- Myślenie pozostawcie koniom! Mają większe od was łby i przede wszystkim jaja! – Plutonowy Piotr Leńczyk chodził zły po wybetonowanym kawałku placu i spoglądał spod opadającego daszka czapki na dwa szeregi wyprostowanych poborowych.
Lubił ten moment, gdy po raz pierwszy przekazywał nowym, że właśnie teraz skończył się dla nich pewien okres w życiu. I tak naprawdę dopiero po wyjściu od nich, z wojska, będą mogli podjąć świadomą decyzję, co chcą robić w przyszłości. Oczywiście nie dotyczyło to wszystkich poborowych. Większa część z nich nigdy nie dorośnie na tyle, aby spróbować zmienić cokolwiek w swoim życiu i pójść własną drogą. Bez żadnych złudzeń – i chyba właśnie ta świadomość powodowała, że chodził teraz zły i naburmuszony, zerkając od czasu do czasu w stronę trzech kaprali, karnie stojących obok i czekających, aż pozwoli im zagnać nowych do koszar, na pierwsze prawdziwe spotkanie z wojskiem. Uśmiechnął się w myśli, wspominając swoje pierwsze wrażenie. To były inne czasy i inne wojsko. Nie jakieś głupie dziewięć miesięcy jak teraz, tylko całe dwa lata z kapralami, którzy w dzisiejszym wojsku nie mieliby czego szukać. Tępi, ufni w swoją teoretyczną władzę, oddani tradycji, czyli fali, i wierzący, że poborowego trzeba najpierw złamać i dopiero wtedy formować na nowo.

A że czasami przekraczało się granice, no cóż, trudno… Zawsze ktoś nie wytrzymywał „docierania”… Teraz, w tym pańskim wojsku, też zdarzały się czasami takie sprawy, do których nie powinno było dojść. Osobiście Leńczyk był przeciwny wszelkim nadużyciom. Ba, zadbał, aby jego kaprale zrozumieli odpowiednio wcześniej, że jeśli kiedyś przesadzą, to będą mieli z nim do czynienia, a on nie potraktuje ich tak łagodnie jak ewentualny wojskowy prawnik. Z drugiej strony – ten pierwszy kontakt z poborowymi miał jeszcze jedno uzasadnienie, po ostatnich doświadczeniach, kiedy to WKU przysłała do jednostki poborowego, który miał lewą nogę krótszą od prawej o trzy centymetry, cukrzyka – co o mało nie doprowadziło do jego zejścia ze świata podczas porannej, dość intensywnej zaprawy, czy młodego ochotnika, który dostał jednocześnie dwa powołania: jedno do jednostki, drugie do więzienia – za napad z użyciem niebezpiecznego narzędzia. Na jego miejscu Leńczyk też wybrałby wojsko, ale na szczęście odpowiednio wcześniej zauważył „dziary” na skórze.

Nie było uzupełnienia, żeby nie wykrył jakiegoś kwiatka. Tak jak ostatnio, gdy podczas odwiecznego: „Biegiem – marsz! Powstań! Postawa leżąca (padnij!)!” dostrzegł, że jeden z poborowych ma duże kłopoty z wykonaniem tych całkiem podstawowych czynności sprawnościowych. Powód okazał się prozaiczny: pręt w lewej nodze, jaki w szpitalu umieszczono mu po wypadku motocyklowym. Jakim cudem nikt nie zauważył tego w WKU, tego nikt nie mógł pojąć. W wyjaśnienia poborowego, że zgłaszał to komisji, ale pani lekarz stwierdziła, że to nie zwalnia go od odbycia służby na stanowisku magazyniera, który przecież nie musi biegać i uczestniczyć w musztrze, nikt nie chciał dać wiary.
– Jesteście teraz w woju, a tu wasze próby użycia mózgownicy są niewskazane, wręcz szkodliwe – grzmiał na cały głos, przyglądając im się uważnie. – Zrozumiano?!
Szereg wyprostowanych poborowych najpierw wstrzymał oddech, po czym każdy, zerkając niepewnie jeden na drugiego, zaczął się zastanawiać, czy ma prawo odpowiedzieć na pytanie. Ponieważ cisza się przedłużała, co niektórzy stwierdzili, że powinni wykazać się inicjatywą:
– Ta jest, panie plutonowy! – wyrwało im się nieskładnie.
Uśmiechnął się. Kolejne roczniki zawsze popełniają ten sam błąd. To nie szkoła, żeby prowadzić dyskusję lub wymianę poglądów. Ale skąd ta banda ogolonych na glacę młokosów mogła wiedzieć, o co chodzi? Ostrzyżeni na łyso, ciągle poganiani krzykiem, stawiani wobec wymagań, aby wszystko robili na czas i biegiem, zawsze zdawało egzamin. Wtedy grupa była zdezorientowana i łatwo się podporządkowywała każdemu, kto zaczynał wydawać rozkazy. Wyczuwała w nim przywódcę i cieszyła się, że nie musiała sama podejmować żadnych decyzji. Teraz należało jedynie odszukać tych, którzy nie poddali się ogólnej atmosferze oraz znaleźć racjonalny powód takiego zachowania. Leńczyk wolałby, aby były to osoby, którym odpowiada atmosfera i życie w wojsku niż tacy, którzy w cywilu należeli do jeszcze gorszych grup przymusu i tutaj nie mieli zamiaru być materiałem do kształtowania.
– A kto wam, kurna, pozwolił się odezwać?! Był rozkaz „Mówić”?! – zrobił surową miną i od razu odpowiedział sam sobie. – Nie było takiego rozkazu!!! Więc siedź jeden z drugim na dupie i czekaj, aż pozwolę mu się odezwać! Jak będę chciał, aby jakaś mameja odezwała się słowem mówionym, to zwrócę się do niego osobiście!
