Jak powszechnie wiadomo, Adolf Hitler nigdy nie najechał Wysp Brytyjskich. Choć jego generałowie robili co w ich mocy, by zrealizować marzenie Wodza, Luftwaffe nie wywalczyła panowania w powietrzu, a bez tego inwazja była niemożliwa. Sam Führer znalazł zresztą szybko nowe ciekawe zajęcie – inwazję na ZSRR. Przez jedną noc wydawało się jednak, iż Niemcy przekraczają już Kanał. Dopiero rankiem niewyspani Brytyjczycy przekonali się, że w nocy do akcji przystąpił nie wróg, ale plotka.

Preludium

W normalnie funkcjonującym kraju, dysponującym niezakłóconymi, sprawnymi technicznie kanałami łączności, powstanie plotki o wymiarze ogólnokrajowym jest dość trudne. Wielka Brytania w połowie 1940 roku była jednak daleka od stanu, który można by określić jako „normalny”. Przede wszystkim przedwojenna sieć telefoniczna była stanowczo za rzadka jak na nowe, wojenne potrzeby. W latach czterdziestych mało które brytyjskie domostwo posiadało telefon. Najczęściej najbliższy aparat znajdował się na poczcie lub na posterunku policji lub ARP, jednak w dwóch ostatnich wypadkach były to aparaty służbowe. Samo połączenie uzyskiwano rzecz jasna za pośrednictwem centrali obsługiwanej przez telefonistę bądź telefonistkę1. Człowiek żyjący w dzisiejszych czasach, oferujących multum środków łączności przewodowej i bezprzewodowej, nie zawsze jest w stanie zrozumieć, że w niewielkich miejscowościach mógł istnieć tylko jeden telefon. Wzrosła również liczba osób, które uważały, że „po prostu muszą zadzwonić”. Przyczyną takiego stanu rzeczy było namnożenie się organizacji społecznych, obrony cywilnej i paramilitarnych, mających w ten czy inny sposób zwiększać potencjał obronny kraju. Problem w tym, że każda z nich musiała korzystać z cywilnej łączności telefonicznej, co potencjalnie mogło doprowadzić do kryzysu na szeroką skalę. Skąpa i poprzerywana sieć telefoniczna to jedna z kostek domina, ułożonych w pięknym szeregu czekającym tylko na przewrócenie.

 Alarm Cromwell – opowieść o sile plotki w czasie wojny – Jeden z pługów, za pomocą których w razie inwazji Brytyjczycy mieli niszczyć pasy startowe i linie kolejowe.

Jeden z pługów, za pomocą których w razie inwazji Brytyjczycy mieli niszczyć pasy startowe i linie kolejowe.

Kolejną była stojąca na „glinianych nogach”, obarczona setkami problemów i definitywnie nieradząca sobie z żadnym z nich Home Guard. Utworzona 14 maja 1940 roku jako Local Defence Volunteers, 22 lipca została przemianowana na Home Guard właśnie. W przyszłości gwardziści mieli stać się podporą obrony Wielkiej Brytanii, ale na przełomie lipca i sierpnia 1940 roku toczyli własny bój z papierkami. Armia, nie rozumiejąc do końca, czym jest „batalion” HG, w desperackiej próbie ogarnięcia sytuacji założyła, że będzie traktować je jak bataliony sił regularnych. Rezultaty były bardziej niż opłakane.

Wraz z rozpoczęciem profesjonalnych szkoleń, na ręce dowódców kompanii HG spływały wartkim potokiem pisma dotyczące zmiany umundurowania, wyposażenia, żądania przedstawienia list i schematów, danych osobowych oraz wiele innych „pilnych” pism. Krótko rzecz biorąc, wojskowa biurokracja nagle i niespodziewanie wkroczyła w życie gwardzistów, często nie posiadających nawet kwatery, nie mówiąc już o biurku, na które wspomniane papierki można by rzucić. Gwardziści reagowali najczęściej na dwa sposoby. Ci, którzy mieli za sobą wojskową przeszłość, często wkraczali w ciągnące się tygodniami biurokratyczne spory co do zasadności rozporządzeń, powiększając stosy deficytowego papieru. Inni nie mieli najczęściej pojęcia, co robić z regulaminami dotyczącymi broni i wyposażenia, które przybywały w bardzo skąpych ilościach. Chaos zaczął kilkumiesięczne rządy w szeregach Home Guard, ustawiając tym samym kolejną kostkę w szeregu.

