na lotnisku w Mehrabadzie irańskiego samolotu rządowego Airbus A340-300 służącego do przewozu najważniejszych osób w państwie, z prezydentem i najwyższym przywódcą włącznie, i z tego powodu zwanego z przymrużeniem oka Iran Force One, na wzór amerykańskiego Air Force One. Samolot nosił cywilną rejestrację EP-IGA.

Ali Abdollahi / Fars Media Corporation