Pierwszy w ogóle nalot RAF-u na stolicę Niemiec odbył się jeszcze w trakcie bitwy o Wielką Brytanię, 25 sierpnia 1940 roku. Wyprawa bombowa, która udała się nad Berlin, była jednak niewielka – dziewięćdziesiąt pięć maszyn, głównie Hampdeny i Wellingtony – i równie niewielkie były spowodowane przez nią zniszczenia. W ówczesnych warunkach i przy ówcześnie istniejącej technice trudno było liczyć na dużo więcej. Nocą z 23 na 24 sierpnia 1943 roku trzecie największe miasto świata po raz pierwszy odczuło furię nowoczesnego, dużo potężniejszego RAF-u. Zgodnie z obietnicą Arthura „Bombowca” Harrisa hitlerowskie Niemcy zaczęły zbierać burzę, która miała uniemożliwić im kontynuowanie wojny. Trzy lata po bitwie o Wielką Brytanię zaczęła się wielomiesięczna lotnicza bitwa o Berlin.

Cel: zwycięstwo

Harris w swojej słynnej (czy może raczej: osławionej?) depeszy do Winstona Churchilla deklarował, że za cenę pół tysiąca bombowców kupi ostateczną klęskę Niemiec w wojnie. Z perspektywy czasu wiemy, że obiecywał gruszki na wierzbie, lecz latem 1943 roku wolno było mieć nadzieję, że ziszczą się przedwojenne teorie o bombowcach samodzielnie wygrywających wojnę.

Jeszcze niedawno naloty na miasta wykonywano bombowcami dwusilnikowymi, takimi jak Vickers Wellington czy Heinkel He 111. Były one nieprzystosowane do tego typu zadań, trudno więc się dziwić, że nie radziły sobie z ich wypełnianiem. Ciężkie bombowce czterosilnikowe, takie jak B-17 Flying Fortress, Avro Lancaster czy Handley Page Halifax, stanowiły zupełnie inną klasę. Na przełomie lipca i sierpnia 1943 roku Dowództwo Lotnictwa Bombowego (Bomber Command) RAF-u i Ósma Armia Powietrzna USAAF-u dowiodły tego, dokonując serii najbardziej niszczycielskich bombardowań w dotychczasowej historii lotnictwa, wymierzonych w Hamburg (operacja „Gomorrah”).

Harris chciał powtórzyć ten sukces na jeszcze większą skalę w Berlinie. W 1941 roku RAF atakował miasto kilka razy, ale w roku następnym – ani razu. 2 marca 1943 roku nad Berlin nadleciało 251 bombowców, które zrzuciły 610 ton bomb i zabiły 711 osób na ziemi. 28 marca stolicę zaatakowało 329 samolotów, a 30 marca – 213. Od tego czasu berlińczycy żyli we względnym spokoju. Seria nalotów w okresie od jesieni 1943 do wiosny 1944 roku miała wyłączyć stolicę Niemiec – ośrodek przemysłowy i ośrodek władzy – z wojny i zmusić Hitlera do kapitulacji.

Arthur Travers Harris

Arthur Travers Harris

Wybór tego właśnie okresu podyktowany był długością pór dnia: dłuższe jesienne i zimowe noce pozwalały bombowcom odbyć daleką podróż do Berlina i z powrotem pod osłoną ciemności. „Drobny” problem tkwił w tym, że wedle szacunków samego Harrisa do unieszkodliwienia Berlina potrzeba było 40 tysięcy ton bomb. Liczba ta stanowiła pięciokrotność łącznego wagomiaru bomb zrzuconych na Hamburg. Do samodzielnego osiągnięcia takiego rezultatu Dowództwo Lotnictwa Bombowego musiałoby zorganizować ponad dwadzieścia nalotów na Berlin wszystkimi dostępnymi siłami.

Z czego składały się owe siły? Już wówczas najlepszym brytyjskim samolotem bombowym był Avro Lancaster, ale wciąż ponad połowa eskadr bombowców ciężkich skupionych w pięciu grupach Bomber Command (1. oraz od 3. do 6.) latała na starszych Stirlingach i Halifaksach. Te ostatnie były nie tylko starsze – były też wolniejsze, miały niższy pułap praktyczny (co oznaczało większą podatność na ogień artylerii przeciwlotniczej i większe prawdopodobieństwo spotkania z myśliwcami) i zabierały mniej bomb. Oprócz tego Dowództwu Lotnictwa Bombowego podlegała 8. Grupa – Pathfinderów, czyli tropicieli. Jej zadaniem było wskazywanie siłom głównym celów skrytych w mroku nocy.