Oba elementy być może nie grałyby tak wielkiej roli, gdyby nie powszechna atmosfera strachu. Brytyjczycy byli święcie przekonani, że lada moment spadną na nich spadochroniarze, poprzebierani za zakonnice, nauczycieli, policjantów2. Wszędzie widzieli rękę nieuchwytnego szpiega, donosiciela i sabotażysty. Niektórzy stali się tak przeczuleni, że nawet w porozrzucanych śmieciach czy ustawieniu pojazdów na parkingu dopatrywali się znaków pozostawionych przez agentów. Były to ciężkie czasy dla par lubiących oddawać się przyjemnościom na łonie natury i dla jeży, notorycznie mylonych z dobrze zamaskowanymi hełmami. Wojna nie ominęła nawet nitek powszechnie spotykanych w okresie „babiego lata”. Trudno w to uwierzyć, ale niektórzy brali je za niemiecką tajną broń chemiczną3. Cóż, jeśli jest się wygonionym na patrol po polach mieszczuchem, po paru godzinach mewa może przypominać nieprzyjacielski transportowiec.

Cromwell

Kiedy brytyjscy sztabowcy pochylali się nad mapami wieczorem 7 września, sytuacja przedstawiała się bardzo niewesoło. Londyn stał w ogniu po najsilniejszym do tej pory bombardowaniu skierowanym na brytyjskie miasto. Straż pożarna walczyła resztami wątłych sił, choć tak właściwie przegrała bitwę. Niektóre rejony doków otoczono posterunkami i czekano, by ogień sam wygasł. Nerwy wszystkich były napięte do ostateczności. Niemcy zmienili taktykę, a nikt nie wiedział, co może się za tym kryć. Sytuację pogarszały (choć trudno uwierzyć, by takie coś było jeszcze możliwe) raporty wywiadu i meteo. Pierwsi donosili o koncentracji barek we francuskich portach i odwołaniu urlopów na dzień 8 września, drudzy meldowali o istnieniu szczególnie korzystnych warunków do lądowania w Wielkiej Brytanii w dniach 8–10 września. Wróg szykował się do skoku, a stolica stała w ogniu. W tej sytuacji, generałowie postanowili ogłosić alarm we wszystkich jednostkach należących do tzw. Home Forces, czyli całości sił zbrojnych stacjonujących w kraju.

 alarm cromwell

Komory minerskie wbudowane w podstawę jednej ze śluz na kanale Bridgwater-Taunton.

Do wszystkich jednostek wysłano o 20:07 hasło „Cromwell”. Olbrzymią maszynerię wprawiono w ruch4. Dywizje wojsk regularnych, eskortowane przez policję, pędziły na złamanie karku, by zająć przewidziane pozycje5. Do akcji przygotowano nawet pociągi pancerne, uzbrojone w działa zdjęte z przerobionych już na żyletki czołgów Mark IV, weteranów I wojny światowej6. Wojsko zajmowało pozycje, czekając na inwazję. Home Guard, jak zawsze działając nieszablonowo, przystąpiła jednak od razu do odpierania desantu!

Wszystkiemu winien był wspomniany bałagan. Samo hasło wzywało jedynie do zajęcia pozycji zaplanowanych na okoliczność inwazji. Wszyscy mieli zająć miejsce w oczekiwaniu na Niemców tak, by nie dać się zaskoczyć. Jednak, jak mówi powiedzenie, diabeł tkwi w szczegółach. Z jednej strony kabla telefonicznego najczęściej znajdowali się służbiści, przyzwyczajeni do wojskowego stylu życia i wykonywania poleceń. Ich rozmówcami byli zestresowani gwardziści, otoczeni mnóstwem niezrozumiałych słów i rozpaczliwie starający się odnaleźć w nowym, paramilitarnym życiu. Zapewne wielu było zmęczonych tygodniami wypełnionymi po brzegi pracą i dyżurami. Może któregoś dźwięk telefonu wyrwał z łóżka lub oderwał od ulubionej książki.