– Ja to bym tak pogonił koty, aż ogony by im opadły – szepnął kapral Jasiński do stojących kolegów. Wcale się przy tym nie krępował obecnością wyższego rangą, mówił na tyle głośno, że wszyscy musieli to słyszeć, nawet Leńczyk. Zdawał sobie sprawę, że plutonowy, który sprawdzał nowych poborowych, nie toleruje takich incydentów, ale teraz, na kilka dni przed jego wyjazdem z jednostki, nie widział powodów, aby się pilnować… Czuł się swobodnie i nie miał zamiaru tego ukrywać.
– Albo zrobił im „nonstopa” – zaśmiał się cicho.

Zamilkł zgaszony wzrokiem plutonowego. Zaklął cicho pod nosem i delikatnie wyciągnął z kieszeni papierosa. Chciał aby nowi widzieli, że nie jest tu zwykłym zupakiem i mają się go bać, bo inaczej z nimi porozmawia, gdy zostaną sami.
Dwuszereg stał nieruchomo, jakby nikt nie zwrócił uwagi na zachowanie kaprala. Leńczyk wytrzymał długą chwilę milczenia i uśmiechnął się niespodziewanie do stojących, którym już się wydawało, że nie stać go na żaden ludzki odruch.
– Widzę, że na dobry początek muszę was trochę wyedukować, więc teraz będzie kilka zdań o tym, co was tu czeka. Słuchać uważnie, bo nie będę powtarzał!
Stanął na wprost dwuszeregu i kiwając się na butach, zaczął mówić, głosem lekko ściszonym, ale na tyle donośnym, aby wszyscy dobrze usłyszeli, co ma do powiedzenia.
– Jesteście teraz w wojsku, a być żołnierzem to znaczy… Nie myśleć! Od tej chwili myślenie przejmuje za was podoficer. Im szybciej to zrozumiecie, tym lepiej będzie dla was, dla plutonu i całego wojska. Gdy podoficer będzie twierdził, że drzewa stojące za wami nie są zielone, tylko białe, to znaczy, że te drzewa są białe i koniec rozmowy. Kto nie zrozumie tego prostego faktu, będzie miał w woju przesrane, a już szczególnie u mnie i innych podoficerów. A mieć u nas przesrane, to brak przepustek, służby poza kolejnością i inne nieciekawe sprawy, o których się sami wkrótce przekonacie. Więc nawet, jeśli macie pięć ukończonych fakultetów i wskaźnik IQ podobny co Doda, to morda na kłódkę! Tu jest wojsko, a nie szkoła i tu trzeba słuchać, czyli robić użytek z głowy i z tego, co jest w środku. Szkoła was tego nie nauczyła, ale daję wam słowo, że tutaj opanujecie tę czynność w sposób zadowalający.

Przerwał na chwilę, zaczerpnął powietrza, udając, że nie dostrzega poirytowanych spojrzeń kaprali, których w ten sposób pozbawił ulubionych fraz uświadamiających młodym żołnierzom, jak mają się zachowywać przez następne dziewięć miesięcy.
– Wasze najbliższe plany redukuję do następujących czynności: pobudki, ścielenia łóżek, robienia porządków, jedzenia i musztry. Trochę ćwiczeń fizycznych i zwiększona koordynacja ruchów, która nikomu jeszcze nie zaszkodziła. I tak będzie do wieczora, a później będziecie mieli wolne. Czyli capstrzyk i spanie z rączkami na kołderce. Przypominam, że wszystko robicie na rozkaz swoich starszych kolegów…
Wskazał głową na stojących kaprali. Zauważył też, że jeden z nich ukradkiem pali papierosa, choć zwracał mu już wcześniej uwagę na niestosowność takiego zachowania. No cóż, wiedział, że będzie musiał z nim porozmawiać przed wyjazdem, aby przywrócić go do pionu. Wpływ na zachowanie kaprali miała informacja o jego niedalekim wyjeździe na misję i to właśnie spowodowało, że część z nich poczuła się zbyt pewnie w jego obecności. Ale póki co, jeszcze nie wyjechał. I nie miał zamiaru zostawiać tej sprawy niezałatwionej.
– Kolega to może złe określenie, bo daję wam słowo, że wielu z was będzie ich serdecznie nienawidzić, ale każdy rozkaz musi być wykonany i to najszybciej, jak tylko się da. Mam nadzieję, że pluton należał do harcerstwa i lubi spacerować oraz śpiewać. Bo jeśli nie, to szybko się tego nauczy.

Kilka osób w dwuszeregu uśmiechnęło się niepewnie, co od razu zauważył. Czekał na ten moment, a nawet gdyby go nie było, to potrzebował tylko pretekstu, aby sprawdzić, czy znowu nie przysłano tu kogoś z widocznymi trudnościami ruchowymi.
– Widzę, że mamy już kilku ochotników do spacerowania ze śpiewem na ustach! Skoro tego chcecie, proszę bardzo…
Zrobił krok do tyłu i ruchem dłoni przywołał do siebie jednego z kaprali. Przypadkiem trafiło na tego z ukrytym papierosem w dłoni, a może nie był to przypadek, bo jednocześnie zadbał o to, aby ten nie upuścił papierosa na ziemię i teraz czuł, jak mu lekko przypieka wewnętrzną stronę dłoni.
– Pluton! Na moją komendę! – kapral był czujny i od razu wyczuł, co powinien zrobić. – Padnij!