Klamka zapadła

Generał Harris od dawna zwlekał z podjęciem decyzji o zbombardowaniu Berlina. Musiał zwlekać – warunki pogodowe i oświetleniowe uniemożliwiały wysłanie wyprawy bombowej nad Berlin. Ale teraz – 23 sierpnia – wreszcie nadeszła długa, bezksiężycowa noc. Wątpliwości budziła już tylko pogoda. Służba meteorologiczna zapewniła, że w Anglii warunki będą odpowiednie, ale czy nad Berlinem również? Bombowce nie potrzebowały idealnej pogody w rejonie celu, ale zbyt gęste chmury utrudniłyby jego oznaczenie. Trzeba by wówczas użyć znaczników na spadochronach, czyli metody podatnej na działanie wiatru, a tym samym nieprecyzyjnej. Minionej nocy Lancastery i Halifaksy zbombardowały Leverkusen. Nalot okazał się mało udany, a głównym winowajcą było właśnie zachmurzenie.

23 sierpnia o 16.00 w RAF Oakington wylądował de Havilland Mosquito należący do 1409. Klucza (Meteorologicznego). Wykonywał on lot na rozpoznanie pogody w rejonie Kassel. Prognoza była pomyślna: rzadkie, rozproszone chmury. Decyzja zapadła w ciągu dwudziestu minut. Dalekopisy w grupach bombowych zaczęły wypluwać rozkazy wprawiające w ruch opracowane wcześniej plany uderzenia na Berlin. Wyprawa bombowa miała zebrać się nad Morzem Północnym, pięćdziesiąt mil od brzegu, wlecieć w niemiecką przestrzeń powietrzną znad Holandii, przelecieć między Bremą a Hanowerem i minąć Berlin od południa; dopiero na południowy wschód od miasta miała zawrócić i od tej strony wlecieć nad cel, a następnie skierować się nad Danię i tam skręcić na zachód, nad Morze Północne. RAF jeszcze nie praktykował wysyłania mniejszych wypraw bombowych w celu zdezorientowania obrony powietrznej wroga, ale taktyka ta powoli się rodziła: tym razem kilkadziesiąt przestarzałych Wellingtonów miało zrzucić miny przy bazach U-Bootów we Francji i ulotki na francuskie miasta.

Mosquito PR Mk.XIX z 1409. Klucza (Meteorologicznego); zdjęcie z listopada 1944 roku (fot. CH 14467 – Imperial War Museums)

Mosquito PR Mk.XIX z 1409. Klucza (Meteorologicznego); zdjęcie z listopada 1944 roku
(fot. CH 14467 – Imperial War Museums)

Do uderzenia wyznaczono 710 samolotów: 335 Lancasterów, 251 Halifaksów i 124 Stirlingi, do których załadowano 1812 ton bomb1. Do tego dochodziło dziewięć Mosquitów. W ciągu trzech godzin pierwsze samoloty miały się wznieść w powietrze. Bomby miały zacząć spadać na Berlin o godzinie 23.45 czasu londyńskiego. Dwie minuty wcześniej Pathfinderzy mieli zrzucić czerwone markery na centrum miasta.

Po raz drugi RAF zdecydował się na zastosowanie tak zwanego głównego bombardującego (Master Bomber). Debiut tej funkcji, trzeba dodać, że wyjątkowo udany, wypadł sześć dni wcześniej podczas uderzenia na Peenemünde. Master Bomber był bombardierem na pokładzie zwykłego Lancastera, który miał zjawić się nad celem tuż po Pathfinderach zrzucających markery. Następnie jego zadaniem było krążyć nad celem i przekazywać rozkazy korygujące celność bombardowania. Pierwszym Master Bomberem został J.H. Searby, tym razem zaś funkcję tę miał pełnić podpułkownik J.E. Fauquier z 405. Eskadry2; jego nawigatorem był major P.G. Powell.

