Pod koniec sierpnia 2018 roku amerykański prezydent Donald Trump nadał pośmiertnie Medal Honoru Johnowi Chapmanowi. Służąc jako wysunięty nawigator naprowadzania lotnictwa przydzielony do zespołu Navy SEAL, Chapman odznaczył się i poległ w czasie bitwy o Grań Robertsa w Afganistanie. Było to jedno z najintensywniejszych starć w czasie tak zwanej globalnej wojny z terroryzmem.

John Chapman urodził się w 1965 roku w Springfield w Massachusetts. W wieku dwudziestu lat zaciągnął się do US Air Force i został wyszkolony na operatora systemów informacyjnych. W momencie amerykańskiej inwazji na Afganistan służył w 24. Eskadrze Taktyk Specjalnych podlegającej Dowództwu Operacji Specjalnych Sił Powietrznych – lotniczemu komponentowi Połączonego Dowództwa Operacji Specjalnych.

W 24. Eskadrze służą nawigatorzy naprowadzania, meteorolodzy sił specjalnych, ratownicy medyczni skaczący na spadochronach i kontrolerzy ruchu lotniczego. W zależności od konkretnego zadania poszczególni żołnierze eskadry są przydzielani jako wsparcie dla innych oddziałów specjalnych, jak Delta Force czy Navy SEAL. To wymaga od nich nie tylko odbycia szkolenia w swojej specjalizacji, ale także nabycia umiejętności w zakresie prowadzenia akcji bezpośrednich, zwalczania terroryzmu, działań przeciwpartyzanckich, uwalniania zakładników i rozpoznania specjalnego.

Operacja „Anakonda”

W lutym 2002 roku John Chapman stacjonował w Afganistanie razem z zespołem DEVGRU w bazie Gardiz. W tym czasie wydawało się, że proklamowana po zamachach na World Trade Center i Pentagon wojna z terroryzmem zmierza do szybkiego zwycięskiego końca. Różne afgańskie ugrupowania wsparte nielicznymi amerykańskimi oddziałami specjalnymi i lotnictwem szybko obaliły rządy talibów. Wielu ważnych dowódców Al-Kaidy zginęło w walkach w Tora Bora, chociaż samemu Usamie ibn Ladinowi udało się uciec. Tora Bora było jednak również punktem zwrotnym, który przekształcił szybką w zamiarze zmianę rządów w Afganistanie w najdłuższą wojnę Stanów Zjednoczonych.

Na początku 2002 roku wywiad amerykański zdobył informacje o dużej grupie talibów i bojowników Al-Kaidy znajdujących się w głębokiej dolinie Szah-i-Kot na pograniczu afgańsko-pakistańskim. Według informacji wywiadowczych miało tam przebywać wielu wysokich rangą dowódców polowych i przywódców grupy terrorystycznej. Analitycy oceniali, że wszystkie te oddziały będą w dolinie zimować i przygotowywać się do wiosennej ofensywy partyzanckiej.

Amerykanie zaplanowali operację „Anakonda” z zamiarem otoczenia i zniszczenia wrogich oddziałów. W ramach przygotowań do dużej operacji małe odziały rozpoznawcze Navy SEAL, Delta Force i Army Special Forces rozmieszczono w kluczowych punktach okalających dolinę Szah-i-Kot z zadaniem monitorowania ruchów nieprzyjaciela i naprowadzania uderzeń lotnictwa. 4 marca 2002 roku przyszła kolej na zespół SEAL pod kryptonimem „Mako 30”. Dowodzony przez Britta Slabinskiego oddział, w którego skład wchodził również John Chapman, miał zostać wysadzony ze śmigłowca na liczącej 3350 metrów górze Takur Gar. Śmigłowiec miał umieścić komandosów w pewnej odległości od szczytu, tak by dostali się na górę niepostrzeżenie pod osłoną ciemności.

MH-47E ze ze 160. Lotniczego Pułku Operacji Specjalnych (160 SOAR). Widoczne uzbrojenie: karabin maszynowy M60 (z tyłu) i napędowy M134.