Rozmówca rzucał w słuchawkę jedno słowo: „Cromwell”. Ni mniej, ni więcej. Nie wszyscy od razu je zrozumieli, o ile, rzecz jasna, widzieli wcześniej na oczy rozkaz wyjaśniający jego znaczenie. Część telefonistów musiała dobiec do domów dowódców lub sal szkoleniowych, by przekazać owo tajemnicze słowo. Czy można się wobec tego dziwić, że część z nich źle zrozumiała podane im bez jakichkolwiek wyjaśnień hasło?

Nabrzeżny schron mieszczący kiedyś reflektor mający za zadanie oświetlać cele dla baterii nadbrzeżnych.

Nabrzeżny schron mieszczący kiedyś reflektor mający za zadanie oświetlać cele dla baterii nadbrzeżnych.

Home Guard ruszyła by, w przekonaniu wielu jej członków, spełnić obowiązek obrońców ojczyzny. Na drogach pojawiały się zapory, a do rąk gwardzistów trafiła broń i ostra amunicja. Pewien wikary zobaczył nawet płynącą do brzegów flotyllę jednostek desantowych i uderzył w dzwony kościoła. Tak samo zresztą postępowano na wieść o „lądowaniach” spadochroniarzy. Dzwony w całej Wielkiej Brytanii zamilkły na czas wojny, a miano uruchomić je dopiero na wieść o inwazji w celu ogłoszenia powszechnego alarmu.

Powstała dziwna i niebezpieczna sytuacja. Wojsko ogłosiło alarm i nakazało przygotowanie się do odparcia inwazji, a zaraz po tym Home Guard ogłosiła, że inwazja się rozpoczęła. Na liniach telefonicznych krzyżowały się rozkazy nakazujące przystąpienie do działań i mające je powstrzymać. Dowództwo 3. Korpusu uwierzyło meldunkom HG (w końcu to gwardziści mieli pełnić funkcję sieci alarmowej) i samo utwierdzało zarówno dzwoniących do nich gwardzistów z innych rejonów, jak i wojskowych w przeświadczeniu, że inwazja się rozpoczęła, a informacje o lądowaniach są pewne7. W najgorszej chyba sytuacji byli ci, którzy usiłowali się czegoś dowiedzieć, bo otrzymywali sprzeczne meldunki ze wszystkich stron.

Wskutek panującego w południowej Anglii zamieszania… wysadzono kilka mostów8. Zdarzyły się również wypadki otwarcia ognia do własnych żołnierzy9. Tej nocy nikt nie był bezpieczny, niezależnie od funkcji czy wieku, każdego mogli wziąć za dywersanta lub część nieprzyjacielskiego patrolu. Swoją porcję kul dostały także zwierzęta, w tym pasące się krowy. Głównym przeciwnikiem gwardzistów obsadzających zapory stali się strażacy i policjanci pędzący na pomoc płonącemu Londynowi10. Home Guard solidnie zapracowała tej nocy na miano jedynej armii w historii, która zabiła więcej własnych obywateli niż nieprzyjaciół.

Poranek

Świt 8 września zastał brytyjskie siły zbrojne w pełnej gotowości bojowej. Stopniowo odtwarzano kolejność wydarzeń i szacowano straty. Niektórym jednostkom nakazano powrót do miejsc stacjonowania, inne trwały w pogotowiu. Niektórzy byli przekonani, że chodziło o zwykłe ćwiczenia, inni dowiedzieli się o przyczynach nocnej akcji dopiero po wojnie11. Choć sporządzenie raportów musiało trochę potrwać, szybko zrozumiano, że tej nocy na brytyjskiej ziemi nie wylądował ani jeden Niemiec, nie licząc załóg zestrzelonych samolotów.

Promy i barki zgromadzone w Wilhelmshaven przed planowaną operacją "Lew Morski".

Promy i barki zgromadzone w Wilhelmshaven przed planowaną operacją „Lew Morski”.