W drogę

Dzięki dobrej pogodzie udało się uniknąć wypadków – zwłaszcza zderzeń w powietrzu – w fazie startu. W 103. Eskadrze w RAF Elsham Wolds zdarzył się wszakże wypadek jeszcze przed startem. Podczas próby rozruchu silników jedna maszyna uruchomiła je przy otwartej komorze bombowej. Był to karygodny błąd. Z samolotu wypadł ładunek bomb zapalających i burzących. Te pierwsze zapłonęły i niedługo potem zaczęły eksplodować także bomby burzące. Załoga zniszczonego w ten sposób bombowca winowajcy uszła z życiem, ale odłamek zabił sierżanta Harry’ego Wheelera, radiooperatora innego, stojącego w pobliżu Lancastera. Wheeler stał się pierwszą ofiarą bitwy o Berlin.

Kolejni lotnicy zginęli w drodze do punktu zbiorczego. Nie ma co do tego stuprocentowej pewności, ale najpewniej Halifaks ze 102. Eskadry eksplodował w powietrzu nad Morzem Północnym, a dwa Lancastery 1. Grupy zderzyły się – również nad morzem. Wyprawę przetrzebiły także różnorakie usterki techniczne. W sumie pomiędzy wybrzeżem Anglii a granicą Niemiec zawróciło ponad siedemdziesiąt bombowców. Martin Middlebrook sugeruje, że tak duży odsetek anulowanych lotów – dużo wyższy niż zazwyczaj – wynikał z obaw, które obrona powietrzna Berlina budziła w załogach Bomber Command.

Berlin był z pewnością najlepiej bronionym miastem w Niemczech. Tamtejsze pole artylerii przeciwlotniczej miało średnicę czterdziestu mil! Jego najpotężniejszymi punktami były trzy Flaktürme – wieże dysponujące działami przeciwlotniczymi kalibru 128 milimetrów (12,8-cm-Flak 40), stanowiące jedno z największych osiągnięć niemieckiego budownictwa wojennego. W omawianym tu okresie istniały już wszystkie trzy, które postawiono w Berlinie: w Tiergarten, Volkspark Friedrichshain i Volkspark Humboldthain. Niektórzy żołnierze w obsadach berlińskich Flaktürme pochodzili z obrony przeciwlotniczej Hamburga i mieli z Brytyjczykami rachunki do wyrównania. Równie wielkie zagrożenie stwarzały nocne pułki myśliwskie.

Działo przeciwlotnicze kalibru 128 milimetrów we Flakturm (fot. Bundesarchiv, Bild 101I-656-6103-09 / Morocutti / CC-BY-SA 3.0)

Działo przeciwlotnicze kalibru 128 milimetrów we Flakturm
(fot. Bundesarchiv, Bild 101I-656-6103-09 / Morocutti / CC-BY-SA 3.0)

Niemiecka obrona powietrzna zabrała się za bombowce już nad Holandią, ale straty były minimalne: jeden Halifax strącony przez samolot myśliwski opodal Groningen i jeden Lancaster prawdopodobnie trafiony przez artylerię przeciwlotniczą. Kolejne dziewięć bombowców padło ofiarą pojedynczych myśliwców już nad Niemcami.

Niemcy czekali z wprowadzeniem do akcji dużych sił myśliwskich do czasu, aż będą mieć pewność, dokąd się kieruje wyprawa bombowa. W praktyce pewność taką można było uzyskać dopiero w chwili, kiedy bomby zaczną spadać na cel, ale oczywiście decyzja w ośrodku dowodzenia obrony powietrznej musiała zapaść wcześniej. Podjęto ją wyjątkowo wcześnie – o 23.04 czasu londyńskiego. Nad Berlin skierowano co najmniej 150 myśliwców nocnych, a około osiemdziesięciu zadysponowano do patrolowania w strefach, przez które bombowce prawdopodobnie będą wracały do Anglii. Po niebie nad stolicą wkrótce zaczęły się przesuwać oślepiająco jasne strugi światła z reflektorów przeciwlotniczych.

Tymczasem Pathfinderzy zrzucający markery na Berlin według echa odbieranego przez radary H2S mieli trudności ze znalezieniem punktu celowania. Ogrom niemieckiej stolicy okazał się przeszkodą nie do przezwyciężenia, a teoretycznie charakterystyczne granice miasta okazały się wcale nie tak charakterystyczne, gdy oglądało się je na ekranie radaru.

Trzeba też podkreślić, że wyprawa bombowa – wbrew planom – nie minęła Berlina od południa. Gdy tylko rozbłysły czerwone markery, bombowce zaczęły skręcać w lewo, na północ, tak aby jak najszybciej dotrzeć nad cel, spuścić bomby i wydostać się ze strefy śmierci. Co więcej, bombardierzy zrzucali bomby na pierwsze z brzegu markery, zamiast skupić się na obszarze wewnątrz wyznaczonego przez nie pola. Zarazem jednak rozległość Berlina sprawiła, że błąd w oznaczaniu celu i błąd w celowaniu nie zakończył się zrzuceniem bomb w szczerym polu.