Misja od początku nie szła zgodnie z planem. Najpierw śmigłowiec MH-47E, mający dostarczyć komandosów na miejsce, jeszcze przed startem doznał usterki technicznej. Kiedy w końcu ją usunięto, nie mógł dostać się od razu na miejsce akcji, ponieważ bombowiec B-52 prowadził właśnie bombardowanie, które zagrażało bezpieczeństwu śmigłowca i amerykańskich żołnierzy. W ten sposób posypał się cały harmonogram misji. Żeby „Mako 30” zdążył zająć pozycję i zamaskować się przed świtem, konieczny był desant ze śmigłowca bezpośrednio na szczycie góry. Rozpoznanie powietrzne nie stwierdziło obecności wroga w rejonie desantu, ale element niepewności był zawsze obecny. Ostra grań na szczycie Takur Gar była idealna do obserwacji całego pola bitwy operacji „Anakonda”. Nie tylko Amerykanie dostrzegli znaczenie tego miejsca.

Pierwsza runda

Zbliżała się godzina trzecia nad ranem, gdy tylne koła Chinooka o znaku wywoławczym „Razor 03” ze 160. Lotniczego Pułku Operacji Specjalnych dotknęły strefy lądowania. Kiedy zespół odpinał pasy bezpieczeństwa, tuż obok śmigłowca przemknął pocisk z RPG-7. Zaraz potem nieopancerzona maszyna dostała się pod skoncentrowany ostrzał karabinów maszynowych, chwilę później o kadłub – tuż za kabiną pilotów – smagnął drugi pocisk z granatnika przeciwpancernego. Kilka sekund później kolejne trafienie sparaliżowało całą instalację elektryczną. Olej hydrauliczny i paliwo tryskały z przerwanych przewodów, a lotnicy usiłowali odzyskać kontrolę nad obracającą się maszyną. W wyniku gwałtownych, niekontrolowanych ruchów Chinooka odpięty z pasów sierżant sztabowy Neil „Fifi” Roberts z DEVGRU wypadł przez otwartą rampę i z wysokości kilku metrów upadł na ośnieżony szczyt góry, do którego zbliżali się talibowie.

Pilotom w końcu udało się nieco opanować maszynę i w kontrolowanym uderzeniu posadzili ją na stosunkowo łagodnie nachylonym zboczu góry około ośmiu kilometrów od szczytu. Po przeliczeniu obecnych potwierdziło się, że brakuje Robertsa. Wtedy po raz pierwszy do akcji włączył się sierżant John Chapman, który za pomocą radia kierował ostrzałem z AC-130, by zabezpieczyć miejsce wypadku śmigłowca. Jednocześnie wezwał drugiego Chinooka, żeby ewakuował cały zespół. O 3:45 oddział (wraz z załogą strąconego MH-47E) wsiadł na pokład śmigłowca „Razor 04” i ruszył w drogę powrotną do bazy Gardiz. Było jeszcze pół godziny do świtu, a zespół „Mako 30” już dostał się w zasadzkę talibów, przetrwał kontrolowaną katastrofę śmigłowca, a przede wszystkim stracił człowieka.

Powrót

Załoga AC-130 „Grim 32” krążącego nad Takur Gar dostrzegła za pomocą głowic optoelektronicznych, że sierżant Roberts żyje i się rusza, ale jest otoczony przez talibów.

Wszyscy wiedzieli, jaki koniec go czeka, jeśli zostanie pojmany. Jednocześnie wszyscy wiedzieli także, jak dużą przewagą liczebną i ogniową dysponuje na górze wróg. Żeby spróbować dostać się do sierżanta, odsiecz musiałaby zostać wysadzona poniżej szczytu i wywalczyć sobie drogę na górę, brodząc w głębokim śniegu. Był to wykonalne przy wsparciu Rangersów z sił szybkiego reagowania, ale nie było czasu, żeby czekać na ich przybycie.

W tym czasie na pokładzie Chinooka „Razor 04” dowódca zespołu „Mako 30”, Britt Slabinski, zebrał wokół siebie czterech pozostałych SEAL-sów i ich kompana z sił powietrznych. Wyjaśnił zebranym sytuację taktyczną i ogłosił swoją decyzję: wrócą na Takur Gar i spróbują uratować sierżanta Robertsa. Wszyscy przytaknęli. O 4:45 „Razor 04” ruszył z powrotem na pole bitwy. Roberts nie żył już od około dwudziestu minut, ale żaden Amerykanin jeszcze tego nie wiedział.

