Pełniący funkcję prezydenta Iranu w latach 2005–2013 Mahmud Ahmadineżad nie zapisał się w historii jako polityk, z którym łatwo się rozmawia. Sprawowanie urzędu przez konserwatystę przesycone było polityką konfrontacji z zagranicą i bezwzględności w tłumieniu oporu wewnętrznego. Już w październiku 2005 roku Ahmadineżad obwieścił światowym mediom, że Izrael należy wymazać z mapy świata. Do końca drugiej kadencji nie wyzbył się swoich przekonań i wielokrotnie powtarzał takie twierdzenia publicznie. Podczas sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ w Nowym Jorku we wrześniu 2011 roku wygłosił słynne przemówienie negujące Holokaust i zawierające hasła antysemickie, czym sprowokował amerykańskich i europejskich dyplomatów do opuszczenia sali. Oliwy do ognia dolał, mówiąc o ataku na World Trade Center jako o „pretekście do ataku na Afganistan i Iran”. Ahmadineżad z pewnością nie był dyplomatą, a jako ekscentryk nie potrafił sobie zjednywać ludzi. Pełniąc funkcję prezydenta Iranu, był jednak politykiem silnym, stawiającym twardo na swoim, często w ten sposób popadającym w konflikt z Najwyższym Przywódcą Iranu. Ustępując z urzędu, odchodził z jadem na ustach, powołując się na swojego Boga i twierdząc, że nadchodzi czas końca Izraela, dla którego nie ma miejsca w regionie.

Wszystkie części cyklu Andrzeja Pawłowskiego o irańskim programie jądrowym znaleźć można pod tym linkiem.

Nowa twarz

14 czerwca 2013 roku media i eksperci z zakresu stosunków międzynarodowych zastanawiali się, jaki będzie Iran przez następne cztery lata. W wyborach prezydenckich zwyciężył umiarkowany Hasan Rouhani, określany mianem „szejka dyplomacji”. Pseudonimu tego często używano nawet w oficjalnych amerykańskich dokumentach wywiadowczych.

Rouhani niezwłocznie po objęciu urzędu zasygnalizował potrzebę zmiany stanowiska w negocjacjach dotyczących programu nuklearnego. Jeśli to było jego zamiarem, to na pewno zaczął kadencję dość niezdarnie. W przeddzień objęcia funkcji prezydenta wygłosił przemówienie, w którym jedna wypowiedziana myśl niebezpiecznie zbliżała go do profilu Ahmadineżada. Mówił o „syjonistycznej ranie, która jest zadana muzułmańskiemu światu i musi być oczyszczona”. Nie spodobało się to opinii publicznej, Rouhani szybko zaś sprostował swoją wypowiedź, twierdząc że nie został poprawnie zrozumiany. Wyjaśnił, że chodziło okupację świętej dla muzułmanów ziemi Palestyny i Jerozolimy. Mizerny początek nie przeszkodził jednak w podejmowaniu szybkich działań, które miały na celu zmienić wizerunek Iranu na świecie.

W pierwszej konferencji prasowej prezydent-elekt oświadczył, że jego intencją jest złagodzenie napięć w stosunkach ze społecznością międzynarodową i zwiększenie przejrzystości irańskiego programu jądrowego. Iran pod rządami nowego prezydenta nie zamierzał z niego rezygnować, ale jedynie zmienić stanowisko na bardziej ugodowe. Jednocześnie w nowym prezydencie upatrywano uzdrowiciela irańskiej gospodarki, która charakteryzowała się wysoką inflacją i bezrobociem przekraczającym 13%. Środkiem do tego miało być zniesienie sankcji, które blokowały rozwój gospodarczy państwa.

