Jesteśmy świadkami kolejnego epizodu w serialu pod tytułem E-7 Wedgetail dla US Air Force. Projekt, który pół roku temu miał być wyrzucony przez kierownictwo Departamentu Obrony do kosza, za sprawą polityków w Kongresie zyskał finansowanie przekraczające miliard dolarów. W już uchwalonej i podpisanej przez prezydenta ustawie National Defense Authorization Act (NDAA), która autoryzuje politykę i poziomy wydatków obronnych, na dalszy rozwój E-7 zapisano łącznie 846,7 miliona dolarów.
Wcześniej 200 milionów na ten sam cel przewidziano w ustawie pozwalającej na otwarcie instytucji rządowych po shutdownie. Łączna suma przekraczająca miliard dolarów została teraz wpisana w projekt ustawy Defense Appropriations Act. To właśnie ona faktycznie przyznaje środki na projekty zapisane w NDAA, dzięki czemu Departament Obrony może legalnie wydawać pieniądze.
– Porozumienie pomiędzy Senatem i Izbą Reprezentantów w tej sprawie obrazuje wagę samolotu E-7 oraz zadań wczesnego ostrzegania i zarządzania powietrznym polem bitwy dla Departamentu Sił Powietrznych – głosi oświadczenie senackiej komisji wydatków publicznych. – Z tego powodu na dalsze badania, rozwój, testy, szybkie prototypowanie i przejście do fazy produkcji zostało przeznaczone 1,1 miliarda dolarów. Sekretarz sił powietrznych jest zobowiązany do przedstawienia w ciągu 90 dni od wejścia w życie tej ustawy planu dotyczącego wymagań i kontroli kosztów związanych z przyszłą produkcją E-7. Ponadto ustawa zawiera generalny zapis zakazujący wykorzystania funduszy do wstrzymania lub anulowania programu E-7.

Wedgetail AEW Mk.1 w barwach brytyjskich sił powietrznych.
(AS1 Iwan Lewis / RAF / UK MOD © Crown copyright 2025)
Kierownictwo Departamentu Obrony chciałoby zakończyć program zakupu samolotów wczesnego ostrzegania i dowodzenia E-7 Wedgetail, a w ich miejsce pozyskać pewną liczbę mniejszych E-2D Hawkeye’ów, które stanowiłyby rozwiązanie pomostowe do czasu wdrożenia kosmicznego systemu rozpoznania powietrznego (Air Moving Target Indicator).
Zwolennicy anulowania zakupu E-7 przede wszystkim podkreślają tymczasowy charakter nowych samolotów wczesnego ostrzegania. W tym kontekście E-7 jest postrzegany jako zbyt drogi, a do tego jest już opóźniony. To powoduje, że jako rozwiązanie pomostowe nie jest rozwiązaniem ekonomicznym, a potencjalnie jego wejście do służby będzie opóźnione tak bardzo, że zbiegnie się w czasie z wdrażaniem kosmicznego systemu rozpoznania.
Odkąd rozpoczęliśmy finansowanie Konfliktów przez Patronite i Buycoffee, serwis pozostał dzięki Waszej hojności wolny od reklam Google. Aby utrzymać ten stan rzeczy, potrzebujemy 2000 złotych miesięcznie.
Możecie nas wspierać przez Patronite.pl i przez Buycoffee.to.
Rozumiemy, że nie każdy może sobie pozwolić na to, by nas sponsorować, ale jeśli wspomożecie nas finansowo, obiecujemy, że Wasze pieniądze się nie zmarnują. Nasze comiesięczne podsumowania sytuacji finansowej możecie przeczytać tutaj.
Ponadto wadą samolotów takich jak E-7 ma być niska przeżywalność na przewidywanym przyszłym polu walki. Mimo że nie działają na linii frontu, mają padać łatwym łupem pocisków powietrze–powietrze bardzo dalekiego zasięgu. Jedna z głównych hipotez co do użycia chińskiego lotnictwa bojowego w konflikcie pełnoskalowym zakłada, że myśliwce J-20 mają za zadanie polować na samoloty wczesnego ostrzegania i latające cysterny. Stąd pomysł, aby rozwiązaniem pomostowym stał się E-2D.
Przeciwnicy takiego rozwiązania wskazują, że użycie E-2D w siłach powietrznych może napotkać pewne trudności. Pierwszą jest to, że niektóre zainstalowane w samolocie systemy przekazywania i fuzji danych są wykorzystywane jedynie przez US Navy. Tak więc w siłach powietrznych E-2D mogą nie być w stanie wykorzystać pełni swoich możliwości. Można oczywiście wymienić wyposażenie na pasujące siłom powietrznym, ale to ponownie spowoduje wydłużenie i zwiększenie kosztów programu.