Dziesięć minut później „Razor 04” zawisł nieopodal szczytu góry i od razu dostał się pod ogień z broni maszynowej, w tym z cekaemu DSzK. Jako pierwszy wyskoczył Slabinski, zaraz za nim Chapman i pozostali. Przez chwilę talibowie skoncentrowali ogień na odlatującym śmigłowcu. Wykorzystując moment ich nieuwagi, Chapman skierował się w górę do prowizorycznego bunkra, z którego prowadzono ogień. Wdarł się do środka i z najbliższej odległości zabił bojowników (dwóch lub trzech) za pomocą karabinka M4A1 SOPMOD. Gdy Slabinski dogonił Chapmana, obaj dostali się pod ostrzał z kolejnego schronu, ukrytego około dziesięciu metrów dalej. Chapman, trafiony, runął twarzą w śnieg. Slabinski próbował zlikwidować gniazdo karabinu maszynowego granatami kalibru 40 milimetrów, ale cel był zbyt blisko, aby mógł się uruchomić zapalnik – granaty trafiały, ale nie wybuchały. Kryjąc się za głazem, Slabinski rozejrzał się i dostrzegł nieruchome ciało Chapmana.

– John zabił dwóch gości pod pierwszym drzewem i dał reszcie czas na ukrycie się za skałami – zeznawali później pozostali członkowie zespołu. – Chapman jako pierwszy zaatakował tych w bunkrze. Gdyby nie zdobył pierwszej pozycji wroga, z pewnością zabiliby nas, zanim znaleźlibyśmy osłonę. John zginął ratując nas przed wrogim ogniem.

Slabinski kilka razy wystrzelił z granatnika w stronę innej grupy talibów, a dwa ostatnie granaty zużył na próbę zniszczenia gniazda DSzK. W tym czasie drugi SEAL, uzbrojony w karabin M60, spróbował zajść bunkier ze skrzydła, ale został raniony odłamkami granatu. Sytuacja była zła – ciało Chapmana leżało tam, gdzie upadło, nie było ślady po Neilu Robertsie, a cały zespół był pod ogniem krzyżowym.

Dowódca zdecydował, że trzeba się wycofać za niewielki grzbiet, w zagłębienie, które zaoferuje lepszą ochronę. Odwrót odbywał się pod ogniem osłaniającym prowadzonym z AC-130 „Grim 32”. Przed wycofaniem Slabinski wczołgał się bezpośrednio na ciało Chapmana, poszukując śladów życia – nie dostrzegł żadnych. Komandosi rozpoczęli wycofywanie się około dwudziestu metrów w dół zbocza. Ścigały ich kule wystrzeliwane przez talibów. Jedna trafiła kolejnego komandosa, nieomal urywając mu nogę. Koledzy, ciągnąc go za ekwipunek, ostatecznie wciągnęli go za osłonę.

Mimo że próba ratunku Neila Robertsa nie powiodła się, a dwadzieścia dwie minuty walki kosztowały „Mako 30” jednego zabitego i dwóch ciężko rannych, decyzja Slabinskiego o powrocie wpisuje się w najlepszą wojskową tradycję nakazującą nie porzucać nikogo na polu walki. Ale wbrew wszelkim pozorom część zespołu nadal walczyła na górze.

Zobacz też: Jeden za wszystkich. Jak Henry Red Erwin uratował B-29

„Mako 30” znowu nadaje

Poza AC-130 nad polem bitwy przebywał jeszcze jeden samolot. Bezzałogowy MQ-1 Predator był ówczesnym szczytem techniki i nawet Amerykanie mieli jeszcze niewiele maszyn tego typu. Za pomocą kamer na jego pokładzie operatorzy śledzili przebieg starcia. W pewnym momencie – około godziny 5:50 – zauważyli ruch w miejscu, w którym leżał John Chapman. Chwilę później inny nawigator naprowadzania, który był przydzielony do operującego niedaleko zespołu Delta Force, usłyszał na częstotliwości ratunkowej radiostacji satelitarnej wezwanie: „Tu Mako Trzy Zero Charlie, Tu Mako Trzy Zero Charlie, Tu Mako Trzy Zero Charlie”. W zeznaniu złożonym pod przysięgą ów nawigator naprowadzania zeznał, że bez wątpliwości natychmiast rozpoznał znak wywoławczy i głos Johna Chapmana.

