Jeszcze dwa dni temu Donald Trump apelował na lewo i prawo o pomoc w udrożnieniu cieśniny Ormuz. Chciał wsparcia i od Chińczyków, i od Francuzów, a pod adresem Sojuszu Północnoatlantyckiego posyłał zawoalowane groźby. Ale oczywiście nikt nie kwapił się do pomocy. Ba, odpowiedź wielu krajów sprowadzała się do „spadaj na drzewo banany prostować”. No więc Trump, jak to on, strzelił focha.

– Stany Zjednoczone zostały poinformowane przez większość „sojuszników” z NATO, że nie chcą się angażować w naszą Operację Wojskową [Specjalną? – przyp. red.] przeciwko Terrorystycznemu Reżimowi Iranu na Bliskim Wschodzie – napisał prezydent w swoim serwisie społecznościowym Truth Social. – I to pomimo że każdy Kraj mocno zgadza się z tym, co robimy i że Iranowi nie można, pod żadnym względem, pozwolić na posiadanie Broni Nuklearnej. Ale nie jestem zaskoczony ich postępowaniem, ponieważ zawsze uważałem NATO, gdzie wydajemy Setki Miliardów Dolarów rocznie chroniąc te same Kraje za jednokierunkową ulicę. Będziemy je chronić, ale one nie zrobią nic dla nas, zwłaszcza w chwili potrzeby.

Jedynym krajem członkowskim NATO, o którym wiadomo, że był gotów przynajmniej rozważyć prośbę Trumpa, była Wielka Brytania. Ale nawet plan rozesłany przez Londyn do innych państw był raczej tylko sposobem na to, aby nie powiedzieć Trumpowi „spadaj”. Nic nie wskazuje na to, aby Wielka Brytania była gotowa do czegokolwiek więcej niż działania w samoobronie na Morzu Śródziemnym. Trumpowi się to oczywiście bardzo nie spodobało.

– Ze względu na fakt, iż odnieśliśmy taki Sukces Militarny, już nie potrzebujemy ani nie pragniemy wsparcia krajów NATO – kontynuował Trump. – NIGDY NIE POTRZEBOWALIŚMY. Podobnie Japonii, Australii czy Korei Południowej. W gruncie rzeczy, mówię jako Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, bezdyskusyjnie Najpotężniejszego Kraju Gdziekolwiek Na Świecie, NIE POTRZEBUJEMY NICZYJEJ POMOCY! Dziękuję za uwagę w tej sprawie.

Reżim nie pęka

Pomimo licznych fal krwawych protestów i długich lat kryzysu gospodarczego irański reżim jest o wiele bardziej wytrzymały niż mogą na to wskazywać nagłówki medialne. Według informacji podanych przez The Washington Post amerykańskie służby zakładają, że zmiana reżimu w Iranie, pomimo jego osłabienia, jest mało prawdopodobna. Wojna wpłynie również na mentalność władzy, która stanie się zapewne jeszcze bardziej twardogłowa z dalej pogłębiającymi się wpływami Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej.

Odkąd rozpoczęliśmy finansowanie Konfliktów przez Patronite i Buycoffee, serwis pozostał dzięki Waszej hojności wolny od reklam Google. Aby utrzymać ten stan rzeczy, potrzebujemy 2000 złotych miesięcznie.

Możecie nas wspierać przez Patronite.pl i przez Buycoffee.to.

Rozumiemy, że nie każdy może sobie pozwolić na to, by nas sponsorować, ale jeśli wspomożecie nas finansowo, obiecujemy, że Wasze pieniądze się nie zmarnują. Nasze comiesięczne podsumowania sytuacji finansowej możecie przeczytać tutaj.

MAJ BEZ REKLAM GOOGLE 55%

Co istotne, prezydent miał otrzymać informacje na temat tego scenariusza jeszcze przed decyzją o rozpoczęciu operacji „Epic Fury”. Warto jednak pamiętać, że Trump jest znany z braku zaufania do służb, a przynajmniej bardzo wybiórczego podejścia do dostarczanych mu informacji. To właśnie bazując na wczesnym raporcie CIA, Trump miał oskarżyć Iran o atak na szkołę w Minabie. Agencja miała zdać sobie sprawę ze swojej pomyłki w ciągu 24 godzin. W tym czasie jednak prezydent zdążył już potraktować wstępne założenia jako pewnik.

Tymczasem według innego artykułu WaPo przedstawiciele władz Izraela powiedzieli amerykańskim dyplomatom, że chociaż Izrael publicznie wzywa do powstania ludowego, izraelskie służby oceniają, iż protestujący „zostaną wymordowani”, jeśli wyjdą na ulice. Depesza, nadana w ubiegłym tygodniu z ambasady USA w Jerozolimie, przekazała izraelską ocenę, że reżim irański „nie łamie się” i jest gotowy „walczyć do końca”.

