Minął już ponad miesiąc od rozpoczęcia operacji „Epic Fury”, a jej końca jak nie było widać, tak nie widać nadal. Prezydent Donald Trump wygłosił dziś nad ranem czasu polskiego orędzie do narodu, które miało w założeniu wprowadzić trochę spokoju, wyklarować wątpliwości w kwestii celów, do których dążą Amerykanie, i dać nadzieję na udrożnienie kluczowego dla globalnej gospodarki Ormuzu. Niektórzy obserwatorzy spodziewali się także deklaracji wyprowadzenia Stanów Zjednoczonych z NATO, co Trump sygnalizował w niedawnych wypowiedziach.

Po krótkim wstępie Trump zaczął orędzie od wyliczenia sukcesów amerykańskich sił zbrojnych na niwie wojskowej. Tu prezydent, jak nie on, stosunkowo rzetelnie podsumował istniejącą sytuację: irańskie siły powietrzne i marynarka wojenna rzeczywiście zostały zdziesiątkowane, a przywództwo religijno-polityczne i najwyższe szczeble dowodzenia zarówno Pasdaranów, jak i Arteszu (regularnych sił zbrojnych) poniosły druzgocące straty. Zdolności Iranu w zakresie ataków za pomocą dronów i pocisków balistycznych faktycznie ograniczono, choć nie udało się ich całkowicie wyzerować.

Dopiero co w ataku na bazę Al-Amir Sultan Irańczykom udało się zniszczyć dwa amerykańskie samoloty, uszkodzić kilka kolejnych i ranić co najmniej kilkanaście osób. Jedna ze zniszczonych maszyn to samolot wczesnego ostrzegania i kontroli przestrzeni powietrznej (AWACS) E-3G Sentry. Już wcześniej pisaliśmy o tym, jak bolesna jest dla US Air Force utrata latających cystern. Utrata latającego stanowiska dowodzenia będzie miała jeszcze bardziej negatywne przełożenie na sprawność działań lotniczych, głównie dlatego, że AWACS-ów jest dużo mniej.

Wróćmy jednak do Trumpa. Szczególnie ciekawe fragmenty orędzia poświęcone były celom wojny. Trump podkreślił, że już w 2015 roku poprzysiągł, iż Iran nigdy nie będzie miał broni jądrowej, i dodał, że operacja jest „konieczna dla bezpieczeństwa Ameryki i bezpieczeństwa wolnego świata”.

Wyjaśniając przyczyny wojny, Trump nie skupiał się jednak na możliwych irańskich uderzeniach nuklearnych na Izrael, USA czy którykolwiek inny kraj. Skupił się za to na przypominaniu dawnych win Iranu, popełnionych bezpośrednio lub za pomocą wspieranych przezeń ugrupowań: zamachu na koszary piechoty morskiej w Bejrucie (1983 rok), ataku na niszczyciel USS Cole (2000 rok) czy atakach na siły koalicji podczas wojny w Iraku.

Odkąd rozpoczęliśmy finansowanie Konfliktów przez Patronite i Buycoffee, serwis pozostał dzięki Waszej hojności wolny od reklam Google. Aby utrzymać ten stan rzeczy, potrzebujemy 2000 złotych miesięcznie.

Możecie nas wspierać przez Patronite.pl i przez Buycoffee.to.

Rozumiemy, że nie każdy może sobie pozwolić na to, by nas sponsorować, ale jeśli wspomożecie nas finansowo, obiecujemy, że Wasze pieniądze się nie zmarnują. Nasze comiesięczne podsumowania sytuacji finansowej możecie przeczytać tutaj.

MAJ BEZ REKLAM GOOGLE 54%

Trump przywołał także uprowadzenie wenezuelskiego dyktatora Nicolása Maduro. Operacja „Absolute Resolve” faktycznie okazała się wielkim sukcesem amerykańskich sił zbrojnych, więc jest się czym chwalić, chociaż sposób, w jaki Trump opisał ten sukces, musi powodować uniesienie brwi. Stwierdził bowiem, że amerykańskie wojsko „opanowało Wenezuelę w kilka minut” i że zapewniło Stanom Zjednoczonym szacunek na całym świecie. Pierwsza z tych ocen jest obiektywnie fałszywa, druga – co najmniej wątpliwa.

Prezydent zapewnił, że USA są teraz „całkowicie niezależne od Bliskiego Wschodu” i dodał: „nie musimy tam być. Nie potrzebujemy ich ropy. Nie potrzebujemy niczego, co mają”. Ale nawet jeśli przyjmiemy, że USA będą się zaopatrywać w saudyjską ropę eksportowaną poprzez terminal na Morzu Czerwonym, faktem jest, że część produktów ropopochodnych trafia do USA z rafinerii w Azji, zaopatrujących się szlakiem przez Ormuz. Tym samym szlakiem eksportowany jest hel, niezbędny w produkcji półprzewodników.