W latach 2003–2005 Rouhani pełnił funkcję głównego negocjatora nuklearnego. Miało to być zwiastunem bardziej koncyliacyjnego podejścia do rozmów na temat wprowadzenia ograniczeń irańskiego programu nuklearnego. W przemówieniu inauguracyjnym oświadczył, że polityka zagraniczna Teheranu zmieni się, aby dźwignąć Iran z zapaści gospodarczej, ale nadal będzie opierać się na interesie narodowym. Pierwszym celem miało być wznowienie efektywnych negocjacji z grupą państw P5+1. Elementem zmiany w działaniach Iranu było utrzymanie toczonych od marca 2013 roku tajnych rozmów dwustronnych między amerykańskimi a irańskimi urzędnikami. W połowie czerwca otrzymały one nowy impuls. Celem było jak najszybsze podpisanie sprawiedliwego porozumienia z państwami P5+1. Amerykanie upatrywali w sekretnych negocjacjach szansy na wciągnięcie Iranu do walki z samozwańczym Państwem Islamskim po swojej stronie. Specjalistom z Foggy Bottom udało się to jedynie częściowo, Iran dał się bowiem namówić, ale z pewnością nie występuje w tym konflikcie po stronie koalicji państw zachodnich.

Wybór Rouhaniego na prezydenta ukazał, jak ważne miejsce w polityce międzynarodowej ma aspekt personalny. Traktowanie nowego świeckiego przywódcy zmieniło się diametralnie. Stał się szansą na ugodowe rozwiązanie impasu w negocjacjach, opisywany był przez zachodnich polityków i media jako silny, skłonny do konsensusu polityk i dyplomata. Jego rządy miały być przełomowe dla przyszłego całościowego porozumienia z Iranem. Również Rouhani stale deklarował gotowość do współpracy z Zachodem w celu nie tylko osiągnięcia porozumienia, ale też uczynienia z Iranu bardziej szanowanego członka społeczności międzynarodowej. Iran miał odzyskać zaufanie po ośmiu latach agresywnych – czego nie mówiono wprost – rządów Ahmadineżada. W dyskursie politycznym ustępujący prezydent stawiał bowiem na groźby i przejawianie wyższości.

Wydaje się, że Chamenei i Rouhani osiągnęli polityczny kompromis, zgodnie z którym ten drugi pod płaszczykiem miękkiego stanowiska ma pozwolić Iranowi złapać drugi oddech. Sytuacja zaś w pewnym sensie przypomina charakter sprawowania władzy przez liberalnego prezydenta Chatamiego. Rouhani nie zrezygnował z podstawowych celów Iranu, który chce być regionalnym mocarstwem, zmienił jednak sposoby, którymi to osiągnie.

Rouhani, sprawując funkcję prezydenta, doprowadził do przełamanie europejskich i amerykańskich sankcji gospodarczych i politycznych. Upadająca gospodarka irańska potrzebowała i nadal potrzebuje odnowy, która popłynęła ze strony reformatorów skupionych wokół Rouhaniego. Każdy kij ma dwa końce. Nie da się ukryć, że kariera nowego prezydenta była zależna od wyniku negocjacji w sprawie programu nuklearnego. W miarę upływu czasu Rouhani musiał mierzyć się nie tylko z Zachodem, ale również z rosnącą opozycją wewnętrzną. Odsunięci od władzy konserwatyści nie zamierzali składać broni i lobbowali u Najwyższego Przywódcy, aby stanowisko Iranu nadal było bardzo wymagające. Za wszelką cenę zamierzali utrzymać wysoki stopień radykalizacji państwa i przeciwdziałać podejściu modernizacyjnemu ekipy nowego prezydenta.

Kolejnym elementem zmiany w stosunkach Iranu z Zachodem, a w szczególności z Wielkim Szatanem, była rozmowa telefoniczna Baracka Obamy i Rouhaniego, pierwsza pomiędzy przywódcami Stanów Zjednoczonych i Iranu od 1979 roku. Doszło do niej z inicjatywy Białego Domu. Dzień wcześniej podczas sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ spotkali się sekretarz stanu USA John Kerry i minister spraw zagranicznych Iranu Mohammad Dżawad Zarif. Te dwa wydarzenia okrzyknięto początkiem nowej ery we współpracy pomiędzy obu krajami. Co więcej, miały zmienić świat. Biały Dom być może zrozumiał, że bardziej umiarkowane podejście pozwoli utrzymać Iran w ryzach. Innymi słowy w państwie zżeranym od wewnątrz sankcjami nie dojdzie do radykalizacji, wzrostu niepokojów społecznych. Poza tym zmiana stanowiska Iranu poniekąd zbiegła się w czasie ze wzrostem znaczenia tworu, który dzisiaj nazywamy Państwem Islamskim. Jednym z celów Zachodu było pozyskanie Iranu do walki z samozwańczym quasi-państwem. Nowa odsłona w negocjacjach miała zastopować nadmierne osłabianie reżimu ajatollahów. Słaba władza centralna mogłaby sobie nie poradzić z narastającym radykalizmem islamskim. Iran mógłby, przynajmniej częściowo, podzielić los Syrii czy Iraku.