Zobacz też: Jeden za wszystkich. Jak Henry Red Erwin uratował B-29

Nad Berlinem

Wkrótce nad miastem rozgorzała bitwa. Major Hans-Joachim Herrmann, twórca pułku myśliwców nocnych JG 300 i taktyki Wilde Sau, leciał tej nocy na Bf 109 z lotniska Bonn/Hangelar. Wspominał on:

Zjawiłem się trochę później niż pozostali. Nie potrzebowałem poświaty z celu – tej nocy walka opierała się na reflektorach. Była pogodna, bezksiężycowa, a reflektory wykonywały dobrą robotę. Wziąłem się za jeden bombowiec, ale byłem zbyt szybki i wyprzedziłem go, nie oddawszy ani strzału. […] Do następnego zbliżyłem się wolniej, na stałej wysokości, od tyłu, ale zanim otworzyłem ogień, inny gość nurkujący sponad mnie zaatakował bombowiec i zapalił go. Nie wiem, jaki to był typ myśliwca, widziałem tylko smugacze. Zawróciłem z powrotem nad cel i bez problemu znalazłem trzeci bombowiec. Na ogół jeśli myśliwiec chciał zaatakować maszynę znajdującą się w świetle reflektorów, powinien wystrzelić flarę, żeby artyleria przeciwlotnicza wstrzymała ogień, ale my, ci od Wilde Sau, rzadko zawracaliśmy sobie tym głowę. Zwykle czekaliśmy, aż bombowiec wykona unik albo zanurkuje poza promień reflektora, i wtedy atakowaliśmy. Zestrzeliłem ten trzeci bombowiec3.

Hajo Herrmann (fot. Bundesarchiv, Bild 146-2005-0025 / CC-BY-SA 3.0)

„Hajo” Herrmann
(fot. Bundesarchiv, Bild 146-2005-0025 / CC-BY-SA 3.0)

Obmyślona przez „Haja” Herrmanna taktyka Wilde Sau stanowiła pierwszą próbę zapewnienia niemieckim miastom bezpośredniej ochrony myśliwskiej. Do tej pory miasta chroniła wyłącznie artyleria przeciwlotnicza. „Hajo” (wówczas sztabowiec, a wcześniej pilot bombowy) zakładał użycie do walki z bombowcami myśliwców jednosilnikowych, pozbawionych radaru, ale szybszych i zwrotniejszych niż ciężkie myśliwce nocne. Radar – skutecznie paraliżowany wówczas przez zrzut pasków aluminiowych systemu Window – miał być im niepotrzebny, do znajdowania bombowców na nocnym niebie miały wystarczyć reflektory przeciwlotnicze, łuna pożarów czy choćby płomienie buchające z palącego się silnika bombowca, którego pilot rozpaczliwie wprowadzał maszynę w nurkowanie, licząc na to, że w ten sposób zdusi pożar. W taki oto sposób jednostki klasycznych myśliwców nocnych miały zyskać – przy niewielkich nakładach ze strony przemysłu lotniczego – potężne wsparcie.

3 lipca 1943 roku debiut Wilde Sau zakończył się zgłoszeniem strącenia dwunastu bombowców nad Kolonią. Już 17 sierpnia nad Peenemünde myśliwce nocne, niemogące należycie wykorzystać radiolokatorów, walczyły w reżimie Wilde Sau ramię w ramię z jednosilnikowymi. Dla dotychczasowych nocnych asów była to niepożądana zmiana. Musieli porzucić samodzielne loty pod dyktando naziemnych stacji naprowadzania w bezpośrednim sąsiedztwie swoich baz na rzecz walki w tłumie, ponad polami artylerii przeciwlotniczej (standardowo wyznaczano poziom graniczny między strefą ostrzału a strefą działania myśliwców, ale jak to na wojnie – często działało prawo Murphy’ego i artyleria strzelała wyżej, a myśliwce schodziły niżej) i przeciwko maksymalnie czujnym na tym odcinku lotu strzelcom pokładowym RAF-u. Z drugiej strony była to okazja dla młodszych pilotów z jednostek nocnych, aby wykazać się talentem i inicjatywą, tłumionymi dotąd przez wybierających sobie najdogodniejsze cele starych asów. Tym zaś nie pozostawiono wyboru. Oznajmiono im, że straty wskutek friendly fire własnej obrony przeciwlotniczej są dopuszczalne, a unikanie walki nad polem artylerii pociągnie za sobą oskarżenie o tchórzostwo.