Trudno to było nazwać padnięciem. Była to raczej próba położenia się łagodnie na podłożu, ponadto drugi szereg bardzo dbał o to, aby przypadkiem nie natknąć się na buty poprzednika. Jednym słowem, karykatura wykonania tak prostego rozkazu, choć zauważył też kilku, którzy wykonali to poprawnie i szybko. To były właśnie te plusy, na których mu zależało. Trzeba było tylko sprawdzić, czy było przypadkowe, czy świadome działanie.
– Powstań! – wykonanie nie mogło wzbudzić u nikogo zachwytu, więc; – Padnij!… Powstań!… Padnij!… Powstań!… Padnij!… Powstań!… Biegiem marsz!
Zapanowało zamieszanie, bo nie każdy właściwie zrozumiał komendę. Ale po chwili za przykładem tych, co zrozumieli, cały dwuszereg dreptał w miejscu, starając się robić to w miarę równo. Co prawda takie sprawdzanie zostało jakiś czas temu zabronione, ale czego to człowiek nie zrobi, aby zobaczyć, kogo ma przed sobą.
– Zagęszczać ruchy! Jezu, panie plutonowy… – kapral odwrócił się w jego stronę ze zdegustowaną i zrozpaczoną miną. – Ta banda chujopłotów to chyba najgorsze lebiegi w całym wojsku, jakie nam się trafiły.
– Jasiński! Starczy tych komentarzy – przerwał mu w pół słowa Leńczyk, uważnie obserwując poborowych. – Wiecie, co macie robić?
– Tak jest! – kapral nie był zadowolony z reprymendy, jaką otrzymał przy wszystkich. – Pluton! Padnij! Powstań! Padnij! Powstań! Padnij! Powstań!
– Powiem wam tylko, że moja babcia przed śmiercią robiła to sto razy szybciej i lepiej od was – plutonowy skomentował ich bezowocne próby, uśmiechając się ironicznie. Jednocześnie dał znak kapralowi, że wystarczy tego pokazu na początek, bo to, co chciał, to już zobaczył. – Pluton! Baczność!

Przespacerował się przed frontem oddziału uważnie obserwując ich zachowanie i czując, że oni też go obserwują. Nie miał sobie nic do zarzucenia. Nie był może wysoki, ale krępy, krótko przystrzyżony, mówiący nieco nosowym głosem i w świetnej formie fizycznej, co można było od razu dostrzec. Z kieszeni na piersi wystawały czarne oprawki okularów przeciwsłonecznych, co może nie było całkiem zgodne z regulaminem, ale takie panowały trendy w wojsku. Zresztą nie miał nic przeciwko wprowadzeniu takich i innych innowacji, na przykład żywcem ściągniętej z Zachodu naszywki Radka, czyli plakietki z nazwiskiem, którą każdy musiał nosić na prawej kieszeni. Było to dobre, bo od razu wiedziałeś kogo masz przed sobą. Z drugiej strony – z tych samych powodów określano je jako „donosicielki”, bo od razu zdradzały tożsamość.
– Tak na przyszłość, abyście wiedzieli, o co chodzi. „Padnij!” i „Powstań!”, macie wykonywać automatycznie. Jeśli stukniemy w dłoń, to jest padnij, stukamy drugi raz – powstań. I to nie może być rozlazły dźwięk jak sranie w kiblu w waszych rodzinnych domach. Jesteście wojskiem, a to znaczy jednym organizmem, więc chcę słyszeć jeden dźwięk. Zrozumiano?! Kaprale zadbają, abyście osiągnęli w tym biegłość. A wracając do meritum sprawy. Jeszcze jeden uśmiechnie się bez rozkazu, a obiecuję, że będzie to robił przez kwadrans w masce gazowej. Na czym to ja skończyłem? Aha. Jeśli ktoś wam powiedział w dawnym cywilnym życiu, że podoficer w wojsku jest jak ojciec i matka w domu… To was kurewsko okłamał! Nie będę żadnemu gnojkowi podcierał tyłka lub wycierał nosa! Jestem tu nie po to, aby się wami opiekować, tylko żeby z was zrobić mężczyzn, a w jaki sposób to zrobię, to już jest tylko moja sprawa! Żeby było wszystko jasne od samego początku, demokracje i te inne bzdury, o których uczyli was w szkole, w mojej obecności nie obowiązują. Jakby jakiś łoś pobiegł na skargę do palant… Pana oficera… to niech lepiej od razu wyprosi u niego także zmianę jednostki i to na drugim końcu kraju. Tu nie ma czasu na myślenie i dyskusję, tu o waszym dalszym życiu decyduje…

Podszedł do najbliższego, wcześniej upatrzonego żołnierza.
– No, szeregowy… – Ten oczywiście nie miał jeszcze żadnej plakietki, więc nie mógł zwrócić się do niego po nazwisku. – Jak uważacie, kto decyduje?
Zapytany wyprostował się jeszcze bardziej, choć wydawało się, że bardziej już nie można, wstrzymał oddech i wydukał z siebie po chwili namysłu:
– Pan, panie plutonowy?!
– Dobrze kombinujesz i punktujesz dodatnio – stwierdził z zadowoleniem Leńczyk i podszedł do następnego. – Ale to nie jest dobra odpowiedź! A wy, szeregowy? Jak uważacie?
– Ooooficer?! – wykrztusił drugi jąkając się i krzywiąc jednocześnie twarz w grymasie wyrażającym zdenerwowanie. – Paaa, panie pluu.. plutonowy.