W powyższym świetle naturalną konsekwencją była zmiana dyskursu politycznego. Politycy zarówno irańscy, jak i zachodni (w przeważającej większości) unikali ataków na drugą stronę. Brak postępów w negocjacjach określano jako jedynie problemy techniczne, które na pewno uda się wyjaśnić w najbliższym czasie, ówczesne opóźnienia miały zaś być jedynie wynikiem zaniedbań z lat poprzednich. Negocjacje toczyły się powoli, ale obie strony solidarnie podkreślały stopniowe wyjaśnianie wszystkich zaszłości.

Wola polityczna osiągnięcia porozumienia była tak duża, że Waszyngton stawiał na szali nawet czasowe pogorszenie relacji z największym sojusznikiem na Bliskim Wschodzie, Izraelem. Nie brakowało zadrażnień na linii Obama–Netanjahu. Premier Izraela próbował wymóc na Amerykanach zamianę stanowiska i wprowadzenie kolejnych sankcji lub poświęcenie większej ilości czasu na studiowanie ataków na ośrodki nuklearne. Twierdził przy tym, że deklarujący pokój i współpracę Rouhani jest nikim innym jak marionetką Chameneia, który pokojowo nastawiony na pewno nie jest, a cele strategiczne teokratycznego reżimu miały się nie zmieniać. Iran pod pozorem niesienia gałązki oliwnej w jednej ręce, w drugiej miał mieć gotowy długofalowy plan pozyskania broni nuklearnej. Element kontynuacji w osobie samego Najwyższego Przywódcy Duchownego Irańczyków był aż nader widoczny.

Biały Dom zmienił zaś stanowisko i z czasem odszedł od rozwiązania militarnego, a przynajmniej nie forsował ataku na irańskie instalacje nuklearne ani zbyt często tym nie groził. W przeciwieństwie do Izraela stawiał negocjacje i wierzył, że rozmowy przyniosą pozytywne rozwiązanie ponaddziesięcioletniego kryzysu nuklearnego. Ostrzeżenia Tel Awiwu o niebezpiecznym porozumieniu Waszyngton puszczał mimo uszu. Ba, Amerykanie posunęli się do tego, że ukrywali przed sojusznikiem tajne negocjacje z Teheranem, które odbywały się w Omanie. I tutaj należy zauważyć kolejną zmianę w stosunkach Stanów Zjednoczonych z Iranem. Po wyborach w 2013 roku pojawił się podatny grunt, a na nim wyrosło coś co można nazwać umiarkowanym wzajemnym zaufaniem Wielkiego Szatana i potomków starożytnych Persów. Mimo iż tajne negocjacje rozpoczęły się wcześniej, prawdopodobnie w marcu 2013 roku, dopiero prezydentura Rouhaniego dała asumpt do dalszych negocjacji z pominięciem innych mocarstw. Za czasów obecnego prezydenta w przedmiocie przyszłego porozumienia udało się osiągnąć więcej niż przez osiem lat prezydentury Ahmadineżada.

Nie wszystko złoto, co się świeci

W tej beczce miodu możemy znaleźć również łyżkę dziegciu. Negocjacje w sprawie porozumienia nuklearnego były bardzo trudne dla obu stron. Oliwy do ognia dolewał również duchowy przywódca Iranu. Jego wypowiedzi nie były pozbawione uszczypliwości względem Stanów Zjednoczonych. Chamenei nigdy publicznie nie pochwalał negocjacji nuklearnych z Zachodem. Nie zrobił tego za czasów Ahamdineżada, po 2013 roku również z dezaprobatą odnosił się do rozmów w Genewie i Wiedniu. Z drugiej strony należy zauważyć, że im się nie sprzeciwił, a przecież musiały toczyć się nie inaczej jak z jego przyzwoleniem, a nawet błogosławieństwem.