Autentyczność dokumentu została potwierdzona dziennikarzom WaPo przez dwóch urzędników Departamentu Stanu. Narges Badżoghli, ekspertka do spraw irańskich z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa cytowana przez WaPo, powiedziała, że Irańczycy od dawna sceptycznie podchodzą do izraelskich intencji, a ujawniona depesza zostanie uznana za dowód bezduszności i zdrady.

Kent

Joe Kent, szef amerykańskiego Narodowego Ośrodka Kontrterrorystycznego, podał się do dymisji. W liście do Trumpa opublikowanym na dawnym Twitterze Kent podkreślił, że decyzja ta jest skutkiem wojny z Iranem, który nie stwarzał w jego ocenie żadnego bezpośredniego zagrożenia dla Stanów Zjednoczonych. Według Kenta USA rozpoczęły wojnę w wyniku presji ze strony Izraela i izraelskiego lobby w Ameryce. 46-letni Kent uchodził za niezłomnego trumpowskiego lojalistę. Stanowisko objął w lipcu ubiegłego roku.

Administracja Trumpa szybko przeszła do kontrataku. Sprzymierzona z Trumpem telewizja Fox News ogłosiła, że Kent znany był z organizowania przecieków do mediów i że jego przełożona, dyrektorka wywiadu Tulsi Gabbard, wiedziała o tym, ale nie chciała go usunąć ze stanowiska, a nawet zlekceważyła polecenie Trumpa w tej sprawie. Nie przedstawiono jednak żadnych dowodów na poparcie tej wersji.

To kolejne tąpnięcie w amerykańskim kontrwywiadzie. Dwa tygodnie temu wyszło na jaw, że na kilka dni przed rozpoczęciem operacji „Epic Fury” dyrektor FBI Kash Patel zwolnił elitarny zespół agentów specjalizujących się w zagrożeniach napływających z Bliskiego Wschodu. Chodzi o grupę znaną jako CI-12, kilkunastu pracowników, których Patel oskarżył – bez przedstawienia dowodów – o nieodpowiednie prowadzenie śledztwa w sprawie niewłaściwego obchodzenia się Trumpa z tajnymi dokumentami w jego rezydencji w Mar-a-Lago.

Laridżani

Izraelskie lotnictwo zabiło kolejnych dwóch istotnych urzędników irańskiego reżimu. Są to Ali Laridżani i Gholamreza Solejmani. Ten pierwszy był sekretarzem Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, uznawano go za osobę odpowiedzialną za tłumienie styczniowych protestów. Ponadto według niektórych mediów Laridżani miał de facto kierować całym państwem.

Gholamreza Solejmani, niespokrewniony z „tym” Solejmanim, był dowódcą Basidżu. Formacja ta, nazywana również Organizacją Mobilizacji Uciemiężonych, stanowi paramilitarną część Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Powstała podczas wojny iracko-irańskiej, zrzeszając ochotników walczących z Irakiem. Dzisiaj Basidż stanowi przede wszystkim narzędzie do walki z demonstrantami.

Iran początkowo zwlekał z ogłoszeniem śmierci obu oficjeli, jednak obecnie jest to informacja potwierdzona przez stronę irańską.

FIFA i FIA

Niejako na marginesie odnotujmy też wpływ wojny na świat sportu. Tegoroczny sezon Formuły 1 został właśnie zubożony o dwa wyścigi – Grand Prix Arabii Saudyjskiej i Grand Prix Bahrajnu. Zagrożenie irańskim atakiem – który odbiłby się głośnym echem na świecie, co byłoby na rękę Teheranowi – uznano za zbyt duże. Pięć lat temu byliśmy blisko odwołania GP Arabii Saudyjskiej ze względu na możliwy atak ze strony Hutich. Wtedy udało się zorganizować improwizowany rozejm i wyścig doszedł do skutku. Huti to jednak przeciwnik innego kalibru i, przede wszystkim, mający inne cele.

Tymczasem w świecie piłki nożnej Iran ma rozegrać dwa mecze nadchodzących Mistrzostw Świata w Los Angeles, a jeden – w Seattle. Jego rywalami w grupie G będą Belgia, Egipt i Nowa Zelandia. Co więcej, jeśli Iran wyjdzie z grupy, może go czekać mecz z USA w Dallas.

Wojna postawiła jednak udział Iranu pod znakiem zapytania. FIFA nie chce przenieść meczów Iranu do Meksyku, na czym zależy irańskiemu związkowi piłki nożnej. Donald Trump powiedział w zeszłym tygodniu, że „życie i bezpieczeństwo” irańskich piłkarzy może być zagrożone, jeśli wyjadą do USA. Ale światowa federacja stoi na stanowisku, iż przeniesienie meczów będzie uciążliwe dla innych krajów i spowoduje problemy z dystrybucją sprzedanych już biletów czy harmonogramem transmisji, nie wspominając już o umowach sponsorskich.

White House / Joyce N. Boghosian