– O kur… – Nie potrafił ukryć zdziwienia. Był niemal pewny, że trafił na doskonały materiał na podoficera, którego zamierzał wysłać do szkółki, a tu taka przykra niespodzianka. – Wy tak na co dzień, czy tylko dziś? Żeby mnie wkurwić?!
– Mellll… Melduję, że tyllko, jak się zde… zde… nerwuję…
Plutonowy zatrzymał się przy nim i przez chwilę przyglądał mu się z uwagą.
– Mówiliście o tym na komisji poborowej?
– Melll… melduję, że… że nikt nie pyyy… pytał.
– No tak. – Wiedział z doświadczenia, że komisje nie były zbyt drobiazgowe i jeśli ktoś ma całe nogi i ręce, to ma olbrzymią szansę, że wyjdzie z kategorią „A”, niech się martwią później w jednostkach. Komisja dała materiał do wojska i swoje wykonała, ona jest kryta. – Jesteście z poboru?
– Nie, paniie plu… plu… plu… plutonowy. Jaaaaa… – zamilkł, dostrzegając uciszający ruch dłoni plutonowego, który obserwował go z coraz większą uwagą. To zacinanie się było irytujące, wręcz jakby sztuczne, robione na złość, a poza tym stało się przyczyną, dla której inni poborowi zaczynali się czuć swobodniej. Jeden z drugim pozwolił sobie nawet na żart z powodu jąkania kolegi, a tego nie można było tolerować. Szczególnie, jeśli była to poza.
– Słuchaj no, ty… – podszedł całkiem blisko i złapał go za guzik przy bluzie. – Jeśli robisz sobie jaja, to wiedz, że w tej chwili popełniłeś najgłupszą rzecz, jaką mogłeś uczynić. – Zwrócił uwagę na niespodziewany ruch w drugim szeregu przy końcu plutonu, gdzie stali niżsi żołnierze. To było niedopuszczalne, więc od razu zareagował. – Czy powiedziałem „Spocznij!”?
– Panie plutonowy! Szeregowy Jastroń w sprawie wyjaśnienia! – zabrzmiało z rejonu zamieszania. Głos był mocny, stanowczy i pewny swoich racji. Ponadto odezwał się jeden z żołnierzy, na których zwrócił wcześniej uwagę. Teraz też nie wyglądał na zestresowanego i przestraszonego całą sytuacją.
– Wystąp!

Przed szereg próbował wyjść jeden z żołnierzy. Próbował – to poprawne określenie tego, co chciał zrobić. Według regulaminu powinno to się odbyć w następujący sposób: żołnierz stojący w drugim szeregu dotyka dłonią ramienia stojącego przed nim, ten wykonuje krok naprzód, dostawia nogę i po sekundzie ustępuje, czyli robi krok w lewą stronę, po czym dostawia drugą nogę i zastyga w oczekiwaniu, aż żołnierz stojący za nim wystąpi dwa kroki przed szereg. Jak to już nastąpi, żołnierz przepuszczający prawą nogę przestawia ją na wysokość poprzedniego stania, ale nie w ukosie, tylko pod kątem prostym, dostawia drugą nogę, po czym robi krok do tyłu i zastyga w pozycji na baczność. Tak mniej więcej mówi regulamin, ale w tym przypadku stojący w pierwszym szeregu stał jak kołek i ani myślał zrobić jakiegokolwiek ruchu ciałem. Trudno powiedzieć, czy był tak zestresowany, czy robił to z rozmysłem. Szeregowy, który miał wystąpić, najpierw dotknął lekko ramienia, po chwili mocniej, w końcu po prostu przepchał się przez pierwszy szereg, stanął dwa kroki przed innymi i milczał, czekając, aż plutonowy do niego podejdzie.
– No, szeregowy… – Plutonowy zatrzymał się przed tym, który nie ruszył się z szeregu i pokiwał mu palcem przed nosem. – Ty to chyba będziesz miał u mnie przesrane, albo zaczniesz szybciej latać niż myśliwce na niebie. Przed kolacją masz opanować manewr przepuszczania kolegi z drugiego szeregu! I to krokiem defiladowym! Zrozumiano?!
Zapytany lekko przekręcił głowę, jakby starał się zrozumieć, co ten do niego mówi.
– Panie plutonowy, melduję, że źle słyszę na prawe ucho i jakby pan był tak miły i powtórzył to z drugiej strony…
Słowa „miły” i „powtórzył” wypowiedziane w wojsku nie brzmią dobrze i przede wszystkim na miejscu.
– Co?! Chcesz powiedzieć, że jesteś głuchy?! – Plutonowy nie udawał zdziwienia, był całkowicie zaskoczony, ale… odruchowo przesunął się na drugą stronę i dopiero wtedy zaskoczył, że to nie było to, o co mu chodziło.
– Nie będę miły! – wrzasnął z całych sił. – Melduj, co z twoim słuchem!
– Melduję, że od urodzenia noszę aparat słuchowy, ale pan kapral… – wskazał ruchem dłoni na jednego z wyprostowanych i wściekłych teraz podoficerów – kazał mi wypierdolić… To znaczy wyrzucić – poprawił się szybko – baterie z radia i zdjąć te cholerne słuchawki, jeśli chcę dotrwać w jednym kawałku do przysięgi.
Plutonowy z trudem opanował się, odwrócił głowę i spojrzał na swoich kaprali zastanawiając się, który to był taki mądry. Od razu go rozpoznał.
– Wy dwaj! – wskazał na palacza i stojącego obok czerwonego na twarzy dryblasa. – Za dwie godziny u mnie. – I ponownie wrócił do szeregowca, starając się wymawiać poszczególne słowa wyraźnie i głośno, ale nie nadużywając głosu. – Co z tym słuchem? Zgłaszaliście na komisji?