A czego Amerykanie spodziewają się po tej całej awanturze? Jeszcze 6 marca Trump żądał bezwarunkowej kapitulacji. Zarówno z Waszyngtonu, jak i z Jerozolimy płynęły deklaracje o obaleniu ajatollahów i zmianie reżimu, na którego miejsce miała przyjść – to już było mniej jednoznaczne – demokracja lub monarchia. Tymczasem dziś Trump oświadczył, że „główne cele strategiczne są bliskie realizacji”. Co to za cele? „Całkowite zniszczenie” irańskiego programu rakietowego, co, jak już widzieliśmy, jeszcze się nie stało, i zablokowanie ajatollahom drogi do pozyskania broni jądrowej.

Dla irańskiej diaspory, liczącej na obalenie reżimu, jest to bez wątpienia spory zawód. Wszystko wskazuje na to, że ocalały rdzeń reżimu, z Modżtabą Chameneim na czele, jest jeszcze bardziej ufortyfikowany ideologicznie niż ludzie, którzy byli u steru władzy dwa miesiące temu. Trump stwierdził wprawdzie, że „zmiana reżimu się dokonała”, ale jest chyba jedynym człowiekiem na świecie, który w to wierzy. Zresztą w innym momencie orędzia powiedział, że „zmiana reżimu nie była naszym celem”. Nic też nie wskazuje, aby władze irańskie były skłonne do negocjacji.

Co dalej?

Najważniejsze było to, czego Trump nie powiedział: nie wspomniał o inwazji lądowej. Rzecz jasna, może chcieć trzymać karty przy orderach, ale jeśli faktycznie amerykańskie oddziały lądowe miałyby się desantować na wyspie Chark, nie wspominając już o irańskim stałym lądzie, wydaje się, że prezydent chciałby przynajmniej wstępnie przygotować naród na spodziewane ofiary. Do tej pory w wojnie poległo 13 Amerykanów i Amerykanek. Wojna lądowa dodałaby do tej liczby jedno albo dwa zera, jeśli nie trzy, zależnie od tego, jak dokładnie by przebiegała.

Niemniej Pentagon wyraźnie chce stworzyć wrażenie, iż operacja lądowa wchodzi w grę. US Navy skierowała w ten zakątek świata dwie grupy desantowe szybkiego reagowania. Jedna jest sformowana wokół okrętu desantowego typu America USS Tripoli (LHA 7), który jest jej okrętem flagowym; w jej skład wchodzą też USS New Orleans (LPD 18) i 31. Jednostka Ekspedycyjna Piechoty Morskiej. W grupie znajdował się też USS San Diego (LPD 22), który jednak zawrócił do Japonii. Jego miejsce u boku Tripoli zajmie USS Rushmore (LSD 47) typu Whidbey Island, który wczoraj przeszedł Malakkę w kierunku zachodnim (to jest w stronę Indii i Półwyspu Arabskiego).

Druga grupa, która wyszła z San Diego w ubiegłym tygodniu i idzie przez Pacyfik, jest sformowana wokół USS Boxer (LHD 4) typu Wasp. W jej skład wchodzą USS Comstock (LSD 45), USS Portland (LPD 27) oraz 11. Jednostka Ekspedycyjna Piechoty Morskiej. Na Bliski Wschód zadysponowano też około 3 tysięcy żołnierzy z 82. Dywizji Powietrzno­desantowej.

Kilka dni temu The Washington Post informował, że Pentagon przygotowuje się na wielotygodniowe działania lądowe w Iranie. Według źródeł gazety nie chodzi o pełnoskalową inwazję, ale raczej zakrojone na dużą skalę rajdy sił specjalnych i konwencjonalnych pododdziałów piechoty. Decyzja w tej sprawie jeszcze nie zapadła.

Od Trumpa dowiedzieliśmy się, że wojna z Iranem ma potrwać jeszcze dwa, trzy tygodnie. Wykracza to poza czterotygodniowy margines określany na początku konfliktu, ale z drobnym przymrużeniem oka może się zmieścić w zaktualizowanym, rozszerzonym harmonogramie zaplanowanym na sześć tygodni. Gotowość do przedłużenia wojny zapewne wywołała ulgę w Rijadzie, Ad-Dausze i Abu Zabi. Gdyby Amerykanie powiedzieli hasta la vista, państwa arabskie znalazłyby się w niewygodnym położeniu, musiałyby na własną rękę znormalizować jakoś stosunki z rozjuszonym Iranem.

