SR-71 Blackbird to jeden z ponadczasowych symboli amerykańskiego lotnictwa. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych niesamowite czarne maszyny zbierały bezcenne dane o Związku Sowieckim i innych państwach komunistycznych. Latały nad Koreą Północną, Wietnamem Północnym, Kambodżą. W maju 1972 roku pojawienie się SR-71 nad Wietnamem miało jednak diametralnie odmienny cel – związany z próbą uratowania amerykańskich jeńców w ramach operacji „Thunderhead”.

„Hilton”

Dzięki informacjom przekazywanym przez licznych korespondentów wojna wietnamska obrosła w Stanach Zjednoczonych mitami i symbolami. Wiele fotografii z Wietnamu przeszło do historii. Dzieci uciekające ze wsi obrzuconej napalmem – to zdjęcie Nicka Uta. Żołnierz z napisem „War is hell” na hełmie – to z kolei dzieło Horsta Faasa. Generał Nguyễn Ngọc Loan wykonujący wyrok śmierci na północnowietnamskim szpiegu – to Eddie Adams.

I jest też w tym gronie zdjęcie Sala Vedera wykonane w marcu 1973 roku w kalifornijskiej bazie lotniczej Travis. Na pierwszym planie widnieje podpułkownik Robert L. Stirm, pilot samolotu bombowego F-105 Thunderchief, strącony w 1967 roku. Stirm idzie naprzód, odwrócony plecami do fotografa. Centralną postacią jest piętnastoletnia Lorrie Stirm, rzucająca się ojcu w objęcia. Fotografia Vedera błyskawicznie stała się podwójnym symbolem: zakończenia wojny wietnamskiej (czy raczej amerykańskiego w niej udziału) i powrotu amerykańskich jeńców do ojczyzny. Sama Lorrie wspominała jednak po latach: „Zawsze, gdy patrzę na [to zdjęcie], myślę o rodzinach, które się nie połączyły […], i sądzę, że zaliczam się do szczęściarzy”1.

W toku wojny łącznie do niewoli dostało się 771 Amerykanów. Z tej liczby 113 zmarło, 658 zaś wróciło do kraju.

Warunki w północnowietnamskich obozach jenieckich były w najlepszym razie trudne, w najgorszym – mogły przywodzić na myśl niemieckie obozy koncentracyjne. Najgorszą sławą cieszyło się w tym gronie utworzone jeszcze przez Francuzów więzienie Hỏa Lò w centrum Hanoi. Więziony tam komandor podporucznik Robert Shumaker z gorzką ironią nadał mu przezwisko „Hanoi Hilton”, które stało się znane na całym świecie. Bicie, głodzenie i odmawianie opieki lekarskiej były tu normą, a bardziej wymyślne tortury, zwłaszcza przed rokiem 1970, bynajmniej nie zaliczały się do wyjątków. W 1969 roku kapitan Edwin Atterberry za próbę ucieczki został de facto pobity na śmierć, a dwudziestu współwięźniów, którzy nie mieli żadnej wiedzy o tym planie, torturowano przez kilkanaście dni. Jeńców wykorzystywano także w propagandowych pokazówkach i wymuszano na nich przyznawanie się do zbrodni wojennych.

Zarówno siły zbrojne, jak i CIA przez całą wojnę szukały sposobów na uwolnienie jeńców, obojętnie, czy miałyby do tego doprowadzić metody dyplomatyczne czy siłowe. Rajd na obóz jeniecki w stylu „Rambo II” wchodził w grę, jeśli mowa o niewielkim obozie położonym w środku dżungli, ale nie w przypadku więzienia w centrum stolicy. Można było jednak próbować jakoś pomóc jeńcom w ucieczce, a następnie podjąć ich z lasu lub plaży, gdyby zdołali się przedostać w dogodne miejsce.

Tu oczywiście rodził się kolejny problem: jak się porozumieć z jeńcami? Listy z przemyślnie ukrytymi lub zakodowanymi wiadomościami (opowiemy sobie jeszcze o nich w dalszej części artykułu) dochodziły wprawdzie do adresatów, ale była to powolna i niepewna metoda komunikacji. Koordynacja ewentualnej ucieczki musiała przebiegać szybko i sprawnie.

W tej właśnie roli w maju 1972 roku miały się wykazać SR-71.