O tym, że Najwyższy Przywódca Iranu nadal nie zmienił zdania w sprawie negocjacji z Waszyngtonem, świadczy ustanowiony przez niego zakaz podejmowania rozmów ze Stanami Zjednoczonymi po wejściu w życie porozumienia z Genewy z lipca 2015 roku. Przy podejmowaniu decyzji nie liczył się z sugestiami urzędującego prezydenta, który twierdził, że dalsze negocjacje mogą wyjść Iranowi na dobre i zakończyć międzynarodową izolację państwa. Już cztery dni po podpisaniu porozumienia atomowego w Genewie Chamenei wygłosił w teherańskim meczecie płomienne przemówienie, w którym nalegał na zbadanie umowy w celu zapewnienia ciągłości interesów narodowych. Mowa ajatollaha przerywana była przez wykrzykiwanie słów „Śmierć Ameryce” i „Śmierć Izraelowi”. Po spotkaniu w meczecie Irańczycy nie zgadzali się ze światowymi mediami i twierdzili, że hasła te nie były bezpośrednio wymierzone we wrogie Iranowi państwa. Miały być skierowane wobec wartości, którym te kraje hołdują, i prób przeniesienia ich na grunt irański. Chamenei, prostując słowa, które dało bardzo wyraźnie się słyszeć w meczecie, oświadczył, że Irańczycy nie pozwolą na zniszczenie zasad rewolucyjnych lub zdolności obronnych swojego państwa. A więc: śmierć Ameryce i Izraelowi, jeśli ośmielą się atakować Iran w dowolny sposób.

Hasan Rouhani i Władimir Putin (fot. kremlin.ru, Creative Commons Attribution 4.0 International)

Hasan Rouhani i Władimir Putin
(fot. kremlin.ru, Creative Commons Attribution 4.0 International)

Rouhani pełni funkcję prezydenta już ponad dwa i pół roku. Trudno definitywnie stwierdzić, że dotychczasowy okres jego władzy okazał się dla Iranu sukcesem. Za wnioskiem, że tak, przemawia wznowienie negocjacji na wysokim szczeblu ze światowymi potęgami i osiągnięcie kompromisu w sprawie programu nuklearnego. Ugrupowanie umiarkowane zdążyło dopiąć wszystkie sprawy przed lutym 2016 roku, aby wzmocnić swoją pozycję w wyborach do irańskiego parlamentu, które odbędą się w tym miesiącu.

Summa summarum udało się rozmowy doprowadzić do końca i podpisać historyczne porozumienie. Jeszcze ważniejsze było doprowadzenie do zniesienia dużej liczby sankcji związanych z irańskim programem nuklearnym. Nie było to łatwe, bo Rouhani i jego zwolennicy musieli stoczyć również bój z przeciwnikiem wewnętrznym. Ratyfikacja porozumienia stała się przedmiotem ożywionej dyskusji wewnątrz Iranu. Mimo sporu między twardogłowymi i umiarkowanymi na irańskiej scenie politycznej wreszcie udało się osiągną porozumienie. Umowa weszła w życie po ratyfikacji przez irański Madżilis w październiku 2015 roku, choć nie obyło się bez głosów wzywających do storpedowania porozumienia lub przynajmniej postawienia bardziej wygórowanych warunków przyszłej współpracy.

Należy zauważyć, że to właśnie prezydent stał na straży realizacji porozumienia nuklearnego. Nadal jest niezmiennym zwolennikiem budowania środków wzajemnego zaufania między Iranem a Zachodem, czego dowiódł w listopadzie ubiegłego roku, gdy światło dzienne ujrzały rewelacje o wstrzymaniu demontażu wirówek w ośrodku Natanz. Rouhani forsował szybkie wypełnianie ustaleń porozumienia z lipca, zatwierdzonego w październiku, bez czekania na zniesienie pierwszych sankcji. W tym aspekcie nie zgadzał się z ajatollahem, który uważał, że dobra wola ze strony Iranu, w tym demontaż wirówek w Natanzie, musi poczekać na końcowe wnioski Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej na temat możliwego wymiaru militarnego irańskiego programu nuklearnego. Kolejny raport agencji, opublikowany na początku grudnia ubiegłego roku, stwierdzał wyraźnie, że Iran miał i w dalszym ciągu może mieść ambicje nuklearne. Przesądza o tym niewyjaśniona przez lata kwestia badań nad zapalnikami do rakiet. Amerykańska wspólnota wywiadowcza konkludowała jednak, że nie ma pewności co do przeznaczenia jakichkolwiek ilości materiału rozszczepialnego do wykorzystania w głowicach nuklearnych ani posiadania przez Iran pocisków z głowicami nuklearnymi. To wystarczyło, żeby kontynuować polityczny dialog z Teheranem. Nie przeszkodził temu nawet incydent w pobliżu wyspy Farsi w Zatoce Perskiej na irańskich wodach terytorialnych. Jednostki marynarki wojennej Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej zatrzymały wówczas dwie amerykańskie jednostki patrolowe z załogami.