– Nie dało rady, panie plutonowy. Na dzień dobry naskoczyli na mnie, że przychodzę na komisję, słuchając jakiegoś gówna. Że niby ich olewam, i że z takimi jak ja, to oni już dadzą sobie radę. Gdy chciałem pokazać dokumenty, że to aparat słuchowy, to przewodniczący komisji kazał mi te papiery wsadzić sobie w dupę… Znaczy w odpowiednie miejsce, bo tam, gdzie pojadę, to będę mógł słuchać Radia Maryja i to tylko w nocy.
– Pierdzielę – z niedowierzaniem pokręcił głową. – I ja mam w to uwierzyć?
– Melduję, że tak właśnie było – zapewnił wyprężony szeregowy. – Powiedziałem, że źle słyszę na prawe ucho, a pan kapitan odpowiedział, że to dobrze się składa, bo nie będę musiał w to ucho wkładać zatyczki przy strzelaniu. Poza tym mam drugie, a rozkazy przekazuje się głośno, więc nie widzi przeciwwskazań, żebym odsłużył swoje dla ojczyzny. I kazał mi wyjść, bo może mnie skierować do gorszej jednostki. To co, miałem się kłócić z głupim?!
Uciszył go ruchem dłoni, w końcu nie mógł dopuścić do obrażania starszych rangą.
– Macie jakieś zaświadczenia lekarskie? – upewnił się.
– Tak jest, panie plutonowy. Chciałem pokazać panu kapralowi, ale powiedział, że mogę je sobie w kiblu powiesić. Nie był nimi zainteresowany!
– Od jutra będzie! – stwierdził krótko Leńczyk, z trudem powstrzymując się od przekleństwa. – A teraz idź na kompanię, zbierz swoje rzeczy i zamelduj się u lekarza z papierami. Tylko załóż od razu radio, bo znowu czegoś nie dosłyszysz i odeślą Cię do mnie. Zrozumiano?!
– Tak jest, panie plutonowy! – drżenie w głosie było wyczuwalne dla wszystkich, ale głośno potwierdził zrozumienie rozkazu, nawet nie spojrzawszy na plutonowego, co było o tyle łatwiejsze, że był od niego o całą głowę wyższy i zgodnie z regulaminem patrzył przed siebie, a nie w jego oczy.
– Źwierowicz!
Przed plutonowym natychmiast stanął czerwony na twarzy kapral.
– Pójdziecie z szeregowym i dopilnujecie, żeby lekarz zrozumiał, o co chodzi. Przy okazji, niech wam też przemyje uszy, może zaczniecie myśleć – zakończył cicho, aby słyszał go wyłącznie kapral. – Wykonać!
– Tak jest, panie plutonowy! – kapral nie wyglądał na szczęśliwego, ale plutonowy już się nim nie interesował, skupił swoją uwagę na poborowym stojącym przed szeregiem. Musiał przyznać, że na tle pozostałych pozytywnie się wyróżniał, miał w miarę dopasowany mundur, buty odpowiednio błyszczały, to samo pas, nawet czapka była prawidłowo założona, a i włosy przycięte regulaminowo, bez ingerencji wojskowego fryzjera, który jechał po prostu maszynką po całej głowie i nic go więcej nie interesowało. Widać było, że chłopak ma pojęcie o wojsku i przyszedł tu odpowiednio przygotowany.
– No… Szeregowy Jastroń. – dał wszystkim do zrozumienia, że zapamiętał już jego nazwisko i ten załapał tak zwanego plusa. – Wyjaśniajcie.
– Panie plutonowy! – szeregowy lekko wypiął pierś, aby podkreślić, że wykonuje rozkaz swojego przełożonego. – My z Jankiem… To znaczy z szeregowym Krawczukiem – ruchem głowy wskazał w stronę jąkały – pochodzimy z jednej miejscowości, nawet chodziliśmy do tej samej szkoły i on rzeczywiście od małego się zacina.
– Znaczy się, kolega czy przyjaciel?
Szeregowcowi lekko drgnęła warga, jakby dopiero teraz zaczął się zastanawiać, czy dobrze postąpił, wychodząc przed szereg.
– Przyjaciel to za dużo powiedziane, panie plutonowy. Po prostu znajomy, razem byliśmy na komisji i razem tu nas dali. My tu na ochotnika, panie plutonowy.
– Ochotnicy? – zdziwił się plutonowy. – To w tym kraju są jeszcze tacy?
– Nie wiem, jak inni, panie plutonowy, ale my z szeregowym Krawczukiem zgłosiliśmy się na ochotnika.
– A dlaczego na ochotnika? – drążył dalej plutonowy, obchodząc stojącego szeregowego wokół. Nagle przystanął za nim i głośno zaznaczył. – Tylko nie pieprzcie mi tu o obowiązku i ojczyźnie!
– Tak jest, panie plutonowy! – Jastroń podkreślił szacunek dla rozmówcy lekkim wypięciem piersi. – Tak naprawdę to tam, gdzie mieszkamy jest bezrobocie, dwa zakłady pracy na krzyż, a bez znajomości to możesz, co najwyżej pójść do kościoła. I to, jeśli jest akurat otwarty. Szkoła nigdy nie była moim ulubionym miejscem, więc gdy skończyłem liceum… – dostrzegł wyraziste spojrzenie pozostałej kadry, która chyba nie przepadała za absolwentami szkół średnich i od razu zaznaczył: – Od razu zgłosiłem się do wojska.
– Dlaczego? – nie odpuszczał plutonowy.