Rozmiary E-2D są podyktowane wymogiem operowania z pokładów lotniskowców – muszą być stosunkowo małe. Na ich pokładzie mieści się tylko pięciu operatorów, co oznacza, że jednocześnie mogą oni wypełniać mniej zadań niż większa załoga E-7. Przekłada się to na ograniczoną zdolność kierowania kilkoma dużymi grupami myśliwców lub ograniczony czas, który mogą poświęcić na zadania inne niż kontrola przestrzeni powietrznej.
Z drugiej strony wielkość E-2D pozwala im operować z mniejszych lotnisk, takich, które nie są w stanie przyjąć odrzutowców wielkości E-7. Może to mieć kluczowe znaczenie w doktrynie operacji rozproszonych, mogącej mieć zastosowanie w ewentualnej wojnie chińsko-amerykańskiej. E-2 będą mogły operować nawet z niewielkich lotnisk rozsianych po małych wyspach Pacyfiku, podczas gdy E-7 będą uzależnione od dużych baz lotniczych – łatwiejszych celów dla Chin.
Ponadto śmigłowy E-2D jest wolniejszy i ma mniejszy zasięg, długotrwałość lotu i pułap w porównaniu z E-7. To przekłada się na ograniczenie pola obserwacji radaru i łączności przy wzajemnej widoczności (line-of-sight). Do tego dochodzi kwestia tankowania. E-2D wykorzystuje typową dla lotnictwa marynarki wojennej metodę tankowania z wykorzystaniem giętkiego przewodu. Z kolei wszystkie samoloty USAF‑u tankują metodą sztywnego przewodu.
To powoduje, że do tankowania E-2 będzie trzeba wysyłać wyłącznie KC-46 przystosowane do tankowania metodą giętkiego przewodu lub KC-135R wyposażone w odpowiednie przejściówki instalowane na sztywnym wysięgniku. Ale w takim wypadku te drugie nie będą mogły w tym samym locie tankować innych samolotów z wykorzystaniem boomu. Żadna z opisanych wad nie jest krytyczna, można z nimi żyć, jednak powodują, że przy planowaniu misji E-2D trzeba będzie brać pod uwagę więcej czynników i będą one bardziej skomplikowane.

Australijski E-7A Wedgetail w eskorcie amerykańskiego i brytyjskiego F-35B oraz pary EA-18G podczas ćwiczeń „Talisman Sabre 2025”.
(Department of Defence / SGT David Gibbs)
Do tego, zwolennicy wdrożenia E-7 wskazują na zagrożenia związane z zapowiadanym kosmicznym systemem rozpoznania powietrznego (Air Moving Target Indicator). Według podpułkownika Granta Georgulisa z NORAD-u docelowo należy stworzyć warstwowy system kontroli przestrzeni powietrznej, w którym satelity i samoloty wczesnego ostrzegania funkcjonowałyby równolegle i wzajemnie się uzupełniały. Wskazuje on na ograniczenia domeny kosmicznej. Satelity kosmicznego systemu AMTI mogą być oślepione laserem, zniszczone wyspecjalizowaną bronią antysatelitarną, cyberatakiem lub w wyniku kosmicznej eksplozji jądrowej.
Tym samym poleganie jedynie na kosmicznym systemie rozpoznania może pozbawić Amerykanów dostępu do danych w czasie rzeczywistym w kluczowym momencie wojny. Nie całkowicie, bo posiadając konstelację kilkudziesięciu lub kilkuset satelitów i ewentualnie zapasowe na Ziemi w gotowości do startu, te zniszczone można względnie szybko uzupełnić. Ale nie można wykluczać zsynchronizowanego ataku na satelity, który „oślepi” amerykańskie lotnictwo na kluczowe kilkadziesiąt minut ataku na Ziemi.
Samo wdrożenie Air Moving Target Indicator może być trudniejsze niż się wydaje. Wypowiedział się w tej sprawie między innymi szef operacji kosmicznych, generał Chance Saltzman porównując AMTI do GMTI (Ground-Moving Target Indicator) – systemu wykrywania celów lądowych.
– GMTI i AMTI mogą się wydawać bardzo podobne, bo nazwa różni się tylko jedną literą, ale rzeczywistość jest inna – powiedział generał Saltzman. – Aby oba systemy funkcjonowały, potrzebne są różne rzeczy. Obiekty na ziemi poruszają się znacznie wolniej niż te w powietrzu, dlatego potrzebne są różne poziomy dokładności wskazywania i śledzenia celów.
Według pierwotnego harmonogramu w 2025 roku planowano pozyskać dwa prototypy E-7, a wstępna gotowość operacyjna miała być osiągnięta w 2027 roku. Tymczasem według opublikowanego w połowie zeszłego roku raportu Government Accountability Office w związku ze zmianą umowy z Boeingiem w maju 2027 roku ma się odbyć dopiero pierwszy lot samolotu w konfiguracji żądanej przez US Air Force. Mimo opóźnień wydaje się, że przyszłość E-7 została ostatecznie zabezpieczona.