Wkrótce pojawiły się kolejne dowody. Na monitorze wyświetlającym czarno-biały obraz z kamery Predatora było widać, jak ktoś – prawdopodobnie Chapman – porusza się niedaleko bunkra i strzela z jego wnętrza w różnych kierunkach. Z kolej w nocnej kamerze AC-130 widać było taśmę świecącą w podczerwieni i światło stroboskopowe – elementy umożliwiające identyfikację amerykańskich żołnierzy na lądzie. Ponadto było widać promień zamontowanego na M4 celownika laserowego. W czasie późniejszej analizy filmu doliczono się trzydziestu dziewięciu wystrzałów. Wreszcie zespół rozpoznawczy Delta Force przechwycił łączność talibów rozmawiających o Amerykaninie, który ciągle przebywa na szczycie góry, i pomysłach na jego likwidację. Bojownicy dwa razy próbowali podkraść się do bunkra, ale za każdym razem zostali zastrzeleni.

Odsiecz

Parę minut po godzinie 5:00 z Bagram wystartowały kolejne dwa Chinooki: „Razor 01” i „Razor 02” z Rangersami z oddziału szybkiego reagowania. „Grim 32” wciąż krążył nad Takur Gar, mimo że był coraz lepiej widoczny w świetle wschodzącego słońca. Piloci naruszali w ten sposób zasady obowiązujące od czasów wojny w Zatoce Perskiej, zakazujące gunshipom działania w warunkach, w których mogą być dostrzeżone przez nieprzyjacielskich żołnierzy z przenośnymi wyrzutniami pocisków przeciwlotniczych. AC-130 skierował się z powrotem do bazy dopiero o 6:05, zmuszony przez coraz mniejszy zapas paliwa.

Kilka minut później na polu walki pojawił się w końcu Chinook „Razor 01” z oddziałem szybkiego reagowania pod dowództwem kapitana Nate’a Selfa. Do tego czasu Chapman został wielokrotnie raniony i zużył niemal całą amunicję. Dostrzegając śmigłowiec, Chapman – bez zważania na własne bezpieczeństwo – opuścił schronienie, żeby ostrzelać znajdujących się na grani dwóch bojowników z granatnikami przeciwpancernymi. Tym samym wystawił się pod lufę rozstawionego w odległości kilku metrów karabinu maszynowego. Jego poświęcenie nijak nie pomogło śmigłowcowi. Poszycie kadłuba zaczęły przebijać pociski kalibru 7,62 milimetra, a kiedy dwaj strzelcy boczni próbowali odpowiedzieć ogniem ze swoich karabinów maszynowych – M60D i napędowego M134 – prawą turbinę śmigłowca rozszarpał pocisk z RPG-7. Ranni piloci (jednemu z nich kula karabinowa niemal oderwała dłoń, drugi miał nogę przestrzeloną na wylot) zdołali się rozbić w sposób kontrolowany, ale Johna Chapmana powaliły dwa strzały wycelowane w plecy.

Do Rangersów Nate’a Selfa było przydzielonych trzech lotników: ratownicy spadochronowi Keary Miller i Jason Cunningham oraz nawigator naprowadzania Gabe Brown. Cunningham poległ na Grani Robertsa. To zdjęcie wykonano na kilka tygodni przed bitwą.