16 stycznia bieżącego roku Rouhani był prawdziwym triumfatorem. Irański minister spraw zagranicznych Mohammad Dżawad Zarif i europejska szefowa dyplomacji Federica Mogherini odczytali wspólne porozumienie, informując o wejściu w życie kompleksowego porozumienie Iranu z państwami P5+1. Dzień po tym wydarzeniu irański prezydent oświadczył, że jest to zwycięstwo wszystkich oprócz syjonistów, podżegaczy wojennych oraz ekstremistów na Bliskim Wschodzie i w innych częściach świata, także w Ameryce.

Sankcje zniesiono, a to oznaczało, że Iran z pewnością otworzy się na Zachód i w tamtym kierunku popłynie irańska ropa naftowa. Obecnie znoszone są sankcje integralnie związane z programem nuklearnym, co z pewnością doprowadzi do systematycznego wzrostu produkcji i eksportu oraz zmniejszenia bezrobocia i towarzyszącej mu biedy. Coraz więcej państw i przedsiębiorstw zainteresowanych jest odbudową irańskiej gospodarki. Rouhani nadal stara się utrzymać dobry dla Iranu trend. Odbywa podróże zagraniczne, spotyka się głowami państw we Włoszech i Francji, a także z papieżem. Przez cały okres prezydentury stara się łagodzić powstające napięcia między Iranem a Zachodem. Zaprasza do inwestycji nawet amerykańskie korporacje. Jednocześnie twardo stoi na stanowisku zachowania przez reżim ajatollahów odrębności religijnej i światopoglądowej. Niemniej jednak należy podkreślić, że urzędujący prezydent wykonał świetną robotę i sam jest o tym przekonany. Nie zmieni swojego stanowiska i prezentując „trzecią drogę” w polityce zagranicznej, nadal bardziej będzie ufał konstruktywnym negocjacjom niż prezentowaniu agresywnego stanowiska. Iran zaś, świętując trzydziestą siódmą rocznicę rewolucji islamskiej, pomału wychodzi z grona światowych pariasów.

Bibliografia

Kenneth Katzman, Iran, Gulf Security, and U.S. Policy, December 29, 2015, s. 18 [dostęp 18 lutego 2016].
Khalid Kazimov, Pros and cons of Iran sanctions removal, Baku, Azerbaijan, January 19, 2012 [dostęp 16 lutego 2016].
Mehdi Khalaji, The Nuclear Deal May Weaken Rouhani, July 14, 2015 [dostęp 18 lutego 2016].
Alexey Malashenko, How Much Can Iran’s Foreign Policy Change After Rowhani’s Victory?, [dostęp 17 lutego 2016].
Robert Tait, Iran election: reports of late surge for more moderate candidate Hassan Rowhani. 14 June 2013 [dostęp 16 lutego 2016].
Yeganeh Torbati and Marcus George, Iranian President Rouhani takes oath of office before parliament, August 4, 2013, [dostęp 16 lutego 2016].
Sam Wilkin, Babak Dehghanpisheh, Rouhani: The nuclear deal is a ‚third way’ for Iran’s foreign policy, [dostęp 18 lutego 2016].
Iran nuclear deal ‚satisfies everyone except extremists’, says president Hassan Rouhani [dostęp 18 lutego 2016].
Obama talks to Rowhani: First direct conversation between American and Iranian presidents in 30 years [dostęp 18 lutego 2016].
zdjęcie tytułowe: Mojtaba Salimi, Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0