Blackbirdy nad Hanoi

Szczegóły misji przez wiele lat pozostawały utajnione. Wiadomo było, że je przeprowadzono, ale w jakim konkretnie celu – wiedziało tylko bardzo wąskie grono. Nawet załogom przekazywano tylko niezbędne szczegóły. Kurs, prędkość, wysokość lotu, czas znalezienia się na wskazanych współrzędnych: godzina 12.00. Lotnicy dopiero później dowiedzieli się, że przelatywali wprost nad „Hiltonem”. Zadanie było zaś iście surrealistyczne: wykonać dwa gromy dźwiękowe w odstępie piętnastu sekund.

Do każdego lotu startowały z Kadeny na Okinawie trzy SR-71 (z czterech stacjonujących wówczas na wyspie). Dwa miały wykonać zadanie, trzeci zaś pełnił funkcję maszyny rezerwowej, tak aby w razie awarii nad celem wciąż mogły się znaleźć dwa samoloty.

2 maja o godzinie 14.16 nad Kadeną wzniósł się Habu numer 64-17979 z załogą w składzie major Bob Spencer i major Butch Sheffield. Dwie minuty później ich śladem podążyli podpułkownik Darrel Cobb i major Reggie Blackwell w 64-17980. Godzinę później wystartował samolot rezerwowy – 64-17968 majorów Dave’a Freuhaufa i Gila Martineza.

SR-71
(fot. NASA)

Drugi lot zorganizowano dwa dni później. Tym razem zadanie miały wykonać maszyny numer 64-17978 (majorowie Tom Pugh i Ronnie Rice) oraz 64-17980 (majorowie Spencer i Sheffield). Rezerwę stanowił SR-71 numer 64-17979 (podpułkownik Cobb i major Blackwell). Pierwszy samolot nadleciał nad cel od południa na wysokości 75 tysięcy stóp, drugi – od południowego wschodu na wysokości 80 tysięcy stóp. Cobb i Blackwell zaś lecieli nad cel na 70 tysiącach stóp. Zmienili kurs dopiero, kiedy przez radio nadeszło hasło oznaczające, że pierwsze dwa samoloty już na pewno znajdą się nad „Hiltonem”.

Droga tam i z powrotem, zależnie od obranego kursu, zajmowała od niespełna czterech do blisko pięciu godzin. Oba loty2 uznano za udane w stu procentach. Samoloty wykonywały oczywiście przy okazji zdjęcia północnowietnamskiej stolicy, ale rozpoznanie było w tym przypadku kwestią dalekiego drugiego planu.

Smutne wieści z Hanoi

Nietrudno było zgadnąć, że gromy dźwiękowe miały być sygnałem wysłanym amerykańskim jeńcom. Prawdopodobnie domyślali się tego nawet sami Północni Wietnamczycy. Długo przypuszczano, że chodziło li tylko o dodanie Amerykanom otuchy: „Pamiętamy o was, wietnamskie niebo wciąż jest dla nas otwarte, nie traćcie nadziei, wypatrujcie szans ucieczki”. Butch Sheffield wspominał jednak, iż wiele lat po wojnie miał okazję porozmawiać z więźniami „Hiltona” i dowiedział się od nich, że owszem, słyszeli gromy dźwiękowe, ale nie miały one żadnego konkretnego znaczenia dla odizolowanych od świata jeńców.

Dla niektórych jednak miały.

Mimo ścisłej kontroli i brutalnych kar za drobne przewinienia amerykańscy jeńcy zdołali opracować sposoby komunikowania się między sobą, a nawet ze światem zewnętrznym. Do łączności wewnętrznej służyły przede wszystkim tap code i sweep code, czyli kody oparte na rytmie stuknięć w ścianę oraz – to nie żart – na ruchach miotły podczas zamiatania dziedzińca i korytarzy. Jeńcy przekazywali sobie informacje o sposobach tortur czy pytaniach zadawanych przez śledczych, a od nowo przybyłych można było uzyskać informacje o wydarzeniach za murami.

Na czele jenieckiej struktury dowódczej w Hỏa Lò znajdował się James B. Stockdale, strącony nad Wietnamem Północnym we wrześniu 1965. Komandor porucznik Stockdale, latający na A-4 Skyhawku z USS Oriskany (CV-34), był najstarszym stopniem oficerem US Navy pojmanym przez Wietnamczyków, toteż personel Hỏa Lò traktował go ze szczególną „troską”, obejmującą między innymi skucie nóg kajdanami (każdej nocy przez dwa lata bez przerwy) i zamknięcie w izolatce (cztery lata). Mimo to był w stanie koordynować działalność „hiltonowskiego” ruchu oporu, którego myśl przewodnia brzmiała: jedność ponad jednostką. Stockdale zaprowadził wśród jeńców dyscyplinę i ustalił kodeks postępowania.