O podejściu weteranów do Wilde Sau opowiadał między innymi Hans-Georg Schierholz, operator radaru w doświadczonej (117 wcześniejszych lotów bojowych) załodze Rudolfa Franka z I./NJG 3 lecącej Junkersem Ju 88 z odległego o 400 kilometrów Wittmundhafen.

Nasza załoga była trochę niechętnie nastawiona do tej nowej metody. Nowa załoga, która jeszcze nie wyrobiła sobie trwałych nawyków, pewnie byłaby bardziej ochocza. Nie wiem, kto dostrzegł nasz pierwszy bombowiec, nie byłem to ja […]. Pilot albo mechanik pokładowy zauważył Stirlinga w dole, na tle światła nalotu. Byliśmy dokładnie nad Berlinem. […] Obniżyliśmy wysokość lotu i zaatakowaliśmy [Stirlinga] – nie naszą normalną metodą [od dołu i od tyłu], ale w locie nurkowym z góry, zupełnie jak myśliwiec dzienny. Po raz pierwszy atakowaliśmy w ten sposób. Załoga musiała nas zauważyć, ponieważ bombowiec próbował wykonać unik – ale za późno. Kiedy byliśmy już pewni, że zbiorniki paliwa porządnie się hajcują, zostawiliśmy go. Wiedzieliśmy, że spadnie, a nie chcieliśmy lecieć za nim pod ostrzał artylerii przeciwlotniczej.
Złapaliśmy drugiego – tym razem Halifaksa – na tej samej wysokości i zaatakowaliśmy od tyłu z prawej. […] Prawe skrzydło zapłonęło i spadł. Przeciwlotnicy zgłosili jego zestrzelenie. My mieliśmy jedynie trzy pary oczu w powietrzu, tymczasem na ziemi były ich setki i były gotowe zweryfikować [zestrzelenie], więc ministerstwo im je przyznało […]. W krótkim okresie widzieliśmy około dwudziestu bombowców, moglibyśmy zestrzelić całą eskadrę. Strzelaliśmy do trzech z nich, ale strzelcy z innych bombowców strzelali do nas, więc nie mogliśmy przypuścić ostrożnych ataków. […] Mieliśmy za mało paliwa na powrót do bazy, więc wylądowaliśmy na lotnisku Brandenburg. […] Nazajutrz rano rozmawialiśmy z innymi załogami o ich doświadczeniach. Było też mnóstwo pytań od starszych oficerów odnośnie do tej pierwszej nocy Wilde Sau. Moja załoga zgodnie uznała, że był to sukces, ale tak naprawdę działaliśmy samodzielnie i wciąż nie uśmiechało się nam wymieszanie z całą tą masą innych samolotów4.

Myśliwiec nocny Ju 88G-6. Samoloty tego typu dysponowały na ogół radarem FuG 220 Lichtenstein SN-2 i czterema działkami kalibru 20 milimetrów (fot. CH 15686 – Imperial War Museums)

Myśliwiec nocny Ju 88G-6. Samoloty tego typu dysponowały na ogół radarem FuG 220 Lichtenstein SN-2 i czterema działkami kalibru 20 milimetrów
(fot. CH 15686 – Imperial War Museums)

Mniej szczęścia miał Peter Spoden, pilot Messerschmitta Bf 110 z II./NJG 5 z Parchim.