Najbardziej kuriozalne passusy dotyczyły jednak sytuacji na wodach cieśniny Ormuz. Już wczoraj w rozmowie z Reutersem Trump powiedział, że Stany Zjednoczone szybko wyniosą się z Iranu (choć zastrzegł, że mogą wrócić, aby przeprowadzić kolejne uderzenia). W orędziu rozwinął tę myśl, mówiąc, że kraje, które otrzymują ropę przez szlak ormuzowski powinny wziąć na siebie ciężar jego odblokowania. „Będziemy pomagać, ale to one powinny przejąć inicjatywę” – powiedział Trump. „Najtrudniejsza część już za nami, więc powinno być łatwo. W każdym razie, kiedy ten konflikt się skończy, cieśnina otworzy się naturalnie. Po prostu otworzy się naturalnie”.

Notabene w tej samej rozmowie z Reutersem Trump przyznał też, że analizuje możliwość wycofania Stanów Zjednoczonych z Sojuszu Północnoatlantyckiego. Jego zdaniem kraje członkowskie NATO, które, przypomnijmy, jest sojuszem defensywnym, okazały się kiepskimi przyjaciółmi. Ale w orędziu wątek ten się nie pojawił. Trump oczywiście nie może wycofać USA z NATO bez zgody Kongresu, ale z drugiej strony – Trump nie jest człowiekiem, któremu nielegalność własnych poczynań spędzałaby sen z powiek, a zdominowany przez republikanów Kongres na własne życzenie pozbawia się władzy.

Zakończmy tę część komentarzem, który opublikował w sprawozdaniu The Washington Post świetny dziennikarz Dan Lamothe: „Zwróciło moją uwagę to, że Trump przywołał konflikty USA w Korei, Wietnamie i Iraku, a następnie zauważył, że wojna z Iranem trwa zaledwie 32 dni. Przywódcy USA zwłaszcza w dobie Wietnamu i Iraku nie przewidywali ugrzęźnięcia w bagnie na wiele lat. Ale i tak się to stało”.

Brama Łez i George Bush

Cieśnina Bab al-Mandab – czyli po naszemu Brama Łez – to drugie wąskie gardło na akwenach wokół Półwyspu Arabskiego. Niewykluczone, że faktycznie poleją się tam łzy. A to za sprawą Hutich, którzy kilka dni temu atakiem na Izrael (cokolwiek rachitycznym) przystąpili do wojny.

– Spoczywa na nas odpowiedzialność religijna, moralna i humanitarna, która nie pozwala nam stać bezczynnie – oświadczył wiceminister w rządzie Hutich Muhammad Mansur. – Opcja zamknięcia cieśniny Bab al-Mandab jest opcją jemeńską, którą można wdrożyć, jeśli agresja na Iran i Liban gwałtownie się nasili lub jeśli którekolwiek państwo Zatoki Perskiej bezpośrednio zaangażuje się w operacje wojskowe wspierające podmiot [syjonistyczny] lub Stany Zjednoczone.

Jak dowiedział się serwis The War Zone, dowództwo europejskiej operacji EUNAVFOR „Aspides” jest gotowe do działania w razie zagrożenia dla swobody żeglugi międzynarodowej ze strony Hutich na obszarze cieśniny Bab al‑Mandab.

Tymczasem lotniskowiec USS George H.W. Bush (CVN 77) typu Nimitz dwa dni temu wyszedł na morze z portu wojennego w Norfolku. Na konferencji prasowej przed rejsem dowódca 10. Lotniskowcowej Grupy Uderzeniowej, kontradmirał Alexis Walker, nie chciał określać ani tego, dokąd okręty się skierują, ani też tego, ile czasu minie, zanim wrócą do kraju. Lotniskowcowi będą towarzyszyły niszczyciele USS Mason (DDG 87), USS Donald Cook (DDG 75) i USS Ross (DDG 71).

Ostrożność Walkera jest niebezpodstawna. Rejs operacyjny lotniskowca USS Gerald R. Ford (CVN 78) przedłużano kilkakrotnie. Trwa on już 282 dni. Jeszcze dwanaście i pobije rekord długości rejsu lotniskowca US Navy w okresie po wojnie wietnamskiej. Szef operacji marynarki wojennej admirał Daryl Caudle zapowiedział wręcz, że rejs Forda może się wydłużyć do 11 miesięcy.

Wielu analityków sądzi, że Bush także skieruje się na Bliski Wschód, aby dołączyć do USS Abraham Lincoln (CVN 72), realizującego obecnie zadania bojowe z wód Morza Arabskiego. Ford, którego nie ominęły różnorodne kłopoty, w tym awaria kanalizacji i pożar, kotwiczy obecnie u wybrzeży Chorwacji. Za kilkanaście dni US Navy może mieć w rejonie trzy pełne lotniskowcowe grupy lotnicze, co znów każe stawiać pytanie o operację lądową przeciw Iranowi.

US Navy