James Stockdale wysiada z A-4.
(fot. US Navy)

O ile jednak Wietnamczycy w traktowaniu jeńców zdecydowanie woleli stosować kij (często dosłowny) niż marchewkę, o tyle czasami można było liczyć na jakiś miły gest. Na przykład co parę miesięcy jeńcom pozwalano napisać list do rodziny. Oczywiście ten miły gest również miał znaczenie propagandowe – rząd w Hanoi chciał, aby ściśle kontrolowana i cenzorowana korespondencja wpływała na amerykańską opinię publiczną. Komuniści wpadli jednak we własne sidła. Gordon Peterson i David Taylor opisują je następująco:

W grudniu 1965 roku, trzy miesiące po pojmaniu, Stockdale’owi pozwolono napisać pierwszy list do żony, Sybil. Dwa miesiące później znów dostał takie pozwolenie. Sybil otrzymała oba listy w kwietniu 1966 roku. Widząc niejasne wzmianki o kolegach i przydomki użyte w niewłaściwym kontekście, skontaktowała się z wywiadem marynarki wojennej w San Diego.
Okazało się, że w pierwszym liście Stockdale użył dwuznaczności [trików tego rodzaju uczono na szkoleniach SERE – Ł.G.], aby wskazać nazwiska kilku innych lotników trzymanych w niewoli. Dziwaczna wzmianka o powieści „Ciemność w południe” Arthura Koestlera (opisującej tortury fizyczne i emocjonalne w stalinowskim gułagu) miała sugerować, że warunki w więzieniu bynajmniej nie są tak znośne, jak chcieliby przekonać świat Północni Wietnamczycy.
Sybil skontaktowano z komandorem porucznikiem Robertem Boroughsem, oficerem wywiadu marynarki wojennej służącym w Waszyngtonie. Spotkała się z nim w Pentagonie […]. Podczas drugiego spotkania oświadczyła, że będzie współpracować z wywiadem i umożliwi potajemną łączność z jej mężem. „To niebezpieczna robota”, ostrzegł Boroughs. „Bierze pani jego życie we własne ręce”. Współpraca Stockdale’ów, wywiadu marynarki i CIA […] trwała przez całą wojnę.
[…] Do pierwszego zakodowanego listu do Stockdale’a, wysłanego w październiku 1966 roku, załączona była fotografia zrobiona Polaroidem, przygotowana przez specjalistę z CIA. W zdjęciu znajdowała się ukryta wiadomość, wciśnięta pomiędzy warstwy papieru fotograficznego. W liście Sybil znajdowały się słowa, które miały podsunąć jej mężowi, aby zanurzył zdjęcie w wodzie.
Notatka znaleziona przez Stockdale’a wyjaśniała, że list w kopercie napisano na „niewidzialnej” kalce. Przyszłe listy z datą nieparzystą również miały być pisane na takiej kalce – zdatnej do ponownego użycia. Każde zdjęcie z różą należało zamoczyć w wodzie. Znajdowały się tam również instrukcje, jak użyć kalki, aby napisać list niewidzialnym atramentem. Po umieszczeniu kalki na zwykłej kartce papieru Stockdale mógł odcisnąć w niej niewidzialną wiadomość, którą później technik CIA […] będzie w stanie odczytać dzięki użyciu odpowiednich chemikaliów.
Stockdale […] wiedział, że te instrukcje i kalka w jego dłoniach mogły go narazić na zarzuty o szpiegostwo i zbrodnie wojenne, ale także uświadomił sobie, że otworzył się przed nim „cały nowy świat”3.

Stockdale wysłał pierwszy list na kalce 2 stycznia 1967 roku. Wymienił w nim ponad czterdziestu innych jeńców oraz pokrótce opisał stosowane w „Hiltonie” tortury (ta informacja spowodowała u Sybil załamanie) i zadawane jeńcom pytania. W następnym liście apelował o zbombardowanie propagandowej rozgłośni radiowej w Hanoi. Rolę listonosza odgrywały na ogół amerykańskie delegacje antywojenne odwiedzające Wietnam Północny na zaproszenie komunistów. Dzięki temu listy z Wietnamu do USA docierały w kilkanaście dni.