Nigdy nie widziałem tylu samolotów naraz. Musiało ich być trzydzieści albo czterdzieści. Były tam myśliwce nocne, ale większość stanowiły bombowce czterosilnikowe. Większość leciała z południa na północ, ale smugacze latały we wszystkie strony. Były tam reflektory przeciwlotnicze, całe setki, i straciłem przez nie orientację. Dostrzegłem jednego Lancastera w stromym nurkowaniu, próbującego się wydostać z wiązki światła, i drugiego, który ostro zanurkował, a następnie poszedł w górę i dosłownie wykręcił pętlę – słowo daję. Dla takiego dzieciaka jak ja to było straszne i sądzę, że pewnie było równie straszne dla brytyjskich chłopaków. […] Dostrzegłem jeden bombowiec wprost przed sobą, uchwycony w stożku światła z reflektorów jakieś 400 metrów ode mnie. Nie wykonywał uników, może był w trakcie dolotu do celu. Miał dwa stateczniki pionowe. Oddałem kilka serii z około 200 metrów. […] Nie spadł od razu, to zwykle trwało parę minut, ale spadł. Nie widziałem żadnych spadochronów. […] Następny kontakt znowu był nad miastem. Strzeliłem kilka razy, ale nie widziałem żadnych skutków. Kręcił spiralę, ale bardzo mądrze, wykonywał nagłe zwroty, nie regularne, jak każe instrukcja, i to go uratowało. Strzeliłem parę razy, ale byłem zbyt niedoświadczony, a tej nocy – wyjątkowo podniecony ze względu na całe to światło i bałagan nad Berlinem. Uciekł w ciemność.
Następny był Short Stirling – daleko przede mną i z bardzo mądrym pilotem. Widoczność była tak dobra, że on również mnie dojrzał i skręcił w moją stronę, przez co musiałem otworzyć ogień od przodu. To była jedyna taka sytuacja w całej mojej karierze. Facet mnie do tego zmusił. Dał mi nie lada wycisk. Solidnie go trafiłem, ale kiedy zanurkował pode mnie, rąbnął mnie jego strzelec tylny. Usłyszałem trafienie w kadłub, za moimi plecami wybuchł mały pożar. Chciałem sprawdzić, co z załogą, ale nie było odpowiedzi – interkom nie działał. Kiedy żar był już nie do wytrzymania, krzyknąłem na całe gardło cztery czy pięć razy: „Wyskakujcie!” Odrzuciłem osłonę kabiny i sam skoczyłem. Nie było łatwo. Później dowiedziałem się, że dostałem kulę w lewe udo i że kość jest złamana. A kiedy już się wydostałem, uderzyłem o statecznik i przyparło mnie do niego brzuchem […]. Jakoś się uwolniłem, pociągnąłem za rączkę spadochronu i straciłem przytomność5.

Z trzyosobowej załogi Spodena zginął tylko mechanik pokładowy.

Tego typu historie zdarzały się jednak częściej po stronie brytyjskiej. Stirling z Chedburgh pilotowany przez George’a McDonalda został wzięty na cel przez Ju 88. Ostatnie chwile bombowca opisał nawigator, J.D. Sutton:

Nasz zwykły strzelec tylny zachorował na grypę. Lecieliśmy więc ze strzelcem tylnym prosto po szkoleniu. Po prostu nie miał szans z Ju 88. Zamurowało go. Poszedłem na tył i zobaczyłem, że zabił go pocisk z działka. Pilot powiedział: „Na miłość boską, wyskakujcie”. Bombardier skoczył, a kiedy skakałem ja, odpadło lewe skrzydło. Przeleciało obok mnie6.

Nalot na Berlin 23/24 sierpnia 1943. Początek lotniczej bitwy o Berlin | Konflikty.pl

Shorty Stirlingi nad Anglią. Były to największe z trzech typów brytyjskich bombowców czterosilnikowych – o 5,5 metra dłuższe niż Lancaster i prawie 5 ton cięższe
(fot. TR 37 – Imperial War Museums)

Poza tą dwójką przeżył jeszcze kanadyjski major A.P. Philipsen, który odbywał z załogą McDonalda lot zapoznawczy. Pozostałych pięciu członków załogi zginęło. Inne załogi miały trochę więcej szczęścia. Jedną z nich była załoga dwudziestojednoletniego Australijczyka Kevina Hornibrooka, pilotującego Halifaksa ze 158. Eskadry. O jej losie opowiada bombardier Alan Bryett:

Strzelec tylny krzyknął: „Zbliża się myśliwiec!” Potem już nie usłyszeliśmy ani słowa z jego ust. Niemal w tej samej chwili usłyszeliśmy serię z karabinów maszynowych bijącą od góry o środek kadłuba i zaczęliśmy się tam palić. Pilot wykonywał uniki. Poszedłem do centralnej części kadłuba, żeby sprawdzić, co da się poradzić na szybko rozprzestrzeniający się pożar. […] Strzelec wyszedł z wieżyczki. Był w okropnym stanie, trafiony w twarz, i się zataczał […]. Sądzę, że myśliwiec celował w dwóch strzelców i pierwszą serią trafił obu.
Znowu nas zaatakowano. Wróciłem do pilota. Mieliśmy włączony interkom. Krzyknął: „Nie wyskakiwać”. Ale interkom działał bardzo słabo, trzeszczał, sądzę, że niektórzy zrozumieli tylko końcówkę. Radiotelegrafista, nawigator i mechanik pokładowy wyskoczyli. I tak jeden strzelec był prawdopodobnie martwy, drugi prawdopodobnie umierał, a trzej ludzie wyskoczyli. Zostaliśmy tylko ja i Kevin. Próbował panować nad samolotem, ale pożar najpewniej przepalił linki sterujące. Samolot zaczął nurkować z okropnym wyciem. Kevin i ja zrozumieliśmy, że musimy się wydostać, ale przeciążenie sprawiło, że nie mogliśmy się dostać do włazu w nosie. […] Kevin zdołał dotrzeć do włazu ewakuacyjnego w nosie i go otworzył. Potem chwycił mnie, wepchnął do włazu i wypchnął nogami. Powiedział, że skacze za mną. Pociągnąłem za linkę. […] Kevin się nie wydostał. Byliśmy za nisko. […] Kiedy w 1951 roku urodził mi się syn, dałem mu na imię Kevin, żeby codziennie przypominał mi o Kevinie Hornibrooku, któremu zawdzięczam resztę życia7.

Formalnie przyjmuje się, że lotnicza bitwa o Berlin rozpoczęła się dopiero w listopadzie. Istotnie, wtedy przybrała na intensywności, ale to właśnie noc z 23 na 24 sierpnia 1943 roku stała się faktycznym początkiem kampanii wymierzonej w stolicę Trzeciej Rzeszy.

Bilans

W sumie na odcinku sześćdziesięciu pięciu mil w bezpośrednim sąsiedztwie Berlina spadło trzydzieści jeden bombowców. Większość z nich rozbiła się na północ od miasta, ponieważ jeśli trafiono je nad miastem, utrzymywały się w powietrzu jeszcze na tyle długo, aby wylecieć poza rogatki.

Aż dziesięć maszyn stracili Pathfinderzy. Wśród zestrzelonych lotników byli dowódcy baz Oakington (A.H. Willetts w Lancasterze JA678, wzięty do niewoli) i Graveley (B.V. Robinson w Halifaksie HR928, poległ)8. Straty wśród sił głównych po raz kolejny dowodziły wyższości Lancasterów nad pozostałymi dwoma typami bombowców ciężkich RAF-u. Z 249 Lancasterów, które dotarły w rejon celu, utracono tam dwa. Ze 182 Halifaksów – dziesięć. Ze 109 Stirlingów – także dziesięć (w tym jeden trafiony bombą zapalającą zrzuconą przez inny samolot). Niemal na pewno wszystkie zestrzelone maszyny padły ofiarą myśliwców.

Kolejne osiem bombowców uszkodzonych nad Berlinem rozbiło się w drodze powrotnej. Oznacza to, że myśliwce stosujące taktykę Wilde Sau zapisały sobie na konto trzydzieści osiem zwycięstw powietrznych. Dla jedenastu niemieckich pilotów były to pierwsze zestrzelenia w karierze, co pokazuje, że faktycznie nowa taktyka dała większe szanse wykazania się młodym lotnikom. Powiększył się jednak również dorobek starych asów: Werner Streib uzyskał sześćdziesiąte trzecie zwycięstwo, August Geiger – czterdzieste drugie. Ten duży sukces Luftwaffe okupiła stratą czterech Bf 110 (jeden prawdopodobnie trafiony przez artylerię przeciwlotniczą), jednego Fw 190 i siedmiu uszkodzonych myśliwców oraz trzech lotników zabitych i jednego rannego.

Nalot na Berlin 23/24 sierpnia 1943 roku

Werner Streib z NJG 1 zestrzelił Halifaksa pilotowanego przez Lauriego Laheya. Sam leciał za sterami eksperymentalnego jeszcze w tamtym okresie Heinkla He 219
(fot. Bundesarchiv, Bild 146-1972-004-32 / CC-BY-SA 3.0)