– Melduję posłusznie, panie plutonowy, że będę się starał na nadterminowego!
Z widoczną ulgą spojrzał na plutonowego, zadowolony, że wreszcie wyrzucił z siebie to, co do tej pory skrywał bardzo głęboko.
– Toś ty większy pojeb, Jastroń, niż mi się wydawało na początku – stwierdził krótko plutonowy – Jeśli masz maturę, jak twierdzisz, to możesz śmiało iść do szkółki na oficera – zaznaczył, podkreślając ostatnie słowo bardzo przeciągle.
– Melduję posłusznie, że nie chcę być oficerem.
– A czemu to, szeregowy Jastroń, nie chcecie być oficerem? – Leńczyk próbował zaznaczyć głosem swoje prawdziwe zdziwienie. – Wy nawet nie wiecie, jak to dobrze być w wojsku oficerem. Służba od siódmej do piętnastej. Normowany czas pracy. Ładny mundur. Walenie honorów starszym rangą i lizanie im tyłków – bez zająknięcia wymieniał główne pozytywy bycia oficerem. – Jeśli marzy ci się szybki awans, to musisz zadbać o dobre układziki z szefem sztabu, kapelanem, dowódcą kompanii, jego żoną i resztą babińca. A później masz z górki. Opierdalanie kadry podoficerskiej, że wojsko chodzi jak ostatnie łajzy, szukanie dwóch sztuk łusek, bo po strzelaniu okazuje się, że stan wydanych naboi nie zgadza się ze zwróconymi łuskami. Prostowanie trawy przy palarni szwejami, bo major was opierdolił i trzeba się na kimś wyżyć. No i oczywiście zero zaległości w pracach koncepcyjnych, wykonanie zadań na papierze i powodowanie zero kłopotów dla przełożonych. Za dawnych czasów szybko otrzymałbyś mieszkanie, ale teraz jesteś w kolejce za kapelanem, ministrantami i innymi przydupasami – zaznaczył o wiele ciszej, zerkając wymownie w stronę kaprali. – To jest dopiero życie, a wy wpierdalacie się w najgorszy syf w armii i robicie to jeszcze na ochotnika?! I to do naszej jednostki na zwykłego zająca, gdzie z góry wiadomo, że dostaniecie tak w dupę, że aż zapomnicie swojego nazwiska? O to wam chodzi?! – dziwił się.
– Melduję posłusznie, że nie, ale… – szeregowy przerwał, nie kończąc, jakby zaskoczony swoją odwagą.
– W wojsku, Jastroń, nie istnieją słowa „ale” i „ole”! Tu nie Hiszpania, tu olewać mogą tylko wyżsi od was rangą. Ale mówcie, o co wam chodzi.
– Melduję, że w domu się nie przelewa i chciałem odciążyć rodzinę. Poza tym nie mam głowy do nauki ani forsy na płatne studia. Jestem za biedny – zaznaczył głośniej – choć nie ukrywam, że na komisji przedstawiono mi taką propozycję.
– To rozumiem – stwierdził plutonowy. Ale nie uznał rozmowy za zakończoną. – I uważasz, że ustawisz się w woju, zaczynając od szweja?!
– Melduję, że na nic nie liczę! Będę się starał, aby swoją postawą zasłużyć na zostanie nadterminowym, a później będzie, co ma być.
– Zasuwasz jak kapelan z ambony – stwierdził plutonowy uśmiechając się w stronę pozostałych podoficerów, którzy stali znudzeni pod ścianą, nie próbując wtrącić się do rozmowy. – Obaj chcecie się zakotwiczyć w wojsku? – Ruchem głowy wskazał w stronę szeregowego Krawczuka, który, stojąc na baczność, zerkał w ich stronę i z uwagą przysłuchiwał się rozmowie.
– Melduję, że takie były nasze plany.
– On zapewne chce być dowódcą kompanii – zażartował, zerkając na Krawczuka, który zaczerwienił się na twarzy. – A ty?
– Melduję, że nie każdy żołnierz musi wydawać rozkazy – odpowiedział Jastroń, czując się coraz pewniej. – Szeregowiec Krawczuk jest silny, sprawny fizycznie, niewielu z nas dorówna mu kroku podczas marszobiegów. W naszej drużynie specjalizował się w kartografii, specjalnie ćwiczył kaligrafię i żadna broń nie ma przed nim tajemnicy. Jeśli zostanie w wojsku, to będzie doskonałym rusznikarzem lub podoficerem tajnej kancelarii.
– Widzę, że rozdzielasz stanowiska – zauważył plutonowy. – Nie za szybko?
– Zrozumiałem, że pan plutonowy pozwala mi na prywatną wypowiedź.
– To byłeś w błędzie! Wspominałeś coś o drużynie? Co to było?
– Combat 6! – Jastroń po raz kolejny wyprężył się przed plutonowym.
– Nie znam… – stwierdził plutonowy, zerkając na pozostałych rekrutów. Po raz pierwszy w czasie swojej służby pozwolił sobie na tak długą rozmowę z jednym poborowym; to było podobno niewychowawcze. Ale miał to gdzieś, w końcu i tak za kilka dni będzie już gdzie indziej, a rozmowa z poborowym po prostu go wciągnęła i nie miała nic wspólnego z dotychczasowymi doświadczeniami. Poza tym czuł, że ten chłopak, który teraz stoi przed nim, może być za kilka miesięcy doskonałym podoficerem i szczerze mówiąc, nie miał nic przeciwko temu. Więcej, postanowił, że postara mu się w tym pomóc wysyłając go do szkoły podoficerskiej. – Ten Combat to jakaś grupa paramilitarna?
