Mimo wielokrotnie ogłaszanych przez nigeryjskie siły zbrojne sukcesów w walce przeciw islamistom na północy kraju zdaje się, że koniec wojny jest jeszcze odległy. Boko Haram mimo wewnętrznego rozbicia zyskuje na sile, a ofensywy stają się coraz lepiej zorganizowane. Władze w Abudży tak bardzo skoncentrowały się na walce z Abubakarem Shekauem, że nie dostrzegły nowego znacznie większego zagrożenia, jakie stanowił zyskujący coraz szersze poparcie Abu Musab al-Barnawi.

Jego frakcja zyskała wsparcie organizacyjne, keidy zdecydował się na nawiązanie bliskiej współpracy z samozwańczym Państwem Islamskim. Wzmocniona silnym fundamentem ideologicznym, okazała się znacznie groźniejsza niż grupa Shekaua. W reakcji na rosnące wpływy al-Barnawiego dotychczasowy lider Boko Haram zintensyfikował kampanię zamachów samobójczych na nigeryjskie meczety i bazary. Mimo brutalności nowych ataków pozostają one pojedynczymi uderzeniami, a nie elementami większej strategii.

Grupie Shekaua brakuje jasno określonej koncepcji działania, długofalowego planu i zaplecza ideologiczngoe. Wszystko to widać w działaniach fakcji al-Barnawiego. Ofensywy podległych mu bojowników sieją strach nie tylko w Nigerii, ale również w Nigrze, Kamerunie i Czadzie. Władze w Abudży zaczęły jednak dostrzegać rosnącą skalę problemu. Pełniący obowiązki prezydenta Yemi Osinbajo wezwał wojsko do zwiększenia wysiłków mających na celu wyzwolenie północnych stanów i podjął decyzję o przeniesieniu naczelnego dowództwa do stolicy stanu Borno – Maiduguri.

Zobacz też: Kobiety jako zamachowcy Boko Haram

(voanews.com)

Voice of America / Nicolas Pinault