W chaosie bitwy Rangersi próbowali znaleźć wokół śmigłowca bezpieczne stanowiska, z których mogliby ostrzelać nieprzyjaciela, zajmującego schrony powyżej pozycji Amerykanów. Oddział był jednak osłabiony: trzech żołnierzy zginęło w śmigłowcu. Aaron Totten-Lancaster z karabinem maszynowym M249 SAW posyłał krótkie serie w kierunku najbardziej niebezpiecznych bojowników: tych, w których rękach widniały granatniki przeciwpancerne. W końcu jednak Rangersom udało się przegrupować. Totten-Lancaster zajął w miarę dogodne stanowisko pomiędzy skałami, a nieopodal znalazł się David Gilliam z ukaemem M240B – wspólnie byli już w stanie przycisnąć ogniem talibów i częściowo zniwelować ich przewagę wysokości. Tymczasem kolejny nawigator naprowadzania – Gabe Brown – usiłował wezwać wsparcie lotnicze.

Para myśliwców wielozadaniowych F-15E Strike Eagle przybyła na miejsce dopiero o 7:18. Ze względu na małą odległość między Amerykanami i talibami lotnicy musieli się ograniczyć do użycia działek. Pierwsza seria chybiła, ale kolejne – dzięki korekcie Browna – były już celne. Kilkanaście minut później Strike Eagle’e zostały zluzowane przez F-16CG. Vipery w czterech przelotach zużyły cały zapas amunicji do działek, ale to już nie miało znaczenia: wsparcie lotnicze przeważyło szalę. O godzinie 8:07 Nate Self rozkazał swoim ludziom ruszyć do kontrataku.

Pod osłoną ognia z M240B żołnierze ruszyli pod górę w głębokim śniegu, ale wkrótce natknęli się na kolejny schron, którego do tej pory nie zauważyli i w którym krył się bojownik z karabinem PKM. Rangersi musieli się cofnąć – nie mieli broni, która mogłaby zniszczyć solidnie umocniony bunkier. Zapanował impas.

O 8:32 na polu bitwy wylądował MH-47E „Razor 02” z drugim oddziałem szybkiego reagowania, który ruszył na pomoc żołnierzom Selfa. Ci jednak, przygwożdżeni ogniem karabinu maszynowego i moździerza, potrzebowali pomocy jak najszybciej. Brown i drugi nawigator naprowadzania, Kevin Vance, poprosili więc o zaatakowanie przeciwnika bombami. Zrzucane jedna po drugiej bomby GBU-12 Paveway II spadały coraz bliżej Amerykanów, ale żadna nie zniszczyła feralnego bunkra. Sztuki tej dokonał dopiero ponad godzinę później dron RQ-1 Predator za pomocą pocisku AGM-114 Hellfire; było to pierwsze w historii użycie Predatora do zadań bliskiego wsparcia powietrznego.

Scena z końcowej fazy bitwy na Grani Robertsa prezentowana w ramach ekspozycji w Galerii Zimnowojennej w National Museum of the US Air Force.

O 10:20 oddziały szybkiego reagowania z „Razor 01” i „Razor 02” wreszcie się połączyły. Przygotowanie kolejnego – ostatniego już – natarcia trwało jednak aż do 11:02. O tej godzinie, pod osłoną ognia z dwóch M240B, Rangersi znów ruszyli pod górę, tym razem nie napotykając istotnego oporu. Oczyszczenie bunkrów i okopów z pojedynczych bojowników nie przysporzyło im wielu trudności. Właśnie w tej fazie bitwy odnaleziono wreszcie ciało „Fifiego” Robertsa – z dziurą po kuli w głowie i raną wskazującą na próbę dekapitacji. O 11:14 Rangersi zakończyli oczyszczanie szczytu i zameldowali: cel zabezpieczony.

Koniec

Ostatecznie Amerykanom udało się odzyskać ciało Chapmana, a autopsja wykazała, że został trafiony przynajmniej dziewięć razy, przy czym definitywnie stwierdzono, że przeżył siedem pierwszych trafień. Miał także złamany nos i obrażenia wskazujące na walkę wręcz. Wokół ciała leżały puste magazynki, wykorzystał wszystkie 210 nabojów.

– John Chapman sam zdecydował, że musi chronić kolegów. Nie mógł tego zrobić, nie narażając własnego życia. John poświęcił siebie dla innych – powiedział podpułkownik Kenneth Rodriguez, ówczesny dowódca 24. Eskadry.