Część gwardzistów poczuła się najzwyczajniej w świecie zawiedziona12. Dla wszystkich była to jednak wielka i bardzo bolesna nauczka o sile plotek rozprzestrzenianych wśród niewyszkolonych ludzi dysponujących bronią. Na skutek wydarzeń z nowy z 7 na 8 września 1940 roku rząd brytyjski rozpoczął program schładzania nastrojów społecznych, walcząc niejako ze swoimi działaniami propagandowymi podejmowanymi zaraz po rozpoczęciu wojny i w okresie bitwy o Francję. Wojskowi instruktorzy musieli za to wziąć się za włożenie do rozpalonych głów gwardzistów odpowiedniej dawki wiedzy wojskowej, zaczynając często od podstaw. To na ich barki spadła wątpliwa przyjemność usiłowania wytłumaczenia niektórym „strzelcom”, że kilku spadochroniarzy to jeszcze nie desant, a niektórzy z nich mogą mówić w innym języku niż angielski a mimo to być po ich stronie. Wzięto się także za poprawę łączności pomiędzy garnizonami i jednostkami w polu a batalionami HG.

Podsumowanie

Alarm Cromwell nie był jedynym fałszywym alarmem inwazyjnym ogłoszonym w Wielkiej Brytanii w 1940 roku, jednak miał największy zasięg. Przez kilkanaście strasznych godzin część społeczeństwa uwierzyła, że oto nadchodzi ich najstraszniejszy wróg – armie Adolfa Hitlera. Był to jednak na szczęście duch, narodzony z niewyspania, strachu i łącznościowego chaosu. Na szczęście krew ofiar tej nocy nie poszła na marne, stając się źródłem przyszłej siły HG i jej olbrzymiego wkładu w wysiłek Wielkiej Brytanii w tej wojnie.

Przypisy

1. B.D. Osborne, The People’s Army. Home Guard in Scotland 1940–1944, Edinburgh 2009, s. 75.

2. A.J. Ruddy, To the last round. The Leicestershire and Rutland Home Guard 1940–1945, Derby 2007, s. 22.

3. P. Fleming, Invasion 1940. An account of the German preparations and the British counter-measures, London 1957, s. 103.

4. P. Bishop, Bitwa o Anglię. 10 lipca 1940–31 października 1940, Ożarów Mazowiecki 2010, s. 310.

5. http://www.bbc.co.uk/ww2peopleswar/stories/70/a4543670.shtml

6. G. Balfour. The armoured train. It’s development and usage, London 1981, s. 96.

7. S.P. MacKenzie, The Home Guard. The real story of “Dad’s Army”, New York 1996, s. 62.

8. A. Calder, The People’s War. Britain 1939 – 1945, London 2008, s. 156.

9. S.P. MacKenzie, op.cit., s. 62.

10. N. Longmate, The real Dad’s Army. The story of the Home Guard, London 1974, s.44–45.

11. http://www.bbc.co.uk/ww2peopleswar/stories/84/a1124984.shtml http://www.bbc.co.uk/ww2peopleswar/stories/25/a8259825.shtml

12. D. Carroll, Dad’s Army. The Home Guard 1940 – 1944, Gloucestershire 2009, s. 41.

Bibliografia:

Opracowania:
Balfour G.. The armoured train. It’s development and usage, London 1981.
Bishop P., Bitwa o Anglię. 10 lipca 1940 – 31 października 1940, Ożarów Mazowiecki 2010.
Calder A., The People’s War. Britain 1939 – 1945, London 2008.
Carroll D., Dad’s Army. The Home Guard 1940 – 1944, Gloucestershire 2009.
Fleming P., Invasion 1940. An account of the German preparations and the British counter-measures, London 1957.
Longmate N., The real Dad’s Army. The story of the Home Guard, London 1974.
MacKenzie S.P., The Home Guard. The real story of “Dad’s Army”, New York 1996.
Osborne B.D., The People’s Army. Home Guard in Scotland 1940 – 1944, Edinburgh 2009.
Ruddy A.J., To the last round. The Leicestershire and Rutland Home Guard 1940 – 1945, Derby 2007.

Strony internetowe:
http://www.bbc.co.uk/ww2peopleswar/stories/70/a4543670.shtml
http://www.bbc.co.uk/ww2peopleswar/stories/84/a1124984.shtml
http://www.bbc.co.uk/ww2peopleswar/stories/25/a8259825.shtml