Walka trwała jeszcze po tym, jak wyprawa bombowa odleciała znad Berlina. W drodze nad Morze Północne niemiecki myśliwiec strącił jedną maszynę nad Kilonią, drugą zaś zestrzeliła artyleria przeciwlotnicza opodal Rostocku. Dwa Halifaksy wylądowały w neutralnej Szwecji (podobnie jak Bf 109, którego pilot wskutek awarii radia nie był w stanie znaleźć drogi do niemieckiej bazy). Kolejne sześć bombowców padło ofiarą myśliwców stacjonujących w pobliżu wybrzeża, a jeszcze kilka rozbiło się w Anglii. Szczególnego pecha miała para Halifaksów z 78. Eskadry, którym najpierw – ze względu na pogodę – nie zezwolono na lądowanie w Breighton, a następnie w Leconfield. Tam, przez błąd któregoś z pilotów, oba bombowce zderzyły się w powietrzu. Z obu załóg przeżył tylko jeden człowiek.

Ale być może jeszcze większego pecha, tyle że innego rodzaju, miała załoga Lancastera Cliffa Chattena z 97. Eskadry, strąconego przez niemiecki myśliwiec… nad Anglią. Nie wiadomo, jaki był to typ samolotu ani z której jednostki pochodził. Wysłano za nim aż pięć myśliwców nocnych (Beaufightery i Mosquity), ale bez skutku. W tym przypadku zginął tylko jeden człowiek: strzelec górny Lancastera.

RAF zrzucił na Berlin 1706 ton bomb, w tym 797 ton bomb zapalających. Ponad połowa maszyn zbombardowała rozproszoną zabudowę mieszkalną na południu miasta. Wbrew nadziejom Harrisa nie można było powiedzieć o żadnej części miasta, że została wyłączona z wojny. RAF-owi nie udało się również wywołać rozległych pożarów. Aż siedem dzielnic – Mitte, Tempelhof, Mariendorf, Marienfelde, Lankwitz i Lichterfelde – doznało poważnych uszkodzeń, ale wszystkie zaczęły stawać na nogi już po kilku dniach. Liczba 2611 zniszczonych lub wypalonych nieruchomości może wywierać wrażenie, ale trzeba pamiętać, że przeważającą większość w tej liczbie stanowiły mieszkania, a nie osobne budynki9. Nalot na Berlin nie przyniósł RAF-owi oczekiwanego tryumfu.

W tym kontekście zaskakuje duża liczba ofiar śmiertelnych na ziemi: 854 osoby, w tym 684 cywilów, 102 robotników przymusowych z innych krajów i dwóch jeńców wojennych.

Łączne straty RAF-u w całej operacji zamknęły się liczbą sześćdziesięciu dwóch utraconych bombowców (dwadzieścia Lancasterów, dwadzieścia pięć Halifaksów i siedemnaście Stirlingów). Jeszcze nigdy Brytyjczycy nie stracili tak wielu samolotów w jedną noc. 298 lotników zginęło, 117 dostało się do niewoli, dziewięciu internowano w Szwecji.

Zobacz też: Messerschmitty z Rafwaffe. Tajna broń Churchilla

Bibliografia

Martyn Chorlton, The RAF Pathfinders: Bomber Command’s Elite Squadrons. Countryside Books, 2012.
Norman Longmate, The Bombers: The RAF Offensive against Germany 1939–1945, Arrow Books, 1988.
Martin Middlebrook, The Berlin Raids: The Bomber Battle, Winter 1943–1944. Pen & Sword Aviation 2010.
Marek J. Murawski, Obrona Powietrzna III Rzeszy Cz. 3: Działania Nocne, Wrzesień 1939 – Czerwiec 1943. AJ-Press 1999.

Przypisy

1. Warto podkreślić różnicę w masie bomb przenoszonych w komorach bombowych poszczególnych samolotów. Lancastery zabrały po 3,95 tony na maszynę, tymczasem Halifaksy – po 1,52 tony, a Stirlingi – po 1,43 tony.
2. Nad Peenemünde Fauquier był zastępcą Searby’ego.
3. The Berlin Raids, s. 39
4. The Berlin Raids, s. 40–41
5. The Berlin Raids, s. 41–42
6. The Berlin Raids, s. 44
7. The Berlin Raids, s. 45–46
8. Była to dotkliwa strata dla RAF-u. Na tyle dotkliwa, że już nigdy później oficerowie zajmujący tak wysokie stanowiska nie mieli prawa udawać się na loty bojowe nad Niemcy.
9. Wśród ludzi pozbawionych dachu nad głową znalazł się Alfred Rosenberg, który stracił dom w Wilmersdorfie.

CH 21121 – Imperial War Museums.