– Tak jest, panie plutonowy.
– Kto dowodził? Emerytowany oficer? – spytał z przekąsem, zastanawiając się, dlaczego tak niewielu młodych ma przed wojskiem jakikolwiek kontakt z takimi grupami, gdzie mogliby zdobyć odpowiednie przygotowanie. Za dawnych czasów, tych złych i niewłaściwych, których osobiście nie pamiętał, emeryci wojskowi byli chętnie zatrudniani w szkołach do nauki przysposobienia wojskowego. Co prawda to często nie miało nic wspólnego z rzeczywistością wojskową, ale jakieś pojęcie o nim dawało. Poza tym, jeśli nauczyciel dobrze wykonywał swoje obowiązki, to wokół niego pojawiał się krąg młodzieży, którą pociągał wojskowy dryl i przygoda.
– To jak? Kto wami dowodził?
– Szeregowy Wacław Nieprzytupski, nauczyciel z naszej szkoły, panie plutonowy.
Zaskoczyła go ta odpowiedź, mógł się spodziewać wszystkiego, ale nie tego. Emerytowanego oficera, który chciał się dowartościować i pobawić w wojsko z młodzieżą, ewentualnie jakiegoś starszego podoficera, który nie miał co robić w wolnym czasie, a nie wyrósł jeszcze z drylu wojskowego. Wreszcie „chorego” – w tym dobrym znaczeniu – komandosa, który przestał być na tyle sprawny, żeby dłużej pozostawać w czynnej służbie, a nie zgodził się pracować za biurkiem. Ale szeregowy? Takie wytłumaczenie było dla niego nie do przyjęcia.
– Lejesz wodę, Jastroń, a my tego nie lubimy – stwierdził krótko, patrząc mu prosto w oczy. – Jak szeregowy może dowodzić drużyną?
– Pan Wacław chciał być oficerem. Po złożeniu papierów do szkoły zgłosił się na kurs spadochronowy – szeregowy nie uciekał wzrokiem, jakby w ten sposób chciał udowodnić, że nie kłamie. – Podczas trzeciego skoku spadochron źle się rozłożył i doszło do wypadku. Lekarze w szpitalu coś schrzanili i w efekcie ma jedną nogę krótszą. Komisja ze względu na stan zdrowia odrzuciła jego podanie i przeniosła do rezerwy. Został nauczycielem fizyki i założycielem drużyny paramilitarnej. Mimo jego ułomności, nikt z nas nie mógł mu dorównać. Mój brat czasami mu pomaga.
– Dobra – plutonowy przerwał mu ruchem dłoni. – Dość tych łzawych opowieści o tym, jak to biedny i nieszczęśliwy kaleka robi cuda na zapomnianej prowincji. Twój brat też jest nieszczęśliwy i walnięty po rozumie, żeby z kuternogą biegać ze szczawikami po lasach i udawać żołnierzy?!

Obserwował, jak zmienia się wyraz twarzy szeregowego. Najpierw pojawiło się niedowierzanie, że ktoś odważył się coś takiego powiedzieć, następnie gniew i próba zapanowania nad pierwszym odruchem, który był dla wszystkich oczywisty. Leńczykowi nie podobał się tylko lekki uśmiech, jaki dostrzegł przez ułamek sekundy w jego oczach.
– Tak jest, panie plutonowy! – szeregowy Jastroń mówił głośno i bardzo wyraźnie. – Melduję, że mój brat jest także nieszczęśliwy i walnięty… po rozumie!
– Rozumiem. – Leńczyk czuł podświadomie, że sam wszedł na minę, ale nie widział, jak się z tego wycofać. Nie chciał nikogo urazić – ani poborowego, ani tym bardziej ludzi, którzy z pasją oddają swój czas młodzieży. Teza, że najlepszym sposobem obrony jest atak, wydawała mu się dobrym wyjściem. – A on, co? Zakochał się i stracił możliwość logicznego myślenia?! – obserwował, jak grymas zniecierpliwienia wykrzywia usta szeregowego. – A może ma platfusa i także marzył o wojsku, a ono go olało?
– Paaaanie plu… tonowy – odezwał się niespodziewanie szeregowy Krawczuk, występując dwa kroki naprzód. – Oon jeeest… na miiisji… w Li… Libanie. Jeest zawodowym żooołnierzem.
– O!… – chciał przekląć, ale uznał, że to nie byłoby wskazane – To znaczy, że jest misjonarzem! – stwierdził krótko, dając znak dłonią, aby Krawczuk zajął miejsce w szeregu. – Jaki ma stopień i gdzie stacjonuje w kraju? – To pytanie było skierowane do szeregowego Jastronia.
– Melduję posłusznie, że brat służy w Jarosławiu. Na misji służy jako szeregowy!
– A jaki ma stopień w swojej jednostce?! Też szeregowy nadterminowy?
– Melduję posłusznie, że jest… – uśmiech rozbawienia zagościł na sekundę w oczach Jastronia, ale szybko zgasił ten przebłysk triumfu i zachował kamienną twarz – nieszczęśliwym i walniętym po rozumie panem plutonowym, panie plutonowy!
Wszyscy stojący w dwuszeregu, którzy od dłuższego czasu z uwagą przysłuchiwali się rozmowie, parsknęli śmiechem na cały głos, po czym momentalnie zamilkli zgaszeni posępnym wzrokiem plutonowego.
– Był rozkaz śmiać się?! Lubicie zabawę w słoniki?! – zapytał retorycznie plutonowy. Poczekał, aż dwuszereg ponownie zastygnie w postawie na baczność i ponownie skupił uwagę na Jastroniu. – Myślisz, że to było śmieszne, szeregowy?! Robisz sobie jaja z przełożonego?!