W czasie piętnastogodzinnej walki zginęło siedmiu amerykańskich komandosów:

  • operator Navy SEAL Neil Roberts, którego talibowie zastrzelili niedługo po pojmaniu;
  • Rangersi z sił szybkiego reagowania Bradley Crose, Matthew Commons i Marc Anderson – desant z Razor „01” (dwaj pierwsi zginęli podczas opuszczania śmigłowca, trzeci poległ w jego wnętrzu);
  • Philip Svitak ze 160. SOAR – strzelec boczny w „Razor 01”;
  • ratownik spadochronowy Jason Cunningham przybyły na pokładzie „Razor 01” – ciężko ranny, zmarł kilka minut po godzinie 18:00;
  • wysunięty nawigator naprowadzania John Chapman.

Medale Honoru

Tragedia i zaskoczenie tak zażartą bitwą rozpaliły spory między poszczególnymi oddziałami specjalnymi odnośnie do przebiegu walki, tego, kto zasługuje na najwyższe uznanie, ale też tego, jak dopuszczono do porzucenia żywego Chapmana. Navy SEALs nie mogli dopuścić do siebie myśli, że zostawili na szczycie żywego kolegę na pastwę losu. Z kolei siły specjalne wojsk lotniczych podejrzewały, że być może w chaosie bitwy Britt Slabinski przeczołgał się przez ciało Neila Robertsa i pomylił go z Chapmanem.

– Nie ma dnia, żebym nie myślał o Johnie – mówi Slabinski, zapytany o to, co czuł, gdy dowiedział się Chapman przeżył pierwsze postrzały. – Nie miałem żadnych wątpliwości, że nie żyje. Żadnych wątpliwości. Gdy o tym usłyszałem, moją pierwszą myślą było, że to [walka do ostatniego tchu] doskonale pasowało do jego charakteru. To było jego DNA. To było DNA całego mojego zespołu. Nie widziałem tego. Nie doświadczyłem tego. Ale zrobienie tych rzeczy leżało w charakterze Johna Chapmana.

Prezydent Donald Trump odznacza Britta Slabinskiego Medalem Honoru

Szesnaście lat po bitwie, która zyskało miano bitwy o Grań Robertsa, napięcia ustąpiły dumie. 24 maja 2018 roku emerytowany Britt Slabinski otrzymał Medal Honoru. Trzy miesiące później (21 sierpnia) – po ponad dwuletniej analizie dowodów i na wniosek sekretarza obrony Jima Mattisa – Medalem Honoru pośmiertnie został odznaczony również John Chapman. DEVGRU oficjalnie wsparła wniosek o medal dla Chapmana, ale nie zajęła stanowiska w kwestii tego, czy żył w momencie wycofanie się SEALsów. Jest to pierwszy w historii przypadek, w którym Medal Honoru przyznano nie na podstawie relacji naocznych świadków, ale dzięki zdobyczom techniki.

Zobacz też: Operacja „Bazalt” i zbrodniczy rozkaz Hitlera

Bibliografia

James Kitfield, Heroism on Robert’s Ridge: Trump Awards Second Medal Of Honor, breakingdefense.com, 23.09.2018
James Kitfield, To the Top of Takur Gar, airforcemag.com, 24.09.2018
Sean D. Naylor, Christopher Drew, SEAL Team 6 and a Man Left for Dead: A Grainy Picture of Valor, nytimes.com, 24.09.2018
Stephen Losey, ‘Extraordinary sacrifice’: Air Force Tech. Sgt. John Chapman posthumously awarded the Medal of Honor, airforcetimes.com, 24.09.2018
Leigh Neville, Takur Ghar: The SEALs and Rangers on Roberts Ridge, Afghanistan 2002, Osprey Publishing 2013.
Oriana Pawlyk, MoH Recipient John Chapman Wasn’t Left Behind by His Team, Family Says, military.com, 25.09.2018
Robert O’Neill, Komandos, Rebis, Poznań 2018
24th Special Operations Wing, afsoc.af.mil, 26.09.2018

US Air Force
US Army / Maj. Daniel Hill
US Air Force
US Air Force / Ken LaRock
US Navy / Mass Communication Specialist 1st Class Raymond D. Diaz III