Jeńców zaczęto traktować lepiej w roku 1970 dzięki rozpoczętej przez Waszyngton publicznej kampanii międzynarodowej. Liczba listów przychodzących do amerykańskich rodzin zwiększyła się pięciokrotnie. Rajd śmigłowcowy na (niestety pusty) obóz Sơn Tây na północny zachód od Hanoi skłonił zaś komunistów do dalszej zmiany reżimu w „Hiltonie” – jeńców przeniesiono do nowej części więzienia, gdzie już nie trzymano ich w izolatkach. To zaś ułatwiło organizację łączności z krajem (w tym okresie zaczęło się korzystanie z mikrofilmów i mikrokropek), a tym samym – planowanie ucieczki. Wkrótce utworzono komitet ucieczkowy, w którym wiodące role odgrywali major James Kasler (również pilot F-105) i kapitan John Dramesi (kompan Atterberry’ego w ucieczce sprzed roku). Zaczęły się krystalizować dwa plany, sprowadzające się w najprostszych słowach do skoku przez mur i podkopu.

Thunderhead

Kalser i Dramesi zaczęli prowadzić łączność z Waszyngtonem odrębnym kanałem, niewykorzystywanym przez pozostałych jeńców. Chcieli przedostać się na drugą stronę muru, a następnie dotrzeć do Rzeki Czerwonej (Hồng Hà) i – dzięki niej – do Zatoki Tonkińskiej. Z Waszyngtonu przemycono im mapę tej części Wietnamu, we własnym zakresie gromadzili zaś żywność, ubrania czy kawałki lustra do sygnalizacji. Poza komitetem ucieczkowym w sprawę wtajemniczony był jedynie Stockdale.

W styczniu 1972 roku plan ucieczki, noszący kryptonim „Tygrys”, otrzymał zielone światło od sekretarza obrony Melvina Lairda. Po drugiej stronie Pacyfiku także ruszyła machina. Tam nadano jej nazwę „Thunderhead”. Wkrótce do Kadeny nadeszły instrukcje dotyczące przelotów nad Hanoi. Dopiero w 2016 roku wyszło na jaw, że Blackbirdy nie miały po prostu dodać otuchy jeńcom. Podwójny grom dźwiękowy oznaczał: kontynuujcie realizację planu, będziemy na was czekali.

3 czerwca u ujścia Hồng Hà pojawił się okręt podwodny USS Grayback pod dowództwem komandora podporucznika Johna Chamberlainina. Na pokładzie Graybacka znajdowało się czternastu komandosów Seal Team One z kapitanem M. Spence’em Dry’em na czele i siedmiu marynarzy Underwater Demolition Team Eleven w charakterze operatorów mikrookrętów podwodnych SEAL Delivery Vehicle (SDV). W pogotowiu czekały także dwa śmigłowce HH-3A Sea King i kilka okrętów, w tym krążownik rakietowy o napędzie jądrowym USS Long Beach (CGN-9).

Podwodny nosiciel pocisków manewrujących USS Grayback (SSG-574). W 1968 roku przebudowano go na okręt wsparcia operacji specjalnych i przeklasyfikowano jako LPSS-574. Miejsce dotąd zajmowane przez Regulusy odstąpiono komandosom i pojazdom podwodnym SDV. W tej roli wziął udział w operacji Thunderhead.
(fot. US Navy)

Niestety uczestnicy operacji „Thunderhead” od początku zmagali się z problemami technicznymi. Już pierwszej nocy w jednym z SDV przedwcześnie wyczerpały się akumulatory, a czterej SEALs, w tym Dry, musieli czekać do rana, aż podejmie ich z wody śmigłowiec. Komandosów zabrano na USS Long Beach , skąd ten sam śmigłowiec miał ich zawieźć w pobliże Graybacka. I tym razem wystąpiły problemy, niestety tragiczne w skutkach. Znów Peterson i Taylor:

Piloci śmigłowca mieli ogromne problemy ze zidentyfikowaniem podczerwonego światła sygnalizacyjnego okrętu. Kiedy już wydawało im się, że zlokalizowali sygnał, dowódca śmigłowca nie zdołał należycie wykonać manewru podejścia do miejsca skoku. Pilot dał rozkaz do skoku, daleko przekraczając graniczne wartości dwudziestu stóp wysokości lotu i dwudziestu węzłów prędkości.
Ostatnie słowa Dry’a przed skokiem w ciemność brzmiały: „Musimy wrócić na Graybacka”. Zginął w chwili uderzenia o wodę. Poważnie ranny został także jeden z operatorów UDT obsługujących SDV. Ocaleli znaleźli zwłoki Dry’a i znów spędzili noc w wodzie.
Kilka godzin przed tym nieszczęściem Grayback wypuścił drugiego SDV. Ten, niewłaściwie obciążony balastem, przewrócił się i zatonął w wodzie głębokiej na 60 stóp. Drużyna wynurzyła się i wkrótce dołączyła do komandosów z SDV Dry’a. Wszystkich uratował o świcie śmigłowiec […] i zabrał ich na Long Beach. Rannego operatora UDT i zwłoki Dry’a przewieziono na lotniskowiec USS Kitty Hawk (CV-63).
Grayback kontynuował nadzór. Komandor porucznik Chamberlain był przekonany, że pluton SEALs zdoła wykonać zadanie za pomocą ostatnich dwóch SDV. Nadzór śmigłowcowy wzdłuż wybrzeża Wietnamu Północnego także trwał. Ostatecznie jednak pod koniec czerwca operację „Thunderhead” anulowano – nie dostrzeżono przez ten czas żadnych zbiegłych jeńców4.

Nikt bowiem nie uciekł z „Hiltona”. Mimo że początkowo najstarsi stopniem amerykańscy oficerowie w więzieniu zatwierdzili plan i pozwolili ubiegać się o pomoc z zewnątrz, w ostatecznym rozrachunku Stockdale i pułkownik John Flynn (Stockdale był wówczas jego zastępcą) nie pozwolili na ucieczkę. Nie było wątpliwości, że kiedy personel Hỏa Lò odkryje, co zaszło, nadejdzie okres straszliwych represji. Łatwo zrozumieć, że jeńcy bali się tortur, ale oficerowie obawiali się jeszcze czegoś – utraty możliwości kontaktu pomiędzy sobą i ze światem zewnętrznym.

Rozgoryczeni, wściekli Dramesi i Kasler postąpili zgodnie z rozkazem i pozostali w Hỏa Lò. Nie było jednak czasu, aby przekazać do Stanów Zjednoczonych informacji o zaniechaniu ucieczki. Kapitan Dry zginął na próżno.

Epilog

Kapitan M. Spence Dry został pośmiertnie odznaczony Brązową Gwiazdą w 2008 roku. Na ceremonii obecny był John Dramesi. Na odtajnienie szczegółów udziału SR-71 w operacji „Thunderhead” przyszło nam czekać jeszcze osiem lat.

Za odegranie przewodniej roli w ruchu oporu amerykańskich jeńców w Wietnamie Północnym Stockdale, wówczas już kontradmirał, otrzymał w marcu 1976 roku Medal Honoru od prezydenta Geralda Forda. W 1992 roku ubiegał się o wiceprezydenturę u boku Rossa Perota. Zmarł w roku 2005 po długich zmaganiach z chorobą Alzheimera.

Dla Roberta Stirma powrót do ojczyzny bynajmniej nie był radosny, jeśli nie liczyć tej pierwszej chwili, w której znów zobaczył swoje dzieci. Wiedział już bowiem, że pani Stirmowa w trakcie jego pobytu w niewoli nawiązywała romanse z kolejnymi mężczyznami i że wystąpiła o rozwód bez orzekania o winie. Po zakończeniu ostrej walki o podział majątku Lorrie i jej o rok młodszy brat zamieszkali z ojcem. Pozostała dwójka rodzeństwa została przy matce.

Zobacz też: B-52 w służbie NASA

Przypisy

1. A POW’s Marriage…
2. Niektóre publikacje podają, że odbyły się trzy loty; ostatni przypaść miał 9 maja.
3. Intelligence Support…, ss. 4–5.
4. Intelligence Support…, ss. 11–12.

Bibliografia

Paul F. Crickmore, Lockheed Blackbird: Beyond the Secret Missions, Bloomsbury Publishing, 2016.
Paul F. Crickmore, Lockheed SR-71 Operations in the Far East, Osprey Publishing, 2008.
Nancy Faber, A POW’s Marriage Ends Bitterly, People, 1 kwietnia 1974, dostęp 24 maja 2019.
Gordon I Peterson, David C. Taylor, Intelligence Support to Communications with US POWs in Vietnam, Studies in Intelligence Vol 60, No. 1.
Ben R. Rich, Leo Janos, Skunk Works: A Personal Memoir of My Years at Lockheed. Warner Books, 1994.

Mike Freer – Touchdown-aviation, GNU Free Documentation License, Version 1.2