– Melduję posłusznie, że to nie było śmieszne, panie plutonowy! – odpowiedział zapytany, z trudem utrzymując powagę. – Ale odpowiadałem na pytania pana plutonowego.
– Po pierwsze, w wojsku nie używamy słowa „ALE”! – brzmiał mu tuż przy uchu plutonowy, który także z trudem utrzymywał powagę. – Po drugie, nie odpowiadał na pytanie, ale meldował na temat zadanego zapytania! Po trzecie – tu ściszył głos, i zachowując kamienny wyraz twarzy, wyszeptał mu do ucha tak cicho, że nikt po za nimi dwoma nie mógł tego słyszeć – to rzeczywiście było śmieszne i wesołe… Nieszczęśliwy i walnięty pan plutonowy, panie plutonowy. Myślisz, a to mi się podoba, ale nie przekraczaj pewnej granicy, bo nie każdy to tak przyjmie jak ja. Zrozumiano?!
– Tak jest, panie plutonowy! – zapewnił szeregowy. – To się więcej nie powtórzy.
– Jestem tego pewny – spojrzał na Jastronia z uwagą. – Powiedzcie mi jeszcze, dlaczego przyszliście tutaj, a nie do Jarosławia. W jednostce, gdzie służy brat w służbie zawodowej, byłoby wam łatwiej. W każdym razie załapać się na nadterminowego.
– Melduję, że mogę na to odpowiedzieć tylko na osobności, panie plutonowy! – Zaskoczenie na twarzy plutonowego było zbyt wyrażne, aby Jastroń nie posunął się dalej. – Używając dosłownych i raczej dosadnych słów mego brata, mógłbym urazić uczucia religijne i obyczajowe wszystkich tu obecnych, a tego chciałbym uniknąć.
– Oj, doigrasz się szeregowy, doigrasz. Chcesz powiedzieć, że my – tu wskazał na siebie i wyraźnie zainteresowanych kaprali – mamy mniejszy zasób słów niż jakiś niedopieszczony plutonowy z Jarosławia?! Szybko się przekonasz, że twój brat to przy nas mały pikuś. Co powiedział?
– Panie plutonowy, na pana odpowiedzialność…
Plutonowy wstrzymał go ruchem dłoni.
– Powiedzcie to tak, aby nie urazić uszu twoich kolegów. Szeregowy, mówcie bez wulgarności!
– Tak jest, panie plutonowy! – Jastroń wstrzymał oddech, aby zyskać chwilę czasu na ułożenie odpowiedzi i wypalił, wypinając pierś. – Powiedział, że w jego jednostce wystarczy jeden pierdolnięty Jastroń, a obecności dwóch takich debili, to nawet jego walnięty dowódca jednostki nie wytrzyma. A jak się pojawię u nich w jednostce, to zrobi wszystko, abym odszedł do cywila szybciej, niż zgłosiłem się na ochotnika, bo dzisiejsze wojsko to syf, kiła i rezerwat starych grzybów.
Chciał mówić dalej, ale posłusznie przerwał na znak plutonowego.
– Twój brat, szeregowy, w odróżnieniu od was, to bardzo mądry człowiek – stwierdził spokojnie plutonowy, z uznaniem kręcąc głową. – Mimo, a może właśnie dlatego, że jest plutonowym i wie, o co chodzi w wojsku. – Wskazał dłonią na pobliski plac manewrowy. – Widzicie ten plac?
– Tak jest, panie plutonowy… Jedno okrążenie wokół? – spytał domyślnie szeregowy.
– Jedno? – zdziwił się plutonowy z uśmiechem. – Jastroń, lepiej was oceniam.
– Dwa? – spytał Jastroń z nadzieją w głosie.
– To tylko jeden kilometr, więc co najmniej pięć – jedno spojrzenie wystarczyło, aby zauważył, że nikt z poborowych nie stoi na baczność. – Nie pamiętam, abym podał komendę „Spocznij!” – zaznaczył, spoglądając na nich surowo. – Żołnierz nic nie robi bez rozkazu, więc aby ta reguła weszła wam w krew i żeby waszemu koledze nie było nudno, pozostali będą mu towarzyszyć przez cztery okrążenia. Ostatnie pobiegnie na czas, sprawdzimy jaki jest dobry.
Dokładnie w tej samej chwili odezwała się komórka w jego kieszeni. Nie krępując się, wyciągnął ją z kieszeni, zerknął kto dzwoni, ciężko westchnął i schował go z powrotem.
– Idę do szefa. Dawniej to przysłaliby dyżurnego, a teraz wysyłają SMS-a na prywatną komórkę. Nic dziwnego, że wojsko się nudzi i głupoty im chodzą po głowie – nie krył goryczy w swoim głosie. – No, panowie poborowi, pora na zaprawę. Jedno okrążenie tak jak stoicie, a następne w stroju do zaprawy. Czy ktoś wie, jak wygląda strój do zaprawy? – zapytał retorycznie, nie spodziewając się odpowiedzi. – Szeregowy Jastroń, skoro jesteś taki mądry, może nas oświecisz?
– Tak jest, panie plutonowy. Trampki – moro, góra – skóra, dół – BeGieEsy!
– Co? – zdziwił się, słysząc poprawną odpowiedź. – Co to było ostatnie?
– Bojowe Gacie Sportowe.
Poborowi zaśmieli się cicho, jakby nie byli pewni, czy mogą, i poganiani przez kaprali ruszyli wykonać swoje pierwsze zadanie w wojsku.